MENU
girl-97433_1920

What a wonderful World

1 kwietnia 2016 Comments (1) Views: 975 Czytam

Wnetwstąpienie

fot. Pola Pane

fot. Pola Pane

 

Obcy dotarli do Ziemi w niekształtnych bryłach brudnego lodu. Wchodzili na orbity z jakimś zastanawiającym wahaniem źle pilotowanej maszyny. Tkwili tam w obłędnym tańcu ponad rok, a potem miesiącami przedziwnie zsuwali się w atmosferę. Nic z łagodnego ślizgu, nic z upadku, nic z gwałtowności kolizji. Raczej jak obrzydliwa masa spływającego kleju pozbawiona zwykłego dynamizmu wylewanej cieczy.

W łagodnym zetknięciu z gorącymi masami powietrza lód pokrywający istoty uległ szybkiemu odparowaniu. Całe niebo przecięły tłuste, wirujące smugi. Niesiony wiatrem smród wplótł się w mgły niemające końca. Zmieszał się z rosą i zanieczyszczał wilgoć dodatkowym, wstrętnym posmakiem. Zwykły oddech przenikały rozpylone kropelki cieczy dającej się porównać tylko do jakiegoś obcego moczu. Wypluwane, barwiły ślinę krwią. W obszarach podbiegunowych ciecz zamarzała i padał przesiąknięty starym tłuszczem śnieg.

Wreszcie – zbyt wyczekująca bowiem była długa cisza – rozległ się cichy, przeciągły grzmot podchodzących do lądowania. Dopiero teraz można było rozróżnić pojedyncze ciała. Z daleka niekształtne. Przypominające grudy zlepionych skwarek. Z bliska podobne do jaszczurów, z wielkimi, rozdygotanymi ludzkimi rękami.

Obcy pozbawieni kosmicznych statków? Bez skafandrów? Niemal nadzy wobec próżni? Tłumnie ruszyli w gwiazdy w zwykłych, latających gaciach?

Spleceni trzema parami rąk, w długich na kilometry, roztańczonych rzędach spadli na uśpione miasta. Z wrzaskiem wyrywającym z trzewi życie przelatywali ponad tłumami zaskoczonych ludzi. Setki tysięcy trzymających się za ręce obcych. Rozśpiewanych, rozgwizdanych i wrzeszczących. Miliony ludzi umarły już pierwszego dnia, miliardów nigdy nie dobudzono ze zwykłego snu.

Przeloty przypominały bombardowania dźwiękiem. Niektórym kojarzyły się z pieśnią wigilijną, od której pękały mury, innym z lawiną głosów słyszalnych nawet w wirtualnym świecie Internetowego Spieku. Umierali tylko ci zdecydowani wyłącznie na rzeczywistość. Innych oszczędzono. Jakby uzależnienie od netu stanowiło punkt zbieżny, ważny i istotny w próbie całkowitego zagarnięcia ekologicznej niszy zajmowanej przez człowieka.

Nazywali siebie Hydrolami. Lądowali wokół głównych pól Spieku. Kopali nory i czekali. Być może Internet wylał się z czeluści kosmicznej nocy? Albo ktoś… w nim zrodzony?

 

 

I

 

Froyl stał na polu tuż za linią krzywych domów. Ściany brudziły hasła młodzieżowych przekleństw i rozległe panoramy graffiti. Rysunki falliczne wprost szokowały dbałością o szczegóły. Prym wiodły widoczne objawy nowych chorób. Przestały być zagrożeniem, więc przerodziły się w intrygującą zabawę. Szczególnie choroby skóry stały się modą w naturalnym zdobnictwie ciała. Podnóże murów wyglądało wobec tego jak jedna wielka wysypka ropiejących wrzodów. Całość tworzyła przejaskrawioną paletę kolorów, przy których tęcza była bladą kurwą.

Froyl poruszył stopą. Ciepła maź zachlupotała. Pod miękką watą dziwnego kurzu kryły się rozległe, płytkie kałuże, tak że po chwili nawet najsuchsze miejsce nasiąkało galaretowatym płynem ogólnoplanetarnej sieci. Błyskawicznie wypełniał stopy stojącego. Skóra pękała, kości miękły, a podeszwy stawały się cięższe niż tona zardzewiałego żelastwa. Wystarczyło, że zaszło podejrzenie o nieuzgodnioną zmianę hasła, zły login, zafałszowany certyfikat binarny, a sieć natychmiast upominała się o swój płyn i wypróżniała w jego poszukiwaniu system krwionośny delikwenta do zera. Ból był straszliwy, a ryzyko zapieczenia podwójne. Suchość oznaczała brak kontaktu ze środowiskiem, odrzut i zwykle doprowadzała do szaleństwa. Należało wstrzymać na możliwie długo oddech. Zatrzymać większość procesów życiowych w Realu. Przeczekać do czasu wyprodukowania namiastki naturalnej krwi i zastartować organizm na nowo. Najgorsze jednak pozostawały wymogi natury biurokratycznej. Mówiono, że zmiany w jakiś sposób wymusili na sieci Hydrole. Nowe logowanie do systemu, wbijanie haseł i uzupełnianie kodów zajmowało tygodnie. A sama aklimatyzacja w wirtualnych rzeczywistościach? Niekiedy stawała się po prostu niemożliwa.

Froyl wylogował się. Odetchnął pełną piersią, zakasłał i kilkoma susami ponad wszędobylskimi kałużami dotarł do popękanego chodnika. Miał tu stary samochodowy akumulator, na którym usiadł. Ostrożnie, wręcz z nabożną czcią, ściągnął wełniane skarpety. Po Spieku wyglądały jak o kilkanaście rozmiarów za duże rękawiczki. Setki iskier wystrzeliły od materiału, przepełzły mu przez palce i spłynęły do ziemi. Rozmasował suchą jak pergamin skórę. Wstał. Rozluźnił mięśnie. Splunął kilkakrotnie. Po przebywaniu w sieci na języku zawsze gromadził się obrzydliwy nalot.

Z wolna powracał słuch. Dochodziły pomieszane głosy. Bardzo odległy śmiech, płacz i nieco bliższy odgłos cichej rozmowy. Ujrzał zamazane, potem coraz wyraźniejsze sylwetki krzątających się Froggies. Kątem oka przyglądał się tym człekopodobnym istotom. Z wyglądu przypominały małe dzieci, z zachowania zrzędliwych starców. Coś robiły ze stojącą głęboko zalogowaną kobietą. Z pewnością znajdowała się w najgłębszym Spieku. Jej włosy dymiły, a z uszu, jak z nieszczelnego zaworu, wydobywał się cichy syk. Kamienna twarz wyrażała obojętność trupa. Froggies, podśmiewając się, spłaszczały jej brzuch. Froyl już nie raz widział tego rodzaju spłaszczanie i tym razem widok nie wywołał torsji.

– Froyl! Froyl Froyl! – pisnęły w jego kierunku maluchy. Człowiek jakoś zawsze im imponował.

– Co tam grzebiecie? Znowu problemy z trawieniem? – zapytał, zamierzając iść w kierunku kobiety.

Na widok jego niepewnego kroku warknęły złowrogo. Ostentacyjnie znieruchomiał.

– Zapiek. Ma zapiek – wyjaśniły. – Wielki czteromiesięczny zapiek. Dziwne, że nikt nic nie widział. Chodziła po Realu i nikt nie widział. W samotności wybierała szkodliwe opcje. Wysuszające…

Froyl przyglądał się obojętnie rozciąganym na brzuchu kobiety kawałkom skóry. Małe ręce maluchów pracowały szybko. Jedne delikatnie wygładzały i naciągały, inne wyskakującymi z palców szponami przebijały, cięły i rzucały na ziemię schnące szybko kawałki brzucha. Na gorącym błocie internetowego Spieku fragmenty zwijały się i kruszyły jak kawałki szarego mydła. Pachniały nawet podobnie.

Kobieta stała z wysoko wyciągniętymi rękoma, dumnie wypięta, wibrująca w wirtualnym śnie, a drżąca w Realu jak boleśnie strugana lalka. Piersi przeświecały starym srebrem, a usta pokrywała gruba warstwa szminki. W wąskiej szparce krzywej wargi czerniały dwa przegniłe zęby.

Coś chlupnęło i pociekło wzdłuż kolan stojącej. To, co upadło potem na płaski kamień, wyglądało na najdziwniejsze stworzenie, jakie udało się zobaczyć Froylowi w całym krótkim życiu. Ciągnęło za sobą długi oślizły przewód, łączący się gdzieś głęboko ze stojącą nieruchomo postacią.

– Boli, boli, boli… – skomentowały pracowite maluchy. Zaśmiały się krótko, przydeptując to coś mocniej do powierzchni ziemi, aż pękło jak nadmuchana torebka po hamburgerze.

– To obcy?

– Tak, tak, tak. Obcy – przytaknęły zgodnie.

Jeden z Froggies zbliżył się. Zaledwie sięgał mu do pasa, a patrzył spode łba. Rozwarł usta w szkaradnym, metalicznym uśmiechu, jakby już w młodości stać go było na srebrne wypełnienia ubytków w szczęce.

– Hydrole robią wasze brzuchy robaczywymi w Realu. Wiesz o tym?

– Robak? Prawdziwy ludzki robak? Pokażesz mi go? – zapytał Froyl poruszony.

– Nie. Lepiej już sobie idź, Froyl – odmówił stanowczym tonem maluch, wskazując pobliskie domy. – Idź tam. Niech twoi chłopcy cię wsadzą do wanny. Niech cię dobrze wymoczą w środkach odżywczych dla skóry. Niech przetrawią za ciebie. Wymienią płyn limfatyczny. Podregulują skład krwi i wymienią filtry w nerkach. Za chudy jesteś. Pogarbiony i bardzo suchy. Potwornie suchy…

Froyl posłuchał. Pobiegł koślawo, trenując równy oddech. Odprowadziły go krzywe spojrzenia Froggies. W biegu wcisnął skarpety sieciowe do kieszeni spodni. Biegł w stronę obdziobanych bloków. Zawsze po wyjściu ze Spieku świat przypominał stare, pożółkłe fotografie. Tak było i teraz. Mroczne, zamazane obrazy, nierzadko z dziwnie skrzypiącym podkładem muzycznym fragmentów plików mp3, koegzystujących w mózgu z jeszcze niewyraźnymi dźwiękami z Realu.

Poprzez setki lat informatycznej rewolucji sieć przyjęła formę płynu. Zaczynał się tuż pod powierzchnią gruntu, gdzie lśnił zaledwie widoczną wilgocią. Głębiej przesączał się niemal poprzez wszystkie warstwy Ziemi aż do samego jej zimnego już jądra. Wyparł wodę. Zastąpił oceany. Wessał w siebie chmury. Zwykły kamień, roślina czy zwierzę, naciśnięte nawet z niewielką intensywnością palcem, wydzielały galaretowatą ciecz. Stąd te utraty kształtów, zmiany kolorów i stępienie ostrości zarysów pod wpływem zwykłego wiatru.

Popchnął skrzypiące drzwi. Przebiegł kilka schodów i znalazł się w zimnym korytarzu kamienicy. Zobaczył zarys niepokojąco rozedrganego cienia. Ktoś tu siedział i machał paskami sieciowych kodów. Froyl przypuszczał, że zna siedzącego.

– Cześć, Pencil – zaczął. – Nieźle wyglądasz – stwierdził, chociaż z daleka zalatywało kłamstwem. Obraz wyostrzył się nagle, potem przejaskrawił jak w źle wyregulowanym monitorze. Pencil chorobliwie chudym ciałem opierał się o odrapaną ścianę. Jego oczy już tonęły głęboko w czaszce, jak gdyby wciągnął je stale kurczący się mózg.

– Już sobie postałeś? – zapytał. – Człowieku, nie widziałem cię szmat czasu. Szkoda twojego życia na pole, za dużo formalności loginu. Ja mam stanowisko w piwnicy. Niezła szybkość przesyłu danych – przekonywał. Jego oczy dawno przestały być ludzkie. Przez źrenice przeświecał brudny metal.

– Ja żyję moją miłością. – Froyl ciągle nie potrafił wyrównać oddechu. – Znalazłem ją. – Słowa ciągle posiadały odległe brzmienie. Jakby produkowało je dno brzucha albo brudna powierzchnia ściany. – Jest cztery kilometry stąd – dodał wreszcie normalnie.

– Ta twoja dziwka? Na polach Broomville?

Froyl skinął głową. Słowo „dziwka” nie było obrażające, raczej zabrzmiało odświętnie, szczególnie dzisiaj.

– Zgadłeś. Od zawsze wiedziałem, że istnieje gdzieś w pobliżu. Nikt jej nie uprowadził, nie zrobił resekcji, nielegalnych podprowadzeń i kanałów. Po prostu zapiekła się na łączach.

– Zobacz moje sieciówki – wymruczał Pencil, wskazując ruchem głowy niechlujne skarpety. Jakieś iskry strzeliły z nich aż do muru. – Też się zapiekły. Uciekałem od tego portalu obcych już w Realu.

– Nie stój na betonie, ośle. Przecież tam nie ma pola. Ugotują ci się nogi! – Stał w osłupieniu, przypatrując się nogom Pencila. Przypominały oparzone nad gazem nogi niedzielnego kurczaka.

– Pierdolę to! – rzucił Pencil rozgoryczony. Machnął w końcu ręką. – Ile jeszcze zostało nam lat? Pięć? Dziesięć? Nastawiam czas na sieciowy miesiąc, a budzę się po roku. Potem nie mogę dojść do siebie przez tydzień. Czy ty też cierpisz na rozbłyski dzikiego światła w Realu?

Froyl skinął w milczeniu głową.

– Wszyscy zamienimy się w potwory – kontynuował Pencil. – Ale lepiej idź już, bo czekają tam na ciebie twoje maluchy, Froggies.

Powiedział to ciepło, jakby od niechcenia, ale Froyla przeszedł zimny dreszcz odrazy. Znowu to samo!

Niechętnie wdrapał się na swoje piętro. Zastał drzwi do swego mieszkania oparte o ścianę. Widocznie któryś z zapalczywej dziesiątki wyrwał je z zawiasów. Wszedł do zimnej kuchni. Stały, sukinsyny, w jednym rządku, szczerząc ząbki w jadowitym uśmiechu. Ze zdziwieniem doliczył się szesnastu. Były w różnym wieku, ale większość nie przekroczyła czwartego roku życia. Dwa wyglądały na niedorozwinięte roczniaki z zaledwie wykształconą mordą. Wszystkie nagie i jak zwykle posiniałe, i mokre od jakiegoś wstrętnego potu.

– Froyl! Froyl! – zawołały z jakimś niezdrowym entuzjazmem. Te najbliższe pomogły mu ściągnąć koszulę, jeszcze inne spodnie. Niektóre głaskały go z zainteresowaniem po pośladkach. Ze skupieniem poszukiwały jakichkolwiek śladów przemiany materii. Niestety odbyt wyglądał na całkowicie zrośnięty.

– Boli? Boli? Boli? – pytały, naciskając goły brzuch.

– Nie – odpowiadał przy każdym nacisku. – Jest suchy. Jeżeli rozumiecie, co mam na myśli.

– Tak, tak. Suchy – rzuciły zgodnie i ospale. Zawsze udawało im się operować chóralnym półgłosem. Nic, nawet zająknięcia. Perfekcyjnie audiodopasowani.

– Masz sny? Śpisz? – pytały.

– Nigdy nie mam na to czasu. Zwykle stoję na polu.

– I nie wiesz, czy podczas Spieku śnisz?

– Przebywanie w wirtualnym świecie Spieku jest jak sen. Zwykle czekała tam moja dziewczyna, Ropen, dopóki jej nie zgubiłem w jakiejś nowej przeglądarce. Zwyczajnie zmieniłem skórkę, a tu wpadł spam, jeden i drugi. Dwie strony dalej. Kanał gier, jakiś szybki przelot po odsyłaczach, powrót. I znów powrót. I nie ma mojej dziewczyny-snu. Brak adresu. Zero kompletne. Sprawdzam historię. I coś wymazało ją doszczętnie z historii. Czytam. Brak danych. Sprawdź prawidłowość wbitego hasła. Sprawdzam. Milion razy. Gubię się. Głupieję. I znów wchodzi spam obcych…

– Logowała się do tego samego portalu? Mieliście dzieci?

– No, kochaliśmy się niezliczoną ilość razy.

– No to posiadacie jakieś potomstwo?

– Ależ skąd. Przecież musiałoby się urodzić w Spieku, wirtualnie. Bez sensu.

Milczały przez chwilę, gładząc jego podbrzusze.

– A my?

– Co wy? – Niemal się wściekł, pytając. Dłonie mu drżały, usta stały się zimne i wąskie. Nawet nie przypuszczał, że pytanie wyzwoli tyle obrzydzenia. – Co za insynuacje? Kurwa!

– Ostatnie dziecko w Realu urodziło się naturalnie ponad dwieście lat temu – podpowiedziały.

– Ty nie masz już szans – wyśmiał go ktoś z boku. – Twoja Ropen nie posiada nawet aktywnych piersi w Realu.

– Ptaki wydziobały jej sutki! – zaśmiał się jakiś zasmarkaniec z tyłu.

– Jej układ krwionośny kończy się na płucach – skomentował stojący najbliżej wanny.

– Mylicie się. Znajdę ją i wam udowodnię, że wszystko działa jak należy.

– Prędzej ja ci udowodnię, że urodzi się ludzki potomek ze związku z Hydrolami.

– Zawsze mówiliście, że ta planeta nas ludzi już nie chce. To po co wam potomek skrzyżowany z Hydrolami?

– Bo to prawda. Was ludzi już nie…

Kilku malców doprowadziło go do wanny.

 

 

II

 

Wynurzył się mokry, kapiący tłuszczem i pokrzepiony. Jeszcze w wannie Froggies zaaplikowały mu tuzin oleistych porcji wchłaniaka, przeczesały skąpe włosy i posmarowały kremem ospowatą twarz. Kiedy wyszedł, rozbiegły się po kamienicy, niosąc pomiędzy ściany dziki śmiech.

Jeden pozostał. Gapił się z rozdziawioną paszczą, w której Froyl doliczył się chyba siedemdziesięciu ostrych zębów. Błyszczały jak ostrze fabrycznie nowej piły. Wreszcie malec odwrócił się do okna. Pluł, usiłując dosięgnąć śliną chodnika. Charkanie i głośny gulgot były nie do wytrzymania. Froyl miał dość. Rozejrzał się wokół i z całej siły kopnął brzdąca w dupę, aż puścił bąka. Nic to nie zmieniło. Mały zaczął podejrzliwie węszyć. Przechylił się przez parapet.

– No, wąchaj, wąchaj! Nie wiem, co, do kurwy nędzy, robią tam z wami w banku spermy, bo jakoś coraz dziwniej im to wychodzi.

Froggie odwrócił się wolno.

– Nie przypominacie wcale normalnych dzieci – kontynuował człowiek. – Słoik nanobiontów domieszali do genotypu w waszej maminej kadzi? Pewnie nie było to nic ludzkiego! Brak w waszych twarzach duszy. – Froyl, ubierając się, mówił powoli. Trochę kręciło mu się w głowie po tym obżarstwie. Znów obraz przebiegły jakieś śnieżne pasy, biegnące tym razem w poprzek. Mrugnął kilkakrotnie. Zakłócenia wpadły z sykiem pod prawą powiekę. Uwolniły pojedynczą łzę, ciężką jak kropla oleju. Wstydliwie roztarta na policzku przypominała smugę czerwonego smaru.

– To zależy od tego, kto i jak rodzi – wyjąkał mały. Z trudem wymawiał słowa. Jego oczy stały się mocno okrągłe. Niemal wypadły z orbit. – Dlaczego ja zawsze muszę znosić twoje humory? – dodał z pretensją. Nagle wlepił wzrok w gołego fiuta.

– No, popatrz sobie, popatrz… Podglądaczu! Może wypadniesz na skwer z wrażenia.

– Niby na co mam patrzeć?

– Sikacz ciągle pracuje.

– Bo krwawi?

– No i siknie czasami moczem – wyjaśnił Froyl z dumą.

Maluch wzruszył ramionami. Potem pokręcił głową w niedowierzaniu.

– Ludzie kłamią – zakończył, przysuwając się z powrotem do okna.

Froyl zapiął wreszcie oporny rozporek. Wchłaniaki wysadziły mu brzuch. Miał wypocić to syntetyczne świństwo przy następnym kąpaniu. Nie marnował więcej czasu. Wybiegł z domu.

Pencil spał na chodniku. Obok siedziały jego Froggies. W milczeniu patrzyły na swego pana. W oczach chowały niecierpliwość i zwykłą złość.

Froyl przebiegł drogą do najbliższej przecznicy. Minął kilku nieśpiesznie spacerujących ludzi, podążających za nimi wiecznie rozgadanych maluchów, przeźroczystego konia usiłującego wyrwać z pęknięcia chodnika młodziutką trawę i wysuszonego kota śpiącego na parapecie okna. Real zaskakiwał monotonią. Brakowało roślin. Brakowało tężyzny kolorów. Nawet powietrze wypełniał smród po lądowaniu obcych, chociaż od tego faktu minęło już dwadzieścia długich lat.

Po kwadransie dotarł do narożnego sklepiku używanej odzieży sieciowej Babuni Volta. Kradzione, a potem przeszywane ciuchy Hydroli stały się idealnym remedium na zaprogramowane dolegliwości netu. Nierzadko sam tradycyjny Splot Hydrolski nie wystarczał. Niezbędne były kody obcych. Nie obywało się bez dodatkowego logowania każdej nitki z osobna. Artystka robiła to w godzinę. Amator grzebał się z hakowaniem miesiącami. Nierzadko ponosząc śmierć przy próbach wchodzenia do Spieku.

Kradzież ciuchów obcym należała już do historii. Wiązała się z ryzykownym podkopem do szatni obcych, nierzadko walką, a czasem i śmiercią. Nielicznym się udawało. Często założenie czegoś hydrolskiego doprowadzało do infekcji niszczących skórę, rzadziej do paraliżu ciała. Nie było nikogo, kto parałby się tym ryzykownym zajęciem na stałe. Oprócz Babci Volty.

W centralnym punkcie wystawy wisiały srebrzyste kalesony. Na tym sprzęcie Hydrole pokonali otchłanie kosmicznej przestrzeni. Bardzo ciężkie w pilotowaniu, siermiężne, rzadko kiedy dopasowane do ludzkich nóg. Pencil często wspominał dziadka Wasyla. Stary ubrał kiedyś to kurewstwo i wyrżnął w locie w drzewo, ledwo uchodząc z życiem.

Potężna moc kalesonów pozwalała na połączenie się z kwantową siecią Spieku wprost z powietrza. Pencil opowiadał, że czasem odnajdowano kilkudziesięciu sczepionych razem na drzewie ludzi. Do tej pory nikt ich nie dobudził. Ponoć, gadał Pencil, przeszli na Uchlejstwo.

 

 

III

 

Dom Dreda stał na drugim końcu miasta. Niegdyś kleił się do ściany drapacza chmur, a od czasu inwazji już tylko przylegał do wyniosłych ruin. Dred miał niewielki pokój na poddaszu. Okna wlewały tu sporo światła. Brakowało w nich szyb i tylko kratownica ram wycinała wzór cienia na ścianach. Może dlatego słońce z taką łatwością przejaskrawiało kilka krzeseł i niewielki stół z plastiku.

Wejście Froyla było dość niespodziewane. Siedzący przy stole Dred błyskawicznie przykrył coś szmatą. Ale grymas strachu zmiękł i twarz rozpogodziła się na widok egzaltowanego Froyla.

– Dred, znalazłem ją!

– No, mów – spokojnie zachęcił Dred, wpuszczając kroczące za Froylem maluchy. Dokładnie siedmiu.

– Ropen jest zalogowana na polu Broomville. – Jego oczy błyszczały, gdy to oznajmiał. – To po drugiej stronie miasta – stwierdził z niechętnym grymasem Dred. Przydusił peta w popielniczce. Jeden z Froggies wyczyścił stół i posprzątał pety.

– Idziemy? – zapytał Froyl.

Dred nienawidził tego natrętnego tonu u przyjaciela. Spojrzał na niego przenikliwie. Chudy głupek pocił się i drżał podekscytowany. „Cóż znaczyła jakaś zagubiona dupa na odległym portalu? Jeszcze Broomville, skąd, jak ogólnie wiadomo, się nie wraca”, pomyślał.

– Raczej nie teraz. O tej porze cały teren roi się od Froggies. Nie odpuszczą nam samotnego spaceru.

– Dlaczego?

– Są zazdrosne.

– O co?

– Zwyczajnie. O miłość. Niewielu opiekuje się ludźmi. Te osamotnione są najgorsze.

– Nie pójdziesz?

– Powtarzam: nie teraz.

Twarz Froyla pozostawała niewzruszona tą odmową. W jego dłoni błysnęła tabletka spina. Był to rodzaj dopalacza netowego, niemal niedostępny po tej stronie globu.

Dred uśmiechnął się. W końcu machnął obojętnie ręką.

– Pójdziemy wcześnie rano. Popołudniami Hydrole wygrzewają się na łąkach tuż pod lasem!

Dodana uwaga w zupełności wystarczyła, żeby na dzisiaj ostatecznie ugasić zapał przyjaciela. Jego oczy zmatowiały, wyglądały teraz identycznie jak plamy tłuszczu na jego wiecznym golfie.

– To kiedy? – upewniał się niecierpliwie.

– Mówiłem ci. Jutro rano. I nie pójdziemy tam bez broni. Zbudowałem świetną pukawkę z resztek browninga, rolsona i szamiatnikowa. Mówię ci, cudo myśli rusznikarskiej.

Dred odrzucił szmatę. Odsłonił precyzyjne narzędzie do zabijania. Broń przypominała dwa ping-pongi połączone misterną plecionką złotych nici. Lufa i rękojeść były czarne, a zasobnik na energię różowy. Już na pierwszy rzut oka przedmiot wyglądał na miks konstrukcyjny posiadający wielu ojców.

– To wymiatacz mojej konstrukcji – dorzucił Dred, jakby jedno wyjaśnienie nie wystarczyło.

Froyl odsunął się z przestrachem.

– Wypróbowałem go… – zawiadomił przyjaciel z udaną powagą. Uniesione brwi świadczyły o co najmniej udanym eksperymencie. Jedną ręką sięgnął po butelkę whisky stojącą pod stołem. Napełnił dwie szklanki i jedną postawił przed Froylem.

– Przełam spina na pół i wrzuć – powiedział tonem nieznoszącym sprzeciwu.

Wypili. Obaj przez chwilę z trudem łapali oddech.

– Ciężko jest żyć w Realu bez tego stuffu, Froyl. – Mówiąc, pojednawczo klepnął go w ramię. – Chodź, coś ci pokażę – dodał, ciągnąc go za rękę.

Razem upchnęli wrzeszczących Froggies do szafy. – Chcemy być sami. Przynajmniej na chwilę – przekonywali rozwrzeszczaną hołotę.

– Gówno, gówno, gówno! – zawodziły, kopiąc wściekle drzwi.

– Chodź, Froyl. Te drzwi wytrzymają jakiś czas.

Przeszli przez pół kamienicy i wyłamali zamknięte drzwi do mieszkania starego Wasyla. Zastali tam kompletny bałagan. Przed parapetem okna stał mały Froggie. Był goły, tak jak wszystkie Froggies w jego wieku. Podeszli bliżej. W głowie dzieciaka ziała okropna dziura, sięgająca stóp. Lej był wydrążony w srebrnej, metalicznej masie. Dred włożył rękę do środka. Chwilę coś drapał. Wyciągnął. Jego wskazujący palec pokrywała gruba warstwa srebrzystej masy.

– Skosztuj tego – powiedział znów tym swoim głosem tyrana.

Froyl polizał.

– I co?

– Słodkości.

– Dziadek Wasyl mówi, że smakuje jak czekolada. Była kiedyś taka sprasowana masa z kakao, cukru i mleka. – To mówiąc, oblizał dokładnie palec. – Wasyl mówi, że one smakują jak wielkanocne, czekoladowe zające.

– On zawsze tutaj stał?

– Hektor? – Dred wzruszył ramionami. – Zawsze.

– U mnie też taki Hektor ciągle stoi przy oknie. Co one robią?

– Może to strzelec wyborowy, do kurwy nędzy. Co myślałeś, że te dzieci opiekują się nami z dobroci serc? Zawsze było na odwrót. To dorośli opiekowali się taką dzieciarnią i tłukli to to pasem po gołym tyłku, albo kazali klęczeć w kącie na grochu.

Froyl przełknął głośno ślinę.

– Jutro pójdziemy po twoją Ropen. I niech nikt się nie ośmieli stanąć nam na drodze – oznajmił Dred, wymachując bronią. – Będziesz miał z nią prawdziwe dzieci?

– Obiecywała mi to za każdym razem, kiedy kochaliśmy się w Spieku.

– I ty wiesz, jak się to robi w Realu?

– Jak? – Froyl przełknął znowu ślinę, tym razem całkowicie zmieszany.

– Ona musi ci się oddać – powiedział Dred i na widok miny przyjaciela parsknął niepohamowanym śmiechem.

– Całowaliśmy się aż do orgazmu.

– Froyl, durniu! Od tego nie rodzą się dzieci. Musisz być sprawny seksualnie. Wiesz, ona i ty. Zdrowe genitalia przede wszystkim, a tobie nawet już odbyt nie działa. Poza tym nie zapominaj o okresie płodności u kobiety. Nigdy, powtarzam, nigdy dotąd nie widziałem, żeby Spiek tak od siebie pozwolił na wylogowanie się kobiety w dniach jej płodności. A twoja…

– Ropen Agamhout Sterson – poprawił Froyl z rozszerzającym się uśmiechem. – No co? Tak się nazywa.

Dred pozostał milczący. Tylko postukał się palcem w czoło.

– Pamiętasz twoich rodziców? – zapytał wolno.

– Obawiam się, że nie. – Oczy Froyla wypełniły się dziwnym matem. – Opowiadano mi, że zginęli w kampanii antywirusowej.

Dred uśmiechnął się z pobłażaniem.

– A ty wierzysz w takie brednie?

– W jakie?

– A takie, że istnieją wirusy?

– To są programy.

– Pisane przez ludzi?

– Pisane przez programy?

– Czy ty też robisz się czekoladowy w środku? Powoli konwersacja z tobą zamienia się w rozmowę z półgłuchym Froggie.

– Froggies niedosłyszą?

– I niedowidzą… Po prostu Internet jeszcze nie całkiem wylał się do rzeczywistości.

 

 

IV

 

Wczesnym rankiem wyjechali starą, koślawą taczką na ulicę. Zwolnili przed skrzyżowaniem. Nigdy nie widzieli czegoś podobnego. O ścianę stał oparty trup kobiety. Nawet nie była sina czy cuchnąca zgnilizną. Zwyczajna, sucha, jakby wystrugana z jednego spękanego kawałka drewna. Obok następna. Siedząca w rozkroku. Wszystkie bez brzucha. Jakby ktoś kopnięciem wyrwał z ciała wielką piłkę wraz z wnętrznościami.

– To, według ciebie, nazywa się spłaszczanie? – spytał Dred, kręcąc głową z powątpiewaniem.

– Nie wiem. Te są jakieś inne.

– One są suche. Ściągnięte ze Spieku. Dlaczego, myślisz, proces nosi taką nazwę? Wysusza? Spija z nas wodę? Powiedz, że nie wiesz.

W odpowiedzi Froyl wzruszył ramionami. Był zły od wczoraj. Za to głupie pytanie o orgazm. Jakby on, Froyl, był głupim dzieciakiem i miał uwierzyć w takie bzdury jak genitalia.

Za skrzyżowaniem rozpoczynały się place zabaw Froggies. Nikt nie przejmował się miastem, odbudową ulic czy poprawą zdewastowanej infrastruktury. Na ruinach powstawały zjeżdżalnie, kręte aleje do biegów wyczynowych, dziury do gry w chowanego. Co innego mogły zbudować dzieci?

Przeszli pośpiesznie kilka skrzyżowań, przetoczyli się przez parki i dziesiątki galaretowatych kałuż. Każdy skwer wypełniały śpiące Froggies. Hałas budził nieliczne. Przebudzone, unosiły głowy i wodziły za nimi złowrogimi spojrzeniami.

Froyla idącego obok taczki oblał zimny pot. Przeczucie go nie myliło. Jakiś malec pobiegł za nimi, smarkając i kichając raz za razem. Chciał zajrzeć pod koc, którym przykryta była skrzynia ładunkowa. Gwałtownie szarpał materiał, ale Dred z rozmachem kopnął go w tyłek. Froggie odskoczył i wybuchł wrzaskliwym płaczem. Potem biegł tuż za nimi, próbując złapać Froyla za rękę. Rączka była malutka, pulchna i mokra od łez. Froyl uchwycił podaną dłoń i w złośliwym uścisku pociągnął malca za sobą. Pamiętał Nockolsona, któremu dzieciarnia wygryzła dziurę w brzuchu, tylko dlatego, że nie chciał się bawić. Zresztą hałas obudził już wszystkich innych. Przecierali zaspane oczy.

Poza miastem rozciągało się lądowisko obcych. Nory i zapach świeżo drążonej ziemi ciągnął się daleko poza horyzont. Przechodził nawet pod miastem Hamilton, wdzierał się w pradawne, rozłożyste plaże bez morza, pod skały i w martwy już las. Wylądowali tutaj w jakimś skłębionym tłumie zupełnie innym niż pozostałe. Długo nie mogli zapanować nad zamieszaniem. Kłócili się o każde miejsce. Spierali o miękkość podłoża. Grymasili, kto pierwszy ma kopać i jak. Wielu ludzi opowiadało historie o porzuconych w okolicy Broomville kalesonach obcych i majtkach z zasranymi nogawkami. Niewątpliwie był to sprzęt latający wysokiej klasy, skoro przylecieli na nim aż z gwiazd. Zresztą to właśnie stąd pochodziły ciuchy Uchlei.

Kiedy wjechali taczką pomiędzy wylegujące się na słońcu cielska, powitało ich wrogie porykiwanie i chrząkanie. Obcy z wyglądu przypominali foki. Posiadali trzy pary rąk, na których chwiejnie stali, krótki ogon i szeroki łeb. Nie daj Boże, żeby przewrócili się nieoczekiwanie na grzbiet! Rozpoczynali wówczas swoje zespołowe klaskania. Niejedno miasto wymarło po tych hipnotycznych, dźwiękowych seansach.

Obcy zwykle wylegiwali się w pobliżu pól Spieku. Froyl podejrzewał, że podkopują się pod stojących i pozwalają młodym odgryzać palce z bosych nóg ludzi. Sam często budził się z dziurami w skarpetkach i z krzywo obgryzionymi do krwi paznokciami.

– Skręćmy w stronę lasu. Oni cuchną jak breja w misce z naczyniami.

Froyl zgodził się w milczeniu. Jemu smród kojarzył się z parą zdechłych na słońcu kotów. Po prostu czasem tak mieli. Niezgodność skojarzeń.

Nagle za zakrętem zobaczył kilka stworów większych niż reszta. Unosiły głowy i przeciągle ziewały, ukazując rzędy niekończących się zębów. Otwarte usta przypominały kratownicę samochodowej chłodnicy z bardzo starych modeli. Zawsze zastanawiało go, jak jedzą? Przesiewają pokarm? Wciągają jak odkurzaczem poprzez drgającą szatkownicę ostrych jak noże siekaczy?

Skręcili w stronę lasu. Kilka cielsk, stękając, powlekło się za nimi. Od strony miasta nadbiegały spanikowane Froggies. Nie wyglądały na ludzkie dzieci. Za dużo było w ruchu gromadki sztucznej posuwistości szachowych figur. Sunęły jak martwe rzeźby po grubo nasmarowanym marmurze. Tylko ich ogłuszający wrzask brzmiał swojsko i przywodził na myśl podpalane szybko przedszkole.

Przyśpieszyli. Krzaki pełne były młodych Hydroli. Do złudzenia przypominały wielkie żaby i, w przeciwieństwie do starych, w ich spojrzeniu wiele było z automatyzmu zwierzęcia. Trzeszczącą taczkę nagradzały warczeniem.

– Pośpiesz się.

– Robię, co mogę. Trudno mi chodzić. Od tygodnia nie mam wielkiego palca u prawej stopy.

– No chyba sobie żartujesz? – Froyl był zaskoczony i zdezorientowany.

– Ktoś odgryzł go na polu.

– Na naszym polu? To gdzie my teraz będziemy stać?

Objął ich cień lasu. Przez drzewa przewijała się mgła. Miała w sobie coś nierealnego i sztucznego. Froyl pamiętał ją jeszcze z okresu inwazji. Bezpośrednio poprzedzała nalot splecionych ciał. Mówiono, że jest gazowym serwerem i każdego roku rośnie pod wpływem Głosu Nieba – dziwnych komunikatów mających więcej wspólnego z promieniowaniem reliktowym niż zwykłą informacją.

Mgła, nadchodząc, zamieniała jasny dzień w mrok nocy. Wzrok doprowadzała do granic bolesnej ślepoty. Wielu uznawało tę mgłę za rodzaj zwierzęcia. Tolerowała osoby wolno wędrujące. Te biegnące doprowadzała do utraty przytomności, a nawet i śmierci. Od lat tkwiła w tym samym miejscu, w lesie, niezmącona i wyczekująca.

Mimo to obecność drzew uspokajała. Spękane pnie pięły się wysoko w niebo. Z bezlistnych szczytów gałęzi zwisały ciała ludzi. Głęboko wrastali w korę. Niektórzy do łokci nierozpoznawalnie zespalali się z konarami. Inni tłumnie oblepiali pień jak ćmy. Wielu zamieniło się w nieodróżnialne od drzewa bulwy, pokryte tylko jaśniejszą korą.

Wszyscy logowali się w sieci wspólnie z drzewem, jako jeden symbiotyczny organizm. Ten gatunek człowieka nigdy nie opuszczał Spieku. Niekończące się blogi wymagające personalnej obecności, aktywności mailowe, natręctwa niezliczonych forów, kustomizacje nowych Windows, bloki dodatkowe, rozwinięcia programowe, no i ciągle modne skórki zapalające się warstwami tatuaży na skórze pleców i brzucha. Nocą wisielce przypominały kolorowe lampiony.

Byli nałogowcami. Nogi i głowy Uchlei drżały w ekstazie nowych bytów. Organy wewnętrzne już bez wrodzonych funkcji życiowych podejmowały bezsensowne sieciowe gry nowotworowe. Na innym poziomie system immunologiczny brał udział w grach wirusowych, a komórki upajały się swoją bezsystemową wolnością.

Gdy nadchodził wiatr, drzewa stękały pod ciężarem zawisłych ludzi, podobnych do rzędów zbyt wykrochmalonych chorągwi.

Las skończył się nagle. Przeszedł w gęste chaszcze. Było tu więcej tłustego śniegu. Bielał szerokimi, nietopniejącymi łatami, kiedy minęli ostatnie kępy krzewów.

Na łąkach, pośród kałuż, aż po daleki horyzont stali ludzie. Na ich twarzach nie malowało się żadne uczucie. Były puste, wysrebrzone jak metal, który wypełniał ich wnętrzności i przeświecał przez skórę. Mężczyźni stali z rozciągniętymi ramionami, kobiety miały ręce opuszczone i mocno przylegające do ciał. Na wszystkich nogach iskrzyły się przeszyte na miarę rajtuzy Hydroli. Ciała żenowały odpychającą, starczą nagością. W wolnych miejscach bulgotał sieciowy płyn. Spod ziemi zasysały go ludzkie stopy, ręce i głowy. Zależy kto, gdzie i na czym stał. Jednak wysysany w nadmiarze, często przeładowywał ludzkie ciało. Wtedy buchało jakąś dziwną odmianą pary wodnej z uszu i nosa. Stojący na placach Spieku ludzie wyglądali wtenczas na komicznie zażenowanych. Ten krótki brak balansu przypominał nagłe sranie. Nawet smród był podobny.

Dred przezwyciężył strach. Podszedł do najbliżej stojącej postaci. Dotknął jej podbrzusza. Potem ostrożnie zdrapał trochę skóry i polizał swój palec.

– Smakują jak Froggies – wyszeptał nabożnym tonem.

 

 

V

 

Odnalezienie Ropen w tym tłumie graniczyło z cudem. Nie mieli za wiele czasu. Froggies na pewno już wpadły w histerię. Przenigdy nie pozwalały ludziom nawet na jeden samodzielny spacer. Co sobie pomyślą Hydrole na widok takiej parady i to z trzeszczącą na kilometr taczką?

Dred i Froyl zredukowali grono podejrzanych do kilku kobiet stojących blisko siebie. Froyl dokładnie pamiętał charakterystycznie złamane drzewo w pobliżu i raczej mgliście dwie sąsiadki Ropen. Nie wiadomo, dlaczego na polach Broomville płeć piękna pokrywała się woalką dziwnej pajęczyny grubej na dwa palce w okolicach czoła. Biegła do szyi i zaciskała się na niej jak ściągnięty balon. Głowa pulsowała dziwnym oddechem, nadymając się i kurcząc na przemian. Mężczyźni zwykle pozostawali nieruchomi. Niektórym z twarzy odpadały wargi i parszywie wyglądający rząd żółtych zębów straszył nawet Froggies. Trzy kobiety stały splecione ramionami. Rozerwanie uścisku było trudne i ryzykowne. Po chwili udało się długim drągiem odłamać czyjąś oporną rękę.

– Ropen, kochanie? To ty? – Froyl niemal łkał przy tym pytaniu. Chciał ją natychmiast stąd zabrać. To pole było przeżarte podziemnym Spiekiem obcych. Inwazja w sieci przebiegała coraz gwałtowniej. Hydrole przejmowali portal za portalem, adres za adresem. Wyszukiwarki posiadały fałszywe dane historyczne, naukowe i anatomiczne.

Historia sztuki i literatury? Nie istniała. Eksploracja przestrzeni kosmicznej? Lądowania na Marsie, Księżycu i Merkurym? Wypadły z aktywnych haseł. Kosmos, w szerokim znaczeniu tego słowa, zredukowano do lakonicznego hasła o raczej symbolicznym znaczeniu.

Zerwali pierwszą warstwę z twarzy Ropen. Przy ciągnięciu strzępy skóry wydawały dźwięk podobny do szelestu celofanu. Twarz nadal pozostawała nierozpoznawalna. Od światła dzieliła ją masywna powłoka barwnych pajęczyn. Właściwie to była maska. Wyglądała jak narzucony na twarz cieniutki i łamliwy kożuch z mleka.

– Skąd wiesz, że to ona? – zapytał zniecierpliwiony Dred.

– Przypuszczam. Na portalu stała najbliżej lasu. Ropen, błagam cię, daj znak. Porusz tą cholerną ręką!

Z nogami był niemały problem. Obie wrastały gdzieś głęboko pomiędzy plastry bazaltowej skały. Nie dały się ruszyć. Szybko przywlekli z lasu kawał grubego konara. Podważyli i wyłamali jedną z nóg, aż wystrzeliła drzazgami białej grzybni. Pozostałe rozruszali w mokrej ziemi. Dziwny był ten płyn niewiadomego pochodzenia, wylewający się pulsującymi erupcjami z podziemi. Zabarwiał grunt na czerwono, ale na pewno nie była to krew, raczej gęsty sok z resztkami zmiażdżonych owoców. Nawet pachniał inaczej niż ciecz Spieku. Parzył przy dotknięciu.

Nogi okazały się pozbawione stóp. Do złudzenia przypominały nogi manekina, takie kończące się grubym drutem. W ciągu tych lat zagubienia wynaturzone i ostygłe ostrze niemal całkowicie zardzewiało.

Przełożyli ciało na taczkę. Dobrze, że było tak uparcie nieruchome. Rzeźba nie byłaby bardziej sztywna. Dred krawędzią noża ostrożnie podważył woalkę na twarzy. Widać było, że ma w tym niemałą wprawę. Krawędź z sykiem popuściła. Rozsunęli luźną warstwę skóry. Strzeliła jak naciągnięta guma do zatykania słoików. Za którymś z kolejnych razów oderwał się brzeg, ukazując następne kilka wolnych warstw. Pośpiesznie zdarli jedną po drugiej, jakby to były liście świeżej kapusty, a nie ludzka, stara głowa. Froyl kilkakrotnie zwymiotował. Wreszcie przemógł się, zbliżył, przypatrzył uważnie. To, co pozostało z czaszki, było grubości marchewki.

– To ty, Ropen? Odpowiadaj, dziewczyno! – Spróbował to monstrum pocałować na próbę.

– Daj spokój! – Dred ciągle wykazywał przytomność umysłu. W tej twarzy trudno było rozpoznać linię ust czy kolor oczu. Wątpił, czy ta osoba byłaby zdolna przemówić. Nagle wydała z siebie przeraźliwy pisk gwizdka i złamała się u nasady szyi. Była zbyt spróchniała, aby pozostać długo żywa w Realu.

Froyla ogarnęły drgawki.

– Zabiłeś ją! – krzyknął.

– Przecież to i tak nie twoja Ropen! Dlaczego się tak wściekasz? Sam weź nóż i próbuj!

Dred spoglądał z niepokojem na las. Tam, gdzie zaczynała się wyschnięta trawa łąki, leżały na wznak dwa Hydrole. Kilka innych jaszczurczym ruchem wczołgało się w okoliczne nory wypełnione galaretowatą cieczą. Zapewne robiły podkop pod miejscem, gdzie stali.

– Pospiesz się. Następna musi być ta właściwa.

Odrzucili zwłoki. Upadły jak kłoda doszczętnie spróchniałego drewna. Druga kobieta była inna. Ciało zdawało się bardziej soczyste, a reakcja organizmu na operacje nożem pełna boleści i przerażenia. Ostatnia błona zeszła wraz z krwistą masą i wreszcie ukazała się twarz. Głowa była wielkości i kształtu wałka do rolowania ciasta. Froyl natychmiast ją pocałował, chociaż sam akt był szkaradny i wynaturzony. I jeszcze ten zapach topionego wosku.

– Zabierajmy się stąd. Hydrole zabijają szwendających się po Realu ludzi.

Taczka ugięła się pod ciężarem Ropen. Kobieta coś mówiła, ale nie zwracali na to gderanie uwagi.

– A Froggies? Zaatakują?

– Froyl! To ty nie wiesz, że Froggies rodzą się w ziemi jak grzyby? To wynik naszych seksualnych uniesień w wirtualnym świecie. Nie ma więcej ciąży! Jest Spiek, grzybnia i Froggies, durniu!

– Jak to? Zmaterializowały się w Realu? To nie są dzieci z próbówki?

– Skoro rodzice żyją w świecie splecionych rzeczywistości, czym mogą być? Zmaterializowanym wyrzutem sumienia?

– To dlaczego nam pomagają?

– To proste. Chcą naszego powrotu do sieci i spłodzenia jeszcze liczniejszego rodzeństwa.

– Jakiego rodzeństwa?

– Do diabła, Froyl! Jak długo ty możesz pozostawać taki naiwny? Twoje maluchy opiekują się tobą, bo je zmajstrowałeś w sieci. Ciecz Spieku poniosła twój wytrysk Bóg wie gdzie, zamieszała to z Bóg wie czym i urodziły się te małe skurwysyny wprost z ziemi. Nie widziałeś nigdy rodzącego się Froggie?

– Nie.

– Wychodzi taka biała odnoga, grubieje, rozdwaja się. Pęcznieje u szczytu jak kapelusz grzyba i zamiast się spłaszczyć i rozszerzyć, nadyma się w ryku malucha jak balon. Oczy pojawiają się zwykle po roku i chodzą po całej głowie w poszukiwaniu właściwego miejsca. Rozumiesz wreszcie? Opiekują się tobą, bo to są twoje dzieci. Ale nie pozwolą ci się oddalić nawet na krok, żebyś przypadkiem nie zdradził mamuśki Sieci z kimś w Realu.

– Z kim?

– Z kobietą! To kobiety rodzą ludzkie dzieci, durniu.

Pognali w stronę miasta.

 

 

VI

 

W lesie Hydrol, wściekle sycząc, zagrodził im drogę. Merdał krótkim ogonem z szybkością samochodowej wycieraczki. Nie było w tym nic z entuzjazmu, z okazywanej radości, z impulsywności uczuć. Jakaś próżna wiara w hipnozę ruchu. W ten sposób atakował wszystkich na swej odległej o parseki planecie. Rozdziawił paszczę pełną zasysaczy. Struga wciąganego powietrza niemal powaliła ich na ziemię. Zawirowały suche liście, kawałki patyków i przypadkowe śmieci, ale powietrzny prąd koncentrował się tylko na Ropen. Ciało kobiety z jękiem uniosło się z taczki. Froyl krzyknął. Z rozpaczą pochwycił jej nogi, zaparł się stopami w błotnistej ziemi i pociągnął w przeciwnym kierunku.

– Zostaw mnie… – Szept kobiety był przejmujący i nie wiadomo, do kogo adresowany.

Zadudnił wymiatacz. Wystrzelił dziurę w oślizłej głowie obcego. Potwór zdążył przewrócić się na grzbiet. Zanim zdechł, zaklaskał kilkakrotnie. I jeszcze raz. I znów klasnął. Po raz ostatni zetknął dłonie. Wolno, wolniej… Zastygł martwy. Dźwięk sparaliżował Dreda. Upadł na kolana, z sinych ust popłynęła mu żółta ślina.

– Wstawaj! – krzyczał Froyl, ledwo utrzymując wysychające ciało Ropen. Pogładził jej skórę, chociaż miał wrażenie, że dotyka już tylko złuszczonej kory drzewa. – Froggies atakują!

Spośród drzew wyszły małe postacie. Posuwając się na czworakach, wyglądały jak krępe, krótkie psy.

– Froyl! Froyl! Froyl! – przeszczekiwały się nawzajem.

– Dred! – szczeknął mały piegus w pobliżu.

– Wara, gówniarze. Wypieprzać mi stąd! – warknął Froyl.

– Do domu! Do domu! Szybko do domu – nakłaniały z jakimś zwierzęcym sykiem.

– Nie byliście dzisiaj w polu – adresowały nienawistne wyrzuty.

– Spiek ma dziś wyższe parametry przesyłu – zachęcały.

– Mamy kody wejściówek do portali obcych – przegadywały się nawzajem, pomimo że dziąsła już im krwawiły na niebiesko od intensywności kłamstwa.

– Jazda mi stąd! – Machnął kawałkiem spróchniałej gałęzi, którą złapał w pośpiechu dla obrony. Uderzenia po głowach tylko je rozsierdziły. Odtąd unikały ciosów w krótkich, urywanych odskokach. W tych momentach zimno strzelające iskry łączyły je z ziemią.

– Froyl! Boli, boli, boli? – Z tym głupim pytaniem na ustach stłoczyły się wszystkie razem i runęły jednocześnie do wściekłego ataku. Skoncentrowały się na nogach Dreda. Każdy gryzł i uciekał z kawałkiem wyrwanego mięsa.

– To za Hektora!

– Za Hektora! – darły się coraz głośniej.

Dred dostał drgawek. Wymiatacz wypadł mu z rąk. Froyl natychmiast podniósł broń. Zauważył, że już potrafi utrzymać ciało Ropen siłą jednej ręki. Ona wysychała jak kwiat bez wody! Zawył zrozpaczony. Strzelił serią. Odpychające, pyzate buzie z kawałkami nogi Dreda w zębach rozrywał wściekły ogień wymiatacza. Te nietrafione rozbiegły się z płaczem.

– Tatuś, kurwa… – krzyczały głosem pełnym wyrzutów. – Nie trafiaj!

– Tatuś! – Wrzaskliwy płacz był nie do wytrzymania.

Jeden schował się za plecami Dreda, ciągnąc i wyrywając mu garściami włosy. Dwa inne nagle zawróciły i wbiły się zębami w tyłek Froyla.

– Do domu! Do domu, skurwysynie – warczały kącikami ust.

Próbował je z siebie strząsnąć. Potem wrzeszcząc i strzelając na oślep, podpalił sobie spodnie. Po sekundzie znieruchomiały. Martwe, lepiły się do portek. Musiał je siłą odrywać. Puszczały razem ze strzępami materiału.

Ostatni Froggie ukrywał się za plecami Dreda. Mruczał tam do siebie, jakby sam był na poły wygłuszoną krótkofalówką. Froyl delikatnie położył ciało Ropen na ziemi. Palce jej dłoni wbiły się głęboko w piach. Jakoś instynktownie szukała rękami łączy Spieku.

– No chodź tutaj… – Froyl zdobył się na odrobinę słodyczy dla malucha. Za wszelką cenę próbował złapać go za szczeciniaste włosy. Udało się, bo wyjrzał na chwilę i to go zgubiło. Froyl pociągnął z całej siły.

– Tatusia ci się zachciało? Do domu ci się zachciało? A gdzie jest ten twój skurwiały dom?

Mały, wrzeszcząc, zawisł w powietrzu. Nie oderwał się od ziemi. Nie, nie. Jakimś jęzorem w kolorze miedzi biegnącym od stóp nadal pozostawał zespolony. Głowa jednak zatrzymała się dokładnie naprzeciw lufy wymiatacza. Jego pulchne rączki prężyły się, tężały, uzyskując twardość stali. Szykował je do ataku. Za moment miotał nimi niczym ostrym nożem rzeźnika, ale tylko przez chwilę. Strzał roztopił szyję i wreszcie równy płomień oderwał głowę od ciała. Froyl ze zdziwieniem patrzył, jak oderwana kurczy się w jego ręku i zamienia w pomięty twór podobny do kartofla.

– Wiesz, ja często myślę, że ten świat jest dobrze pojebany – powiedział obserwujący scenę Dred.

Froggies wygryzły mu nogi, ale wychodzące z okolic miednicy żyły już zachowywały się jak korzenie błyskawicznie rosnącej rośliny. Instynktownie wgrzebywały się w ziemię albo wbijały jak gwoździe w pień najbliższego drzewa. Co który miał bliżej. Gorączkowo poszukiwały łączy Internetu.

– I kto tu jest uzależniony? – Uśmiechnięty Froyl, mówiąc, rozglądał się badawczo. – Zobacz, twoje ciało. Zupełnie pozbawione kontroli. Typowy automatyzm uzależnienia.

Las wydawał się pusty. Froyl pochwycił najbliższego martwego Froggie. Leżał bezwładnie pośród liści, ale ciągnięty nie dał oderwać się od ziemi.

– Nie można odsunąć dzieciaka od podłoża. Kiedyś próbowałem – wyjaśniał, nie wiadomo czemu szeptem, Dred. – Jest cholernie mocno namagnesowany. On pracuje na potwornych energiach w Spieku. Jest zalogowany, pomimo że jak najbardziej, i to kurewsko, realny.

Z lasu dobiegł jazgot nadciągających Hydroli. Nie mieli chwili do stracenia.

– Zapakuj nas na taczkę i ruszaj na pola Hoarnaxu!

Dred wrzasnął z bólu, gdy zbielałe żyły trzasnęły gwałtownie pociągnięte. Z Ropen był nie lada problem. Wybuchła płaczem. Jedna z jej rąk odłamała się zbyt głęboko wsunięta w ziemię. Nie wypłynęła nawet kropelka krwi. Tylko grunt chlupnął obrzydliwą ropą. Kobieta jęczała, kiedy przemykali po kamienistej drodze pośród lasu rzadkich brzóz.

Na pole sławnego Spieku Hoarnax dotarli przed południem. Dred był piekielnie ciężki. Froyl z trudem przeniósł go na pole i umieścił w rzędzie tuż za stojącym starcem. Resztki krwi przyjaciela zabarwiły mu spodnie na zielono. Grunt był gorący, parzył stopy.

– Wiem, to moja wina… Dred, przepraszam cię. – Froyl łkał. Rozpinał koszulę przyjaciela, niechcąco odrywając guziki. Zbierane pośpiesznie, na powrót wypadały mu z rąk.

– Po co mnie rozbierasz? Co chcesz zrobić? – zapytał Dred w kompletnym osłupieniu.

Ręce Froyla wyzwalały jakiś dziwny prąd, który rozsadzał mu czaszkę. Stąd tryskające z nosa iskry. Nawet zapalił palcem brudną podkoszulkę. Spłonęła szybciej niż gazeta.

– To nic… To z nerwów. Co chcesz teraz zrobić z tą połówką siebie?

– Zalogować się na tym polu – odparł spokojnie Dred. Zapadł się w błocie już niemal po zniekształcony wielkimi bliznami pępek. – Przecież to obojętne jak wyglądam w Realu. W Spieku liczy się tylko osobowość. Terabajty indywidualnego zapisu.

– Tak, tak. Zawsze mówiłeś mi, że w początkowej fazie jest indywidualizm i personalizacja, a później zamazana percepcja ogółu i zatracenie w woli tłumu.

– Komercjalizacja i śmierć indywidualnego odbioru – powiedział, rozglądając się i znacząco kiwając głową na innych. – Zobacz, w Hoarnaxie stoi ponad dziesięć tysięcy ludzi. Są już jak posągi. Nawet obudzeni, nigdy nie byliby zdolni do zwykłego oddychania. Ty sam masz problem z trawieniem. Bez kąpieli w specjalnym roztworze nie przeżyłbyś tygodnia…

Dred dostał ciężkiej zadyszki. Przez chwilę nie potrafił wykrztusić słowa. Z oczu pociekły mu kolorowe łzy. W powietrzu unosił się zaduch stłoczonych ciał i charakterystyczny, ostry zapach Spieku. Nieoczekiwanie pociemniało. Zerwał się wiatr od lasu.

– Uciekaj. Mgła nadchodzi… – ostrzegał Dred.

Froyl dalej stał nieruchomo. Jego chuda sylwetka z wykręconą, miniaturową rzeźbą kobiety pod pachą ostro kontrastowała z zimnym, czerwonym słońcem w dalekim tle.

– Ta mgła serwera kondensuje się jak obcy Bóg.

– Nie wierzę w żadnego Boga – parsknął ze złością Froyl.

– W co, do cholery, znowu nie wierzysz?

– Ja żyję jak normalny człowiek, rozumiesz?! Przecież nie potrzebuję tego pierdolonego odbytu codziennie!

Dred zaniemówił. Percepcja Froyla zdawała się daleko odbiegać od rzeczywistości. Jego myśli zawsze były gdzie indziej. Jemu samemu przed oczyma przeleciały pasma zakłóceń.

– Nie, nie tylko czasami – spokojniej zaczął Dred. – Potem gówno w człowieku narasta, wypełnia cię i najzwyczajniej w świecie cię udusi.

– Rozumiem. OK. To dlatego my, żywi, jesteśmy tak wilgotni? Od gówna?

– Spierdalaj!

– Niieeee zostawię cię.

– Wiedzą o nas, Froyl, wszystko – spróbował Dred z innej strony. Jego twarz stała się zimna jak maska. – Boją się, że wyrwiemy im więcej lasek, rozłożymy nogi i je zapłodnimy. – Uśmiechnął się blado. – Przegraliśmy już wcześniej. Nasza ucieczka od rzeczywistości jest starsza niż rasa. Internet dla człowieka stał się pułapką. Udokumentował prawdy o gatunku, objawił naszą małostkowość i zwyrodnienia percepcji. Obcy czują się usprawiedliwieni w obliczu zniszczenia i degeneracji, jaką zastali na Ziemi. Pragną naszej eksterminacji tak mocno, jak podświadomie my sami i cała ta umęczona planeta.

– Nie wierzę.

– Uciekaj, debilu! Zrób coś w ludzkim, wyniosłym stylu. Oszczędzisz przynajmniej mit… – Złapał jego rękę. – Mit miłości – wyjąkał. Po minie przyjaciela uznał, że dotarło do niego. Westchnął ciężko. Płyn zabulgotał mu pod brzuchem. Obaj wiedzieli, co to oznacza. Hydrole.

Froyl nie czekał już dłużej. Pochwycił mocniej Ropen i zerwał się do ucieczki. Kobieta w międzyczasie skurczyła się do wielkości dużej lalki. Zesztywniała. Biegł z nią jak oszalały. Dalej, w głąb ludzkich rzędów. Byle zdążyć. Byle zniknąć. Wkrótce zgubił się w tym milczącym i zimnym tłumie.

 

 

VII

 

Froyl przystanął zadyszany pomiędzy niekończącymi się szeregami ludzi. Przed nim ciemniała nora. Była dość przestronna, żeby się w niej zmieścić wraz z malejącą Ropen. Wszedł ostrożnie. Nogi po kolana zanurzyły się w galaretowatej cieczy. Powierzchnię wypełniały pływające wszędzie podłużne jaja. Kołysały się jak puste termosy. W niektórych pękała skorupa. To stamtąd nadchodził radosny gulgot młodych. Pod wodą coś kotłowało się z bulgoczącym chichotem. Froggies.

Dopiero teraz Froyl pojął straszliwe objawienie prawdy. Świat ludzi odchodził. Przejmowały go wytwory wirtualnej wyobraźni tych dwóch obcych dotąd sobie światów. Dlatego tak tolerowały się nawzajem i wspomagały. To one wezwały tu obcych. To one zapraszały do świata wymarłej, zniszczonej przez człowieka Ziemi. Wzywały innych, podobnie zrodzonych – z poczwarnych, zniszczonych kwantowym internetem światów. Nie jakiś tam bunt robotów, których żelazne, agresywne korpusy da się zwyczajnie roztopić jak czekoladę. O wiele gorszy. Odrzut przez rzeczywistość niechcianego, nienaprawialnego i z gruntu bezwartościowego, pseudointeligentnego pasożyta.

Poczuł gorący strumień powietrza bijący z głębi nory. Usłyszał szamotaninę i stłumione ryki. Tuż przy wejściu dostrzegł porzucone majtki Hydrola. Były charakterystycznie obsrane, jak wszystko, co nosiły na sobie te obrzydliwe istoty. Pokonał odrazę. Podniósł je i przyjrzał się im pod światło. To była misterna robota. Najnowszy model, dopasowany do malutkiej pupci Froggies. Babka Volta oddałaby cały swój sklep za strzęp takiego materiału.

Hałas przybliżył się. Froyl, nie tracąc czasu, spróbował to coś wciągnąć na tyłek. Wilgotne, opornie się rozszerzały. Weszły do kolan. Uda były stanowczo za grube. To jednak wystarczyło. Uchwycił szepczącą Ropen. Wznieśli się w powietrze, ciągnąc i rwąc za sobą spływającą, grząską ziemię.

W tym momencie na zewnątrz wypadły dwa jaszczury. Kilku ociekających żelem Froggies dalej kontynuowało obrzydliwe nurkowanie pod aprobującym okiem bestii. Niektóre pozostawały pod wodą szczególnie zespolone. Jakby tworzyły jedność z obcą formą internetowego życia. Jakby odnalazły kopulujące ze sobą części!

Froyl jęknął. Widział orgazm! Obserwował oleiste cielska rodziców malejące w jaskrawych promieniach słońca. Czuł jeszcze prąd hydrolskich zasysaczy, kiedy wzlecieli pomiędzy chmury. Dopiero teraz dotarł do niego sens słów, sens szeptu trzymanej kobiety.

– Nie uciekaj… Nie uciekaj… Zostań ze mną.

Wytarł językiem łzy z jej dziwnej twarzy. Przytulił mocniej. Przejęło ich zimno kosmicznej nocy. Twardnieli w bryle obejmującego ich lodu.

– A kto powiedział, że to jest lot do innego świata?

– Tak, tak… Zabij nas, zabij, proszę… Czas już przeminąć.

 

 

Autor: Jan Maszczyszyn

Korekta: Magda Polanowska

Tags: , ,

Komentarze do Wnetwstąpienie

  1. Leann Monk pisze:

    Mam nadzieje że coś podobnego jeszcze się pojawi

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *