MENU
px

Skreślony. Rozdział IV – opowiadanie Lecha Brywczyńskiego

18472705_1338262122888357_6726651_o2

Ile jest talentów – poezja Beaty Gruszeckiej-Małek

5 lipca 2017 Comments (0) Views: 687 Czytam, Poezja

To nie jest prawdziwy wiersz – poezja Małgorzaty Wójtowicz

Błękitna brama

pan Witek mieszkał w otwartej bramie

naprzeciw warzywniaka

ciemny korytarz otulał szczelnie

smrodem ziemniaków i wilgocią piwnic

a on zachłannie od dołu gapił się na sytość

przelewającą się przez okna

 

modlitwa była żądzą nie umiał jej poskromić

miękkie cycki kleiły się do rąk

z ciepłych brzuchów zmywał śliną grzechy

pastwił się językiem nad gładkim babskim pyskiem

 

ranki były zimne bimber już nie grzał

brama posapywała wypluwając resztki libacji

śmierdziała samotnością rakiem

utuczonym słoniną i spleśniałym chlebem

 

przeprowadzkę miał głośną

pędził na sygnale w ciszę skaczącą

na niebiesko-fioletowych wybojach

 

 

Jeszcze przez chwilę

lato zostawiło poranione kolana zdarte z przeszłości strachy

jakby przypadek odebrał wszystko co się śmiało w gęstwinie grochu

i kusiło pochylonym pniem jabłonki sprzed wojny

 

nie jest nam po drodze z tym wiecznym remontem

wyjeżdżamy osobno na betonowych ścianach zastygłe widoki

igiełki szronu w oddechu i milczenie osiadające plamami na szybach

 

zamarzają spojrzenia między nami są jak martwy język

ciepło przetrwało w środku zdania o świcie już nie będzie po nim nawet kropki

tylko wygnieciony fotel z nadzieją na ciało i cisza prężąca grzbiet

 

czas na starym zegarze w końcu się zatrzyma minuty posypią się pod nogi

czułość ukryta w zgięciach szarych skrzydeł zakołuje z dymem

i sfrunie razem ze stadem wróbli nie dotykając płomienia

 

 

Pamięć

już dosyć się napracowałam

kiedy szłam po te ziemniaki

dla Żydówki było ciemno

wiadro uderzało po nogach

stopy grzęzły w błocie

wszędzie wilgoć

 

albo te schody z góry na dół

za drzwiami padałam ze zmęczenia

potem siostro: pić

czepek fartuch

 

z dołu do góry siostro

teraz odpoczywam

pachnie obiadem

 

ten grzebień jest mój

szczerzy zęby i chowa się w kieszeni

nie to torebka

zobacz z kokardą

i pierścionek z niebem

a w oknach panny młode

 

wiesz jak się gotuje ziemniaki

najpierw obieramy

rozbieramy mundurki

umysły są otwarte jak dłonie

nie jednak zwinięte

w takie krętki

 

to przecież szpital gruźliczy

 

 

Poranek

na jej ręce jeszcze czeka brudna podłoga,

chleb, czajnik, łóżko i ciało. ciężkie, bliskie.

szybki oddech znikąd, zewsząd. ciepły szept

jak sekret zamknięty w ułamkach spojrzeń.

 

otwiera delikatnie drzwi. powtarza jego imię.

szorstko, bez zdrobnień. chciałaby odpocząć,

zatrzymać się, przysiąść na tamtej ławce,

kiedy jeszcze naiwnie czuli, młodsi, jaśniejsi ,

uciekając w przyszłość, gubili w pośpiechu zwinięte

koszule, chustki, swetry, liście, listy.

 

teraz chodzi cicho po zimnym mieszkaniu,

bezwstydnie nieszczera, z wymuszonym uśmiechem

rozwiewa resztki nocy, wietrzy pokój, zamyka przeszłość.

wie, wytchnienia nie będzie, a nadziei tylko tyle,

ile zmieści w słowach.

 

 

Rozmowa z matką

nie wiem kto jest na tym zdjęciu

chyba dziecko nie pan pulchne policzki

lniane włoski opadające na czoło

ładne ale nie moje mówię panu

nie miałam dziecka nie karmiłam

nie zmieniałam pieluch

 

dzień podobny do dnia nie to nie ja

nie rodziłam mój brzuch był zawsze pusty

zresztą co można zrobić sztywnymi rękami

 

jestem starą kobietą otacza mnie cisza

ze wszystkich stron nie zapisał się w niej

odgłos niczyich kroków nie ma śladu

czyjejś obecności proszę posłuchać

 

 

Spotkanie

 

Chodźmy więc, ty i ja, przed siebie,

W ten wieczór, rozciągnięty bezwładnie na niebie

T.S. Eliot

 

kiedy piszesz jest późne popołudnie

słońce wisi nad lasem

poprzecinanym smugami światła

kamienne schody parzą stopy

zastygłe miasto oddaje żar dnia

 

kiedy czytam twój wiersz

płonące smugi dogasają w sadach

wszystko ciąży ku ziemi

gałęzie liście i ptaki

czas przeszły i zaprzeszły

wyznacza kierunek lotu

a może ucieczki

 

na trawie pierwsze krople rosy

 

 

To ja, Gerszon Ram, chodziłem ze słowem w Sprawie Bożej

mój prastary duch mieszkał w kozie i palmie

doświadczał okrucieństwa walki

uczył się cierpliwości od rybaka

 

po raz kolejny przyszedłem na świat w Wilnie

jako syn żydowskiego księgarza

z dzieciństwa pamiętam kołyskę utulną

długie noce pustkę i chłód

 

ogrzali mnie chasydzi

światło dotykało wileńskich piwnic

 

w gorączce patrzyłem

jak drukarnia ojca płonie

języki ognia pochłaniają kolejne bele papieru

liżą mój strach oplatają ojca

a płomienie unoszą jego krzyk

 

ty ojcobójco – mistrz Towiański wiedział

że trawi mnie ogień

 

zapijałem głód wodą by ugasić pożar

chrzest przyniósł tylko nowe imiona

Jan Andrzej

nie oczyścił mnie nie zbawił

 

byłem najwierniejszym Żydem

w Kole Sprawy Bożej dzisiaj wiem

zgubiłem drogę

 

wybrałem zwyczajność nie pali nie boli

seks za pieniądze zamknięte drzwi

kiedy duch się kurczy syte ciało puchnie

zjada godziny trawi wspomnienia

rozrasta się i mości w codzienności

jest dobrze jest bezpiecznie

 

ruszam drogą ojca

przede mną kamyczki kosteczki

obrane przez samotność

 

 

to nie jest prawdziwy wiersz

 

Prawdziwe wiersze to wybuchające pożary.

Vicente Garcia Huidobro

 

pisz do mnie z głową na moim ramieniu

jestem białą linią bransoletki na wąskim

przegubie dłoni czy wiesz że Rilke

zbierał muszle ja zrywam bezbronne

nagietki nim słońce je spali

 

pisz że nic nie było tylko popiół

i oczy chwytające piękno w sieć

zawsze łatwiej kochać kiedy już

minie głód

 

nie wybucha pali się

nierównym płomieniem

gaśnie

 

 

W cieniu sadu

To był czas, kiedy rodziło się znaczenie, wersetami Starego Testamentu

przenikało z wąskiej sieni na polana w piecu. Kafle grzały stare kości

w każdym zakątku kuchni. Wiosenny chłód ocierał się o kamienne schody

i zastygał na progu, jakby miał dosyć milczenia.

 

Słoneczne ziarna gubiły się czasem w snach i wtedy

trzeba było iść do sadu ścieżką, którą wiśnie, całe w bieli,

obejmowały jak małe dziecko. Wilgotna ziemia chowała pamięć

i scalała fragmenty witrażu, gdy ostre poranne światło

 

weszło w serce i obróciło się wolno jak płyta w patefonie.

Ptaki rozpierzchły się, a słońce wypełniło okno.

 

 

fot. z archiwum autora

fot. z archiwum autora

Małgorzata Wójtowicz: Urodziła się na Śląsku w Cieszynie, obecnie mieszka na Podkarpaciu. Z wykształcenia pedagog, kierowała działalnością klubu osiedlowego, pracowała jako nauczycielka języka polskiego, redaktorka i korektorka. Debiutowała w „Miesięczniku Literackim”, jej wiersze prezentowano w Polskim Radiu Rzeszów. Na łamach „Super Nowości” i kwartalnika dla nauczycieli „W kręgu mieleckich humanistów” publikowała felietony, artykuły i recenzje. Od kilku lat zamieszcza swoje utwory na portalach internetowych. Prywatnie matka dwóch dorosłych synów.

 

 

 

Tags: ,

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *