MENU
https://upload.wikimedia.org/wikipedia/it/4/49/The_Danish_Girl.png

Pocałunek i film, który będę pamiętać

muzykwformie2

„Muzyk w formie” czyli jak sport wpływa na muzykę … i odwrotnie

26 grudnia 2016 Comments (0) Views: 424 Lubię, Myślę

Wigilie

fot. Zuzanna Muszyńska

fot. Zuzanna Muszyńska

Wigilia – zawsze w gronie najbliższych z najbliższych, taką wyznajemy zasadę.

Przez 22 lata emigracji złamaliśmy ją tylko trzy razy: na Florydzie, wigilią po indonezyjsku i na stadionie hokejowym.

Wszystko zaczęło się dawno, dawno temu, w Polsce.

W październiku 1991 roku zostałam mamą. Nie od razu jednak żoną ani tym bardziej gospodynią domową. Nie zadbaliśmy niestety o właściwą kolejność zdarzeń.

Mieszkaliśmy z dala od mojej rodziny, w Poznaniu. Zapakowaliśmy więc w samą Wigilię tłumoczek z dwumiesięczną córeczką na tylne siedzenie malucha (nie było wtedy nosidełek ani krzesełek samochodowych dla niemowlaków, przynajmniej ja niczego takiego nie pamiętam) i wyruszyliśmy w drogę do Bydgoszczy. W gęstej jak zupa mleczna mgle jechaliśmy… cztery godziny! Powolutku, ostrożnie, z naszym śpiącym smacznie skarbem. Poza moją mamą nikt maleństwa przed gwiazdką nie widział, cieszyliśmy się więc ogromnie na spotkanie z rodziną.

Niestety – kiedy dotarliśmy na miejsce, było już po. Rodzina podjęła decyzję, że nie warto czekać; zupa stygnie, wszyscy głodni, a „oni” (czyli my) nie wiadomo kiedy dotrą. O komórkach nikt w 1991 roku nie słyszał, nie istniała praktycznie żadna możliwość komunikacji. Cóż… Dostaliśmy „odgrzewane”, potem przyszła kolej na prezenty, kolędy i tulenie maleństwa – cudnie jest przywieźć ze sobą nowo narodzone dzieciątko w Wigilijny Wieczór.

Ale niesmak pozostał. Wtedy właśnie zapadła decyzja: nigdy więcej Wigilii „na łasce rodziny”. Odebraliśmy rozpoczętą bez nas wieczerzę wigilijną jako wielką przykrość, byliśmy przecież niczym ci przysłowiowi wędrowcy, którzy przybywają z noworodkiem do najbliższych, i to w złej pogodzie.

Młodzi niepokorni – słowa dotrzymaliśmy. Nie było trudno, gdyż rok później wzięliśmy ślub i wyprowadziliśmy się do Ameryki.

Moja pierwsza samodzielna Wigilia w Ridgefield Park, kilka mil od Nowego Jorku, była kuchenno-organizacyjną masakrą. Z dzieckiem przy piersi, naręczem przepisów w dłoni, przesłanych pocztą przez mamę (dawne czasy!), przeliczając uncje stałe (28 gramów) i płynne (30 mililitrów) na polskie miary, miotałam się po niemalże obcej kuchni, którą zasiedliliśmy kilka tygodni wcześniej. Gaz zapalany jednym pstryknięciem, bez zapałek. Piekarnik gigant, mieszczący ośmiokilowego indyka. Lodówka gigant, prawie pusta, bo z początku nic nam nie smakowało. Za plecami drzwi na strych, pełen dziwacznych przedmiotów – horrorowaty fotelik bujany dla dziecka, stare, pokraczne lampy i stosy tajemniczych pudeł. Okrągłe okienko w ścianie z widokiem na Hackensack River. Mieszając w garnkach, oglądałam się co kilka minut przez ramię, mimo że drzwi trzymaliśmy zamknięte na klucz.

Udało się, o dziwo. Był piernik, makowiec, zupa jakaś tam, ryba jakaś tam, było pięknie. Bo samodzielnie, rodzinnie. Były i łzy, rozpacz, nieopisana tęsknota za Ojczyzną. Na szczęście te najpiękniejsze wspomnienia utrwaliły się najlepiej, pozostały na samym wierzchu kolekcji.

Nasze mieszkanko ziało pustką w pierwsze święta, ale pojawiła się w nim wspaniała, pachnąca Kanadą choinka. Kosztowała – pamiętam do dziś – 40 dolarów amerykańskich! Musiała być warta tych pieniędzy, skoro ją tak dobrze pamiętam. Gdybym wiedziała już wtedy, że wywędrujemy do jej ojczyzny kilka lat później…

W wieczór wigilijny ’92 zaczęło się na dobre nasze życie rodzinne na emigracji.

Nie byliśmy samotni. Następnego dnia zaprosili nas do siebie państwo S., gospodarze domu, w którym zamieszkaliśmy. Mary – wielkiej, nieco już przebrzmiałej urody Irlandka, rygorystyczna katoliczka, i George – Polak z drugiego pokolenia emigrantów, uroczy, ciepły, starszy pan. Od początku otoczyli nas troskliwą opieką, zapraszali na American dinners, garden parties, birthday parties. Przyszywani dziadkowie naszej córeczki, dla nas serdeczni sąsiedzi. Dobrze, że zdarzyli się tacy ludzie na początku wyboistej emigracyjnej ścieżki.

Wigilie dalej spędzaliśmy sami, z wyboru. Z roku na rok szło coraz lepiej, uczyłam się przygotowywania nowych potraw, nie siadaliśmy już do stołu o 22:00, lecz kilka godzin wcześniej.

Przerwa na dygresję sylwestrową. Mój mąż wyjechał z Polski jako informatyk, delegowany przez warszawski Polservice. Takich jak on było wielu, trzymali się razem, mieszkali z rodzinami rozrzuceni po stanach New York i New Jersey. W tym gronie spędziliśmy naszego pierwszego w Stanach sylwestra; impreza składkowa, więc przywieźliśmy ze sobą dwa ciasta, czekoladowe (tzw. „murzynka”) i sernik z galaretką. Żony polserwisowców, zobaczywszy nasz wkład, skomentowały: „Kiedy byłam młoda, też takie piekłam.” Ooo, nie z nami takie numery: mąż wyniósł po półgodzinie, cichaczem, nietknięte ciasta (wałówy naniesiono bez liku, desery czekały w garażu na swoją kolejkę). Kiedy chwilę po północy postanowiliśmy zmienić imprezę, pokazał mi dumny zawartość bagażnika. O mało nie padłam!

Młodzi niepokorni po raz drugi?

Po trzech latach pobytu w Stanach wynajęliśmy pierwszy dom, w Rochelle Park. Piękny, duży, z ogrodem niczym park. New Jersey, zwane Garden State, wcale nie było szarobure, jak o okolicach Nowego Jorku sądziło wiele osób z Polski. To naprawdę „stan ogrodowy”, pełen bujnej zieleni. O jesiennym zgrabianiu liści do dwunastu worów napiszę kiedyś osobną historię.

Przygotowywanie kolacji wigilijnej w tamtejszym domu stanowiło prawdziwą przyjemność: w przestronnej kuchni z dwudrzwiową lodówką, zmywarką, spiżarnią. Przez lata emigracji poznawaliśmy ludzi z różnych części Polski, wymieniałam z nimi przepisy kulinarne, coraz bardziej odchodziłam od rodzinnej tradycji zupy rybnej czy karpia. Na stole pojawiły się pierogi, najpierw wielkie na pół talerza, z roku na rok coraz mniejsze i smaczniejsze. Za to piernik, makowiec, ciasteczka maślane – bez zmian. Po „maminemu”.

Pod choinką rosły góry prezentów, jeździło się w Christmas Day do Nowego Jorku, popatrzeć na łyżwiarzy pod Rockefeller Center, czy na Disney Show on Ice do areny nowojorskich Giants.

W tamtych latach zdarzyła się owa wieczerza indonezyjska, związana bynajmniej nie z podróżą do Azji. Znajoma męża zaprosiła nas do siebie i jakimś cudem zdołała pokonać nasz opór. I… wszystko było nie tak. Obce potrawy, mięsne… pysznie, wystawnie, lecz nieswojo. Zanim zaczęliśmy kolację, którą przygotowała opiekunka do dzieci, pełniąca również rolę kucharki, wybraliśmy się na przejażdżkę pokazać maluchom – córkom gospodyni i naszej – niezwykłe dekoracje w jednym z okolicznych domów. Ktoś zamontował w ogrodzie i na murach posesji setki tysięcy lampek. Kolędowały na ów festiwal światła rodziny z daleka, na uliczkach tworzyły się korki. Ja przeżyłam głównie jazdę luksusowym vanem, do którego zmieściliśmy się wszyscy bez problemu.

Zapamiętaliśmy z tego wieczoru i skopiowaliśmy dwie rzeczy: sałatkę holenderską (nie jako potrawę wigilijną) i samochód znajomej (wkrótce kupiliśmy podobny). Resztę uznaliśmy za niewartą powtórzenia. Ach, i nazajutrz zostaliśmy ponownie zaproszeni, aby… rozebrać choinkę. W Polsce nie do pomyślenia – tradycja wspólnego sprzątania z udziałem gości!

Drugi wyjątek to urlop bożonarodzeniowy, który spędziliśmy na Florydzie. Zachciało nam się słoneczka, więc wpakowaliśmy sztuczną choinkę do bagażnika, przejechaliśmy East Coast w niecałą dobę i nazajutrz grzaliśmy się na plaży w pobliżu Miami. O ile pamiętam, w wigilijny wieczór ucztowaliśmy w restauracji, zadowalając się daniami rybnymi. A następnego dnia złożyliśmy świąteczną wizytę aligatorom w Everglades.

W 1998 roku wyjechaliśmy do Kanady, krainy 30-stopniowych mrozów. Tamtejsza Polonia przyjęła nas z otwartymi ramionami, ale my uparcie nie przyjmowaliśmy wigilijnych zaproszeń. Kupiliśmy wkrótce pierwszy dom, z salonu mieliśmy widok na zaśnieżony po sam czubek płotu ogród. Cudnie było obserwować zimę z sofy przy kominku. Choinki kanadyjskie są bardziej zielone i piękniej pachną.

Urodził nam się wkrótce syn i czteroosobowej rodzinie nie brakło niczego. Polonia kanadyjska pochodzi przede wszystkim z południa, a to oznaczało kolejne nowe potrawy wigilijne. Ja nie odchodziłam od tradycji: barszcz na zakwasie własnej roboty, z uszkami; ryba (nigdy karp, a i sosy w corocznych wariacjach, czego nigdy nie opowiadałam mamie); pierogi, kapusta z grzybami, kompot wielowocowy i ciasta, ciasteczka – do wyboru, do koloru, nigdy jednak nie brakło piernika, makowca i maślanych.

W Kanadzie ponownie uczyniliśmy wyjątek i daliśmy się zaprosić na wigilijną wieczerzę naszym naj, najlepszym przyjaciołom. Sama kolacja wyglądała podobnie jak u nas, tyle że z kutią, dla mnie nowością – i pychotą! A zaczęło się wspólne wigiliowanie po mszy … na stadionie hokejowym, należącym do ottawskich Senators. To było przeżycie. Siedzieć na trybunach, podczas gdy księża odprawiają mszę na miejscu hokeistów, oczywiście nie na lodzie. I zamiast okrzyków komentatora sportowego słuchać pieśni bożonarodzeniowych, płynących z halowych głośników. Znów nie zdecydowaliśmy się powtórzyć tego doświadczenia. Wyjechaliśmi wkrótce do Niemiec. Stamtąd mieliśmy bliżej do Polski, wielokrotnie przyjeżdżaliśmy w święta do Ojczyzny, ale nigdy w Wigilię. Czasami wyruszaliśmy w daleką podróż już w pierwsze święto.

W Niemczech nauczyłam się od szwabskich gospodyń wyczyniać istne cuda cisteczkowe: podejrzałam sztukę pieczenia na spodach z opłatka. Zdobyłam przepisy i słałam potem do Polski, Szkocji, do rodziny i przyjaciół, paczuszki pełne fikuśnie zapakowanych smakołyków. Dekorowałam kandyzowanymi owocami, marcepanem, orzechami, migdałami, ciapkami marmolady własnej roboty i oczywiście czekoladą oraz cukrem pudrem. Prawdziwa, niczym w piosence śpiewanej przez mojego synka w niemieckim przedszkolu, Weihnachtsbäckerei, czyli Gwiazdkowa Piekarnia. Codziennie nowy przepis, kilka blach ciastek, i tak przez kilka dni z rzędu. Tempo ekspresowe, żeby wszystko, w miarę jeszcze świeże i kruche, opakować w bibułki, folie i wysłać w świat.

fot. Zuzanna Muszyńska

fot. Zuzanna Muszyńska

Od tamtego czasu uważam, że kobiety mają prawo wpisywać sobie w CV z lat nieprzepracowanych poza gospodarstwem domowym umiejętność doskonałego zarządzania czasem.

 

Niemieckie Wigilie przeżywaliśmy coraz bardziej muzycznie. Dzieci grały kolędy, najpierw w duo wiolonczela-cymbałki, a potem wiolonczela-pianino. Syn śpiewał w chórze chłopięcym, który umilał parafianom Sankt Martin Kirche odpowiednik polskiej pasterki, tzw. Christmesse. Kameralny zespół w składzie klawesyn, kontrabas, skrzypce i flet oraz kilkunastu chłopców o anielskich głosach, wyszkolonych przez organistę, wykonywali pieśni niemieckich kompozytorów. W kościele ciemności, każdy trzymał w dłoni zapaloną świeczkę. Szykowałam zwykle paczuszki dziękczynne dla chłopców, pełne pysznych słodyczy, i rozdawaliśmy je po mszy za zgodą i aprobatą kierownika chóru. A jaka była radość, kiedy wracało się w śnieżną noc do domu, śpiewając polskie kolędy w drodze przez średniowieczną starówkę naszego ukochanego Wangen. Raptem 25 km od nas rozciągały się pierwsze pasma Alp Bawarskich…

 

fot. Zuzanna Muszyńska

fot. Zuzanna Muszyńska

Dla mnie ważny element wangenowskich świąt stanowiły dekoracje. Mój ogród zamieniał się czasem już pod koniec listopada w śnieżny raj. Przed pierwszą niedzielą adwentu, zgodnie z miejscową tradycją, dekorowałam otoczenie domu. Wisiałam godzinami na wysokich tujach i świerkach, oplatając je sznurami drobnych światełek, które potem podłączałam do zdalnego sterowania i zabawiałam dzieci z naszej ulicy magicznym „pstryk-pstryk, błysk-błysk”. Nie mogły się napatrzeć na nasze dekoracje, a ja na ich uradowane buźki!

Teraz Londyn – wszystko inaczej. Mieszkamy w bloku, nad jeziorkiem. Nie ma zimy. Kupiliśmy sztuczną choinkę, my, leniwe szczury blokowe. Pierwszą, angielską kolację wigilijną uszykował mąż. Nowocześnie, inaczej.

Czy odchodzimy od tradycji? Tak. Choć w każdym kraju można uszykować polskie potrawy wigilijne. Wszędzie są polskie sklepy, a gospodynie na emigracji dbają o zachowanie tradycji i przekazanie jej dzieciom.

Gorzej, jeśli gospodyni domowa postanowi zostać pisarką. W tym roku idziemy na kolację do restauracji. Miała być japońska, ale moja ulubiona, przy Liverpool Street Station, będzie zamknięta 24 grudnia. Wybieramy się więc do włoskiej, na owoce morza. Pieszo, przez urokliwe Blackheath, gdzie kwitną o tej porze pierwsze magnolie.

Pasterka w St. Pauls, najpiękniejszym według mnie londyńskim kościele. Będzie chór chłopięcy, już się nie mogę doczekać! Powrót do domu czarną taksówką, przez nocny Londyn.

Będzie pięknie, jak zawsze, choć inaczej. Jesteśmy przecież nomadami. Od niedawna chodzą nam po głowach święta bożonarodzeniowe w Norwegii, Szwajcarii, a nawet Dubaju.

Jak to?! Gdzie nasze zasady?! Gdzie rozsądek?!

Ano tak to. Starzy pokorni, gotowi na zmiany.

 

Autor: Zuzanna Muszyńska

Więcej o autorce tutaj: http://nowemysli.pl/czas-to-klamstwo-zegara/

Korekta: Hanna Bilińska – Stecyszyn

 

 

Tags: , ,

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *