MENU
trans-2

„Trans” Joanny Lech. Jaka to poezja?

mdb5

Degustacja win – poezja Marii Dowbor – Baczyńskiej

19 września 2016 Comments (1) Views: 693 Czytam

Zanim skoczę za tobą w przepaść – opowiadanie Zuzanny muszyńskiej

fot. Z.Muszyńska

fot. Z.Muszyńska

Budzę się ze snu, którego nie znoszę – jestem sama, w Polsce, ty wyjechałeś, nie odbierasz telefonów, nie wiem, czy ciebie kiedykolwiek zobaczę. Tęsknię, szaleję, nikt mnie nie rozumie. Dziewczyno, opanuj się, bo w końcu dla niego zwariujesz. Matka, której teraz tak bardzo potrzebuję, jest przeciwko mnie.

Noszę w brzuchu twoje dziecko, a ty zniknąłeś.

To tylko sen, ale kleję się od potu. Panika ogarnia mnie nawet, kiedy śpię. Piżama lepi się do obolałego ciała. Leżę bez ruchu, próbuję wyciszyć w sobie huk emocji. Zaraz będzie dobrze. To tylko sen.

Nie panikuj.

Nienawidzę łóżka, satynowej pościeli, żaluzji, kwiatka na komodzie. Leżę tu i wyję z bólu. Od miesięcy. Jestem zmęczona. Nie jestem już kobietą. Nie wiem, po co tu jestem. Sięgam ręką po szklankę wody. Trafiam na pusty kieliszek. Przyniosłeś go wczoraj, kiedy nie mogłam zasnąć, z moim ulubionym cabernet. Obok książka. Seven Sisters na okładce, przewodnik po południowo–wschodniej Anglii. Na pierwszym planie kamienista ścieżka, prowadząca w dół, ku chatom rybaków. Wokół karłowata, nadmorska roślinność. Ścieżką kroczy para staruszków z pieskiem. Dziwny zamysł autorów. Drażni mnie to. Po co ci staruszkowie w tak perfekcyjnej scenerii? W tle seria wspaniałych, białych klifów. Jakby ktoś wziął zielony, pofałdowany, puszysty dywan, obciął go tępymi nożyczkami, zostawiając nierówne brzegi, zdradzające wewnętrzną strukturę materiału. U stóp kredowych ścian kamieniste plaże, rozlewiska w czasie odpływu.

Weź się w garść.

Gdzie jesteś, Adam? Zastygam w bezruchu. Nie słyszę twojego miarowego oddechu. Wyciągam stopę ku środkowej linii łóżka, umownej granicy, którą ostatnio rzadko przekraczamy. Delikatnie, żeby cię nie zbudzić, szukam znajomego ciała. Pusto. Ciepło, ale pusto. Niepokój. Tak bardzo potrzebuję twojej obecności. Odwracam się w kierunku drzwi. Szpakowata głowa pochylona nad laptopem, bluza narzucona na piżamę. Piszesz do kogoś. Jesteś.

Ogarnia mnie spokój. Jesteś. Będzie dobrze. Przecież to ostatnia sobota mojego życia.

 

 

***

 

Siedzę na ławce przed Instytutem Językoznawstwa. Czytam Wstęp do logiki matematycznej. Mogłabym z powodzeniem odwrócić tę książkę do góry nogami. Kocham języki obce, do nich mam talent, a nie do tych umysłowych wygibasów.

– Można się dosiąść? – Nie widzę pod słońce twojej twarzy, ale lubię głos, poważny i ciepły.

– Można, jeśli masz camele. Robię sobie właśnie przerwę na papierosa – odpowiadam bez wahania. Twój profil podoba mi się jeszcze bardziej niż głos.

– Nie palę. Ale wiem coś o fryzjerze, który strzygł tych, którzy nie strzygą się sami. Czy może sama to rozgryzłaś? – Lubię u facetów uśmiechnięte oczy, a wokół nich śmiertelną powagę. Może być udawana. To znak, że panujesz nad sytuacją. Jest w tobie coś takiego, że nie chce mi się jak zwykle zażartować, wstać i odejść. Od pierwszej chwili wydajesz się inny niż dotychczasowi Marcinowie, Leszkowie i Andrzeje.

– Miałabym kilka pytań. Może kawa? Przyda mi się przerwa na kawę. – Jestem przyzwyczajona do przejmowania inicjatywy.

Tego samego dnia składam ci wizytę w hotelu asystenta. Mieszkasz skromnie, ale z klasą. Masz dobre płyty i niezły, jak na świeżo upieczonego magistra informatyki, sprzęt. Imponujesz mi. I masz wielkie plany. Oczywiście wyjazd za granicę, jak tylko zrobisz doktorat.

Jestem gotowa ukoronować naszą jednodniową znajomość spektaklem w łóżku, najlepszym, na jaki mnie stać. Lubię cię, i tyle. Ale ty odprowadzasz mnie do akademika, pod koniec spaceru obejmując delikatnie ramieniem i doprowadzając tym zwyczajnym gestem do przyjemnego ocieplenia mojego, zwykle chłodnawego dla nudnych facetów, serca. Na dobranoc zaglądasz głęboko w oczy, tak głęboko, że nie jestem pewna, leżąc później w łóżku i rozmyślając o tobie, czy mam jeszcze jakieś tajemnice.

 

 

***

 

Za oknem przepiękna pogoda. Majowy, ciepły poranek, jakich w Londynie niewiele. Przez paski żaluzji wpada do sypialni mleczne światło. Nawet to masz perfekcyjnie zaplanowane. Wymarzona pogoda na sobotnią wycieczkę. Kto w taki dzień zostałby w zatłoczonym mieście.

Zwlekam się z łóżka. Chcę znaleźć się bliżej ciebie, twojego porannego ciepła. Kilka kroków po miękkim dywanie i całuję cię w czubek głowy. Czuły gest, który nie powtórzy się już nigdy. Spoglądasz na mnie znad okularów. Masz zmęczone, przekrwione oczy. Nie spałeś dobrze? Wątpisz? Wahasz się?

– Nie spałeś dobrze, kochanie? – Boję się pytać o więcej. Twój uśmiech jest zbyt niepewny, żeby mnie pocieszyć.

Zerkam na ekran.

Najdroższy, ukochany Synu! Kiedy będziesz czytał te słowa, mnie i Mamy nie będzie wśród żywych. Pozwól mi wyjaśnić powody naszej decyzji…

Cały ty. Rzeczowy, stanowczy. Takiego cię potrzebuję. I kocham od dwudziestu siedmiu lat.

Dlaczego nie rozpaczam nad Markiem? Jestem wyrodną matką? Przecież on oszaleje, kiedy się dowie. W takich momentach, próbując wzbudzić w sobie głęboki żal, czuję się naprawdę słaba. Za słaba, żeby się dla kogoś poświęcić. Dałam z siebie wszystko, co mogłam, niewiele tego zostało. Zresztą Marek jest silny, poradzi sobie. Tak silny jak ty. W jego dwudziestopięcioletnim życiu nie ma ścieżek, z których nie znalazłby bezpiecznego powrotu. Poradzi sobie.

Adam, weź mnie za rękę, zabierz stąd. Już teraz. Zagłusz złe myśli rozsądnym tłumaczeniem, podaj jeszcze jedną tabletkę, szklankę wody i koniec.

Idę chwiejnym krokiem do łazienki. Jednak mam ochotę na ostatnią, aromatyczną kąpiel. Wybieram coś w stylu cytrus, mięta, nutka miodu. Nieważne. Na półce pod lustrem stoi kilka butelek – prezenty od koleżanek, które mi współczują. I życzą przemiłych, ostatnich, aromatycznych kąpieli. Zerkam w lustro. To nie jestem ja. Mniej niż dwa centymetry włosów. Ale i tak lepiej niż po przedostatniej chemii.

 

 

***

 

Jesteś w Warszawie na seminarium. Dzwonisz do mnie codziennie, a znamy się dopiero od czterech tygodni. Czekam na te telefony jak na zbawienie. Co się ze mną dzieje? Koczuję na parterze akademika, pod kanciapą stróża, i czekam, aż mnie przywoła.

– Pani Aniu, telefon z Warszawy, od niecierpliwego narzeczonego! – Kulejący staruszek, zwany Ułanem, lubi grać rolę surowego wujaszka, który strzeże dziewictwa kilkuset studentek.

– Dziękuję, panie Małecki. Już pędzę! – Kilka kroków i chwytam za słuchawkę. Jeszcze sekunda dzieli mnie od twojego głosu. Już, już.

– Hej, Aniu, jak tam? Miałaś dobry dzień?

Bez ciebie? Niemożliwe!

– Taki sobie. A ty?! Kiedy wracasz?!

Tylko to interesuje mnie naprawdę.

– Pojutrze. Będziesz na dworcu? Już się nie mogę doczekać. Aniu, ja za tobą szaleję. Trzymaj się, mała. Do piątku! – Twój głos znika w szumie zakłóceń i marne połączenie urywa się.

W piątek jestem na peronie na pół godziny przed planowanym przyjazdem pociągu. Do tego nieplanowane opóźnienie o godzinę i, kiedy wysiadasz z wagonu, ledwo stoję na nogach. Tak bardzo pragnę cię przytulić, wchłonąć twój zapach. Zobaczyć twoją sylwetkę. Być zobaczoną przez ciebie. To tak, jakbym była gotowa umrzeć za chwilę w twoich ramionach.

 

 

***

 

Kąpiel dobrze mi robi. Siedzę, zanurzona po szyję, i wdycham opary ziół. Po powierzchni wody pływa saszetka z suszoną lawendą, kupiłeś mi ją w Crabtree & Evelyn. Wiesz doskonale, co lubię.

Wynurzam dłonie i robię nimi małe fale. Tak pachnie jeszcze ładniej. Właściwie brak włosów ma swoje dobre strony. Moja krótko ostrzyżona głowa spoczywa na miękkim ręczniku, na krawędzi wanny. Tak jest chłodniej, lżej. I może lepiej się myśli?

Spoglądam na blizny pokrywające brzuch i lewą pierś. A raczej ślad po niej. Tobie to nie przeszkadza. Adam, jak możesz tak mówić? Jakby nie było tego, co nas cudnie jednoczy od samego początku. Nie pozwalam ci tak mówić.

 

 

***

 

Idziemy za rękę do hotelu. Opowiadasz mi z przejęciem, jak było w Warszawie. Tak, rozumiem, to dla ciebie ważne. Czuję nawet zazdrość o wszystko, co zaprząta twoją głowę poza mną. Ale za chwilę będę w twoim życiu tylko ja. Jestem pewna. Tym razem tak. Nie potrafisz ukryć tego, jak bardzo tęskniłeś, jak bardzo mnie teraz chcesz.

Wchodzimy do pokoju. Ja zaczynam robić herbatę i kanapki. Ty rzucasz plecak na fotel, myjesz ręce, w kącie jest umywalka. I nagle czuję na szyi pierwszy pocałunek. Pierwszy nie w usta. Za chwilę całujesz już całą moją szyję, tak jakbyś chciał zdążyć, zanim zabierzesz się za resztę drżącego ciała. Odgarniasz gęste włosy, które dziś specjalnie dla ciebie zostawiłam rozpuszczone. Opadają miękko, blond kosmykami, na odsłonięte ramiona, oczekujące twoich dotyków. Sweter założyłam luźny, z dużym dekoltem, ukazującym możliwie najwięcej gładkiej skóry. Po chwili jestem w niebie twoich pocałunków, okrywają mnie jak motyle. Nie wiem, co będzie dalej. Nie wiem, jak to wytrzymam. Bierzesz mnie na ręce, zanosisz na łóżko. Bez pośpiechu. Dałam ci sygnały, że nie będę się opierać, że wolno ci wszystko. Więc po co się śpieszyć.

Nie chcę wcale być naga, nie chcę, żeby czas płynął tak szybko. Miałeś rację, warto czekać.

Twoje ręce uczą mnie tego, czego nie wiedziałam dotychczas o mapie moich zmysłów. Wiję się z rozkoszy. Wpadam w czasową próżnię. Oby trwało to jak najdłużej.

 

 

***

 

Lekarstwa zawsze na czczo, przed śniadaniem. Po wyjściu z kąpieli rzucam okiem na siedem buteleczek pełnych trucizny, która rzekomo przedłuża mi życie. Zawsze o kolejne marne tygodnie. Odgarniam ręką sześć z nich i łykam tylko jedną tabletkę, z siódmej. Bez niej nie dam rady. Nie pokonam trasy, jeśli ból będzie zbyt silny.

Mówisz, że mam się o nic nie martwić. Po prostu ubrać się w to, co lubię, myśleć tylko na godzinę do przodu. Czytałeś gdzieś, że tak jest najłatwiej. To o tym gdzieś piszą?

 

 

***

 

Siedzimy skuleni pod murkiem latarni morskiej Bell Tout. Ukryci przed wiatrem, który towarzyszy nam od ponad godziny na szczytach Seven Sisters. Za nami trasa z doliny Cuckmere. Rzeka wije się w niej niczym granatowy wąż, który pełznie ku brzegowi, aby zażyć morskiej kąpieli. Wije się wśród soczystych łąk, leniwie, łapiąc po drodze promienie ciepłego słońca. Na zielonych zboczach doliny pasą się ciemnobrązowe krowy. Pojedyncze drzewa, powyginane przez wiatr, czynią krajobraz wichrowych wzgórz bardzo romantycznym.

Stamtąd droga prowadzi szczytami ku następnej dolinie, do Burling Gap. Przerwa na kawę. I kolejne pasmo klifów. Można tak bez końca, kilometrami, jeśli ktoś kocha te klimaty – bezustanny wiatr, zieleń pod stopami, w oddali panorama białych klifów, odcinających ląd od spokojnego, szarawego morza. Ja to kocham. Mogłabym tak bez końca.

Marek spaceruje kilkanaście metrów od nas, niebezpiecznie blisko krawędzi przepaści. Nie może przecież być cały czas z nami. To i tak cud, że jeździ na rodzinne wycieczki. Lgnie do nas, jakby czuł, że nasza miłość jest bezcenna, cenniejsza niż popołudnie spędzone na boisku z kolegami. Wrażliwiec. Mój piętnastoletni przystojniak. Martwię się o moje dziecko.

Ty jak zwykle tłumaczysz spokojnie, że naturalny instynkt nastolatka uchroni go przed wypadkiem. Każe zachować bezpieczną odległość. Nie jestem tego pewna, ale wtulam się w twoje szerokie ramiona i chłonę nastrój chwili. Mam dwóch moich facetów przy sobie, w pięknym miejscu. Jest dobrze.

Nagle moje ukołysane zmysły rozbudza twoje opowiadanie o Beachy Head. To kolejne pasmo szczytów, do którego będziemy zmierzać za chwilę.

– Aniu, czy wiesz, że te najwyższe wapienne klify w południowej Anglii to jedno z najbardziej popularnych miejsc wśród samobójców? Średnio dwadzieścia osób rocznie rzuca się tutaj ze skał do morza.

Co za koszmar! Nie chcę tego wiedzieć.

– Przestań! Czemu mi o tym mówisz?

– Czytałem o tym, przygotowując się do wycieczki. Niektórych udaje się uratować. Kręcą się tam wolontariusze, zagadują ludzi, którzy zachowują się podejrzanie. Kto wie, ilu w ten sposób bezpiecznie wraca do domu i nigdy nie stają się kolejnym numerem w ponurej statystyce lokalnej policji. Rekordzista…

– Przestań! Wiesz, że mam lęk wysokości! Że sama mam czasami ochotę skoczyć, kiedy zbliżam się do krawędzi! Spójrz lepiej na Marka! On zaraz spadnie!

Podnosisz się i idziesz skarcić syna. Żeby mi ulżyć, żeby nie martwił mamy, wiem, że tak mu to powiesz. Chociaż jesteś przekonany o jego zdrowym rozsądku.

Ale ja nie mogę przestać myśleć o tych samobójcach. Po co mi to powiedziałeś? Czy oni chcą być uratowani? Czy ktoś im ratuje życie, czy raczej zmusza do dalszego życia? To nie jest przecież oczywiste.

 

 

***

 

Jestem matką. Leżę w białej, szpitalnej pościeli, skąpanej w moim pocie. Ty stoisz obok i trzymasz w ramionach zawiniątko. Dostałeś ode mnie w prezencie największy dowód miłości. Urodziłam ci syna. Czytam w twoich oczach, że myślisz tak samo. Możemy milczeć. Wiemy oboje, co było między nami i co będzie dalej. Będzie dobrze. Jesteś na to przygotowany. Moją świeżą jeszcze tęsknotę za Polską rekompensujesz solidnym planem na przyszłość. Jesteś przekonany, że wypełnisz w ten sposób pustkę, która powstała w moim sercu. Niewielką, ale jednak. Masz rację. Liczysz się głównie ty. I jest teraz z nami to maleństwo. Wiem, że otoczysz je czułą opieką. Nie wierzę w bajki, ale ty nauczyłeś mnie wierzyć w solidną miłość. Przy tobie stałam się prawdziwą kobietą. I nie chcę już być inna. Powoli zapominam, jaka byłam, kiedy mnie poznałeś. Lubię tę nową siebie.

 

 

***

 

Trzymam w ręku mały, ostry nóż. Zabieram się za rozcinanie kolejnego kartonu, pełnego książek. Wokół mnie kilkanaście takich kartonów i nic więcej, puste ściany. Większość mebli przywieziona zostanie jutro. Ty jesteś na górze, malujesz sypialnię. Musisz się śpieszyć. Marek w przedszkolu, odbierzemy go za dwie godziny. Rozglądam się wokół. Ciągle nie mogę w to uwierzyć. Nasz dom w Londynie. Tyle światła wpada do salonu przez olbrzymie okno. Kominek jest taki wysoki jak ja. Stojąc przy nim, widzę ogród, otoczony kamiennym murkiem, obrośniętym bluszczem. To nie sen. To nasze życie. Tutaj i teraz.

Schodzisz po schodach w bluzie ubrudzonej farbą. Prosisz o szklankę soku. Siadamy na podłodze, planujemy, co jeszcze zdążymy zrobić. Nagle bierzesz mnie za rękę, ciągniesz za sobą na górę. Sam zdejmujesz brudne rzeczy, mnie sadzasz na materacu leżącym na podłodze. Nie masz dużo czasu, wiem. Zrywasz ze mnie sweter, sprawnie odpinasz stanik. Zajmuje ci to ułamki sekund. Leżę w dżinsach na chłodnym materacu. Pieścisz moje piersi, powoli, uważnie, wiesz, że to lubię, i wyczytujesz w moich oczach pełne zadowolenie. Sama ściągam po chwili spodnie, zostaję w skarpetkach i figach. Jestem ciągle zgrabna, jędrna, tyle razy mi to mówiłeś. W chłodzie pustego pomieszczenia drżę z zimna i z podniecenia. Przytulasz mnie mocno, ogrzewasz swoim ciałem. Wchodzisz we mnie powoli, ani na chwilę nie odrywając oczu od mojej twarzy. Znasz mnie na pamięć. A jednak za każdym razem jest trochę inaczej. Tych dwudziestu minut nie chcę nigdy zapomnieć. Nie musisz mi mówić, sama wiem. To twój dom, nasz dom, i twoja kobieta w twoim domu. Właśnie nadałeś mi prawo własności całej tej przestrzeni. Teraz będziemy wspólnie o nią dbać.

 

 

***

 

Pojutrze Wigilia. W całym domu pachnie piernikiem. Dzielę ciasto na cztery kawałki, które łatwiej przekroić na cienkie warstwy. Im więcej powideł, tym smaczniej. Tak zawsze mówisz.

Za chwilę powinien zjawić się Marek. Nie sam, ze swoją sympatią. To będą pierwsze święta we czwórkę. Ty też się cieszysz. Pogwizdujesz, kończąc ubieranie choinki w salonie. Wielkiej prawie do sufitu, pachnącej cudnie. Nawet w kuchni słychać piękne pieśni Schuberta.

Wchodzisz i muskasz moją szyję pocałunkiem.

– Potrzebujesz pomocy, kochanie? Oni zaraz będą. – Wydajesz się być bardzo podekscytowany.

– Może wystaw kieliszki do wina. Moglibyśmy napić się po lampce już teraz. – Gdybyś wiedział, co cię czeka. Najchętniej upiłabym cię w ten wieczór całą butelką, żeby oszczędzić szoku.

Dzwonek do drzwi. Nie zdążymy wypić nawet po jednym kieliszku. Biegniesz otworzyć, ja powoli zdejmuję fartuch. Wiem, co stanie się za chwilę. Wchodzicie do kuchni wszyscy troje, ty, Marek i Brian. Oni w szampańskich humorach, ty z kamienną twarzą, maską zaskoczenia zamiast twarzy.

Ściskam serdecznie Marka, niewiele mniej czule Briana. Znamy się już, Marek wtajemniczył mnie we wszystko. Byliśmy w trójkę na kawie w Covent Garden. Brian jest cudowny, a o życiu Marka wiem od pewnego czasu więcej niż ty. Twój syn jednak się ciebie boi i ja go rozumiem. Jesteś zasadniczy. Kochasz, ale wymagasz. Ja potrafię i chcę sprostać twoim wymaganiom, a on nie zawsze. On musi żyć swoim życiem.

Pomóc ci okiełznać falę uczuć, jaka niewątpliwie na ciebie spłynie – to jest teraz moje zadanie. Będzie dobrze. Ale nie od razu.

Siadacie przy kominku. Pijecie wino, toczy się drętwa rozmowa. Po chwili Brian wchodzi do kuchni. Jest taki bezpośredni, uśmiecha się jak do starej znajomej.

– Pomóc ci, Ann? Chętnie pouczę się czegoś po polsku. Może być jakieś słowo albo potrawa. – Puszcza do mnie oko.

Podaję mu łyżkę i pokazuję, jak mieszać czekoladowy lukier. Między nami jest dobrze, ale czuję, że uciekł przed czymś, co dzieje się między moim mężem i synem.

Po kolacji rozchodzimy się do swoich zajęć. Chłopcy na górę, ja do kuchni, ty do biurka z laptopem. Spotykamy się w łóżku. Siedzisz na jego krawędzi, twarz chowasz w dłoniach. Płaczesz. Przytulam cię mocno, najmocniej jak potrafię.

– Co cię najbardziej boli, powiedz. Że to nie kobieta? Że ukrywaliśmy przed tobą prawdę? – Ja też się boję, mimo że znam ciebie tak dobrze.

– On nie ma do mnie zaufania. Skąd mógł wiedzieć, jak zareaguję. Tak, to jest dla mnie szok. Tak, wolałbym… chyba, żeby mój syn był z kobietą. Ale to nic w porównaniu z tym, że tobie powiedział, a mnie nie.

Leżysz przytulony do mnie ciasno. Jestem ci teraz bardzo potrzebna. W twoim domu jest dwóch mężczyzn, kochają się w sypialni obok, odbierasz to jako cios od losu. A ja tak bardzo rozumiem i kocham ciebie, i tak bardzo czuję, że mój syn jest szczęśliwy. Musi być między tymi uczuciami jakiś pomost i ja go znajdę. Dajcie mi tylko czas.

 

 

***

 

Dzwonię do ciebie, zanosząc się płaczem.

– Aniu, uspokój się, co się stało?! Miałaś wypadek?! Przecież ja mam dzisiaj samochód… Mów! Coś z Markiem?!

– Jestem chora, rozumiesz?! Chora! Umierająca! Mam raka!

– Przestań, uspokój się. Wytłumacz mi! Jakiego raka? Od kiedy wiesz?

– Właśnie jadę ze szpitala. Nie mówiłam ci. Nie chciałam cię martwić. Teraz już za późno.. Mówią, że jest źle. Rozumiesz?! Jest źle! A ja miałam nadzieję…

– Aniu, proszę cię, wróć do domu i czekaj na mnie. Nie ruszaj się z domu. Będę za godzinę. Już jadę.

Kiedy wchodzisz, leżę na sofie otulona kocem. Czekanie na ciebie jest moją ostatnią nadzieją. Że przyjdziesz, wysłuchasz, rozwiążesz problem. I życie potoczy się dalej.

Bierzesz mnie w objęcia. Tak, tak jest dobrze. Ty mnie nie wypuścisz ze swoich ramion, nie pozwolisz pokroić, zaszyć, otruć lekami. Ty to wszystko cofniesz, prawda?

– Aniu, będziemy walczyć. Wszystko będzie dobrze. Teraz nie musisz mi mówić, jak nie chcesz. Prześpij się. Ja tu jestem. Spokojnie. – A jednak drżą ci ręce.

Wieczorem kładę się obok ciebie, sztywna ze strachu, kukła, nie ja. Obca kobieta w twoim małżeńskim łóżku. Jest mi wstyd. Wstyd, że cię zawiodę. Czemu tylko to? Czemu tak?

Patrzysz na mnie, na moją lewą pierś, prześwitującą przez nocną koszulę. Widzę to wyraźnie! Co?! Chcesz się nią ostatni raz nacieszyć? Nie, to jest teraz moja pierś, moja choroba, mój rak! Wychodzę gwałtownie, jakby wybudzona z transu. Trzaskam drzwiami. Schodzę na dół, kładę się na sofie, okrywam kocem. Wybieram samotność. Ale sen nie nadchodzi. Nie mija wiele czasu i już tęsknię. Już znowu ciebie potrzebuję. Marzę o tym, żebyś był przy mnie i dotykał mojej piersi. Właśnie tak. Wbrew lekarzom i wbrew temu świństwu, które w niej jest. Ty jesteś jej właścicielem. Chodź tu i zrób to.

Kiedy słyszę twoje ciche kroki, wzdycham tylko i cieszę się na nadchodzącą chwilę zapomnienia. Udaje mi się przez moment nie myśleć o niczym innym. Przytulam się do ciebie, tak jak zawsze, i pokazuję, że i tym razem wszystko ci wolno. Że bardzo, bardzo tego chcę. Drażni mnie nawet twoja delikatność. Kochasz mnie nieśmiało, powoli, jak małą dziewczynkę. Całujesz długo i starannie chorą pierś. Jakbyś chciał z niej wyssać chorobę. A ja podtykam ci drugą, bo moje ciało żąda symetrii zmysłów. Weź mnie całą, nie żałuj sobie niczego. Póki możesz.

 

 

***

 

Do Covent Garden chodzimy co roku na przedświąteczne zakupy. Uwielbiam rozświetlony dekoracjami plac, w rogu masywny budynek opery. Nieopodal uliczny grajek, dziś Chińczyk z jednostrunową cytrą, otoczony tłumem wielbicieli. Obładowani torbami pełnymi prezentów, z których część pojedzie do Polski, kończymy zwykle wyprawę w dobrej restauracji.

Na moim talerzu góra nietkniętego jedzenia. Z kieliszka upiłam zaledwie dwa łyki. Wokół zgiełk, pachnie grzanym winem, nad głowami, pod samym dachem wirują gigantyczne bombki, wysyłające tysiące świetlnych mikroplamek. Turyści fotografują roztańczony kwintet smyczkowy, wygrywający wszystko, czego dusza zapragnie – od Vivaldiego poprzez folk wyspiarski do klasycznego rocka. Nienawidzę dziś tego miejsca. Sama chciałam tu przyjść, a teraz żałuję.

Głowa pęka mi z bólu. Łysa głowa pod bawełnianą czapką. Ty siedzisz markotny, też nie potrafisz udawać, że jest prawie dobrze, prawie tak jak zawsze. Próbujemy rozmawiać, ale przekrzykiwanie się w tym jazgocie męczy nas zbytnio. Nagle wyciągasz z portfela pomiętą kartkę i kładziesz bez słowa koło mojego talerza. Zerkam na tytuł artykułu, chyba z Guardiana. Seven Sisters ‘suicide pact’ couple were ‘inseparable’. Co takiego?! Przelatuję wzrokiem tekst. Skoczyli razem do morza, bo tak bardzo się kochali? Nie mogli bez siebie żyć? Patrzę na ciebie pytająco. Odpowiadasz bladym uśmiechem, jakbyś mnie o coś prosił. Wariat! Co się z tobą dzieje?!

Do domu wracamy milcząc. Boisz się o tym mówić. A ja zyskuję czas, żeby pomyśleć, co właściwie przez to rozumiesz. Dopiero w sypialni zbieram się na odwagę, żeby zacząć.

– Adam, co ty…? Wiesz, ja naprawdę… Powiedz coś! – Nie wiem jednak, jak zacząć. Nie wiem, czego ode mnie oczekujesz.

– Kochanie, to tylko coś… Ja po prostu nie wiem, już nie wiem, co dalej. Ja chcę, żebyś żyła. Żebyś była zdrowa. Ale jeśli nie, to… Ja sam… Ja nie chcę! – Twoje ramiona zaczynają drżeć, znowu płaczesz. Ostatnio ty częściej płaczesz.

– Adam, rozumiem, ale jak ty to sobie… kochany, jak ty chcesz… jak my mielibyśmy to zrobić?! – wyduszam z siebie wreszcie. To boli tak, jak rany po operacjach.

– Nie wiem, nie wiem jak. A co ja wiem? Powiedz, co ja wiem?! Ja już nie wiem niczego! I dlatego nie chcę dalej się męczyć, męczyć z tobą, męczyć bez ciebie.

Jak ty źle, staro wyglądasz, Adam. Gdzie podział się ciemnowłosy, mocny facet spod akademika, gdzie ten uśmiech, czający się w twoich pięknych, szarych oczach. Jakby z każdą moją blizną przybywało ci kilka głębokich zmarszczek na poszarzałej twarzy.

Milczę. Myślę, że trochę cię rozumiem. Właściwie im mniej słów, tym lepiej. Bo co tu jeszcze zostało do powiedzenia… Ja umrę, to wiemy na pewno. Nie wiemy, kiedy dokładnie, ale na pewno niedługo. Zanim to się stanie, sporo się jeszcze namęczę. A ty razem ze mną i potem zostaniesz sam. Masz rację, to takie proste. Szalone, ale proste. Ty chcesz zrobić coś, nad czym jeszcze oboje panujemy, możemy wyznaczyć czas, miejsce i zawalczyć z losem ostatni raz.

 

 

***

 

Siedzimy przy ostatnim śniadaniu. Bułki nietknięte, wczorajsze. Sobota, kiedy indziej pobiegłbyś po pieczywo do sklepiku na rogu. Widocznie już ci nie zależy. Spijam małymi łykami kawę, mocno paloną, trochę śmietanki, dwie łyżeczki cukru. Mój codzienny kubek życia. Tego mi zawsze brakuje w szpitalu.

Jesteś teraz bardzo spokojny. Patrzysz a to na mnie, a to w okno. Po napisaniu listu do Marka jest ci chyba lżej. Wiem, że wyślesz go w ostatniej chwili, przed wyjściem. Musimy się potem śpieszyć. Jazda trwa około godziny, spacer drugie tyle.

– Aniu, dobrze się czujesz? Mogę coś dla ciebie zrobić? – Wydajesz się jednak nie wątpić. A ja bałam się, że teraz wszystko runie, że to ty spanikujesz, nie ja.

– Adam, spokojnie, jestem okej. Nie chce mi się rozmawiać. Chcę po prostu być. Tutaj, z tobą. Kocham cię. Wiesz, jak bardzo?

– Wiem. Wiem aż za dobrze.

 

 

***

 

Jedziemy wąską drogą, przylegają do niej obrośnięte gęstą roślinnością murki. Ostatnie kilometry przed wybrzeżem. Niebezpieczne mijanki, ale co to dla ciebie. Jesteś doskonałym kierowcą. Kiedy przyjechaliśmy z Polski, kupiliśmy małego grata i od razu poczułeś się pewnie za kierownicą po prawej stronie.

– Adam, pamiętasz nasz pierwszy samochód? Co to było? Renault?

– Tak, dawno to było. Fajnie się jeździło po obcym kraju. – Nawet się uśmiechasz, leciutko, kącikami ust.

– A nasze pierwsze mieszkanko pamiętasz? Byłam w ciąży, ledwo dawałam radę wejść na poddasze.

– Tak, ale jaki mieliśmy widok! Pół Londynu było widać z okna w dachu!

– Musiałam stawać na palcach, ale ty mi pomagałeś, podtrzymywałeś mnie mocno pod łokcie.

– Mmm. Byłaś ciężka.

– Sąsiadów mieliśmy milszych niż teraz, tych Polaków z naprzeciwka i Pakistańczyków z parteru, którzy zapraszali nas co piątek na kolację. Pamiętasz? O mało nie poroniłam po pierwszym razie, po tych ostrych daniach!

– Tak, tak. Właściwie nie wszystko zmieniło się tak po prostu na lepsze. Dziś żyjemy dobrze, ale może bardziej samotnie. – Milkniesz gwałtownie, jakbyś powiedział coś, czego powiedzieć nie wolno.

– Adam, każde pięć minut życia jest cenne. To, co było wtedy, to, co jest teraz. Póki jesteśmy razem. My – razem. Cokolwiek to nie jest. Pamiętaj.

Patrzysz na mnie z ulgą, na chwilę spuszczając czujny wzrok z wąskiej drogi. Jesteś mi wdzięczny, że pomagam ci wytrwać. Wiem.

 

 

***

 

Żegnasz się ze swoim samochodem? To straszne, ale chce mi się śmiać, i to bardzo! Wysiadając, głaszczesz go czule, niby mimochodem, ale znam cię przecież. No i co?! Rób to, jesteśmy już prawie wolni. Ja też za chwilę zrobię coś takiego, jeśli tylko starczy mi sił.

 

 

***

 

– Aniu, co się dzieje? Zwariowałaś? Przeziębisz się!

– No i co?? Umrę przeziębiona! – krzyczę, wykonując powolne, koliste ruchy.

Mam na sobie czarną, zwykłą bieliznę. Ludzie popatrują ze ścieżki. Ale już maj, a Anglicy są zahartowani, lubią poszaleć.

Woda w Cuckmere jest ciepła. Czuję, jak obmywa moje pokiereszowane przez chirurgiczne narzędzia ciało. Chrzest – po raz drugi – na koniec życia? Boże, wybaczysz mi, że chcę być pierwsza, zdążyć przed twoim ostatecznym wyrokiem? Że kocham jego bardziej niż ciebie?

 

 

***

 

Jesteśmy w połowie drogi. Nie mogę złapać oddechu. Trzymasz mnie mocno za rękę, jakbyś się bał, że tu zostanę, a ty pójdziesz dalej – sam.

– Wiesz, że Seven Sisters to Plejady, córki Atlasa, żony bogów, matki sławnych synów. Po śmierci swych sióstr, Hiad, popełniły samobójstwo i dobry Zeus zamienił je w gwiazdy…

– Daj mi wodę, proszę. – Nie mogę dalej iść.

– Plejady zjawiają się w maju, zapowiadając wiosnę i czas bezpiecznej żeglugi.

Uparty jesteś. Pomóż mi po prostu wejść na szczyt.

Oddycham głęboko. Powietrze jest tutaj wspaniałe. Powietrze, woda.Trawa, skały. Ty.

Siedzę wtulona w ciebie. To koniec naszej drogi na szczyt. Już donikąd nie musimy iść. Nie dałabym rady.

– Mów mi teraz, jak bardzo mnie kochasz. Jak nie mógłbyś beze mnie żyć. Mów mi, mów mi, mów mi. Nie chcę ciszy.

– Aniu…

– Albo już chodź! Boję się! Boję się czekać. Boję się, że ktoś nas zatrzyma. Będziemy dalej razem?! Powiedz, że będziemy razem, zawsze. Tam!

Patrzę w niebo, ostatni raz.

Podnosisz się powoli, pomagasz mi wstać. Czuję, że przeholowałam, moje ciało słabnie z każdą chwilą. Ciągniesz mnie za rękę do krawędzi. Czemu na mnie nie patrzysz?! Tu jestem, z tobą! Spójrz! Nagle porywasz moją zalaną łzami twarz, ukrywasz w swoich ciepłych dłoniach, całujesz długo, długo, długo. Szarpiesz gwałtownie w bok, tracę równowagę!

Spadam z myślą, że cię kocham.

 

 

Autor: Zuzanna Muszyńska

Redakcja i korekta: Hanna Bilińska-Stecyszyn

Autor zdjęcia: Zuzanna Muszyńska

 

 

Tags: , , ,

Komentarze do Zanim skoczę za tobą w przepaść – opowiadanie Zuzanny muszyńskiej

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *