MENU
15902468_1428829717129469_1727903027_o

Rzepiór intercontinental

fot. z archiwum autorki

Zabić kurę – poezja Haliny Rokoszewskiej

9 stycznia 2017 Comments (0) Views: 542 Czytam, Opowiadania

Wolność zwodząca lud na bananowce – opowiadanie Ewy Jezierskiej

pxMacanko prawej kieszeni spodni. Jest, jest. Jest tam jak zwykle. Dziwne jeśli go nie ma, ale zazwyczaj jest. Wyciągam go, a kciuk mam już w gotowości. Klik w czarny przycisk. Ślizg palcem. Odblokowane. Biały pasek Google czeka. Wpisuję niechcący „gace”, ale wyszukiwarka intuicyjnie sugeruje mi „face”. Facebook.

 

Czy ty masz jakieś zaburzenia psychiczne? Koleżanko z fejsa, kurwa, czy to nie jest aby twoja sześćdziesiąta ósma foteczka tego dnia? Boże, nie mogę na to patrzeć.

 

Patrzę.

Ludzie tacy fajni na tym FB. Tyle czasu mają na spotkania ze znajomymi na kocyku i trawce, na bieganie, na całowanie, na jogowanie, na imprezowanie, na sranie. Nie, na sranie tam czasu nie mają.

A ja co? Tylko ich oglądam. Sama nic nie wrzucę, bo i nie ma czego. Nie w sensie, że się wstydzę własnej facjaty, znajomych albo swojej sałatki z pomidorem. Nie, nie, to nie o to chodzi. Mnie się po prostu nie chce. Nic mi się nie chce – oto fejsbukowa depresja. Tylko tak sobie przewijam paluchem posty i zdjęcia. Ot, cała moja aktywność.

Depresja = wstaję rano, ale jeszcze na chwilę zamykam oczy. Otwieram, a za oknem jest już ciemno.

FBpresja = wstaję rano, chcę jeszcze podrzemać, ale sięgam po telefon i zaczynam  przewijać posty. Za oknem robi się ciemno.

 

Niekiedy, czasami, często, bardzo często jest tak, że trzeba sobie zrobić przerwę. Przerwę od życia, takie dwie, trzy minuty co dwie, trzy minuty. Przy robieniu kawy, przy mieszaniu sosu pomidorowego, przy robocie, pod stołem, nad talerzem, pomiędzy jednym zdaniem a drugim, bez znaczenia czy mówionym, czy pisanym. I wtedy robisz klik-ślizg i pukasz coś w biały pasek Google. Cokolwiek. Aż pewnego dnia znów robisz sobie przerwę, ale orientujesz się, że przerwą staje się robienie kawy, mieszanie sosu, twoja praca czy rozmowa przy stole. I jeśli masz z tej przerwy dokądkolwiek wrócić, będzie to ten biały pasek, do którego dostajesz się za pomocą magicznej czynności klik-ślizg.

 

Klik-ślizg. Jestem i znów mogę sobie coś wpisać na białym pasku Google, mieć dostęp do każdego hasła, poszukać sobie jakichś pojebanych słów na sjp. Biały pasek jak biała karta, mogę ją sobie zapisać czymkolwiek zapragnę. Zapisać, przeczytać, zapomnieć i znów biała karta, i tak w kółko. Dzięki białemu paskowi mam dostęp do wiedzy przeogromnej jak świat. Chcę się dowiedzieć o czymś od czapy, na przykład o wojnie w Nikaragui, wpisuję „wojna w Nikaragui”.

Tylko nie rozumiem, dlaczego zamiast „wojna w Nikaragui” wpisuje mi się „facebook” albo „insta”. No, nieważne. O czym to ja? Co ja miałam tam wyszukać? Wojna gdzie? Ooo, jaki fajny kotek. Ale śmieszny!

 

No, dosyć jęczenia. Trzeba coś zrobić ze swoim życiem. Odłączyć się od tego klikania, pukania i ślizgania. Wrócić do świata. Pojechać na grzyby. Poczuć las, zapach mchu, zapach igliwia, takiego niezobowiązania do niczego, takiej jakby… No, ten… Kładziesz się pod lipą, leżysz i widzisz niebo i przebijające listeczki złote światło. Wszystko niby tak jak powinno być – powrót do natury, relaks, mindfulness w plenerze, medytacja, ale… Ale w głowie wciąż nieodłączna myśl, ta spuścizna czasów, w których każde podejrzane piknięcie jest licznikiem bomby, każdy dziad borowy to indyjski gwałciciel, każda sekunda oddala cię od twoich urodzin, a przybliża do chuj wie czego. I wciąż ta myśl, myśl, która nakazuje twojemu ciału bycie w pełnej gotowości, nieustannym strachu, szepczącym, że ta lipa, pod którą leżysz, zaraz spierdoli ci się na łeb. O tak: szlacht!

O nie. Nigdy więcej medytacji w plenerze. O nie, wychodzę. Klik-ślizg.

 

Ten las jest chyba jakiś sztuczny, skoro łapię tu internet.

No, dobrze, mordeczki, co tam u was? Nawet nie muszę o to pytać, sami mi wszystko opowiadacie. Zanurzam kciuk w strumieniu informacji. I znowu dowiaduję się rzeczy, których wcale nie chciałam się dowiedzieć. Ja weszłam tam po to, żeby nie-wiem-po-co, ale na pewno żeby nie-po-to. #Marsz narodowców, #pucze, #kury, które znoszą jajka przy IX Symfonii d-moll, #terroryści, #wojna, #cyckiblachodachówka, #putin, #molestowanie, #piwko ktoś coś, #ofiary śmiertelne, #szydło, #szyszko. Kurwa, wszystko nagle na wyciągnięcie ręki, palca, kciuka. To się nie dzieje w rzeczywistym świecie przecież.

Jezu, Jezu, co ja tu robię?

Wychodzę.

 

Wracam. Jak po masło do sklepu, bo się skończyło i nie ma czym chleba smarować. Gdzie tam masło? Pesto. Wracam, nawet o tym nie wiedząc. To już jest odruch, który się zapisał we krwi, a ja tę krew przekażę dalej i moje dzieci rozwijać się będą nie w moim łonie, tylko w interłonie. Tak im się będzie podobało, że nie zechcą wyjść i będę skazana na ciążę dożywotnią.

Wpisuję w wyszukiwarkę:…

Zaraz, co ja miałam wpisać? Czego ja tu szukałam? Czegoś… na „w”… „we”…”wol”…? Zapomniałam, co chciałam, choć przecież miałam to w głowie jakieś cztery sekundy temu.

I co ja teraz wpiszę?

A może by tak jakieś słowo na ń?

 

Ile jeszcze tych dzieci wrzucicie? I rukoli?

Nie, na #dzieci jednak nie mogę patrzeć, wychodzę. I już do tego piekła nigdy nie wrócę. Och, jakby się chciało trzasnąć drzwiami. A tu tylko mały krzyżyk, napis „Wyloguj się”, który jest za blisko ustawień i kolejne trzy sekundy stracone. Oj, jakie one cenne. Ojojoj.

 

Pustka. Spokój. Myśl. Co ja miałam wpisać w tej wyszukiwarce? Nie pamiętam. To mi się zdarza coraz częściej. Czasami wchodzę w Google i w momencie, gdy mój palec zawisa nad literą, od której miała się zacząć poszukiwana fraza, zapominam, czego tam chciałam. I chuj. Nie przypomnę sobie. Palec wisi nad „w”, ale nic mi to nie mówi. Wyrazów na „w” jest tyle, że… Nie, nie ma opcji. Zapomniałam. Wyszukiwarka intuicyjnie podpowiada mi tylko „Wybrzeże Helskie”, „wiocha” i jeszcze „Wołyń”.

 

Miałam tam już nie wchodzić, ale wylądowałam na kiblu na jakieś dziesięć, piętnaście minut. Kiedyś na kiblu czytałam książki. A teraz już nie. Wchodzę: ślizg palcem po ekranie, puk puk Google i… Nie… Serio? Prawie sobie przypomniałam, co miałam ostatnio wpisać, ale znów mi wyleciało z głowy. Boże, zwariuję. Miałam to słowo, już miałam, ściskałam je za ogon i ciągnęłam do siebie. Tak właśnie. Ciągnęłam, siedząc na kiblu ze spuszczonymi gaciami i jeszcze zdążyła mi przemknąć przez głowę myśl, że złapałam coś genialnego. Coś, co jeszcze bezkształtne, łaskotało mnie mile pod sercem i tak cieplutko je przytulało… I wtedy szast-prast, zniknęło. Znowu zniknęło. Przepadło, pozostawiając pasek wyszukiwarki biały, pusty, do dupy. To jakaś paranoja. Aż tak źle jeszcze nie było. I nie mówię o zapominaniu, tylko o tym, że coś utkwiło mi w głowie i postanowiło sobie tam posiedzieć, nie przedstawiając się wcześniej. Może to rak? Nie, nie, niemożliwe, słowo zaczyna się na „w” przecież.

 

Czasami gdy czytam książkę i napatoczy mi się jakieś trudne słowo, nie muszę już biec po słownik, co byłoby stratą czasu. Robię klik-ślizg, sprawdzam fejsa, insta, gazeta.pl, snapchata, pudelka, a następnie to nieznane słowo. Przy okazji mogłabym sprawdzić to drugie, na „w”, ale wciąż nie pamiętam, co to było.

Albo kiedy jest nudna scena w filmie. Też wystarczy zrobić klik-ślizg i jakoś ją tam przeżyć. Powpisywać sobie różne pierdoły w biały pasek. Coś tam, cokolwiek. Cokolwiek zechcę. Co? Oj, nie wiem.  Wszystko.

 

Wiele jest chwil, kiedy naprawdę nie ma na co patrzeć, bo wokoło tylko ludzie i pokemony.

Wyciągam telefon, popukam se.

Dobra, co ja miałam sprawdzić? Kursy Polskiego Busa? Nie, po co? Przecież i tak nigdzie nie pojadę. Pogodę? Nie, już znam na kolejne dziesięć dni, gazeta.pl przeczytana, znaczy obejrzana, gmail ogarnięty, na fejsie byłam ostatnio pięć minut temu, więc zapewne nie doszło wiele nowych postów sponsorowanych. Nuda. Marazm. Nawet nie próbuję już sobie przypomnieć, co miałam ostatnio wpisać w wyszukiwarkę. Trochę mnie czas jakiś kłuło po nerkach to zapomniane słowo na „w”, przepadłe gdzieś w tyle głowy, skąd mogłaby je wydostać chyba już tylko hipnoza. Ale teraz już o tym nie myślę. Lżej jakoś dzięki temu niemyśleniu. Nieprzypominaniu sobie. Niepamiętaniu.

No to… co by tu wpisać? Hm… Hm… Jezu, cokolwiek. Mogę przecież wpisać wszystko, co zechcę, poczytać o tym, o tamtym i pooglądać tego i tamtego. Wszystko. Niech to będą na przykład te… no… Na przykład… A, chuj, pierwsze, co mi przyjdzie na myśl.

Bananowce.

A co!

Wolno mi.

 

Autor: Ewa Jezierska

Korekta i redakcja: Hanna Bilińska Stecyszyn

fot. z archiwum autorki

fot. Ewelina Grzechnik

Ewa Jezierska: Publikowała recenzje, teksty krytyczne, felietony i opowiadania na portalach: Dzika Banda, Gildia.pl i Szuflada.net .Autorka cyklu o mitologii słowiańskiej, z czego narodził się pomysł na powieść, nad którą obecnie pracuje.

 

Tags: ,

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *