MENU
autumn-3286291_1920

Przemiana – opowiadanie Marka Jastrzębia

11 kwietnia 2018 Comments (0) Views: 327 Czytam, Poezja

W bezsilnych dłoniach – poezja Manuela del Kiro

Upadek

kiedy przegrał

ze swoimi lękami

chowanymi do tej pory

w wewnętrznej kieszeni sumienia

upadł

a kobieta oparta o framugę drzwi

której świetności

nie mógł przywrócić

nawet miejski malarz

przyklękła obok

i ciepłą lekko wilgotną dłonią

pogładziła jego twarz

pomyślał wówczas

że tak mogłoby wyglądać niebo

bo czemuż by nie

w bosych wędrówkach

wśród wyblakłych wspomnień

brzęk monety strąconej z Olimpu

stopą któregoś z zapomnianych bogów

przywracał świadomość

i ożywało sumienie krzycząc

jakby coś to mogło jeszcze zmienić

twarze zatroskanych staruszek

pochylone nad nim

jak stado kruków

poruszały bezzębnymi dziąsłami

i spadały na niego

modlitwy za zmarłych

niespodziewane niczym grad

w pogodny wieczór

cisza leżała już w jego oczach

i niebo odetchnęło wreszcie z ulgą

że nie będzie więcej

zadawał trudnych pytań

w starych kościołach

przesyconych oddechem kilku stuleci

ani w nocnej ciszy domu

gdzie Bóg  mógłby rozgościć się

w starym bujanym fotelu

gdyby tylko chciał

a tak

płaczą staruszki bez łez

i niebo chmurzy się od wspomnień

 

 

Nieziszczone pragnienia

w dzieciństwie moje sny pachniały

miodem i cynamonem

trawa kusiła miękkim oddechem

obiecując zdradzić tajemnice gwiazd

które leniwie rozciągały się na niebie

miejski głupek o twarzy

z której wyzierał Chrystus

rozdawał uśmiechy

a my bosonodzy gówniarze

czuliśmy się przy nim tacy mądrzy

piękni i wspaniali

miasto pachniało obcością

wrogo spoglądając

pustymi oczodołami domów

w złotych świątyniach

starcy zastygali w modlitewnych pozach

i zasypiali otumanieni

zapachem świec

i tylko anioły nie spały

ukryte w naszych

jeszcze niewinnych sercach

które dopiero zaczynały mocniej bić

na widok niedojrzałych figur

małych kobiet

rzucających nam ukradkowe spojrzenia

jak rzuca się ubogiemu grosz

błękit nieba widziany przez szkolne okno

obiecywał tak wiele

a my skuci słowami

które wtłaczano nam do głów

buntowaliśmy się po cichutku

uciekając w marzenia

potem lustra zamilkły

lecz nie przyoblekliśmy ich

czarnym materiałem

w nadziei że jeszcze kiedyś

usłyszymy odpowiedzi

na pytania dawno zapomniane

miejski głupek o twarzy

z której kiedyś wyzierał Chrystus

nie uśmiechał się już

chodził utykając na jedną nogę

z nisko opuszczoną głową

i zawsze nosił z sobą kieliszek

w nadziei że uda mu się wreszcie upić

nieziszczone pragnienia

 

 

Spokojny oddech miasta

Mojemu miastu mogę podarować odrobinę wierszy szytych na miarę, garść wspomnień zamkniętych w poezji.

 

Krzyczy we mnie przeszłość i czas rzeźbi pamięć, powoli lecz wytrwale, niczym miejski kamieniarz.

 

Wracam do ciebie moje miasto z radością i odrobiną niepokoju, dziką mieszanką uczuć, która serce kłuje.

 

Nie lubię chodzić tu po zmroku, po tych pustych ulicach, zimnych od blasku latarni oraz czyjegoś wzroku, przeszywającego mnie zza ciężkich zasłon.

 

Jestem tu tylko przechodniem, który z Rynku skręca w prawo, na Ostrowiecką, odwiedza stary sklep, który tkwi tu od pokoleń, kupuje kilka świec, paczkę zapałek i przechodzi na drugą stronę ulicy, prosto za cmentarną bramę, gdzie już tak wielu odpoczywa po trudach tego  życia.

 

Wracam do ciebie moje miasto z tą odrobiną mieszanych uczuć.

 

Uczuciem smutku, który dostrzegam w oknach domów, przygniecionych małomiasteczkowym życiem, drogą do nikąd, przemierzaną każdego dnia

 

dom-praca

praca-dom

 

przez zmęczonych ludzi, z popołudniowym ciężkim uśmiechem, przywdziewanym dla bliskich, sąsiadów, przyjaciół,

 

oraz uczuciem radości wylewającym się z parkowych alejek, piaskownic oraz huśtawek, w piękne słoneczne dni, w tym dziecięcym szczęśliwym śmiechu przeszywającym niebo.

 

Lubię wracać do ciebie moje miasto by odpocząć w twoim spokojnym oddechu.

 

 

To nie był czas na miłość

niedokończone wiersze

żegnane wzruszeniem ramion

okruchy słów

przesypujące się na papier

jak piasek w klepsydrze

dokąd płyną

łódeczki z tęsknotą

za dotykiem kochanej dłoni

blaskiem fiołkowych oczu

 

listy

przeglądane po raz sto pierwszy

znane już na pamięć

znów lądują w szufladzie

zamykanej pozłacanym kluczykiem

 

pokochaliście siebie

w złym czasie

gdy ty trwałaś w murach miasta

umęczonego buciorami najeźdźcy

a on składał głowę do snu

na twardym leśnym kamieniu

 

stary suchar

wskrzeszał wspomnienia o matce

wyjmującej chleb z pieca

i maleńkich

zniecierpliwionych rękach

wyciąganych po swoje porcje

dzielone równo

przez zegarmistrzowskie dłonie ojca

 

miłość skazana

na niepowodzenie

umarła za bramą obozu

w zbyt dużym pasiastym ubraniu

zginęła od kul

w leśnej zasadzce

i tylko listy ocalały

przysypane stertą gruzu

 

 

Hamburg

w kawiarniach na Jungfernstieg

spotykam głowy pochylone

nad porannym espresso

gdzie układają plan działania

na najbliższe godziny

dni czy też lata

potem spoglądają przez okno

na szczupłe katedry

strzelające w niebo iglicami

a zapomniane dźwięki dzwonów

wzywają na modlitwę

tych którzy jeszcze w wierze trwają

książki jak niespokojne ptaki

leżą obok

z rozpostartymi skrzydłami stronic

jakby szykowały się do lotu

a dłonie zajęte kawą

unoszą się do ust

zamyślone

jakby to one układały plan

na dziś

jutro

czy też całe lata

kołysankę dla tych co odeszli

niesie echo w pustej katedrze

gdzie jaskółki

mogłyby wić gniazda

i prognozować pogodę

to tu ludzie o sztywnych sercach

zrzucają ciężar swych win

z twarzami zatopionymi w dłoniach

a udawana lub też nie

rozpacz

przelewa się przez palce

potem otrzepują kolana

z niewidocznego kurzu

i wychodzą by grzeszyć znów

tacy lekcy

lecz tacy nieszczęśliwi wciąż

z sumieniem zagłuszanym

potokiem brudnych słów

kołysankę dla tych co odeszli

niesie wiatr

wzdłuż starych kamienic na Jungfernstieg

które zapewne śnią

o czasach minionych

kiedy to spokój

rozciągał się nad miastem

a czas płynął leniwie

nie poganiany tą ludzką gonitwą

i chęcią zysku by mieć więcej

i więcej wciąż

 

 

Naiwności Boga

w bezsilnych dłoniach

przesypujesz piasek

wydarty niegdyś morzu

a czas przystanął

zabarwiony

kolorem zachodzącego słońca

i chciałbyś aby ta chwila trwała

rozpięta między dawniej

a teraz

między życiem a śmiercią

tą bezwzględną egoistką

nieczułą na ludzkie uczucia

czas uruchomił

stary kinematograf

i czarno biały film

oglądany po raz sto pierwszy

nie nudzi

lecz znów urzeka

listy krążące między wami

teraz starannie zebrane

w jednym miejscu

w zgrabną małą paczuszkę

czerwoną kokardką przewiązane

odpoczywają znużone

dotykiem dłoni

gdzieś na dnie szafy

obok starych pamiętników

i tylko gniew

czasem tobą zatrzęsie

gdy pięścią wygrażasz Bogu

że taki jest naiwny

zabierając nam tych dobrych

a złym

każąc chodzić po tej ziemi

 

 

fot. z archiwum autora

fot. z archiwum autora

Manuel del Kiro, a właściwie Grzegorz Chlebny: Dzieciństwo i młodość spędził w Ćmielowie, małym miasteczku słynącym z porcelany. Rodzinne miasto często pojawia się w jego wierszach, w serii zatytułowanej „Kroniki wspomnień”.

Debiutował w 2015 roku w Antologii grupy Ogród Poetów. Potem jego wiersze ukazały się w Antologii grupy Peron Literacki I i II, Antologii Poetów Polskich 2016, Angorze. W 2017 roku ukazał się jego debiutancki tomik „Katharsis”. W swoich wierszach ukazuje świat ludzkich emocji, przemijania, smutku, walki ze swoimi słabościami, miłości.

 

 

Tags: ,

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *