MENU
Grafika V.

Wojownicze żółwie ninja – analiza przekorna

986655

„Przekrój” – felieton Marka Jastrzębia

24 marca 2017 Comments (0) Views: 509 Myślę

U fryzjera – felieton Bożeny Mazalik

px

– To jak, tniemy tę grzywkę, czy zostawiamy długą?

– Długa oczy mi zasłania, ostatnio niemal lewego nie wybiłam.

Pani Kasia bierze nożyczki.

– To tniemy. A co panią tak ruszyło, bo widzę, że coś nie tak? – zaczęła jedną z naszych dyskusji, w których czasem ścierałyśmy się, czasami jednak byłyśmy zgodne.

– Glutaminian sodu – wyrwało mi się bezwiednie i niby bez sensu. Ale kiedy przeanalizowałam ostatnie przemyślenia, to sens w nich był. Zaniepokoiło mnie zjawisko, które ostatnio poszerza krąg. Prawdę mówiąc niewiele brakowało bym sama wpadła w pułapkę.

– Fuj, kiedy słucham o zdrowym odżywianiu, zdrowym trybie życia i najnowszym artykule Poczty Zdrowia – prychnęła pani Kasia, operując maszynką niebezpiecznie wokół mojego prawego ucha – to szlag mnie trafia.

Nie oponowałam, również w jakimś sensie czułam się przytłoczona. Zamknęłam oczy i wsłuchiwałam w szczękające mi koło ucha nożyczki. Temat jednak nie chciał się odczepić. No bo jak to jest. Bronimy się przed skażoną żywnością, uczymy się czytać etykiety, znamy coraz więcej nowych słów, znaczeń, oznaczeń, kodów, kresek, kolorów i znaczków. Rozróżniamy firmy koncerny i producentów, wiemy co znaczy na jajku pierwsza cyfra z pieczątki jaką jest opatrzone i kolor paska na paście do zębów. Zajmuje to coraz więcej czasu, koło się rozkręca i nie zauważamy kiedy zaczynamy się toczyć coraz prędzej w kierunku niezupełnie zgodnym z naszymi zamierzeniami.

– Prowadzę dom, – pani Kasia wyraźnie myślała o tym samym  – robię zakupy, gotuję dla kilku osób, z których sześciolatek nie toleruje laktozy, prawie stuletni dziadek żywi się tylko mlekiem, małżonek je praktycznie tylko  mięso i wędliny,  córka nie dotyka glutenu,  bo jej pryszcze wyskakują i kilka razy do roku oczyszcza organizm  stosując  diety, mówię pani, kiedy słyszę słowo „dieta”, to mam ochotę krzyczeć.

– To brzydkie słowo takie jak na d…– zgadzam się.

– Ciocia, która zbyt wiele czasu spędza u nas, odchudza się nałogowo.  Mnie pozostaje skubnięcie od czasu do czasu, tego co jest pod ręką, bo dla siebie samej nie chce mi się już niczego zrobić. Tutaj jestem szczęśliwa. Nie muszę gotować. Raz byłam sama przez dwa tygodnie. Do głowy mi nie przyszło by tracić czas na gary,  żywiłam się owsianką, chlebem, twarogiem, owocami, otworzyłam puszkę ze śledziami, jadłam nawet pizzę.

– No to mnie pani pocieszyła. Bo ja z lenistwa mogę zjeść nawet czekoladę, byle nie za dużo, bo mnie zemdli.

– Zatem nie wpadła pani w ortotreksję. Swoją drogą kiedyś takiego słowa nie było. I jakby nie internet, to pewnie bym go nie znała.

– Ortoreksja? Nie. Chyba mi to nie grozi. Od kiedy przestałam zwracać uwagę na jedzenie, schudłam, i czuję się o wiele lepiej.

– Ciocia twierdzi, że na nas, kobietach,  spoczywa odpowiedzialność za zdrowie rodziny. Przynajmniej to wynikające z odżywiania. Powinnyśmy się uczyć, co i jak przygotować by wszyscy w domu byli zdrowi i szczęśliwi.

– Oj, w porządku. – Zgadałam się z panią Kasią całą sobą – Coś w tym jest, ale ja tutaj widzę pułapkę.  W miarę wyedukowania może się wydawać, że wiem już najlepiej. I pułapka jest waśnie w tym miejscu, gdyż wtedy można zapomnieć o zdrowym rozsądku, instynkcie i słuchaniu ciała.

– Chodźmy na myjkę. – Fryzjerka ciągnie mnie lekko za włosy.

Relaksuję się. Ciepła woda pieści skórę.

– Ciocia doczytała się – mówi, pani Kasia robiąc mi masaż głowy –  że brukselka kapusta i kasza jaglana to samo zdrowie, a jej córka z niedoczynnością tarczycy zaczęła się czuć coraz gorzej, bo akurat tych produktów nie powinna spożywać w nadmiarze.

– I tu jest racja. Niepełna wiedza szkodzi.

 – Ja tam nie mam żadnej, tylko tę konieczną , bo akurat nie mam czasu. Wiele dowiaduję się od klientek, ale przecież edukacja… świat idzie do przodu, i  jak, nie czytać, żyć nieświadomie i jeść to, co nam ugotują? Czym nas trują koncerny? Cioci niech to pani powie.

– No właściwie, ja tak robię. Nie czytam.

– Ja też, ale nie mam czasu na nic innego. – Owinęła papierowy ręcznik na mojej głowie i zaprowadziła mnie z powrotem na fotel. Przeczesała włosy palcami i sięgnęła po szczotkę. – Zobaczymy jak się układają i potem jeszcze raz poprawię.

Włączyła suszarkę i zamilkłyśmy. W miarę jak poddawałam się ciepłym prądom i delikatnej pieszczocie, przypomniało mi się kilka sytuacji, i ta wczorajsza, kiedy przyszła sąsiadka. Jadłam śniadanie, chciałam ją poczęstować, a ta o oleju lnianym i omega 3, o parabenach w szamponie. Już miałam zapytać panią Kasię o te parabeny, ale przypomniałam sobie inną scenę. Sąsiadka wpadła do mnie w porze śniadania, wzięła ze stołu serek, którego nieopatrznie nie rozpakowałam, nie liczyłam na gości, i uważnie wczytała się w etykietkę, potem odłożyła go jak najdalej od siebie.  Zrobiło mi się głupio, potem o tym zapomniałam. Teraz wróciło jak uporczywa czkawka.

– Nie wiem, pani Kasiu,  ale wydaje mi się, ze zdrowy rozsądek zawsze się opłaca. Za pięć lat wszystko się zmieni, i całe te teorie nadadzą się do tego by z nich psom buty szyć, jak mówił Zagłoba.

– Ja tam  nie wiem, ale wierzę, że ciało się nie myli, a czy mam rację? – powiedziała pani Kasia, czytając etykietkę na peelingu do włosów i skóry głowy. – O, on jest na przykład bardzo dobry, sama wiem, bo stosowałam, klientki go uwielbiają, ale w cholerę tu chemii. Chce go pani? Sto osiemdziesiąt, ale ma pani promocję, to do stówki zejdzie.

Autor: Bożena Mazalik

 

 

Tags: , ,

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *