MENU
PX

Tylko jedno radio

Katja2

„Chcesz dowiedzieć się, ile znaczysz dla bliskich, po prostu umrzyj”...

10 maja 2016 Comments (0) Views: 961 Lubię

Sypialnym do wrót Kaukazu

  • 1. Samowar kolejowy
    1. Samowar kolejowy
  • 2. Towarzysze podróży
    2. Towarzysze podróży
  • 3. Uczta
    3. Uczta
  • 4. Męska rozrywka
    4. Męska rozrywka
  • 5. Piatigorsk - miejsce pojedynku Lermontowa
    5. Piatigorsk - miejsce pojedynku Lermontowa
  • 6. Piatigorsk
    6. Piatigorsk
  • 7. Widok na Elbrus
    7. Widok na Elbrus

Żenia surfował na stronie rosyjskich kolei w poszukiwaniu sensownego połączenia z Rostowa do Piatigorska. Jak na złość wszystko było już zajęte. Wodziłem oczami za kursorem na ekranie. Jego trajektoria miała w sobie tyle logiki co lot muchy pod żyrandolem. Żenia otwierał coraz to nowe zakładki, każda podobna do kolejnej. Robiło się sennie. A mieliśmy razem pojechać samochodem… Niestety na wiosnę wróciła zima. Od kilku dni walił śnieg z deszczem i do tego przedwczoraj na miejscowym lotnisku  rozbił się samolot. Wszyscy zginęli. Został mi pociąg.

– Jest! – Żenia krzyknął uradowany. – Popatrz, jedno miejsce w sypialnym zostało.

– Bierzemy – odparłem leniwie. – Rezerwuj, przełącz na płatności i podaj mi laptopa – dorzuciłem, sięgając po portfel.

 

 

***

 

To bardzo przyzwoity pociąg! Tymi słowy, za każdym razem, Jelena rekomenduje mi połączenia kolejowe między rosyjskimi miastami. Przed każdą z moich tras sprawdza za pomocą swojej sekretarki wszelkie możliwe konfiguracje połączeń. Jelena wybiera pociągi, Jelena lubi pociągi. Pociągi nie muszą się wzbijać w powietrze i nie muszą lądować. Ja też je lubię, zwłaszcza jak nie ma nic innego. Przyzwoity pociąg dla Jeleny to nie jakiś płackartnyj, tylko porządny sypialny. Płackartnyj, jeśli ktoś nie wie, to taki wagon z kuszetkami, tylko bez przedziałów. Wagonem dowodzi pani wagonowa, mieszkająca w wyodrębnionym pociągowym M1. Odpowiada ona za sprawdzenie biletów, rozdanie przydziału sztywnej od krochmalu pościeli i doglądanie czegoś na kształt samowara, by nigdy nie brakło w nim wrzątku. Wagon jest koedukacyjny. Pasażerowie w ciasnej toalecie przebierają się, w zależności od pory dnia, w dresy, piżamy, nakładają szlafroki i zakładają kapcie. Ponieważ nie ma przedziałów, życie towarzyskie kwitnie cały dzień, a około północy zamiera. Wtedy każdy wdrapuje się na swoją półkę i zasypia. W nocy wygląda to jak dostawa ludzkich tusz do stacji rozładunkowej, do której trzeba zdążyć przed świtem, zanim się pobudzą. Bo one żywe są, pulsują jeszcze, przy spowolnionym nocą metabolizmie. Każdy chrapie po swojemu. Ten wypuści brzuch z pępkiem wielkości leja po bombie, ta sobie jęknie i z łoskotem przewróci się na bok, ktoś kaszlnie, ktoś pierdnie. Wszystko widać, wszystko słychać. Jest jak w filharmonii. Gdyby tak zebrać te wszystkie odgłosy, nagrać je, wyciąć pauzy i dłużyzny, a potem puścić w przyspieszonym tempie, to całość brzmiałaby jak muzyka z czołówki niegdysiejszego Pegaza. Kolejowa dodekafonia uwięziona w rytmie miarowego stukotu kół po szynach. No ale ja nie jadę jakimś płackartnym, tylko przyzwoitym sypialnym!

 

 

***

 

– Wsiadaj, to twój wagon – Żenia przejmuje ode mnie ciężką żółtą walizę, by podać mi ją na schodkach. Jeszcze tylko okazuję konduktorce internetowy wydruk biletu i paszport. Żegnamy się misiaczkami. Po męsku.

Cały skład wygląda z zewnątrz zupełnie schludnie. Z zewnątrz. W środku jest świat, który już skądś znam. A zatem mijam po prawej kolejowy samowar i prę do przodu w poszukiwaniu swojego sypialnianego luksusu. W wagonie jest tylko kilka przedziałów, bo resztę zajmuje część restauracyjna. Moja dziupla jest przedostatnia, co oznacza, że do źródełka mam całkiem blisko. To dobra wiadomość. Jedna z niewielu. Zła jest taka, iż zaczynam w sobie odkrywać zaczyn apartheidu. Okazuje się, że jadę razem z nastolatką, jej chłopięcym odpowiednikiem i niebagatelnych rozmiarów starszym panem. Młoda dama zajęta jest młóceniem paczki chipsów, młodociany ekwiwalent gra zapamiętale na komórce, a starszy pan trwa jak posąg z Wysp Wielkanocnych, tyle że w odróżnieniu od pacyficznego prawzoru, od czasu do czasu to wstaje, to siada, raz dyszy a raz sapie. Nic nie mówi. Właściwie to nikt z nas nic nie mówi. Dlatego budzi się we mnie jakaś forma apartheidu. Na razie jest aksamitna, niewinna, dopiero kiełkuje. Ale jednak jest. Stanowczo protestuję wobec przedziałów koedukacyjnych i wnoszę o kryterium wieku przy planowaniu rozkładu pasażerów! Wspiąłem się na pięterko. Miarowy stukot kołysał do snu.

 

 

***

 

Obudził mnie brzęk sztućców dochodzący z części restauracyjnej. Prócz tego byłem zlany potem. Nie miałem koszmarów. Temperatura w pociągu wynosiła 25 stopni, a u mnie pod sufitem musiało być i więcej. Drzwi przedziału były otwarte, by zapewnić jakikolwiek przewiew. To dlatego usłyszałem odgłosy pobliskiej biesiady.

Nieco zagalopowałem się, nazywając rosyjski Wars „częścią restauracyjną”. To była taka zabiegałowka. Tak Rosjanie nazywają szemrane bary, gdzie można wpaść w biegu, wychylić setę, zagryźć ogórem i pognać dalej. Zabiegałowka – cudowna i jakże trafna nazwa. A zatem, nie bójmy się tego powiedzieć, to nie była restauracja, tylko zwykły bar na kolejowych kółkach. Prócz wąskiego parapetu wzdłuż okien, nie było tam żadnych stolików, by usiąść jak człowiek i cokolwiek zjeść. Zresztą bar nie oferował zbyt wiele prócz zupek z proszku i alkoholu. Jego, niedawno jeszcze puste, wnętrze tętniło obecnie życiem. Pośrodku pojawił się składany stolik turystyczny i wędkarskie krzesełka. Ci, dla których krzesełek nie starczało, zasiedli na plastikowych kontenerach po winie, nakrytych kartonami.

Obiadokolacja trwała w najlepsze. Ostatnio ktoś naśmiewał się z Polaków, że jajka jedzą w podróży. No to teraz wyobraźcie sobie prawdziwy rozmach. Wszyscy przebierają się w dresy i wkładają kapcie. Jajek w taką podróż nie zabiera się mniej niż sześć. Poza tym każdy przynosi wszystko co ma. Na stoliku prócz jajek pojawia się ugotowany zawczasu makaron, usmażone kotlety, krojony chleb, wędzona kurka, kiszone pomidory w wielkim słoiku, jest kiełbasa, pasztet, a nawet musztarda. Patrzę na tę kuchnię fusion i czuję się jak na improwizowanych imieninach u wujka Heńka w ‘84. Plastikowych talerzy brak, bo pani z obsługi przynosi normalne naczynia. Każde z innej fabryki fajansu, to fakt, ale są!

Na razie nikt nie pije. Prócz mnie oczywiście, bo czuję, że powinienem. W barze nie ma wódki. Korpulentna barmanka odkłada krzyżówkę, przygląda mi się uważnie i proponuje wino w małej buteleczce. Wiem, że ona wie, że ja tutaj nie pasuję. Gdy znowu chcę otworzyć usta, by poprosić o kieliszek, przesuwa po blacie, w moim kierunku, przezroczysty, szklany kubek z uchem. Podoba mi się. Całe wino mi się tam zmieściło. Popijam je teraz jak herbatę i patrzę przez okno. Za plecami jest wesoło. Co chwila ktoś wybucha śmiechem, słyszę gardłowy kaukaski akcent, dyskusje o terroryzmie i FSB.

Po biesiadzie uprzątnięto stolik. Pojawia się plansza do gry w nardy. Pytają mnie, zagadują, zapraszają do gry. Odpowiadam, że nie umiem, ale chętnie popatrzę. Po chwili przysiada się konduktorka, już bez uniformu, za to w różowym szlafroku w kotki. Mam wrażenie, że jestem na jakimś biwaku w PRL-u. Odwracam się do okna i patrzę na zmiany w pejzażu.

 

***

 

Czyń sobie ziemię poddaną – powiedział Pan. Ale oni nie słuchają. Nie czynią. Ich drogi toną w błocie. Początkowo wzdłuż torów widzę same ruiny. Nigdy nie odbudowane domy, które albo ktoś zburzył dwie dekady temu, albo same się zawaliły. Czasami widać pojedynczych ludzi. Każdy z nich stoi jak zahipnotyzowany, wpatrując się w pociąg, tak jakby na jego przejazd czekał cały dzień. Niekiedy kucają jak ptaśki, jak przyszli samobójcy, którzy nie podjęli jeszcze decyzji. Jeden z nich zapadł mi w pamięć. Oparł drabinę o zrujnowaną chałupę, wdrapał się na ostatni szczebel, skulił jak sowa za dnia i gapił się na pociągi.

Dalej był las. A czy las może być brzydki? Nieprzyjemny w sensie estetycznym? Tak, może. Zwłaszcza taki marcowy, bezlistny i udekorowany setkami zaczepionych o gałęzie białych reklamówek. Te, które nie wpadły jeszcze w pułapkę, fruwają wzbite w powietrze podmuchem przejeżdżającego pociągu.

 

 

***

 

Skład zatrzymał się na podrzędnej stacji, a ja ocknąłem się z zamyślenia. Gracze odłożyli planszę na parapet i zaszyli się w kajutach. Zrobiło się pusto.

– Poproszę jeszcze jedno wino – rzuciłem do barowego okienka.

– Mówiłam, że będzie smakować – okrągła barmanka uśmiechnęła się, podając kolejną butelkę. To było coś rodzaju „wiedziałam, że tak będzie”. Wiedziałam, że na trzeźwo tobie się nie uda. No i tak było. Znała się na ludziach.

Zanim pociąg wolno ruszył, przelałem wino do kubka. Brzydki świat znowu zaczął się przesuwać. Teraz nie był już aż tak brzydki. Z każdym łykiem stawał się coraz ładniejszy. Nagle zobaczyłem biegającą po peronie bezpańską kozę. Wesoły, brykający, rogaty, biały akcent. Nareszcie coś, co nie było szare, bure, zrujnowane i martwe. Skład sunął przed siebie, a noc stopniowo pochłaniała widoki za oknem. Barmanka zamknęła przybytek, przebrała się i przesunęła przed moimi oczami jak snopek siana na furmance otulony szlafrokiem.  Po chwili zniknęła w ciemnościach korytarza. Wróciłem do swojego przedziału. Wdrapałem się po drabince na górę i próbowałem zasnąć. Nie mogłem. Do końca podróży brykała mi po głowie mała, wesoła, biała koza.

 

 

***

 

Do Piatigorska dotarłem godzinę przed północą. Pociąg był punktualny. Co do minuty. Na peronie przejęła mnie Tatiana z Maksimem. Poznali mnie po żółtej walizce, co podpowiedział im Żenia. Pomyślałem sobie, że chłop jest wnikliwym obserwatorem. Mnie poinstruował, że Tatianę rozpoznam po dobrze eksponowanych, ogromnych piersiach. Rzeczywiście, nawet w tych ciemnościach nietrudno było je dostrzec – niczego większego na peronie (prócz pociągu) nie było.

Po trzech minutach moja żółta waliza leżała już w bagażniku auta zaparkowanego na dość ciasnym, przydworcowym parkingu. Z okolicznych samochodów dobywała się głośna muzyka. Nawet rozpoznałem jeden, bardzo znany przebój Timura – kaukaskiej pop-gwiazdy. Kierowcy i ich pasażerowie stali obok wypicowanych beemek i kolebali się na boki. Ktoś pił piwo, a ktoś inny palił papierosy. Odniosłem wrażenie, że gdzieś w pobliżu znajduje się dyskoteka. A może to był zwykły dworcowy magnetyzm.

– To może zapalimy? – zaproponowałem, zauroczony aurą.

– Czemu nie – odpowiedział Maksim, czym wzbudził mą sympatię.

Nawet nie wiem, czy wciągnęliśmy trzy buchy, gdy nagle, na pełnym gazie, wjechał na parking lokalny dżygit. Pruł przed siebie jak na odbiór porodu do szpitala. Na naszej wysokości gwałtownie skręcił kierownicę w prawo, zaciągnął ręczny i wykonał obrót o 180 stopni. Nie wiem co źle obliczył, ale huknął w samochód stojący obok naszego. Nikomu nic się nie stało, ale sądząc po gibkich ruchach poruszonych lokalesów, za chwilę stać się mogło. Obaj z Maksimem zakiepowaliśmy jak na komendę. Tania rozłożyła ręce w bezradnym geście, uśmiechnęła się i rzekła: „Witamy na Kaukazie”!

 

Autor: Piotr Kulpa 

Blog Wschodni

Korekta/Redakcja: Anna Maślanka

Autor zdjęć: Piotr Kulpa, wszelkie prawa zastrzeżone

 ___________________________

Zdjęcia w kolejności:

 

  1. Samowar – nieodłączny artefakt w każdym dalekobieżnym pociągu w większości krajów byłego ZSRR
  2. Moi towarzysze podróży z dolnego piętra. Po lewej napchana chipsami dzierlatka, a po prawej mój sąsiad z dołu, podczas hiperwentylacji jamy brzusznej.
  3. Lokal zapełnił się. Z tej perspektywy może tego nie widać, ale zapewniam że to obfita uczta.
  4. Chwila poobiedniego relaksu, czyli gra w nardy. Bardzo popularny sport w tych stronach. Nie znam zasad, ale widać że jest frajda. W Baku, starsi panowie rozkładają plansze na ulicy i grają całymi popołudniami. To raczej męska rozrywka.
  5. Piatigorsk – miejsce pojedynku Lermontowa. Ten genialny poeta, jako żołnierz, służył na Kaukazie, umiłował go sobie pomimo zsyłki i zginął w romantycznym, bezsensownym pojedynku właśnie tutaj, w Piatigorsku. Nie zdążył w pełni rozwinąć skrzydeł. Rosjanie twierdzą, że nakryłby czapką samego Puszkina, który zakończył żywot w podobnym stylu. Ilekroć o tym myślę przypomina mi się nasz Baczyński.
  6. Piatigorsk – czyli wrota do Kaukazu. Nazwa miasta sugeruje obecność pięciu gór w otoczeniu i tutaj legenda pokrywa się z prawdą. W centrum miasta jest punkt widokowy (na jednej z tych gór) z takim oto klasycystycznym przybytkiem. Niegdyś pośrodku ktoś rozpiął struny, zaczepione między posadzką, a kopułą. Tam zawsze wieje i ten wiatr grał na strunach jak na harfie. Oczywiście ktoś inny to ukradł i teraz  melodia leci z głośników. Szkoda. Widok na miasto i grzbiet Kaukazu zapiera dech. Ale nie tym razem bo jest noc.
  7. Warto zapłacić każde pieniądze za taki widok z hotelowego pokoju. Ten dwugarbny, ogromny, biały szczyt to Elbrus oddalony o prawie 100 kilometrów. Na wschód od niego rozciąga się po horyzont całe pasmo ośnieżonego grzbietu, północnego Kaukazu. Moc truchleje.

 

Tags: , , , , , , , ,

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *