MENU
fot. z archiwum autora

Teatr umysłu – poezja Bartłomiej Kupca

px

Never more

5 sierpnia 2016 Comments (0) Views: 592 Czytam, Myślę

Życie do utraty tchu. O Katherine Mansfield.

by Lady Ottoline Morrell, vintage snapshot print, 1916-1917

by Lady Ottoline Morrell, vintage snapshot print, 1916-1917

Jej biografia to jedna z tragiczniejszych historii literackiego panteonu. Kobieta, żona, pisarka, która kochała życie bardziej niż ktokolwiek inny i w piękny sposób dawała temu wyraz w swojej twórczości, odeszła w wieku zaledwie 35 lat. Jej choroba okazała się jednak w pewien przewrotny sposób błogosławieństwem – nauczyła ją jeszcze uważniej przyglądać się światu i jeszcze bardziej celebrować chwile, tak, jakby każda z nich miała być ostatnią.

 

Urodziła się w roku 1888 jako Kathleen Mansfield Beauchamp. Przyszła na świat na Nowej Zelandii, większość dorosłego życia spędziła jednak w Europie, najpierw w Londynie, później – po tym, jak zaczęła chorować na płuca – w licznych uzdrowiskach. Po kilku burzliwych młodzieńczych romansach związała się z krytykiem Johnem Middletonem Murrym, z którym tworzyła zgodne małżeństwo aż do swojej śmierci w roku 1923.

Ta krótka biograficzna notka nie oddaje jednak rzecz jasna tego, kim była naprawdę. Dopiero lektura jej opowiadań, listów, dziennika, wspomnienia bliskich jej osób dają obraz niezwykłej kobiety, która mimo upływu lat zdołała podtrzymać przy życiu swoje wewnętrzne dziecko, patrząc na świat z nieodmiennym zachwytem i zadziwieniem. Ten uważny, radosny sposób postrzegania rzeczywistości połączyła ze zmysłem krytycznym i świetną znajomością ludzkiej psychologii, co widać w jej utworach – wypracowała w ten sposób swój własny, niepowtarzalny styl.

 

 

Ten okropny Joyce

 

Szczególnym dziełem w dorobku Katherine jest opracowany przez jej męża zbiór listów. W opowiadaniach autorka zachwyca lekkością pióra, urzeka subtelnie nakreślonymi portretami psychologicznymi, tworzy przemyślane fabularne konstrukcje, ale to w listach jest naprawdę sobą – ze wszystkimi swoimi kaprysami i słabościami.

Czytelnik bez trudu wyczuwa jej chwiejne nastroje. Gdy humor nie dopisuje, gdy ciało ciąży jej nieco bardziej niż zwykle, staje się złośliwa. Pastwi się nad młodymi pisarzami, Szwajcarami, Francuzami, niegustownie ubranymi ludźmi, Jamesem Joyce’em. Krytykuje sztywne zasady, konwenanse i nudziarzy, którzy nie potrafią cieszyć się życiem.

To nie tylko kwestia choroby, to również charakter i wrodzony cięty język, którego bała się sama Virginia Woolf. Ale Katherine nie tylko krytykuje. Dla bliskich jej ludzi, tych, którzy ujmują ją bezpretensjonalnością i otwartością, podobną jej własnej, ma wiele ciepłych słów. Potrafi radośnie rozprawiać o zakochanym w kwiatach ogrodniku lub lekarzu, w którego uśmiechu rozpoznała „swoją chorobę”, swój nieuleczalny dziecięcy zachwyt. Lgnie również do artystów, do swego własnego, „koczowniczego plemienia”, ponieważ tylko wśród nich może znaleźć pełne zrozumienie.

 

 

Dziesięć lat wędrowania w słońcu

 

Z największym jednak przejęciem Katherine pisze o przyrodzie. Jej ciekawość świata, wyostrzona jeszcze przez chorobę, każe wszystkiemu przyglądać się z niezwykłą uwagą. Nie ma chyba drugiej pisarki, która w tak żywych słowach potrafi odmalować powietrzną walkę dwóch os. To, co przeciętny obserwator skwitowałby znudzonym spojrzeniem, w jej oczach staje się fascynującym spektaklem, dostarczającym bogatego materiału do przemyśleń.

Długie spacery, zieleń, słońce, czyste powietrze, obserwowanie zwierząt – te proste rzeczy są dla niej źródłem niewypowiedzianej radości. Po latach spędzonych w ponurym Londynie cieszy się życiem na wsi i snuje śmiałe plany. Przed mężem roztacza wizje małego domku, gdzie na stole stoją róże i gdzie obydwoje mogą realizować swoje twórcze pasje. „Dziesięć lat wędrowania w słońcu” – tylko o to prosi, ale choć wydaje się, że to niewiele, los jest dla niej okrutny. W momencie, kiedy w jej rozgorączkowanej głowie kłębi się więcej niż kiedykolwiek pomysłów na przyszłość i kiedy wszystkie wydają się w zasięgu ręki, nagły krwotok kładzie kres marzeniom.

Czy na pewno możemy jednak mówić o „okrutnym” losie? Choć choroba zabrała jej wiele, uczyniła jej również przysługę – nauczyła bardziej cenić każdą chwilę, każdą rozmowę, każde napisane zdanie. Swoje życie, choć krótkie, Katherine Mansfield przeżyła pełniej i intensywniej niż większość z nas. Zostawiła nam więc dobry przykład. Oraz kilka pięknych opowiadań, dzięki którym nigdy nie zostanie zapomniana.

 

Autor: Anna Maślanka

 

 

Tags: , ,

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *