MENU

Wigilijny prezent – opowiadanie Sławomira Pudy

Wigilia z Marylin Monroe – opowiadanie Bianki Kunickiej – Chudzikowskiej

23 grudnia 2018 Comments (0) Views: 405 Czytam, Opowiadania

Święta – opowiadanie Krystyny Śmigielskiej

– Nie jestem jakimś pieprzonym romantykiem. Prosty ze mnie facet, jednak raz do roku serce mocniej mi bije, rodzinny się robię, bardziej uczuciowy. Śnieg, bracie… Śnieg jest najważniejszy! Bez niego w ogóle nie ma świąt! Puszysty, taki, który dopiero co spadł a najlepiej, żeby wciąż z nieba sypał. Mówią, że na Boże Narodzenie dobrze jest wyjechać do ciepłych krajów, bo tam opalając się na plaży Mikołaja możesz spotkać. Istna głupota, sam powiedz? Żal mi tych biedaków, Australijczyków, wiesz, to ci, co chodzą do góry nogami – zaśmiał się krótko – oni naprawdę mają smutne życie. Z czego można się cieszyć, kiedy człowiek znajduje podarunki nie pod choinką, tylko w skarpetach? Tak, tak, takie duże, kolorowe wieszają na kominkach i czekają, aż im do nich wymarzony prezent wpadnie. A niby skąd ma im spaść? Gwiazdor na nartach wodnych po dachach ma slalomem szusować i po zapachu tych skarpetek szukać? Durny to naród, dziki, nie to co my. Wracając na nasze podwórko, powiem krótko – choinka musi być żywa, pachnąca żywicą i igliwiem. Ubrana w przekazywane z pokolenia na pokolenie ozdoby, oryginalne, mające swoją historię. Kiedy byłem małym chłopcem, lubiłem przeglądać się w okrągłych bombkach.  Zniekształcały one moją dziecięcą twarz, czyniąc ją wyjątkowo zabawną. Teraz modne są drzewka monotematyczne, całe przystrojone w złote, srebrne, białe łańcuchy i w tych samych kolorach gładkie bombki a ja pamiętam dokładnie na starych, tych naszych, ręcznie malowane cudowne, zimowe obrazy.

Zamilkł. Jego towarzysz cicho stęknął, dając mu w ten sposób do zrozumienia, że spokojnie poczeka na dalszy ciąg wynurzeń.

– No… – kontynuował, jakby musiał wyrzucić z siebie to całe polskie gówno. – Tylko tu święta mają ten cudowny klimat. Tradycja, chłopie, rozumiesz? Myślisz, że w innych krajach… No nie, kurwa, przesadzam, wszędzie przecież kultywuje się lokalne obyczaje, wiem, ale tak mnie jakoś wzięło. Lubię zapach kompotu gotowanego z suszu, niepowtarzalny, rozchodzący się po całym mieszkaniu. I grzyby. Nienawidzę ich zbierać, szwendać się o świcie po mokrym od rosy lesie, wpierdalać się w pajęczyny, drżeć ze strachu przed tymi cholernymi kleszczami, ale idę grzecznie z żonką po dary natury, by w Wigilię oddychać zapachem gotowanych prawdziwków, kiszonej kapusty i barszczu. Dwanaście potraw! Stół przykryty białym obrusem, sianka pod nim odrobinkę, tak tylko dla folkloru. Talerzyk z opłatkiem i nastrój! Nie wiem, jak u ciebie, ale my wigilię jemy przy prawdziwych świecach jak za dawnych lat, jak nasi pradziadowie. Lampki na choince mrugają kolorowymi światełkami, a w ustawionych na meblach lichtarzach zabawnie podskakują małe ogniki. Wszyscy klękamy. U ciebie też klękacie? No wiesz, paciorek – rzecz święta. I zaczynamy. „W imię ojca i syna”… Modlisz się czasem? Ja tak jakoś nie bardzo… Pewnie trzeba było o tym pomyśleć, każdego wieczoru wygospodarować chwilę na zadumę, ale człowiek zawsze zagoniony, zawsze zmęczony. Zresztą, kto to może wiedzieć, czy coś tam dalej jest, czy pustka, po prostu nicość. Mnie do odkrycia tej tajemnicy się nie śpieszy. Popatrz, jakie to dziwne… – Pochuchał w złożone w łódkę dłonie i rozcierał je mocnymi ruchami, chcąc pobudzić w palcach krążenie krwi. – Zastanawiamy się, próbujemy odgadywać, wyśledzić, a przecież każdy z nas, prędzej czy później, przejdzie na tamtą stronę. Głupio jedynie, że wtedy już nie będziesz mógł z nikim podzielić się zdobytą dopiero co wiedzą, obgadać te „zaświaty”, żeby lepiej je zrozumieć. Rybę lubisz? – Spojrzał na twarz siedzącego obok mężczyzny. – W moim domu to tylko karpie, tak jak Pan Bóg przykazał, smażone i w galarecie. Osobiście, na zimno zjem, wiadomo, spróbować trzeba, ale zdecydowanie bardziej smakują mi dopiero co zdjęte z patelni, ładnie zarumienione dzwonka, chrupiące, słodkie od mułu. Miałbyś ochotę, co?

Rozmarzony przełykał ślinę i potakująco kiwał głową. Chwilę, zbierając siły i odwagę, trwał w bezruchu, w końcu zacisnął wargi, palcami uchwycił się kierownicy i, jęcząc przy tym przeciągle, próbował lekko unieść się z fotela. Zdrętwiałe ciało wyraźnie odmówiło mu współpracy. Ból nasilał się już przy napinaniu mięśni.

– Kurwa! – zaklął cicho. – Że też akurat dzisiaj musiało się nam to przytrafić.

Słysząc rzężący oddech uwięzionego obok niego pasażera, znów starał się zachować spokój, udając pewnego siebie, opanowanego, tak jakby ich sytuacja wcale nie była beznadziejna.

– Pierwsza gwiazdka – powiedział, wierzchem dłoni próbując zetrzeć zabłąkaną łzę, która wypłynęła mu spod powiek podczas nieudanej zmiany pozycji.

Spoglądał przez okno na ciemne niebo i zastanawiał się, jak długo przyjdzie im tkwić na tym pustkowiu.

– Pierwsza gwiazdka – powtórzył – jest znakiem,  że już czas. Modlimy się, dzielimy opłatkiem, składamy sobie nawzajem życzenia. Każdy z nas podchodzi do rogu stołu i na ustawionym tam talerzu zostawia okruszki ze swojej części opłatka, szepcząc przy tym „Wieczny odpoczynek racz im dać Panie”. W ten sposób dzielimy się z pradziadami i tymi, którzy opuścili nas niedawno. Ciekawe, czy z dzisiejszej wieczerzy zostaną nam podarowane te kawałki wspomnień. Nie no, nie przejmuj się, pieprzę, co mi ślina na język przyniesie. Póki co, żyjemy… A potem to już normalnie… Zupa, pierogi, kapusta, kluski z makiem, kisiel i ryba. Dzieciaki jedzą szybko, nie tylko dlatego, że przez cały dzień zgłodniały. Znasz to uczucie, pojawiające się podczas długiej wspinaczki po schodach wieży? W chwili, kiedy masz przejść ostatnie kilka kroków, boisz się czy twój wysiłek warty był widoku, na który od dawna czekałeś, wyobrażając go sobie przed zaśnięciem i starając się zatrzymać jego miraż pod mocno zaciśniętymi powiekami? Ułożone pod choinką, kłębiące się jak żmijowisko, mniejsze i większe paczki, ozdobne torebki pobudzają młode umysły, wprowadzając je w radosne podniecenie, udzielające się szybko i nam, dorosłym. Zanim jednak przejdziemy do wyciągania z tej plątaniny poszczególnych prezentów, znosimy brudne naczynia do kuchni, nalewamy kompotu do wysokich szklanek. Kobiety dostojnie sączą wino z kryształowych lampek, a mężczyźni raczą się dwoma kieliszkami dobrej, zimnej wódki.

Westchnął, przełknął ślinę i cicho odchrząknął. Krople potu pojawiły się na jego czole.

– Niepotrzebnie mówiłem o tej wódce – skarcił sam siebie. – Napić, to bym się chętnie napił, ale od tego paplania jakoś tak chłodno mi się zrobiło. – Znów spojrzał na twarz towarzysza niedoli. – Spać ci się chce – bardziej stwierdził, niż zapytał. – Wytrzymaj, zbliżamy się do końca imprezy. Jeszcze tylko ciepła herbata, pyszny, rano pieczony makowiec, koniecznie z lukrem, wyglądający, jakby go ten świąteczny śnieg przysypał. Lekko, prawie niezauważalnie zgrzytający w zębach. Pomarańcze, soczyste, pachnące słońcem odległych krain i orzechy. Dużo orzechów – włoskich, laskowych, pistacjowych, ziemnych. Rozsiadamy się wygodnie, rozpinamy paski od spodni, w miarę możliwości wyciągamy zmęczone, opuchnięte nogi i zaczynamy nasz coroczny koncert kolęd. Najmłodsi popisują się grą na flecie, młodzież próbuje przekonać rodzinę do swoich gitarowych, jeszcze bardzo niedoskonałych aranżacji, po których przychodzi czas na nestora rodu. On właśnie intonuje, a pozostali biesiadnicy włączają się ochoczo do wspólnego odśpiewania „Cichej nocy”. O dziwo, wszyscy, i starzy i młodzi, znają dokładnie słowa tej najpiękniejszej i najbardziej internacjonalnej z bożonarodzeniowych pieśni.

Wciągnął powietrze, odchrząknął dwa razy i słabym, drżącym głosem zaśpiewał: „Cicha noc, święta noc, pokój niesie ludziom wszem, a u żłóbka Matka Święta, czuwa sama uśmiechnięta, nad dzieciątka snem, nad dzieciątka snem”.

Skończył. Panująca wokół cisza wydała mu się przerażająca, dlatego z takim zadowoleniem przywitał niespodziewany ruch na sąsiednim fotelu. Krew dawno zastygła na dłoniach i twarzy uwięzionego obok niego młodego mężczyzny, który od chwili wypadku nie dawał żadnych znaków życia.

Pewnie światło właśnie wynurzającego się spoza niewidocznych chmur księżyca dotarło pod sklejone krwią powieki. Chłopak uczepił się tego blasku, z uporem próbując nie przekroczyć niewidzialnej linii, nie zerwać ostatniej nici. Pierwszy, nieśmiały ruch nogą pozwalał mieć nadzieję. Odczekał kilka sekund i odważniej przesunął stopę po znajdującej się pod jego nogami wycieraczce. Braku bólu nie potrafił odczytać jednoznacznie. Ośmielony jednak własnym sukcesem, unosił drugą stopę. Udało się. Teraz należało wykonać najtrudniejszy manewr, czyli sięgnąć ręką do kieszeni kurtki, w której znajdował się telefon komórkowy.

Wybita przednia szyba rozprysła się na maleńkie kryształki, świecące teraz odbitym światłem księżyca i do złudzenia przypominające ledowe, choinkowe lampki, sprawiając jednocześnie, że panująca wokół ciemność powoli stawała się przyjaźniejsza, możliwa do zaakceptowania. Chłopiec podał swoją komórkę kierowcy. Trzy krótkie piknięcia – zwiastuny ocalenia…

– Sto dwanaście? Stoimy przy drodze… – mężczyzna najspokojniej jak tylko potrafił odpowiadał na pytania. Trudność dopiero sprawiło mu ustalenie miejsca, w którym doszło do wypadku, ale i z tego zadania wywiązał się znakomicie.

Rozłączył się. Dłoń z nadal trzymanym w niej telefonie, opadła mu bezwładnie.

– „Wśród nocnej ciszy głos się rozchodzi” – zaintonował chłopiec.

Mężczyzna spojrzał na niego wymownie. Po młodej, zakrwawionej twarzy błąkał się łobuzerski uśmiech.

– „Wśród nocnej ciszy głos się rozchodzi, wstańcie pasterze, Bóg się wam rodzi. Czym prędzej się wybierajcie”… My śpiewamy tę kolędę – powiedział.

– Czym prędzej… – wtórował mu mężczyzna.

 

Autor: Krystyna Śmigielska

 

 

Tags: , ,

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *