MENU
fot. Pola Pane

Wnetwstąpienie

Joanna Oxyvia Jankowska - fot. archiwum prywatne

Czułe niewolnictwo – poezja Joanny Oxyvii Jankowskiej

1 kwietnia 2016 Comments (2) Views: 918 Czytam

What a wonderful World

girl-97433_1920

 

I

 

Marek wierzy, że świat jest wspaniały. Wierzy w to prawdziwie i szczerze. Tylko akurat nie dzisiaj. Dziś Marek leży w przepoconym barłogu i kiedy próbuje się z niego wydostać, czuje się jak płód, którego matka zażyła tabletki poronne.

Słoneczne światło razi go w oczy i Marek wie już, że oto nadszedł jeden z tych dni, w których świat wygląda chujowo. W których znika zawiesisty nektar, oklejający słodko wszystko wokół. W których nic nie jest takim, jakim pokazują to popularne seriale. I nie pomaga nawet nucenie reklamowych dżingli.

Ani to, że jest niedziela.

Ale Marek nie ma zamiaru się łamać. Marek wie, że trzeba wstać. Dlatego podnosi się w końcu. Ten wysiłek sprawia jednak, że poranną toaletę ogranicza jedynie do zrobienia nosa ułamanym, firmowym długopisem. Marek ma dużo firmowych długopisów. W biurze i tak nikt ich nie używa.

O Marku można powiedzieć, że jest szczupły. Jego włosy są ciemne, a twarz szara. Niektóre koleżanki z pracy uważają, że jest przystojny. Marek posiada profile na portalach Facebook i LinkedIn. Wciąż używa Gadu-Gadu. Jego ulubione fanpejdże to „Kariera.com.pl”, „Idź pan w chuj” i „Oddaj mi swoje ciało”.

Przełykając gorzką, gęstą od amfetaminy flegmę, Marek dochodzi w końcu do siebie.

Jego organizm wydziela teraz duże ilości dopaminy i noradrenaliny, przez co Marek zaczyna myśleć, że chyba niepotrzebnie dramatyzował.

I wtedy przypomina sobie wczorajszą noc.

Klapiąc o parkiet bosymi stopami, idzie do łazienki i staje przed lustrem.

Z uwagą dotyka spuchniętego oka. Zadrapanego policzka.

O wczorajszej nocy Interia napisała, że nieznany sprawca wjechał w autobusową wiatę i zabił młodego mężczyznę, po czym zbiegł z miejsca wypadku. Portal Onet podkreślił, że liczba ofiar jest niemal równa masakrze w Bostonie.

Marek musi im wierzyć na słowo. Nie do końca pamięta, jak to wczoraj było. Wie tylko, że to nie on prowadził.

Cała sprawa wygląda tak, że Marek był wczoraj na imprezie firmowej. Takiej, co to jak się na nią nie pójdzie, to ci upierdolą premię. A Marek lubi swoją premię. Plus takich imprez jest taki, że można się najeść i nachlać za darmo. Można też pojechać z prezesem na dziwki. Trzeba tylko pamiętać, że po pijaku prezes może wjechać w wiatę.

Marek wraca do pokoju i wie już, że ta niedziela będzie inna niż zwykle. Zwykle w niedzielę Marek siada przy komputerze i nakłada w Photoshopie ekskluzywne meble na zdjęcia swojego pustego mieszkania. Pieczołowicie wycina z katalogów Kler skórzane sofy i przenosi je na fotografie swojej kawalerki. Dobiera do nich szafy Klose. Stoły i krzesła z Vinotti.

Kiedy obraz jest gotowy, Marek publikuje to na swoim Facebooku z dopiskiem: „Mój nowy salon ;)”, Albo: „Odświeżona kuchnia :D”.

Marek wie, że kiedyś kupi te meble naprawdę. Jak tylko dostanie awans. Jak tylko dojdzie do siebie po zwiększeniu raty kredytu. Na razie musi się zadowolić pustym mieszkaniem na strzeżonym osiedlu.

Marek nie obawia się, że któryś z jego znajomych mógłby dopytywać, dlaczego zmienia meble co tydzień. Marek nie ma na swoim profilu żadnych znajomych.

Kiedy wyciąga z paczki papierosa i chce wyjść na balkon, odzywa się dzwonek jego telefonu. Innowacyjna Nokia Lumia przesuwa się po podłodze, powtarzając w kółko fragment Grande Valse. Od taktu trzynastego do szesnastego. Marek sprawdza wyświetlacz i nie odbiera. Marek nie rozmawia już z Moniką. Marek już nie chce jej znać. Głupia cipa, myśli sobie, czego ona może ode mnie chcieć?

Monika dzwoni dziś już po raz szósty. Ale nawet jeśli zadzwoni setny, Marek nie odbierze.

Wkładając do ust papierosa, otwiera drzwi balkonowe i wychodzi na zewnątrz.

Daleko na horyzoncie, przy nowym centrum handlowym, robotnicy stawiają ogromny telebim. Bliżej, na blokach i galeriach, kamienicach i gmachach, połyskują kolorowe bilboardy. Reklamy, które obsiadły miasto, jak muchy krowi placek.

Na przystrzyżonym trawniku, pod oknami Marka, jakaś bezdomna szarpie się z ochroniarzem. Marek zastanawia się, w jaki sposób kobieta tu weszła.

Bezdomna ma ze sobą stary dziecięcy wózek. Wózek leży teraz na trawie, a wokół walają się śmieci, jeszcze do niedawna w nim zalegające. Przedmioty wyzbierane z osiedlowych kubłów. Bezdomna nie ma domu i profilu na żadnym portalu. Nie ma nawet komputera. Ochroniarz wykręca jej rękę i nazywa kurwą. Marek zastanawia się, czy powinien to gdzieś zgłosić. W końcu nie po to płaci taki czynsz, by mu się ktoś wydzierał pod oknem. W tym momencie znowu odzywa się dzwonek telefonu.

Co za cipa, myśli Marek i zapala papierosa.

 

 

II

 

Co za chuj.

Monika naciska czerwoną słuchawkę i wsuwa telefon do kieszeni spódnicy. Potem gasi papierosa w sedesie i ręką rozprasza dym. Wie, że spala przy tym niecałą kalorię.

Wychodząc z toalety dla personelu, uśmiecha się szeroko. Jest przez to prawie kolejną kalorię do przodu. W korytarzu mija ją Rafał.

– Rodziłaś? – pyta, pociągając nosem i krzyżując ręce na piersi.

Monika uśmiecha się szerzej i w myślach wyzywa go od najgorszych.

– Wiesz, że nie płacimy ci za siedzenie w kiblu – dodaje Rafał, marszcząc brwi. Jego twarz jest nalana i pokryta pryszczami. Czerwonymi plamami od nadmiaru sterydów.

Monika nie odpowiada. Ma nadzieję, że jeśli nie będzie narzekać, Rafał szepnie o niej dobre słowo i w końcu opłacą jej ZUS. Zaciska więc zęby i wraca na stanowisko pracy.

O tej porze hipermarket jest pełen. Bądź co bądź jest niedziela.

Rozlazła tłuszcza błądzi w labiryncie korzystnych abonamentów, kredytów-chwilówek i cen tak niskich jak jej poziom endorfin. Zwiedza szlaki pełne chemicznych pralni i szans na lepsze życie.

Monika w tym czasie liczy po cichu do dziesięciu i myśli o końcu pracy.

O Monice można powiedzieć, że jest szczupła i ładna, choć ostatnio ma większy brzuch. Jej włosy są platynowe, obcięte krótko, z grzywką tuż nad oczami. Monika posiada profile na portalach Facebook, Fotka.pl i Nk.pl. Monika ma na nich więcej znajomych niż jej koleżanki. Jej ulubione fanpejdże to „Allegro”, „Kobiety bez Serca” i „Kocham Buty i Torebki”.

Do Moniki podchodzi właśnie młody mężczyzna, wyciąga ze stojącej przed nią miski chipsa i rozgryza go, śliniąc się. Tłuste okruchy lecą na jego koszulę.

– Co to jest? – pyta, mlaszcząc głośno.

Ziemniaczany przemiał. Najgorszy syf, pełen wszystkiego, co jest potrzebne twojemu ciału do autodestrukcji. Szajs wypiekany tak, by pękał ci w gębie przy ciśnieniu 276 milibarów. Dźwięk, jaki się wtedy wydobywa, jest tak przyjemny, że masz ochotę od razu usłyszeć go jeszcze raz. I jeszcze.

Foniczny koks.

Ale Monika tego nie mówi. Mówi za to:

– To naturalne, niskokaloryczne i bezglutenowe Cripsy produkowane bez utrwalaczy i konserwantów, bogate w wartości odżywcze i składniki niezbędne naszemu organizmowi. Potwierdza to międzynarodowy certyfikat.

– Cripsy? – dopytuje mężczyzna. – Chyba chipsy – dodaje i sięga po kolejnego.

– Nie – zaprzecza Monika. – Chipsy są niezdrowe, natomiast Cripsy to przekąska rekomendowana przez dietetyków w USA i zachodniej Europie. Może chciałby pan kupić paczkę?

– Nie sądzę – odpowiada i sięga po jeszcze jednego. I kolejnego.

Kiedy mężczyzna odchodzi, Monice chce się płakać. Przed oczami znów staje jej test ciążowy z wynikiem pozytywnym. Widoczne na nim dwie kreski to dla niej znak równości pomiędzy jej jestestwem a powolnym spadkiem w czeluść egzystencjalnego kibla. Między życiem i śmiercią. Marzeniami i niespełnieniem.

Monika wie, że nie może urodzić dziecka. Nie teraz, kiedy dostała się na eliminacje Top Model.

Dlatego musi dodzwonić się do Marka. Wziąć od niego pieniądze. W końcu to on jest ojcem.

Z zamyślenia wyrywa ją Rafał, który łapiąc się za policzki, unosi je i uśmiecha się do niej nienaturalnie szeroko. Później dotyka oczu dwoma palcami, a następnie kieruje je w stronę Moniki.

Monika zaciska zęby i wykrzywia usta, a przed oczami staje jej Rafał uderzony przez samochód. Rafał spadający ze schodów. Rafał duszony plastikowym workiem.

Monika zastanawia się, czy zwrócił uwagę na jej brzuch. W końcu to trzeci lub czwarty miesiąc. Pewnie już widać.

Jej mięśnie napinają się przy tym tak mocno, że Monika traci kolejną kalorię.

 

 

III

 

– Paznokcie są tuczące – żartuje Grażyna, uśmiechając się do Marka. Grażyna potrafi mieć świetny humor nawet w poniedziałkowy ranek.

Marek oddala dłoń od ust i zwilża językiem wargi.

Grażyna w tym czasie spogląda zalotnie w jego stronę i mówi:

– Prezes już prosi.

Grażyna ma promienny uśmiech i wielki biust. Prezes lubi Grażynę.

W gabinecie prezesa Marek czuje, że się poci. Nie wie, po co został wezwany.

Prezes, nie odrywając wzroku od monitora, wskazuje Markowi krzesło.

O prezesie można powiedzieć, że jego twarz jest tłusta, a ciało pulchne. Prezes jest wysoki i łysieje. Prezes posiada profile na portalach Facebook, Goldenline i Nk.pl. Jego ulubione fanpejdże to „Kwejk”, „Ja jebię” i „Ruchałbym”.

Teraz Prezes siedzi przy biurku i ogląda na komputerze film pornograficzny. Marek widzi jego kamienną twarz, zawieszoną nad ekranem ze świecącym jabłuszkiem.

Prezes patrzy, jak trzech muskularnych mężczyzn posuwa szczupłą Azjatkę. Kobieta leży na jednym z nich, a drugi bierze ją od tyłu. Ostatni, klęcząc, wpycha kobiecie w usta nabrzmiały członek.

Prezes nie czuje przy tym podniecenia. Prezes ogląda filmy pornograficzne z nudów. I choć widzi, że Marek wyraźnie się niecierpliwi, nie przerywa seansu.

Postępuje tak, by jego pracownicy mieli świadomość, iż są rzeczy ważniejsze od nich. By wydawało im się, że Prezes zawsze jest zajęty, i to zajęty obowiązkami, które mają najwyższy priorytet. Tak go uczyli na szkoleniu w Warszawie.

Dlatego Prezes wciąż nie spuszcza oczu z monitora. W tym czasie kobieta klęka, a mężczyźni ochlapują jej twarz gęstą, perłową spermą. Dopiero kiedy kamera robi zbliżenie na jej posklejane nasieniem oczy, Prezes wyłącza film i kieruje swój wzrok na Marka.

Przez chwilę milczy, po czym przesuwa w jego stronę skrawek papieru i klucze od samochodu.

– Pojedziesz pod ten adres – mówi – i weźmiesz mój samochód do warsztatu na Branickiej. Później zapomnisz, że kiedykolwiek miałem takie auto i że kiedykolwiek nim jechałeś. Do pracy wrócisz, jak ci się gęba zagoi. Wtedy pogadamy o twojej karierze.

W umyśle Marka powoli wyświetla się powiadomienie, że oto prezes zaprasza go do wydarzenia „Cudowne życie”. Że wystarczy, by tego nie spierdolił, a dołączy do elitarnej grupy, takiej co to tylko znajomi mogą zapraszać znajomych. Marek wie, że Prezes może go uszczęśliwić. Że Prezes chętnie skorzysta z jego pomocy, bo posada Prezesa jest jak posada kochanki – bardzo łatwo ją stracić. A Prezes przyzwyczaił się już do swojego stołka. Do zachodniego kapitału. Magicznych transfuzji unijnego dobrobytu.

Dlatego Marek z uśmiechem bierze kartkę i kluczyki, po czym wychodzi z pokoju.

Kiedy jest już na korytarzu, czuje wibracje telefonu, a w chwilę później rozlegają się cztery takty Grande Valse.

 

 

IV

 

Monika chowa telefon do kieszeni różowej bluzy, a aptekarka kładzie przed nią pudełko tabletek na bóle reumatyczne. Bierze od Moniki kartę, wsuwa ją do terminala, po czym przekręca go w jej stronę.

– Pin i zielony – mówi.

Monika wstukuje tipsami cyfry i nagle czuje, że jej świat wraca do normy. Że wcale nie potrzebuje, by Marek jej pomagał. Że sama potrafi o siebie zadbać.

Monika odbiera kartę, a pudełko tabletek chowa do torebki.

W Internecie czytała, że to jej pomoże. Że będzie bolało, ale zadziała.

O receptę nie było trudno. Lekarzowi powiedziała, że boli ją kolano. W końcu w pracy cały dzień stoi, więc nie ma się co dziwić.

Do dzisiaj nie była pewna, czy powinna jej użyć. Teraz nie ma już wątpliwości.

Przechodząc przez parking w stronę przystanku, Monika dostrzega bezdomną szarpiącą się z ochroniarzem. Koło kobiety stoi dziecięcy wózek.

Ochroniarz popycha kobietę, a potrącony przez nią wózek przewraca się. Z wózka wypadają śmieci, które bezdomna wygrzebała z pobliskich kubłów.

W tle robotnicy kończą ustawiać wielki telebim.

Monika pamięta, że kiedyś ta kobieta była ekspedientką w jednej z drogerii. Że w wypadku straciła męża i roczne dziecko i nigdy już nie doszła do siebie. Że wciąż nie może pogodzić się z ich śmiercią.

To zabawne, myśli Monika – niektórzy ludzie mają to, czego nie chcą, a inni, choć tego chcą, nie mogą tego dostać. Monika nie wie, skąd w jej głowie wzięło się takie spostrzeżenie. Uznaje, że lepiej już się nad tym nie zastanawiać. Że teraz w jej głowie nie ma miejsca na egzystencjalne refleksje. Monika jest pewna, że w tej chwili powinna działać zdecydowanie. Że tylko jeden krok dzieli ją od spełnienia marzeń.

Tak podpowiada Monice jej wewnętrzny głos. I Monika słyszy ten głos wyraźnie.

 

 

V

 

– Kurwa mać! – Marek wchodzi do łazienki w mieszkaniu Moniki i czuje, że słabnie.

Żałuje, że zdecydował się tutaj przyjechać. Że postanowił odwieźć samochód prezesa dopiero wieczorem. Że odebrał ten pieprzony telefon.

Marek wie, że Prezes zgłosił kradzież samochodu. Że dzięki znajomościom z kim trzeba, kradzież została zanotowana z datą z zeszłego miesiąca. Że gdyby ktoś zatrzymał go w samochodzie Prezesa, Marek nie miałby jak tego wytłumaczyć.

Monika dzwoniła przez całe popołudnie. W końcu Marek odebrał, bo w tamtej chwili zrobiłby wszystko, by odgonić od siebie lęk przed wszechobecną policją.

I wtedy Monika powiedziała, że umiera. Że ich dziecko nie żyje. Że nie chce już pieniędzy, byleby tylko do niej przyjechał.

Choć Marek nie rozumiał, zgodził się.

Teraz Marek wymiotuje do umywalki. Przeciera usta wierzchem dłoni i przełyka ślinę.

Łapie kilka oddechów i ponownie podchodzi do wanny.

W wannie, obejmując podwinięte nogi, siedzi Monika. Jest naga. Ściany i dno wanny ubrudzone są krwią. Spomiędzy nóg Moniki ciągnie się szara pępowina, u końca której znajduje się coś, co wygląda jak niedokończona lalka.

– Zabierz to – szepcze Monika, a Marek znów wymiotuje. Tym razem na podłogę.

– Zabierz to, proszę – powtarza ona.

Marek oddycha głęboko i staje przy niej. Nie wie, co robić. Desperacko przeszukuje pamięć, by znaleźć jakąś podpowiedź. Przed oczami stają mu maksymy publikowane na fanpejdżach ulubionych marek. Cytaty motywacyjne. Złote myśli. Jednak Marek wciąż się waha. Jak Nike. I nagle na samym dnie czaszki słyszy: just do it, kurwa i zaraz potem Monika powtarza:

– Zabierz to.

I Marek wie już, że musi działać. Że w dzisiejszych czasach nie ma miejsca na wątpliwości.

W panującym tu bałaganie rozgląda się za czymś ostrym. Łapie za nożyczki, po czym sięga po leżącą w kącie reklamówkę. Rozwiera ostrza i pochyla się nad wanną.

Monika drży, a z jej ust cieknie ślina. Kiedy Marek przecina pępowinę, szepcze mu do ucha:

– Nie wracaj już nigdy.

Marek ściska pod pachą reklamówkę z ich martwym dzieckiem i wychodzi. Na reklamówce bieli się napis – Ideenwelt.

 

 

VI

 

Marek wierzy, że świat jest wspaniały. Widzi to wyraźnie w lustrze toalety w galerii handlowej. Na twarzy nie ma już opuchlizny i zadrapań.

Wyciera ręce, poprawia włosy i kieruje się w stronę drzwi. Pod nosem nuci swój ulubiony reklamowy dżingiel.

Markowi nie psuje humoru nawet grupa gówniarzy, która z wyższego piętra pluje mu na ramię. Marek nie zwraca na nich uwagi. Marek wie, że wcześniej czy później osądzi ich rynek pracy.

W sklepie Marek długo zastanawia się nad wyborem sofy. Postanawia, że kupi ją jeszcze dzisiaj. Musi tylko sprawdzić miękkość każdej z nich. Fakturę skóry.

W ustawionym na dębowej szafce telewizorze widzi uśmiechniętą Monikę. Monika ubrana w szpilki i skąpe bikini przechadza się przed oczami skupionego jury. Jury jest zachwycone.

Marek przesiada się na kolejną sofę, zwróconą w stronę okna. Przed nim, po pełnym o tej porze parkingu, spaceruje bezdomna kobieta z wózkiem. Kobieta nachyla się co chwilę do wnętrza wózka i wypowiada z uśmiechem jakieś słowa. Z wózka wystaje dziecięcy kocyk i reklamówka. Marek zna tę reklamówkę. Wie, że widnieje na niej napis Ideenwelt.

Kiedy kobieta mija palącego papierosa ochroniarza, ten uśmiecha się do niej serdecznie.

Marek rozsiada się wygodniej i wtedy dociera do niego, że właśnie znalazł to, czego szukał. Zatapiając się w otaczającą go miękkość, obserwuje, jak bezdomna z wózkiem niknie na tle zachodzącego słońca.

Górujący nad nią telebim skończył właśnie nadawać spot reklamowy i teraz pojawia się na nim roześmiana twarz Louisa Armstronga.

Armstrong łapie za mikrofon i zaczyna śpiewać. Marek czuje, jak dźwięki przechodzą przez jego ciało. Marek czuje, jak robi mu się ciepło ze szczęścia.

 

 

Autor: Przemek Morawski

Redakcja i korekta: Anna Maślanka

Druga korekta: Magda Polanowska

 

 

Tags: , , ,

Komentarze do What a wonderful World

  1. […] Nowe Myśli opublikowały What a wonderful World, opowiadanie Przemka Morawskiego, uczestnika drugiej edycji Wykup Słowo, a już niebawem na […]

  2. polecam pisze:

    Jestem pod ogromnym wrażeniem! Dziękuję za artykuł!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *