MENU

Celebrytyzacja – opowiadanie Kochaliny Miłosnej

7 listopada 2018 Comments (0) Views: 152 Czytam, Poezja

Zrozumieć niepojęte – poezja Haliny Markowskiej Budniak

jestem zbyt cenna abym mogła zniknąć

 

Istnieć, znaczy zmieniać się, zmieniać się

– to dojrzewać,         dojrzewać zaś – to nieskończenie

            tworzyć samego siebie.

                                   Henri Bergson

 

 

od tylu lat tak samo się uśmiecham

patrzę im w oczy i ciągle milczę

oni plotkują opowiadają bzdury

 

nie lubię tych godzin gdy gwar miesza się z pyłem

i muszę udawać że cieszy mnie ten zgiełk

tysiące oczu o nienasyconych spojrzeniach

chce poznać moją tajemnicę

 

nikomu się to nie udało

od chwili gdy on po raz ostatni

wygładził moje włosy

nadając im barwę i zapach

 

naprawdę mnie rozumiał i kochał

moją twarz porysowały srebrne siateczki godzin

w końcu ile lat można żyć w tej samej ramie

 

i znudził mnie okropnie

jesienny pejzaż

za moimi plecami

 

 

kolos na glinianych nogach

poprzecinany labiryntem korytarzy i poczekalni

z krzesłami odwróconymi plecami cóż za wygoda

nie oczekiwać trudnych pytań nie patrzeć w oczy

tym kobietom w perukach albo tej dziewczynie

w chustce i ciemnych okularach

 

one lecą do światła jak ćmy i promieniują bladością

w otwartych oczach czai się niepewność z wygranej

to tylko pierwszy etap morderczego wyścigu

ale można biec dalej wciąż samotnie

chociaż inni też biegną obok

 

kobieta w białym kitlu nie podnosi wzroku

jakby obawiała się że z jej oczu można wyczytać nieodgadnione

wskazuje krzesło przy brzegu biurka z dokumentami

trzeba zapisać każdy wynik pod odpowiednim numerem

liczą się czas testy diagnoza a najważniejsza statystyka

ta do lat pięciu i ta ponad normę

 

można wtedy odpuścić kolejną dawkę

patrzeć w lustro jak kiełkują cebulki

i ścinać żółte żonkile

 

 

księżyc okno i orchidee

tak zawyć do księżyca myśl przednia

potem stłuc talerze i wybiec boso

przez zamknięte okno

 

szalona stwierdzisz raczej niż zapytasz

i znaczącym ruchem dotkniesz

palcem czoła

 

rok upłynie nim znajdziesz pod lodówką

białe okruchy chińskiej porcelany

i skaleczysz palce

 

kilka dni snuć będziesz domysły zdziwiony

i może nawet zadawać pytania

samemu sobie

 

potem przyniesiesz białe orchidee

mówiąc ze smutkiem to piękne kwiaty

i tak je kochała

 

 

na progu ucichnie tęsknota

trzeba być daleko jak nigdy przedtem odgadywać obce słowa

i własne myśli zamknąć oczy i widzieć dokąd idziesz

przybliżać i oddalać omijać nieistotne wierzyć

 

wrócisz i opowiesz o domach i ogrodach z magnoliami

pokażesz fotografie i te wszystkie miejsca

którymi się zachwycasz pisząc listy

 

chcę wiedzieć jak się czujesz gdy wieczorem kładziesz się spać

albo siadasz na progu przeszklonej werandy wiruje różowy śnieg

patrzysz długo a myśli biegną coraz dalej dalej

 

zbieraj w garść usyp drogi ścieżki powracające ptak poleci

jeśli zechcesz niech ma turkusowe skrzydła a po drugiej stronie

oceanu twój wymarzony dom wystarczy wyciąć okna

 

 

nie bój się mnie ranić     

jestem tu i teraz pod ścianą twego lęku

nie jesteś sama w ciemnym lesie

wokół tyle drzew potarganych przez burze

wiara to nieustanne zmaganie

i ludzką rzeczą jest wątpić

 

odkrywam blizny skrywające tajemnicę planet

odczytuję kolejne sygnały porozumień

na płaskowyżu czerwonego kontynentu

w lasach amazonii w afrykańskim buszu

usłyszę wszędzie tylko zawołaj

 

ileż ciekawych zjawisk z pogranicza magii

ileż nieznanych światów na wyciągnięcie ręki

może rozbudzać wyobraźnię

czyż zauważamy coś niezwykłego

w białych płatkach orchidei  –

zaklęta w piękno biel w wazonie

nic ponad to

 

wciąż uczę się odgadywać twoje słowa

widzieć światło gwiazd w zupełnej ciemności

mierzyć noce w tyglu niepowodzeń

proszę nie pochylaj głowy tak nisko

nie odwracaj oczu przez ramię

jeśli się zgubisz zawołaj

 

 

nieuchronność

ojcowie odchodzą wcześniej niespodziewanie

jakby w interesach odbywali kolejną podróż

po jakimś czasie wietrzeje zapach wody kolońskiej

i białe koszule nie szeleszczą na sznurze

 

matki wydają się być ze stali od czasu do czasu

można im podrzucić dzieci jak kukułcze jajka

poskarżyć na parszywy los opowiedzieć tajemnicę

której i tak się domyślały zrozumieją wybaczą

 

są święte ale o tym dowiadujemy się zbyt późno

jeszcze próbujemy przekupić je kolejnym stentem

platynowym implantem tytanową protezą bezskutecznie

 

odchodzą w obce światy dręczone szponami rurek

w przerażającej plątaninie przewodów i zapachu lizolu

bezradnie oczekując na uścisk czułych dłoni

 

 

pewna niepewność

przepadła gdzieś pewność i droga krąży

pośród zmurszałych sosen bagienna wilgoć

broczy po ścieżkach pokrytych pędami jeżyn

 

ciemny tunel zamykają korony starych drzew

korzenie wychodzą spod ziemi i wiją się

w niezmiennie nasączonym gruncie

 

jeżyny sięgają ramion i wyszarpują kolcami

zawiłe wzory ozdobione kroplami czerwieni

zielona ciemność zdaje się przemieszczać

i dymić

 

próbuję ukryć głowę w chmurach

skazana na przejmujący zapach jaśminu

czarnego bzu i akacji

 

ciężko przyznać się nie zwątpić unieść lęk

lekko po głazach w strumieniu wygładzać

szlifować i napinać niepokonane

 

nie pytać dlaczego lecz jak

być wirować ścieżkami własnej krwi

śledzić oddech i wracać

 

w kruche narzędzie istnienia jak do łupinki orzecha

w monotonne tuk-tuk własnego serca

jedyną własność

 

 

przemiana

 

i przyszedł dzień

kiedy wino zamieniło się w wodę

 

 

oślepiał ją wewnętrzny blask

zamykała oczy i oddawała się wyobraźni

wierzyła słowom w najdrobniejszym szczególe

nawet intuicja nie poddawała w wątpliwość wyroczni sądów

 

to geniusz szeptali przyjaciele

jest wielki poklepywali po ramieniu

mistrz nad mistrze szeleściły uśmiechy

 

lękała się dotknąć jego rękawa

strzepnąć pyłek z klapy marynarki

życie całe czekała by był by istniał

jak dzikie wino odradzające wiosnę

 

obejmowała spojrzeniem wieżyczki dachów

i kamienne płyty pokryte omszałym mchem

modliła się o codzienną porcję szczęścia

o przetrwanie wiary nadziei miłości

 

aż do dnia w którym zrozumiała

że jest bez winy

a on jest tylko człowiekiem

 

 

rozdroża

umarłych nie uda się wskrzesić

przy drodze prowadzącej nad rzekę

leży pokrzywiony znak płoną znicze

 

w powietrzu wisi strach

ludzie pozamykali się w domach

jak przed zarazą

 

północ przyszła nie w porę

bo gdyby spóźniła się kilka minut

mogłoby się to nie zdarzyć

 

na pustej drodze bezradnie faluje księżyc

a korzenie traw rozkwitają

fontanną maków

 

i krzyk

którego nie słyszał od chwili narodzin syna

dogonił go w przydrożnym rowie

 

nie mógł już zatrzymać biegu zdarzeń

ani odrzucić bagażu przekleństwa

 

 

zrozumieć niepojęte

kobieta wie że musi przekręcić klucz

oderwać się od obręczy odsłonić oczy i usta

 

odejść by nie żałować kilku chwil

które zakwitły i wydały owoce

 

już nie chce dłużej słyszeć alarmów w środku nocy

i karmić chlebem ostrze kuchennego noża

 

kolejne dni przesuwają się wokół ronda niemożności

bez szans zjechania na prostą

 

zamyka sny w kamiennej skrzyni

połyka drobiny szkła i schodzi na dno morza

 

to ostatnia chwila by nie zadławić się

cierniem wyszarpniętym z krzyża

 

 

fot. z archiwum autorki

Halina Markowska Budniak. Rocznik 1950. Mieszka w Kozienicach.

            W dorobku artystycznym autorki znalazły się dwa indywidualne tomiki poetyckie.  Poszukiwania – rok 1992 oraz Pomiędzy ostem a nagietkiem – rok 2014.

            Ponadto wiersze ukazywały się w antologiach, w czasopismach i wydawnictwach literackich, a także na portalach internetowych, gdzie toczyły się rozmowy i dyskusje,

odbywała krytyka oraz ocena poszczególnych utworów.

I tak kolejno zostały wydane antologie w latach: 1990 – To moje słowa, 1993 – Wiatr w szuwarach, 1996 – Garść życia, 2000 – Dojrzewanie w miłości, 2002 – Wiedzie ludzi w różne strony świata, 2007 – Ja i mój świat, 2008 – Zoned mi.ości, 2008 – Twórcy powiatu kozienickiego, 2013 – Obrazy duszy, 2013 – Słowa puszczane na wiatr, 2016 –  Antologia Poetów Polskich 2016, 2017 –  Antologia Poetów Polskich 2017.

            W konkursach poetyckich kilkakrotnie zdobywała nagrody i wyróżnienia, min:

2006 –  I miejsce w IV Wojewódzkim Konkursie Literackim ”Czytamy i piszemy”

2007 –  Nagrodę Specjalną dla Pisarza Regionu.

2007 –  I miejsce w II Ogólnopolskim Konkursie Literackim ”Ja i mój świat”

2009 –  I miejsce w VII Wojewódzkim Konkursie Literackiem ”Czytamy i piszemy”

2014 –  III miejsce w XII Ogólnopolskim Konkursie Literackim im. Marii Komornickiej.

2017 –  II miejsce w XV Ogólnopolskim Konkursie Literackim im. Marii Komornickiej.

Halina Markowska Budniak oprócz poezji pasjonuje się również fotografią. Ostatnie prace znalazły miejsce  na wystawach, organizowanych dla uczestników warsztatów fotograficznych U.T.W.  w latach 2017 i 2018.

 

 

 

 

 

Tags: ,

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *