MENU
fot. K.A. Kowalewska

Proza, która boli – refleksje na temat powieści „Małe życie”

px

Opowieść niemiłosna

15 czerwca 2016 Comments (0) Views: 786 Czytam

Umarły język nie przewodzi pamięci – poezja Marcina Królikowskiego

GODŁO: Drugi list jasnowidza do żywych poetów

„Wiłkomirscy”

Juliusz Łuciuk komponuje Kantaty Kaszëbë na blaszany werbelek

Cokolwiek chciałbyś zakryć ręką,

nie ma nikogo obok. Coraz ciszej

dyrygujesz, drewniejesz sierpniowo na wiór,

mądre źdźbło Kaszub.

Umarły język nie przewodzi pamięci,

skoszona trawa jest sianem.

Od dawna cię czytam, słucham, obserwuję,

jestem tremolo twojego umlaut nad Ü,

wybijam z uporem blaszane nazwisko

twardą niemiecką pałeczką.

 

Mam ślepia z rtęci, czysta przenikliwość,

dwie ostateczne kropki, wieczne nasionka,

które wypuszczą kiełki polskiej polifonii

w płaskich symfoniach Prus.

 

Przeraża mnie, kiedy wreszcie rezonujesz.

Wysuwasz pomarszczony język i jeszcze przed

śmiercią zamykasz świat kropką, kroplą śliny

na pięcioliniach pól.

 

Miss mokrego Holocaustu

26 listopada 2015 roku  w Izraelu odbyła się czwarta edycja wyborów miss Holokaust.

 

Nie ma piękniejszego świata od tego ze wspomnień.

Nie ma bezpieczniejszego od tego z dzieciństwa.

Wierzę tylko w jeden, pewne tu i teraz, odkąd mi nadano

numer 80277 – proszę to dokładnie sfotografować.

Nie poprzedza go żaden kierunkowy, i jeśli się uprzeć,

i jeśli zadzwonić wykwitnie sinym ściegiem

na dziewczęcej ręce, rozdzwoni w pamięci  młodziutkiej

Shoshany, którą byłam w momencie nakłuwania igłą.

To połączenie jest bez odpowiedzi,

i ma tyle znaczeń co głuchy telefon.

 

Dzisiaj jak dawniej przeszłość wyrażają flesze.

Kulę się trochę na wybiegu, nie wiem,

czy aby na pewno nikt do mnie nie strzela,

w rozbłyskach staram się iść pewnie, choć lekko mną chwieje.

Tak samo falował upał w tamto lato. Z niewielką różnicą

– na rampie Radegast, na rampie Umschlagplatz

po rampę Birkenau wybieg wieńczył gaz

a potem płomienie.

 

Zostało nas szesnaście, wciąż nosimy w tęczówkach

szkło weneckie trwogi, sztywny od potu kołnierz z

sierpniowych upałów, których  nikt nie mógł ugasić

kobiecymi  łzami, bez względu na wielkość

oczu, choćby były sarnie i w ludzkich czaszkach

umiały się zmieścić.

Zostało nas szesnaście, ktoś powiedział, że

teraz powinno się udać.

 

Mors w kaloryferze

halo, halo? lalo, lalo?

co tam się stuka?

kto szyfruje, kto się spłukał?

nieregularnie, nie odczytuję,

pu pu pu pu, cyku cyku ku,

tyń tyń tyń dryń, dzyń dzyń dzyń dzyń,

 

dużo tego, że nie nadążam,

mam to na powagę brać?

fakt, jest mi głośno,

słucham ważnego przekazu

późno, bo po dziesiątce już

do reszty odbiło mi cóż,

i ciągnę na uszy ostro,

 

piję po pracy i znieczulam słuch,

dwudziesta i trzecia tuż,

a mnie jest w sam raz

bas w pion może iść

perkusji niech dudni hała-sss

i rap i poważna i jazz,

 

no i co tam się stało, co się stuka?

jaką tyś ćmą, że tak o mnie pukasz?

nie odczytuję i nie odcipukam,

zresztą, zgłoszę potencjometr

i niech se-puka do gazet matołek

do mediów se-kica i kuca, że sąsiad zakłóca

 

zgłoszę, podgłoszę, podniosę

i gis i w skali molowej na bis

podkręcę troszeczkę ci cis

i zwiększę ciśnienie ci,

stuk Morsa, wnerwiony szyfr,

 

ja w Morsie potrafię żyć,

w kucki sypiam i śnię,

po pracy zmęczony tak, że

sam nie wiem kogo wypukam

z góry, czy z dołu, z tonacji

szurania sztućcami w kolacji,

 

na jedenastce jestem,

niebo gwoździste nade mną,

kaprawo moralnie i we mnie,

pode mną Dante coś pisze i klnie,

 

rano i tak windą zjadę, w piekielne uściski imadeł

by znów się odradzać, z umarłych do żywych przetaczać

i tak w koło trzepaka na ospałych łapach,

 

w chińskich pomiętych skarpetach, wietnamskich tandetach i klapkach,

z gazetą poranną Beatrycze, w jej Faktach, Agorach i aktach,

z Wergilim i w Superespressorelacjach, w czyśćcu prasy porannej,

w matrycy jogi mentalnej, w tym szarym www, dot.com i voodoo,

w zalewie z octu, resztę zostawmy świętemu Pawłu i jego polactwu,

 

Jezusu z ZUS’u i U.S’u wstań z pitu pitu i prochu, spuść nam boskiego grochu,

zbaw mnie od szyfrujących sąsiadów i uzo, co myślą zupełnie nie duzo,

że każdy odczyta ich Morse’a stukpuki albo moje do nich po pijaku pruki

 

GODŁO: Drugi list jasnowidza do żywych poetów 

Ogród rozkopów miejskich

tryptyk muranowski

 

I

sprute chodniki wzdłuż ulic Solidarności czyli dawnej Leszno

Jana Pawła czyli dawne getto wykasłują gruz październik sypie

w nie własne kruszywo witraże różnorakich liści papierów śmieci

chłodny czwartek szkli się w glinie kryształkami szybek zastaw butelek

kości prawdopodobnie zwierząt prawdopodobnie powtarzam

po trzykroć kiedy widzę gotyckie napisy na kombinezonach robotników

 

obok wykopu przystanęła wycieczka starozakonnych wpatrują się

mówią poruszeni gestykulują rękoma jakby coś w nich wybuchało

kiwają się a robotnicy podejrzliwie patrzą zrównani poziomem oczu

z poziomem ich czarnych butów doczyszczają rowy i sypią

piach niby to przypadkiem na ich lśniący lakier

te buty przypominają trumny

 

II

te prace przypominają manipulację historią

nerwowe poszukiwania rowy sondażowe w miejscu zbrodni

zacieranie śladów w celu podmiany szczątków na świeże tworzywo

nieczyste sumienie wciąż szuka pod pretekstem wymiany rur

bunkra Mordechaja chce do końca wyleczyć te miasto z próchnicy

wie jakie postępy poczyniono w kryminalistyce

wie że można po zapachu spalenizny odnaleźć sprawcę sprawców

ściągnąć czyste prochy choćby z Argentyny

 

III

wycieczka nie spuszcza oczu z rowów

robotnicy w rowach oczu z wycieczki

prucie chodników jest zawsze o krok

przed czarnymi krukami w chałatach

 

widać determinizm w nerwowym działaniu

dziwna logika każe wciąż uciekać

wzdłuż dawno zatartych ulic

prace nie mogą od lat się wydostać

poza obrys nieistniejącego getta

 

GODŁO: Wiersze do fokarium.

Ostatni bal na Gnojnej

Odwiedza mnie nocą maleńki duch taty.

Dobrze wie skurczybyk, że mam mocny sen.

Gdy już zrobi swoje, kiedy się nastraszy

maże się po lustrach szminką ektoplazmy

– emotikon z ustami w podkowę.

 

Znów miewa koszmary, znowu mu się śnię

i starym zwyczajem, zamiast w stronę światła

idzie w picie.

Stawiam mu kieliszek niziutko jak kotu,

skarżył się przed śmiercią na chory kręgosłup,

cicho popłakuje, kępką siwych włosów owija

mój serdeczny palec.

 

Maleńki duch taty porusza meblami.

Zawsze go poprzedza ciężki zapach fajek.

Znowu mu się śnię, znów miewa koszmary,

wiesza się na szafkach, grzechocze sztućcami.

Preta – duch najgorszy z głodnych,

a może to nie on tylko żrąca pryta,

jak mawiał na trzeźwo o siarczynach win.

 

Pośmiertne delirium trzęsie całym łóżkiem.

Słyszę Eleanor Rigby i People Are Strange,

skąd się biorą ci wszyscy samotni mężczyźni

w tańcu z tulipanem, objęci za łby?

Dawno skremowani a jednak na stole,

pląsają ich cienie wżarte w politurę,

w bąbelkach wybrzuszeń toczą pianę z ust

wciąż nazbyt pijane żeby mogły odejść.

Zaraz mnie obudzą, jeszcze tupią nogi

bal  na gnojnej nareszcie się kończy.

 

Gdy zechcesz mnie objąć

to proszę, powoli.

Bez gwałtownych ruchów

i nie każ tłumaczyć

czemu wciąż się boję.

 

Autor: Marcin Królikowski

Więcej o autorze można przeczytać tutaj:

http://nowemysli.pl/autoportret-z-trumna-poezja-marcina-krolikowskiego/

http://nowemysli.pl/od-dziecka-wierzylem-w-przyrode-nature-duchy-swiatki-dziuple-pola-i-nieludzka-reke-mojej-babki-wywiad-z-poeta-marcinem-krolikowskim/

 

 

 

Tags: , ,

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *