MENU

Życie kilka numerów za duże – poezja Dominiki Lewickiej –...

Święta – opowiadanie Krystyny Śmigielskiej

20 grudnia 2018 Comments (0) Views: 352 Czytam, Opowiadania

Wigilijny prezent – opowiadanie Sławomira Pudy

Autor: Sławomir Puda

– Mamo, mamo, patrz! Tam, pod płotem leży Mikołaj!

 

Alem się nabzdryngolił, bez dwóch zdań. Popijanie piwem spirytusu nie było najlepszym pomysłem, choć po tygodniu picia to nie miało większego znaczenia. Ważne, że było dobrze. Myśli nie dokuczały, nic nie bolało, głód nie skręcał tak, jak to zwykle był robić. Głód, który dał się przytępić tylko wódą. Głód w środku głowy.

 

Stałem pod drewnianym płotem, trzymając się jedną ręką sztachety, drugą kierując strumień moczu przed siebie tak, żeby nie zmoczyć czarnych trzewików, które musiałem oddać. Drewno pękło, a ja wywaliłem się jak długi na plecy. Sikałem dalej, byłem teraz pieprzoną żywą, świąteczną fontanną. Zacząłem się śmiać w głos, to było silniejsze ode mnie. Ta sytuacja była ukoronowaniem mojego życia, pięknym jego obrazem. Rechotałem, a sztuczna, biała broda podrygiwała rytmiczne, podobnie jak strumień fontanny, co rozśmieszało mnie jeszcze bardziej. No, ale jak to w życiu bywa, wszystko co piękne szybko się kończy. Zacząłem się powoli gramolić, próbując wstać. To nie było łatwe, miałem na sobie długi, czerwony płaszcz, o który się potykałem bez przerwy. Alkohol działał coraz bardziej, czułem, że za chwilę mnie odetnie. Musiałem gdzieś dotrzeć, gdziekolwiek, by nie zasnąć na mrozie. Choć właściwie było mi już wszystko jedno.

 

Szedłem przed siebie, nie wiem jak długo. Nie pamiętałem nawet początku drogi, wszystko za mgłą. Chyba musiałem się gdzieś kimnąć w stodole, bo miałem na sobie pełno siana, biała broda była zupełnie szara. Nie to było jednak najgorsze, czort z tym. Musiałem się napić, zaczynało się cholerne delirium. Trzeźwiałem i to w sposób gwałtowny, mój delikatny organizm mógł ciężko przeżyć takie maltretowanie. A zdrowie to podstawa, każdy to wie. Skąd by tu wytrząsnąć choć piwo?! Zaczęły się drgawki i nie były spowodowane mrozem. Przed nim chronił mnie gruby czerwony płaszcz i czapka, ogromna broda też robiła robotę, właśnie dlatego jej nie zdejmowałem. Zresztą, nie było aż tak zimno, ledwie tyle, żeby ze śniegu nie zrobiła się brunatna ciapa. Tyle, żeby wciąż było biało. Żeby cały ten bród wokół mógł być upudrowany, niczym nos podstarzałej panny, wciąż wierzącej w swoją świeżość i młodzieńczy wdzięk, strojącej się na niedzielną sumę w kolorowe fatałaszki. Kurwa, też zebrało mi się na skojarzenia. Poeta ze mnie wychodził na kacu, jeszcze gotowym wiersze składać. Spojrzałem na ośnieżone gałęzie drzew, podświetlane światłem latarni. Kiedyś ten widok przyprawiał mnie o zachwyt. Wtedy miałem to w dupie.

 

Zaczynałem powoli rozpoznawać okolice, jakimś cudem byłem w swojej wiosce. Poprawiłem solidny wór na plecach zastanawiając się, po jakiego grzyba taszczę te klamoty. Było tam od cholery słodyczy i kosmetyków, wszystko w malutkich opakowaniach, przeznaczonych do rozdawania w ramach promocji. Taką miałem fuchę przez ostatnie kilka dni, stąd ten kostium trefnisia. Łaziłem po centrach handlowych z dużym worem, podawałem ludziom te pierdoły i brałem dzieciaki na kolana pozując do zdjęć. A wieczorem ogień, do białego rana. Picie, muzyka i swawole. Przedświąteczny tydzień w tym roku wypadał w bajkowych kolorach. No, ale czas zakupowych szaleństw się skończył, to i robota skończona. To był wigilijny wieczór, wszyscy siedzieli pozamykani w swoich domach. A ja trzeźwiałem i znikąd ratunku. Wlokłem się noga za nogą, nie bardzo wiedząc gdzie i po co, nawet myślenie zaczynało sprawiać problemy. Trzęsło mną coraz bardziej.

 

Ocknąłem się, chyba znów mi wcięło fragment życiorysu. Ostatnią godzinę czy dwie. Jedyne co pamiętałem, to mocne drgawki i tę cholerną czarną postać, która od pewnego momentu zaczęła iść ze mną, ramię w ramię. To pewnie ten osławiony diabeł, pokazujący się alkoholikom w delirium. Małe, czarne i paskudne. Brzydkie to to, lazło po cichu i tylko czasem zerkało z ukosa śmiejąc się pod nosem. Tom się kumpla dorobił. Pieprzony boruta czy inny rokita. A na drugie Jan Maria, przyszło mimochodem do głowy. Kurwa, pasuje jak ulał. Już zdaje się ktoś posługiwał się tym mistrzowskim zestawem. Żeby choć flaszkę wyciągnął zza pazuchy, nawet taką pędzoną na siarce i smole.

– Ty, rogaty. Masz coś do picia?

– Bbbeeeeeeeee

No, to się mi trafi gadatliwy kompan. I do tego chyba abstynent. Lepszego nie mogłem sobie wymarzyć.

Lazł, pogwizdywał i tylko czasem błyskał przekrwionym ślepiem. Pożytku żadnego. Niby diabły kuszą do grzechu, ale ten coś kiepski w swoim fachu. Zresztą, już chyba nie musiał się starać, przyszedł po swoje. To przed nim spieprzyłem w końcu na ten dach. Twardowski ze mnie, na miarę czasów. A jakie czasy, każdy wie. Siedziałem oparty o antenę zastanawiając się jak stamtąd zejść i czy jest sens schodzić, mój nowy przyjaciel mógł tam czekać.

 

Chyba mnie w końcu dopadł. Nie wiem jak to się stało, ale właśnie otworzyłem oczy i okazało się, że jestem w czarnym tunelu, na końcu którego było jakby trochę jaśniej. Problem w tym, że jakaś siła ciągnęła mnie w drugą stronę. Starałem się mocno, ale nie dawałem już rady. Jakbym był w jakiejś cholernej czarnej dziurze zasysającej mnie swoją grawitacją, z którą walczyć się nie da. Palce ślizgały się po ścianach pokrytych smolistym nalotem. Walczyłem o każdy centymetr, wypociłem już chyba cały alkohol z zeszłego tygodnia, a mimo to jakaś moc ściągała mnie w tył bez litości.

 

Życie stanęło mi przed oczami, w całej jego marności. Dzieciństwo, z którego nie pamiętałem nic, a tego co zostało w głowie nie chciałem pamiętać. Dorastanie, które powinno być źródłem wspomnień na całe lata, a było pasmem porażek spowodowanych bagażem wyniesionym z dzieciństwa. Wreszcie, czas dorosły i małżeństwo. Z tym samym skutkiem, bez zmian. Dawałem dupy za każdym razem, krok po kroku. Tak mógłbym się użalać nad sobą w nieskończoność, miałem do tego wybitne zdolności. Tyle że już całkiem zabrakło mi sił, obsuwałem się szybciej i co gorsza, zaczynałem czuć że robi się coraz bardziej gorąco. Zacząłem wyć, bluźnić i modlić się na przemian. Prosiłem Boga o wybaczenie i wymyślałem mu jednocześnie. Nie mogłem już. Miałem dosyć, byłem bez sił. Niech się już coś stanie, pomyślałem zrezygnowany. Cokolwiek, byle skończył się ten cholerny tunel gdzie zamiast iść w stronę światła, zostałem wciągany w brudną, ciemną i gorącą czeluść. Przeprosiłem w myślach wszystkich, odpuściłem im. Co najtrudniejsze, odpuściłem sobie. Przeprosiłem Stwórcę, nie miał wielkiego pożytku ze swojego stworzenia. Byłem gotowy na koniec. Pogodziłem się z tym, że już po mnie. Że spierdoliłem swoje życie i powtórki nie będzie.

 

Zacząłem się obsuwać coraz szybciej, aż nagle znalazłem się w otwartej, jasnej przestrzeni, jednocześnie waląc tyłkiem w coś twardego i gorącego. W głowę dostałem workiem, który jakimś cudem przebył tę samą drogę. Jego zawartość rozsypała się wokół.

 

Kiedy dym i sadza opadły, zrozumiałem że tkwię w palenisku kominka we własnym salonie, a naprzeciw stoją z otwartymi ustami i wytrzeszczonymi oczami moja żona i dzieci. Ona miała na twarzy przerażenie, one też. Tyle, że u dzieci przerażenie zmieniło się po sekundzie w… zachwyt. Zaczęły piszczeć i krzyczeć na przemian:

– Mamo, zobacz! To Mikołaj do nas przyszedł!

– Mamo, mamo! Zobacz, to tatuś! Tatuś wrócił!!

Jeszcze nikt nie patrzył na mnie w ten sposób. Z zachwytem i miłością w oczach.

 

Minęło już siedem lat. Siedem lat od momentu moich drugich narodzin. Narodzin, które miały miejsce w dniu Bożego Narodzenia. Od tamtej pory nie wziąłem alkoholu do ust. Co roku też, żeby przypomnieć sobie sens tego wszystkiego, biorę sznur i wychodzę na dach, po to by w stroju Mikołaja opuścić się przez komin z prezentami dla wszystkich.

 

Dobrych, pogodnych i radosnych świąt Bożego Narodzenia, spędzonych w rodzinnym gronie. Obyśmy umieli pogrzebać w nas wszystko, co złe, robiąc miejsce dla tego, co ma się dopiero narodzić.

Obyśmy umieli dostrzegać rzeczy ważne.

 

Autor: Sławomir Puda

Ps. Gdyby pytało o mnie takie małe, czarne i rogate, nie wiecie gdzie mnie szukać!;)

 

 

fot. z archiwum autora

Sławomir Puda: Pełen skrupułów niczym Geralt, pełen wdzięku niczym Uruk Hai. Pisuje, ale nie umie wyjaśnić przyczyn tego dziwactwa. Zuchwale twierdzi, że jest zadowolony z układu swoich literek. Że mu wszystko jedno co inni na to, ale chętnie wysłucha merytorycznej krytyki.

Nie znosi narzekania i użalania się, braku dystansu do siebie i innych oraz udawania.

Wciąż i niestrudzenie dziwi się światu, ludziom i sobie.

Bywa, że zachwyca się powyższymi, bywa że jest zdegustowany.

Szuka.

 

 

Tags: , , ,

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *