MENU
px

Stara Mańka – opowiadanie Małgorzaty Żebrowskiej

px

Coobus i Dani – wiosenna satyra

29 marca 2017 Comments (0) Views: 793 Czytam, Poezja

To się wydarzyło naprawdę – wiersze z życia wzięte Krzysztofa Bojdy

Okno

Zapada zmierzch

w kamienicy na drugim piętrze

kobieta bez twarzy prasuje

staruszek spaceruje z psem

od starego wiązu aż do rynku

 

kilka razy tam i z powrotem

zmienia się tylko kolor i zapach

od jasnozielonego przez żółty szary i biały

do świeżości jak w kalejdoskopie

 

kiedyś pies przeszedł za rynek

i za zachód słońca

nie wiem co się stało ze staruszkiem

 

na drugim piętrze kamienicy

kobieta bez twarzy prasuje

zmienia się tylko tło jak w kalejdoskopie

bez staruszka i psa

 

 

Czarne pióro na brudnym śniegu

Brak barw był mi na rękę

chociaż kwiaty lubiłem niebieskie

jesień spłynęła deszczem

nawet nie wiem kiedy spadł śnieg

 

i trwał mrok siwy

zimna nieskończona samotność beznadzieja

prawdę mówiąc nie czekam na lato

brak barw jest jak

obraz rysowany węglem

 

czarne pióro na brudnym śniegu

ziemia zmarznięta twarda nieczuła

na błagania dzikich zwierząt

 

czarne bezlistne drzewa

kujący wiatr układa na nich milczące wrony

nie przetrwają tej zimy

kto nas rozdziobie

 

 

Deformacja afektywna

Urodziłem się z niestereotypowym znamieniem śmierci

i próbowałem wszystkiego zasnąć i eksplodować

mieszałem lit z alkoholem w słoiku po konfiturach

by papier splamić wierszem

 

dla siebie dawno umarłem świadomy

mogłem udawać dom miłość i dowolne zwierzę

ludzie biorą mnie na ręce i głaszczą

albo próbują ustrzelić

 

szukam wciąż nieskutecznie dogodnego miejsca

gdzie mógłbym przejść reinkarnację

jeszcze gdy tutaj jestem

między aktem urodzenia a bzdurnym epitafium

 

 

NN

Śmierć jest dobra

kiedyś się przepełni przeleje

( ból cierpienie rozpacz )

drogie oleje wylewa jawnogrzesznica

 

na stopy boga i wyciera włosami

czekanie zdaje się nie mieć końca

bóg milczy

nie ma przebaczenia ani przypowieści

morału pouczenia

 

ociera strapione czoło

i dotyka twarzy jakby

nie wierzył sam że jest człowiekiem

że dał się nabrać

 

był już raj

Sodoma Gomora piekło

czekanie na cud

teraz potrzeba spokoju i snu

 

nie należy wycierać rozlanego

niech zalewa świat

bezdomny wygrzebuje palcem nadzieje

z puszki Pandory co została na dnie

 

kpi z ruchu docelowego i siebie

zasypia z uśmiechem

i NN na twarzy

 

 

Hymn do pochylonych pleców

Coraz mniej widzące spojrzenie

intuicyjnie ślizga się

po horyzoncie i dalej

 

wracam w obmierzłe cztery ściany

za Judaszem niepewność

dzwonek nie przywoła mnie do porządku

chcą zadać ci ból

 

zawsze jest wybór na poddaszu

schody w górę do nieba

tylko trzeba mieć odwagę

 

w dół na ziemię schodzisz

ściana naprzeciw

obdarta z jednej warstwy farby

spojenie w oknie spadający tynk

i pochylone plecy

 

 

Sezon na psychozę

Przeszedłem na dietę

nikotynowo kofeinową

zapadłem się w sobie

i zapomniałem że jestem

 

nie chciałem wystawiać

się na widok

przeczytałem wszystkie nekrologi

upewniając się że to jeszcze nie koniec

każdy kolejny dzień świadczy

tylko o masochizmie

 

ciało wypełnia obowiązki nienagannie

zakładam sztuczny uśmiech

i ważę słowa profesjonalnie

na wzór temidy

 

zagaduję o polityce pogodzie

i przepisach na sezonowe specjały

z owoców i warzyw

na szczęście jest tyle problemów

że nikt nie musi znać prawdy

 

pozbędę satysfakcji chciwych

sensacji frustratów

nie dam się opętaniu

panuję nad każdym ruchem

gałek ocznych i torebek łzawych

taki ze mnie podwójny człowiek

 

 

Portret podszyty lękiem

Kontur przyszłości rysował się jaskrawo

ale wróciłaś

znowu opieram się na twoich oczach

marząc

dajesz mi niebo

 

a ja nie mogę unieść

rąk urobionych po łokcie

diabli wzięli jaskrawość

miraże światłocienie

lustra przepełnione zielonością

 

ze źrenic w kształcie serc

w gąszczu zmrużonych rzęs

jestem tchórzem

używam tylko farb zmywalnych

zetrę nas zanim paleta barw

położy twoje ciało na białym płótnie

 

 

Pokolenie przegranych poetów

Na parapecie opuncje i aloesy

dobre na każdą chorobę

balsamiczny mirt na każdą okazję

zapach ziół i jabłek na strychu

tak pamiętam

 

książki w różnych językach pożółkłe

kajety spisane drobnym maczkiem

gramofon z wielką czarną tubą

żarna na wszelki wypadek

portret rodzinny

 

w piecu paliło się drewnem

dziadek opiekał buraki czerwone w skórkach

i dawał nam na zdrowie

słodkie parzyły w język

 

kiedy padł mu koń czarny

z białą gwiazdą na czole

przepadł razem z nim

zaczęło się sypać zatrute ziarno

i życie naszej rodziny

 

tata mówił że trzeba kilku pokoleń

aby wszystko wróciło do normy

oczy radosne moich przodków na portrecie

który wisi w pokoju cierpliwie czekają

szkoda że jestem pokoleniem przegranych poetów

 

fot. z archiwum autora

fot. z archiwum autora

Krzysztof Bojda: urodzony na południu Polski w Żywcu. Za młodu porwany przez wilki, przez co połowę życia spędził w lesie. Wieczny pesymista i – jak mówi o sobie – dziwak, ekscentryk. Wiersze i opowiadania pisze od dziecka, choć dopiero od paru lat publikuje w internecie. Członek wielu internetowych portali poetyckich, obecnie publikujący w „Ogród Poetów ” i „Pisz i czytaj wiersze” .

Jego wiersze są życiem; życiem, które obserwuje na co dzień i w którym uczestniczy każdy z nas. Są w pewnym sensie krótkimi opowiadaniami mocno zakraszonymi liryzmem, mającymi na celu uczyć, pokazywać świat od tej złej strony i być poniekąd przestrogą dla tych, którzy nie bacząc na przeszkody, jakie napotykają na co dzień, idą przed siebie drogą wyboistą, nie wiedząc, że prowadzi ona donikąd.

Tags: ,

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *