MENU

Bez zakończenia – poezja Agnieszki Marek

żonkil

20 grudnia 2017 Comments (0) Views: 775 Ogólne

Święta w Ogrodzie Poetów – ogrodnicy

winter-3008975_1920

Adam Gwara

 

postaram się

postaram się

nie zagryźć

opłatkiem śledzia

nie zapić

kolędy Polsatem

nie poświadczyć nieprawdy

w życzeniach

 

a ty

nie zagryzaj

pytaniami

nie zabijaj

milczeniem

nie rozliczaj

sfałszowanym rachunkiem

sumienia

 

może

prawdziwe

zęby nie rozbolą

żując sztuczną

rzeczywistość

kolejnych

wesołych świąt

 

 

Kolęda

Koszem wiklinowym nakrytym opłatkiem.

Falą przez sitowie. Śnieżnobiałym ptakiem.

Wiatrem po choinach. Echem po równinie.

Popłynie kolęda dziecinie, dziecinie…

 

Gwiazdą betlejemską w przepychu ornatów.

Sianem pod obrusem, przebaczeniem bratu.

Nakryciem dla kogoś, kto już nie pamięta.

Spłynie nam przez serca kolęda, kolęda…

 

Chrzanem zapłakanym. Wolniejszym oddechem.

Wesołą jemiołą. Spóźnionym uśmiechem.

Bliźnich powiązaniem szczerozłotą Wisłą.

Bożym Narodzeniem na Święta, na przyszłość…

 

Starym polonezem za królem Herodem.

Wszyscy na pasterce złączym się z narodem.

Szatan nas opuści, Pan Bóg nam wybaczy.

Brzęknie grosz na tacy. Polacy, Polacy…

 

 

Józef

Bądź przez wieki chwalony

cieślo z Nazaretu

żeś jej nie chciał oddalić,

kiedy szła ku tobie

miałeś wszak po Salome

piątkę małych dzieci

a ona lat czternaście

i brzemienne łono

 

Nie było miejsca dla was

nie było gospody

żłób kamienny w stajence

przyjął twego syna

tyś go nazwał Jeszua

obrzezał w świątyni

i ocalił w Egipcie

przed mieczem Heroda

 

Nauczyłeś go strugać

cedrowe patyki

postawiłeś na krzyżu

dróg do Jerusalem

i wstąpiłeś do nieba

by zajął twe miejsce

w sercu Marii przebitym

cierniem rokitnika

 

 

Tadeusz Coobus Knyziak

 

Kiedy świece płoną

W taki wieczór, kiedy świece płoną,

W domach radość, wraz z nastaniem zmroku.

Ciesz się, córuś, tą chwilą natchnioną,

Siądź przy matce, siądź tak, jak co roku.

Z twoją siostrą, Nadzieją, pospołu,

Jasnoskrzydłe zasiądźcie do stołu.

 

W taki wieczór, kiedy świece płoną,

Na suficie tęczowa poświata.

Uśmiech w kroplę zamienia się słoną,

W dźwięk dzwoneczków kolęda się wplata.

Puste miejsce przy stole wciąż czeka

Na wędrowca, co zmierza z daleka.

 

W taki wieczór, kiedy świece płoną,

Bóg z aniołem spisują marzenia.

Będziesz żoną kiedyś, będziesz żoną,

Spotkasz kogoś, i wszystko się zmieni.

A dziś smutna, składana w ofierze…

Będzie dobrze, córeczko, wciąż wierzę.

 

W taki wieczór, kiedy świece płoną,

Pierwsza gwiazdka na krawędzi nieba.

Stara dłoń głaszcze głowę wtuloną

I powtarza — nie trzeba, nie trzeba…

W inne święta nie będziesz już sama.

Dobrze, dobrze… już nic nie mów, mamo.

 

 

Srebrna noc

tak się w kulę srebrną zmienić

i przetoczyć się po chmurach

stąpać blaskiem wśród kamieni

srebrnym pyłem siąść na murach

sny pokropić rosą białą

tkaną w tiulu, cienką, lichą

w okna domów zajrzeć śmiało

w ludzkie serca pukać cicho

 

żeby sny jak pąki były

w srebrnym świetle rozkwitały

żeby do mnie wilki wyły

żeby ludzkie serca drżały

bo na snach to ja się znam

i na sercach też po trosze

bo też takie w sobie mam

bo też takie w sobie noszę

co wszystko na jedną kartę

stawia czasem kostką rzuci

niepokorne i uparte

i z rozumem wciąż się kłóci

ale jakie by nie było

niech szaleje

i niech hula

 

noc grudniowa

radość

miłość

i na niebie ja

jak kula

 

 

Wigilia bezdomnych

Lubię ten węzeł ciepłowniczy, gdzie jest gorąco niczym w piekle,

drewnianą skrzynkę po owocach ustawiam w kącie, gdzie najcieplej,

nakrywam ją gazetą starą, oszczędzam zwykle bardziej świeże,

wędzoną rybę kładę na niej, bo całkiem zbędne tu talerze.

 

I nawet mi to nie przeszkadza, że zapach ryby ściąga gości.

Wchodzą przez właz, siadają z boku, nie kryjąc głodu i zazdrości.

Dzielę się z nimi jak z rodziną, wyciągam kubek metalowy,

bo zawsze jakaś dobra dusza napełnia mi go do połowy.

 

A z nimi Hanka, ta walnięta, co wiecznie marzy, by być damą.

Cała w falbanach i koronkach, ale to przecież nie to samo.

Zniszczona biała rękawiczka, to szczyt jej dumy i szczyt marzeń.

Podnosi ją na powitanie do moich ust za każdym razem.

 

I jest w tym geście tak łaskawa, a w swych manierach taka szczera…

Odkładam rybę pełną tłuszczu, w makulaturę dłoń wycieram,

tym co zostało gładzę włosy, bo dobrze robi im dorada,

dłoń w rękawiczce podejmuję i pocałunek na niej składam.

 

Piękna jest ta ulotna chwila. Jasna, dostojna i jedyna.

Na koronkowej mglistej bieli zarys ust tłustych się odcina.

„Niech się częstuje…” mówię czule, więc siada, zjada i wychodzi.

Żegnamy ją kolędą cichą. Właśnie w stajence Bóg się rodzi.

 

Grudniowa noc. Opłatek w dłoni. Gałązka jodły  skrzy się świecą.

Czekamy na tych, co spóźnieni. Zaraz się skrzykną i przylecą.

A wkrótce potem na pasterkę pójdziemy razem witać Pana,

Bo tak niewiele dla nas szczęścia. Bo tak niewiele świata dla nas.

 

 

Stanisław Kruszewski

 

ech zimo

ślady już dawno śnieg zasypał

pod białym puchem szara przeszłość

czas niczym tramwaj się zatrzymał

na chwilę która też niewieczną

 

nogi stanęły gdzieś wpół kroku

wiatr je z czułością w mróz owinął

i chłodem zmierzył dziwny spokój

pamięć stawała się niczyją

 

niemoc szarpnęła strunę w głosie

dreszcz utknął w skroniach zimną falą

mignęło światło sen nie odszedł

ech zimo przytul i pocałuj

 

 

ach ten śnieg

w promieniach słońca błyszczą święta

czas w nich na radość i zabawę

w porywach wiatru brzmi kolęda

śnieg tylko we śnie się pojawił

 

chyba się na nas nie obraził

Wisłą do morza nie odpłynął

dziś pierwsza gwiazdka noc rozjaśni

drogę nam wskaże – może przyszłość

 

przy zastawionym suto stole

z duchem na krześle oprócz wspomnień

które choć ręką trzeba omieść

by na nim usiąść mógł bezdomny

 

z koszykiem życzeń przy prezentach

i z dobrym słowem choć przez chwilę

wierszem daruję śnieg na święta

wszak we śnie było go aż tyle

 

 

Pierwsza gwiazdka

światłem wędruje po balkonach

jak ciepła dłoń po nagich piersiach

jak powiedziane szeptem słowa

które od dawna błyszczą w wierszach

 

i grą kolorów strużką srebrną

przebija się przez darń obłoków

na moment tylko nieco blednąc

by później jasność sypać wokół

 

jak duch któremu wieczność chwilą

zagląda w okna żywym blaskiem

nie pierwszej lepszej bo tych milion

 

kochanie – dzielmy się opłatkiem

 

 

Tags: , , , ,

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *