MENU
fot. z archiwum autorki

Tylko na chwilę – poezja Elizy Segiet

PG-fotka_2

Pogoda nie istnieje – poezja Pauli Gotszlich

22 sierpnia 2016 Comments (0) Views: 528 Czytam

Woolwich – opowiadanie Zuzanny Muszyńskiej

fot. Z. Muszyńska

fot. Z. Muszyńska

Przytupnęłam kilka razy, próbując rozgrzać zmarznięte stopy. Nie było wcale zimno jak na grudzień, ale nawet pięć minut czekania dawało się we znaki. Spojrzałam w prawo, usiłując wypatrzeć znajome kształty w szarości zamglonego poranka. Ani autobusu, ani Hanki. Zerknęłam w dół, na bawełniane spodnie i wystające spod nich botki z cienkiej skóry. Czerń od stóp do głów, typowy mundur pracowniczy w Londynie. Całe miasto wydawało się jechać co rano na pogrzeb. Ale ja lubiłam wtapiać się w ten żałobny tłum. Zamiast brylować jak Hanka, która chociaż czapkę musiała mieć różową i z wielkim pomponem.

Gdzie ona się podziała? Codziennie to samo: podbiegała na przystanek w ostatniej chwili zdyszana, w rozpiętej kurtce. Rzucała do mnie prawie bezdźwięczne „cześć”, wpychała się pierwsza do ciepłego pojazdu, skanowała „ojsterkę” i siadała na pierwszym wolnym siedzeniu. Nigdy nie omieszkała, mimo pośpiechu, pożreć swoimi ciemnobrązowymi, nawet o tak wczesnej porze błyszczącymi oczami, widocznego za szybą kierowcę autobusu.

– Też facet. Nigdy nie wiadomo, który wpadnie mi w oko – powtarzała z uśmiechem, widząc, jak zerkam na nią z dezaprobatą. Nie zawsze miała szczęście. Za kółkiem siedziały dość często kobiety.

Punkt siódma. Spóźniali się dziś oboje: ona i autbous. Zmrużywszy oczy, dojrzałam na samym końcu ulicy czerwony pojazd. Im był bliżej, tym wyraźniej widziałam pomarańczowe cyfry 1-7-8 i napis Woolwich. Oczywiście w tym samym momencie pojawiła się Hania. Ścigając się z autobusem, kiwała mi ręką już z daleka. Zdążyła, jak zwykle.

Kiedy dopadła przystanku, były dwie minuty po siódmej. Co ona sobie myślała? A gdyby przyjechał punktualnie? W Marks & Spencer nie tolerowano spóźnień. Musiałyśmy odbijać karty przy każdym wejściu na salę. Ale Hanka miała zawsze szczęście. Już od roku pracowała w kasie i to ona, ulubienica szefowej, pomogła mi zdobyć tę pracę. Bez niej nie miałabym szans przejść rozmowy kwalifikacyjnej.

Ja też lubiłam Hankę, nawet bardzo. Ile życia, ile optymizmu czaiło się w spojrzeniu spod ciemnej grzywki, dzisiaj przygniecionej wełnianą czapką. Jak ona to robiła, że co rano, kiedy ja zajmowałam się sobą, zostawiając mężowi poranne obowiązki – budzenie syna, szykowanie śniadania, słanie łóżek – ona troszczyła się o wszystko sama, mając w dodatku dwójkę dzieci. I zero męża.

Usiadłyśmy z przodu, choć autobus był prawie pusty. Blisko siebie, żeby ogrzać się wzajemnie. Hanka przy oknie. Nie protestowałam, choć to ja baczniej obserwowałam ciągle nowe dla mnie miasto.

Obie wyciągnęłyśmy smartfony. Hanka wsadziła do uszu słuchawki, a ja wybrałam stronę gazeta.pl. Kiedy przesuwałam palcem po ekranie, mignęła wśród tytułów nazwa Woolwich. Nasze Woolwich? Niemożliwe. Czemu w Polsce mieliby pisać o tej akurat dzielnicy Londynu?

Kliknęłam natychmiast na odpowiedni link. Ach, chodziło o morderstwo z zeszłego roku. Dwóch mężczyzn zaatakowało żołnierza, zabili go, a potem odcięli mu głowę. Właśnie zaczął się proces i świat przypomniał sobie o tym wydarzeniu. Szturchnęłam Hankę łokciem.

– Pamiętasz, kiedy to się stało? Mnie jeszcze wtedy nie było w Londynie – powiedziałam dość głośno, bo ciągle nie zdjęła słuchawek.

– Proszę? Jakie morderstwo? Znowu morderstwo? – odparła, niechętnie odsłaniając jedno ucho. – Ach, to w Woolwich. Wiesz, tam wszystko jest możliwe. To murzynowo.

– Hanka, oni piszą o napadzie dokonanym przez dwóch terrorystów, w zeszłym roku. Spójrz, pamiętasz? To Lee Rigby. Żołnierz brytyjski. Zamordowano go w maju. – Podsunęłam jej telefon ze zdjęciem młodego, sympatycznego chłopaka w czerwonym mundurze.

– A, to ten facet. Niezły, co? Szkoda przystojniaka – powiedziawszy to, spojrzała przed siebie na przód autobusu. Pewnie zamyśliła się nad jakimś facetem, poznanym w ostatni weekend w pubie. Kolejnym kandydatem na ojczyma dla jej dzieci i miłość życia dla niej.

– On miał malutkie dziecko i żonę. Wyobrażasz sobie, jaka musiała być przerażona? Chyba lepiej, żeby zginął na wojnie – westchnęłam. – A tak cała Anglia, ba, cały świat oglądał jego zwłoki wytaszczone na środek ulicy przez tych typów z Al–Kaidy! Zresztą ty tutaj byłaś. Pracowałaś tego dnia? Pamiętasz coś? – zerknęłam na nią zaciekawiona.

– Nie, miałam wtedy ranną zmianę. Ale dziewczyny wszystko mi opowiedziały. – Hanka miała w pracy dużo koleżanek. – Ludzie nie mówili o niczym innym przez kilka dni. Wiesz, Anglicy kochają sensacje – dodała z przekąsem, jakby sama nie czytywała wyłącznie kolorowych pisemek z rodziną królewską na okładce.

– Jak myślisz, co czuje taki terrorysta, który dostaje polecenie zabicia niewinnego człowieka? – spytałam z nadzieją, że naciągnę ją na poważniejszą rozmowę.

– Terrorysta nie czuje niczego. Dostaje prochy i idzie zrobić, co mu kazano. To chory człowiek, pojeb jakiś. – Hanka prychnęła pod nosem na dźwięk własnych słów. – Zresztą co cię to obchodzi? Twojej rodzinie nikt krzywdy nie robi. Ciesz się, że mieszkasz gdzie indziej, a po Woolwich nigdy nie chodź sama po zmroku. Tam możesz dostać w czapę od zwykłego czarnucha, nie tylko od terrorysty – dodała.

– Mnie chodzi o cały świat, nie tylko o Woolwich czy o Londyn. Ja akurat lubię w Londynie to, że jest tak kolorowo – zaprzeczyłam gorąco.

– Bo ty nie jesteś normalna, w tym cały problem, kochana – zaśmiała się Hania.

Autobus zahamował na przystanku przy szkole, do której chodził Marek. Wybraliśmy ją, bo znajomi mówili, że była najlepsza w okolicy. Wsiadła tutaj, jak co dzień, ładna Murzynka z dużym notesem pod pachą. Logo przyszyte do kołnierza jej swetra należało do znanej w całym mieście Woolwich Polytechnic.

– Patrz na tę laskę. Diabeł wie, z jakiej rodziny pochodzi. Kim jest jej ojciec. Co jej kładą do głowy w domu. Niby ładna, niby czyta całą drogę, ale z takimi to nigdy nie wiadomo. – Hanka przyglądała się dziewczynie podejrzliwie, nie wahając się mówić na jej temat głośno po polsku.

– Jestem pewna, że pochodzi z porządnej rodziny. Wygląda na ambitną, będą z niej ludzie – zaprotestowałam. – Zobacz, mieszka w pobliżu Thomas Tallis School, a dojeżdża codziennie do innej, jeszcze lepszej szkoły. Zależy jej – dodałam.

– Już mówiłam, ty jesteś nienormalna – westchnęła Hania. Widziałam kątem oka, jak wyszukuje sobie nową piosenkę w smartfonie. Rozmowa zaczynała ją najwyraźniej nudzić.

Jechaliśmy dalej przez spowite poranną mgłą ulice Kidbrooke, potem Charlton, wreszcie początki Woolwich. W pobliżu szybkiej trasy do BlackwallTunnell mignęły na horyzoncie wieżowce Canary Wharf. Łapały o tej porze pierwsze smugi światła z nieba zmieniającego kolor z nocnego granatu na poranny kobalt.

Londyn. Moje ukochane miasto. Od niedawna nasz nowy dom.

Dojeżdżaliśmy właśnie do koszarów w Woolwich. Terroryści wybrali to miejsce, aby ukarać brytyjską armię za wtrącanie się w ich islamski świat. Tutaj mieszkał i pracował Rigby. Dwupiętrowe budynki Artylerii Królewskiej, zbudowane z brązowej cegły, otaczały rozległy plac. Za nim rozciągał się park. Miły kobiecy głos zapowiedział kolejny przystanek, za skrzyżowaniem z Ha-Ha Road. Nazwa pasowała jak ulał do wydarzeń, które rozegrały się w maju.

Podobno stało się to popołudniu. Wyobraziłam sobie, jak czarne kobiety wracały z pracy, zmęczone, zamyślone nad tym, co kupić po drodze, co ugotować na obiad. Dzieci z pobliskiej szkoły miały niebawem wybiec na ulicę. Przypadkowi przechodnie stawali nagle twarzą w twarz z człowiekiem o umazanych krwią rękach. Gdyby nie dzierżony w nich tasak, martwiliby się, że to ofiara wypadku. Ale narzędzie zbrodni zdradzało intencje mordercy. Wznosił okrzyki na cześć Allaha, prosił, aby go filmować. Zza jego pleców można było dojrzeć ciało martwego człowieka, porzucone na ulicy.

Widywałyśmy codziennie z autobusu scenkę w oknie koszarowym na rogu budynku. I dziś nie było inaczej. W dużym, pustawym pokoju zawsze paliło się mdłe światło. Przystojny oficer – skoro nie dzielił z nikim sypialni, musiał być wyższej rangi – czasami jeszcze półnagi, golił sie przed lustrem, a czasami prasował koszulę, ukazując muskularne ramiona obnażone przed biały podkoszulek. Tak samo mógł zaczynać swój dzień Lee Rigby.

Szturchnęłam Hankę. Ona też lubiła obserwować przystojnego oficera, ale z zupełnie innego powodu.

– Jak tam nasze ciacho? – zapytała, zdejmując znów słuchawki.

– Już ubrany. Nie będzie widowiska – odparłam, przypominając sobie, że autobus miał dziś lekkie opóźnienie, i zerkając ukradkiem na zegarek.

– No, to faktycznie nie będzie zabawy. Może jutro pokaże coś więcej, nasz pączuś – oblicze Hani aż zaiskrzyło na myśl o widoku przystojnego żołnierza w porannym negliżu.

– Wyobraź sobie, że tak mógł wyglądać poranek Rigby’ego. Ogolił się, ubrał, wyszedł na śniadanie, nie wiedząc, że był to ostatni dzień jego życia. Że kilka godzin później dwóch szaleńców miało go potrącić samochodem, dźgnąć nożem, obciąć głowę i potem wywlec zwłoki na środek ulicy – wyrzuciłam z siebie jednym tchem.

– Gdyby wiedział, nie wyszedłby w ogóle na dwór, ot co – odparła Hanka.

– Byłby ciągle młodym, zapewne szczęśliwym mężczyzną, ojcem i mężem. Ale świat nie usłyszałby, jak bardzo nienawidzi się Brytyjczyków za to, że biorą udział w kontrowersyjnych wojnach – dodałam. Czemu ukrywać to, co dręczyło mnie w tej i innych, podobnych historiach?

– Gdybym ja główkowała tyle co ty, też bym już chyba nie żyła – zaśmiała się nieprzyjemnie Hanka i zaczęła pakować słuchawki i smartfona do torby, bo zbliżaliśmy się do końcowego przystanku.

Po wyjściu z autobusu ruszyłyśmy szybkim krokiem do Marks & Spencer.

Na centralnym placu Woolwich kręcił się już kolorowy tłum. Rozejrzałam się wokół. Co tak naprawdę wiedziałam o życiu w tej dzielnicy? W starych, odrażających blokach, z szarymi od brudu oknami i balkonami pełnymi gratów, gnieździły się wielodzietne rodziny. Główna ulica oprócz kilku elegantszych sieciówek upstrzona była malutkimi sklepikami, w których sprzedawano żywność z całego świata. Wisiały w nich pod sufitami, wprost nad głowami klientów, jakieś wychudłe kurczaki ze związanymi sznurkiem stopami. Krwiste ochłapy mięsa, które trudno było przypisać konkretnemu zwierzakowi, leżały w plastikowych miskach, bez nazwy, ceny, żadnej wzmianki o pochodzeniu. A jednak ktoś to kupował i zjadał.

Moimi klientami w kasie byli często muzułmanie. Jeśli całe rodziny, to kobiety stawały zawsze za mężem, nie śmiały wyprzedzić swojego mężczyzny nawet o krok. Milczące, zwykle w chustach na głowie. Zdarzały się i takie w burkach. Tych wręcz nie lubiłam, bo jak tu obsłużyć klienta nie patrząc mu w oczy, bez możliwości uśmiechu? Podobno mieszkała przez pewien czas w Woolwich Biała Wdowa, poszukiwana na całym świecie terrorystka. Aż zadrżałam na myśl o tym, że mogłaby stanąć w kolejce do mojej kasy.

Weszłyśmy do budynku przez boczne drzwi, jak zawsze przy porannej zmianie, kiedy sklep był jeszcze zamknięty dla klientów. Sue, nasza szefowa, siedziała już przy komputerze. Przywitała nas obie miło, ale miałam wrażenie, że do Hanki uśmiechnęła się serdeczniej. Ja byłam nowa.

– Cześć, dziewczyny, jak się macie? Zimno, nieprawdaż? – zagadnęła, spoglądając na nas znad okularów.

– Witaj, Sue. Zimno, ale mogłoby być gorzej. Przecież mamy grudzień. – wyrwałam się z odpowiedzią, żeby uprzedzić Hankę. Ciągle jeszcze nie opanowałam brytyjskiej etykiety. Nie mogłam spamiętać, kiedy wolno narzekać, a kiedy wypada chwalić pogodę. Sue spojrzała na mnie z lekkim zniecierpliwieniem.

Weszłyśmy na górę, do szatni, upchnęłyśmy w szafkach kurtki i plecaki, i pognałyśmy na drugie piętro po kawę. Ostatnie pięć minut wolności. W stołówce siedziały dwie koleżanki, zagadane, jak mi się zdawało, nad sprawą morderstwa. Usiłowałam zrozumieć, co mówią, ale Hanka zaczęła trajkotać o tym, co robiła poprzedniego dnia.

– I zadzwoniłam do mamy, do Polski, wiesz, i ona mnie pyta, czemu nie pójdę do jakiegoś polskiego klubu i nie poszukam sobie kogoś. Ja jej na to, że Angole są dla mnie w tej chwili o wiele bardziej atrakcyjni. Ale ona tego nie rozumie – mówiąc to, rozsypała na stół cukier z małej, papierowej rurki.

– Pewnie trudno jej uwierzyć, że jesteś tutaj już zadomowiona. Że planujesz zostać na stałe. Wolałaby mieć ciebie i wnuki z powrotem u siebie – próbowałam, nie wiem czemu, tłumaczyć kobietę, której na oczy nie widziałam.

– No tak, ale co ją to obchodzi, gdzie i kogo poznaję. Ona mi w ten sposób nie pomaga. I co jak co, ale do garnka też mi nie wkłada. Ja jej wysyłam pieniądze. Mogłaby chociaż miło ze mną rozmawiać. Przecież się staram.

– Może potrzebuje więcej czasu, żeby ogarnąć całą sytuację – mruknęłam lekko poirytowania, bo nie zdołałam wyłowić ani słowa z rozmowy koleżanek, a temat Hanki, jej londyńskich kochasiów i wiecznie niezadowolonej mamy męczył mnie coraz bardziej, szczególnie wczesnym rankiem, przed pracą. – Lecimy? Zanim otworzą, trzeba sprawdzić, czy dziewczyny zrobiły wczoraj porządek – dorzuciłam nerwowo.

– Leć, leć, ja cię dogonię, jeszcze dopiję kawę – odparła Hanka i bez pośpiechu skierowała się w stronę krzesła naprzeciwko włączonego telewizora.

Nie zamierzałam na nią czekać. Zbiegłam na parter, odbiwszy po drodze kartę w automacie.

W pośpiechu sprzątnęłam stół wokół komputera kasowego, zawalony starymi rachunkami i kuponami, które Paula, moja zmienniczka, zostawiła poprzedniego dnia, śpiesząc się do domu. Punktualnie o ósmej otwarto sklep i przy kasie ustawili się niecierpliwi klienci.

Na pierwszy ogień poszedł „streetbummer” – starszy, zaniedbany włóczęga, mówiący z wyraźnym hinduskim akcentem. Ubrany w poszarpaną kurtkę, bezzębny, z burzą siwych loków okalających ciemną twarz, uważany był przez personel za trudnego klienta. Ja wsłuchiwałam się z przyjemnością w jego bezbłędny, wręcz wyszukany angielski.

Dziś też „hinduski książę”, jak go nazywała Hania, nawiązał ze mną miłą rozmowę.

– Jedziesz na święta do Polski, kochaniutka? Masz tam rodzinę? – zapytał z typowym dla Hindusów melodyjnym akcentem.

– Nie, zostaję tutaj, mam sporo dyżurów przez cały grudzień. A ty? Jakie masz plany? – zagadnęłam. Wiedziałam, że tak naprawdę chciał opowiedzieć coś o sobie i swoim niełatwym życiu.

– Ja? Ja nie obchodzę waszych świąt. I nie mam rodziny. Będę sam, zjem to co zawsze. Ale nie martw się o mnie, ja jestem zawsze szczęśliwy. A najszczęśliwszy, kiedy widzę co rano twój piękny uśmiech, kochaniutka – powiedziawszy to, wyszczerzył do mnie bezzębne dziąsła.

Mój uśmiech był tym razem lekko wilgotny. Starając się ukryć wzruszenie, spakowałam do zielonej, plastikowej torby chleb i mleko. Wydając resztę, zauważyłam, że obserwuje mnie z sąsiedniej kasy Hania. Spoglądała z niedowierzaniem.

„Nowy narzeczony? Nie mogłaś lepiej trafić!” – mówiło jej porozumiewawcze spojrzenie.

„Żyjemy w tym samym mieście, ale w dwóch zupełnie różnych światach” – odpowiedziałam jej w myślach.

 

 

Autor: Zuzanna Muszyńska

Redakcja i korekta: Hanna Bilińska-Stecyszyn

 

 

Tags: , ,

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *