MENU
px

Wolność zwodząca lud na bananowce – opowiadanie Ewy Jezierskiej

Izabela-Trojanowska-foto_1

Jeszcze kolanem domykam walizkę – poezja Izabeli Trojanowskiej

11 stycznia 2017 Comments (0) Views: 509 Czytam, Poezja

Zabić kurę – poezja Haliny Rokoszewskiej

upadek

są dni

kiedy rozpacz łyżkami się mierzy

 

miniony czas

w sędziowskiej todze

podcina kolana

 

upadam

za tamto

za sine dłonie w uścisku

 

upadam by powstać

jak stół z desek

jak miłość od jednego spojrzenia

 

 

kanał

do ciebie się zwracam

filozofie spod mostu spotkań samobójców

z jedną nogą tam

gdzie krążą twoje myśli

 

mistyku w podartych skarpetach

ze Spinozą pod pachą

co za nic masz troski świata

wejdź do naszego domu

 

tutaj jest chleb i stół

na ekranach telewizorów

ludzie ludożercy

patrzą na siebie wilkiem

 

a my współbracia wieprzowi

zjadamy szynkę

z porcelanowych talerzyków

i nie zmieniamy kanału

 

czekamy na wolność

jak czeka się na pierwszą gwiazdkę

 

krzesło dla ciebie

stoi w centrum uwagi

z nadzieją że otworzysz oczy

Umierającemu Niewolnikowi

 

 

deszcz

lubię deszcz

szczególnie w nocy

kiedy puka w szyby jak duch

kiedy zmywa gęsty brud

z ulic placów i sumienia

lubię deszcz

bo po deszczu świat się zmienia

wszystko wokół takie mokre

drzewa kwiaty ptaki psy

nasze twarze też wilgotne

i nikt nie wie

czy od deszczu

czy przez łzy

 

 

krzesło

kobieta wstaje z krzesła

razem z nią piersi

otulone koronkowym stanikiem

brzuch

wełniane pończochy

przybite podwiązką do nóg

trzy warstwy halek

ciężka suknia

 

zostawia krzesło

odchodzi

niosąc przeżyte śmierci

krzywdy

twarze zatrzymane w czasie

obraz kolii

z wystawy u jubilera

 

krzesło powoli stygnie

oplecione czarnym włosem kobiety

 

 

pociągi

na skrawku ruchomej podłogi

złodzieje

kurtyzany bez zwierzeń

nobliwe damy

księża

wszyscy wszyscy

skondensowani w ciasnych kabinach

wciągają lepkie powietrze

naoliwione neurozą

nimfomanka pławi się w nawróceniach

na dobrą drogę

złodziej obcina ręce

za kradzież bułki

nowicjuszka w habicie

rysuje na zaparowanej szybie

kołyski kaftaniki z koronkami

a dawne uczucia zatrzymane

zrywają się jak psy z łańcuchów

ciekną po bagażach

kleją się do nóg

miłosny popiół

trajkocze pod kołami

a dokąd to dokąd a dokąd to tak

czy warto ci było przez życie się pchać

i nogi połamać i sensy rozerwać

by wysiąść na stacji nieczułych pożegnań

 

 

zabić kurę

kiedy szliśmy na łąkę po kwiaty

rozbawieni zakochani

za płotem kobieta odrąbywała toporkiem

łebek kurze

 

zanim jednak do tego doszło

goniła ją po podwórku

zapędziła w kozi róg

gdzie kura szybko zniosła jajko

jakby chciała wykupić się od śmierci

 

jajko było nawet złote

ale nic nie pomogło

ostatnie konwulsje

rzucały teraz

uskrzydlone bezgłowe ciało

na boki

na gruz po starym domu

na psią budę

 

kwiatów na łące było niewiele

jakieś marne stokrotki

przygniecione ptasimi lotkami

ale nie zrywaliśmy

może

żeby nie zabijać

 

 

co mi zrobi koniec świata

przy kawie i słodkich bułeczkach

negocjuję z końcem świata

warunki zagłady

 

tak

niech uderza w pogardę

i zbrodnię

nie tykając planety

 

przy koniaku złagodził stanowisko

owszem

dotknę zła

lecz przemyślcie sobie

bo w ludziach mieszka

 

wypił ostatnią kroplę

i poszedł kończyć inne światy

 

 

cyrkulacja

uciekam

za siedem chmur

gór

i pieczęci

gdzie armagedon nie sięga

i niczyja ręka

nie wygraża

palcem wskazującym

 

nie wiem nic

o gehennie

etyce

budowie jądra komórkowego

 

schowam się w jaskini

by krzesać nowy ogień

otworzę kamienne tablice

przed zjedzeniem owocu

z drzewa poznania dobra i zła

 

 

znak przymierza

i stuknęli się kielichami

ojciec z synem

na znak wiecznego przymierza

w pijaństwie

pociągnęli

poczuli luz

w ruch poszła

patriotyczna pieśń ojcowska

 

wyrwał się pasek

z fiksacji funkcyjnej

by siekać bladą skórę synka

za ochlaj przedwczesny

 

i poszedł ojciec zapić

zszargane nerwy

polała się czysta

na rozkołysane biodra

na błyszczącą ziemię

co ucieka spod stóp

 

 

fot. z archiwum autorki

fot. z archiwum autorki

Halina Rokoszewska: Urodziłam się w Wałbrzychu w 1954 roku, ale od wczesnego dzieciństwa mieszkam w Kaliszu. Z wykształcenia jestem geodetką, zakochaną w literaturze i matematyce. Łączenie biegunów, przeciwieństw, to moje życiowe wyzwanie. Od lat trzymam w szufladzie napisane przeze mnie wiersze, opowiadania, dramaty. Od niedawna publikuję twórczość poetycką na Facebooku i na stronie „Ogród poetów”. Poezja jest dla mnie nie tylko sztuką pięknego słowa, ale także wstrząsem moralnym, który ma oczyszczać, wyzwalać dobro, demaskować zło. To chcę znaleźć w poezji i to pragnę jej podarować, od siebie, tak z serca do serca.

 

 

Tags: ,

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *