MENU
fot. z archiwum autorki

Kochanie, Zatracenie, Porcelana – poezja Reny Starskiej

Karol-Rawski-foto-4

Jesteśmy – poezja Karola Rawskiego

4 lipca 2016 Comments (0) Views: 771 Czytam

Świerszcze czy cykady

pxJak byłam mała, to miałam świnkę morską. Nazywała się Pigwa – Natalia kiwała się lekko nad barem. Mówiła bardzo powoli i wyraźnie. Jak zwykle. Chociaż nie, jednak mówiła znacznie wolniej i wyraźniej niż normalnie. Dopijała właśnie piątego drinka. A raczej piątą kolejkę tego czegoś, co wyglądało jak stadko zmiksowanych w blenderze smerfów. Z kopytkami. Plus jakaś elektryczna wiśnia na ozdobę. Mniam. Nie chwaląc się – piłam to samo. Zresztą przed wyjściem, jeszcze w naszym apartamencie, obaliliśmy dwa wina. Tak właśnie powinno się witać Hiszpanię, prawda? Oj, będzie kac, ale póki co… Mój mąż wciągał whisky.

– No wiesz, jak świnka Pigi, ale nie Pigi tylko Pigwa ją nazwałam, Pigwunia. Taka w ciapki była, ruda, biała i czarna. Czarne miała zaraz obok noska – rozczulała się Natalia, a Michał słuchając jej, dłubał końcówką parasolki od drinka w zębie.

– No i? – zadał wreszcie pytanie pomocnicze.

– No i najpierw ją miałam, a potem zdechła – powiedziała i oboje zanieśli się śmiechem.

Nie brałam udziału w tej ich rozmowie, bo właśnie wstąpiłam w pijacką fazę pod tytułem: jak ja ich kocham albo raczej jaką szczęściarą jestem ja. Stałam obok Michała i patrzyłam oczami pełnymi szczerego, no może troszkę podkręconego smerfami, ale jednak najprawdziwszego uwielbienia dla tych dwojga. On. Mój mężczyzna, od pięciu lat małżonek. Prawdziwy przyjaciel i prawdziwy facet. My love. Ona. Natalia. Natalie. Moja piękna, mądra, długowłosa, spokojna przyjaciółka. Ile już lat jestem zmuszona ją podziwiać? Ponad dwadzieścia gdzieś będzie.

Wreszcie udało nam się wszystkim razem wyjechać na wakacje. Dwa małżeństwa. Dwa na dwa. Wreszcie.

Południe Hiszpanii, wspólny apartament, nawet niedrogo wyszło. Dwie sypialnie, salon, łazienka do podziału. Przed domem basen. Plastykowe leżaki, żółte parasole – bez reklamy Żywca. Bajka.

A tyle na to pracowałam. Kombinacje, naginanie, duże i małe manipulacje, a wszystko po to, żeby stopić wątpliwości Natalii. Bo ona miała ich najwięcej. Mówiła ciągle: Muszę porozmawiać z Amine albo No nie wiem, Amine nie lubi spędów.

Amine to mąż Natalii. Jest Tunezyjczykiem. Dobrze mówi po polsku. Trzy lata temu, zaraz po ślubie, przeprowadzili się do Warszawy. Poznali się we Francji. Oczywiście nikt nie wróżył tej parze przyszłości (no wiesz, te różnice kulturowe itd.), ale jak się okazuje trwają i chyba jest im dobrze. Na tyle dobrze, że Natalia w całkowitej tajemnicy trzyma wszystko to, co tyczy jej męża i ich związku. Nawet przede mną cichnie w temacie. Zamknięte, schowane, zalakowane – ich.

Oczywiście wielokrotnie się widywaliśmy. W trójkę. W czwórkę. Wspólne obiady, kawa. Amine podczas tych spotkań zawsze był milczący i do przesady grzeczny, wyczulony na każdy gest Natalii. Cichy dżentelmen. Mruk – jak twierdzi Michał.

Imię Amine znaczy Amen. I tak właśnie wyglądała każda rozmowa z Natalią o jej mężu. Żadnego babskiego gadu gadu, żadnego pleplenia. Żadnych podśmiechujek. To znaczy były, oczywiście, ale do czasu, kiedy nie padało słowo Amine. To sakramentalne Amen. Amine – to koniec rozmowy.  Amine znaczy nie interesuj się.

Dość intrygujące mi się to wydawało, nie powiem. No bo co on takiego może mieć, co zmusza Natalię do milczenia? Czy to jest coś aż tak cudownego, że zachłannie chce mieć to tylko dla siebie? Czy może wręcz przeciwnie? Ona ma doskonały gust i farta do ludzi, no po prostu od zawsze przyciąga do siebie same cukry i błyskoty. I to bez większego wysiłku. Ze stoickim spokojem – tryumfuje. Więc chyba jednak to pierwsze.

Tak więc jedyne czego się dowiedziałam o jej mężu przez te wszystkie lata to to, że handluje meblami i lampami z Tunezji. Całkiem nieźle mu to idzie. Jest raczej typem samotnika. Aaa – jeszcze, że nie lubi gotowanej marchewki. No i że między nim a Natalią jest coś dużego, okrągłego i wilgotnego.

I to coś jest dla niej ważne.

– No ale słuchaj mnie, Michał –  Natalia odgarnęła za ucho kosmyk włosów. – Dziwna rzecz. Pigwa nawiedza mnie w snach.

– No co ty? Mówi coś? Może ma dla nas jakiś przekaz?

– Chyba tylko dla mnie.

– Jak to? – Michał  z hukiem odstawił pustą szklankę na bar. Next, please pokazał barmanowi.

– Ona zawsze mi się śni, kiedy zbliżają się zmiany. Lub problemy. W tych snach każe mi się sobą zająć. Mam jej zmienić wiórki w akwarium, dolać wody, dać trawkę do jedzenia. No wiesz, te wszystkie banalne czynności, które wykonywałam setki razy. Sto lat temu.

– Hmmm, dziwne. – Michał już zaczął analizę. – Może to głos twojej podświadomości. Albo taki anioł stróż. Heh – świnka morska jest twoim aniołem! – klepnął ją w ramię po przyjacielsku, ale Natalia się nie uśmiechnęła.

–  Śniła mi się wczoraj.

– Gdzie jest Amine?

Wypowiedziałyśmy te zdania równocześnie. Natalia spojrzała na mnie, mrużąc oczy, zupełnie jakby oglądała pod światło jakiś mikroskopijny przedmiot i nie mogła go dostrzec. Oj, jest pijana. I to mocno.

– Amine ma swoje sprawy – powiedziała z godnością. – Zaraz do nas dołączy, coś tam musiał poprawić w ofertach – dodała, wstając ze stołka. – A ja tymczasem przepraszam, idę siusiać!

I poszła. Szybkim krokiem. Bo jakby szła wolniej, to zapewne zygzakowanie rzuciłoby ją na stoliki i ściany. Lub co gorsza – na kolana.

– Ale się spoiła, ja cię. Już nie tykam tego świństwa, weź to ode mnie – powiedziałam do męża, odstawiając jak najdalej niebieski płyn.

Wtuliłam twarz w jego szyję.

– Dobrze się czujesz? – zapytał w moje włosy.

– Bardzo dobrze. Mocno pijana, ale szczęśliwa. Widziałeś, jak tutaj jest ładnie? I jak ciepło? – powiedziałam, podnosząc głowę tak, by móc na niego spojrzeć.

– Widziałem. Ty też pięknie wyglądasz – położył dłoń na moim pośladku. – Pięknie.

– Aha. Właśnie przypomniałeś mi, że nie wzięłam dzisiaj pigułki – odkleiłam się od niego niechętnie. Sięgnęłam po torebkę. Szukanie w niej czegokolwiek, nawet na trzeźwo, nie jest łatwe. Teraz to było niemalże jak detektywistyczna łamigłówka. Uj!

– Nie mam ich tu, fak! Zostały w kosmetyczce. Muszę po nie iść.

– Mam iść z tobą?

– Nie, no co ty? Zajmij się Natalią. Już wraca. Popatrz.

Oboje skierowaliśmy wzrok w stronę drzwi łazienkowych. Szła. Bardzo powoli. Przed zrobieniem kroku badała stopą grunt. Co najmniej jakby każdy krok groził detonacją miny. Nie wyglądała najlepiej. Chyba, niestety, wymiotowała smerfami. Ojoj, jak się nam dziś brzydko zepsuła Natalka.

– Potrzebujesz napić się wody! Koniecznie z cytryną! – powiedziałam do niej – Ty też, kochanie, pij wodę. Za dwadzieścia minut wracam. Pa.

Kiedy wracałam z knajpy do naszego apartamentu, cykady wydzierały się wniebogłosy. Cykady albo świerszcze, kto wie, co tu w tej trawie popiskuje. A raczej pociera kończynami o kończyny. Lub gra na własnym tyłku. Kurde, jak się bardziej nad tym zastanowić – to jest przecież koncert na instrumenty wrośnięte w ciała muzyków. One grają na sobie. Zupełnie jakby gitarzysta wszedł na scenę, ściągnął marynarę i zaczął szarpać struny wyhodowane na własnym brzuchu. Ciało jako pudło rezonansowe. Wow! Ale widok. Muszę później sprawdzić, jak cykady produkują te dźwięki. Cykady czy świerszcze?

Szłam alejką wzdłuż basenu. Powietrze było ciepłe i wilgotne, pachniało arbuzami.  Powietrze jak arbuzowy kleik, wtapia się we włosy, sukienka przylega do ud. A uda, hmmm, już niedługo Michał się między nimi umości. Ach, te cykady, zapach skoszonej trawy, wolność.

Jest pięknie!

Cykady na Cykladach – śpiewałam, wchodząc do naszego apartamentu – w nocy gwiazdy spadają, a dyskoteeeeeka gra.

W salonie było ciemno. Zupełnie zapomniałam, gdzie się zapalało światło. Pomacałam ścianę na prawo od drzwi. Bez spektakularnego sukcesu. W zasadzie zupełnie bez sukcesu. Zbyt pijana, roztrzepana, no nie znajdę! Postanowiłam brnąć przed siebie po omacku. Po kilku krokach wlazłam na stolik, na którym stały niedawno użyte przez nas kieliszki od wina. Jeden spadł na podłogę.

– O kurwa – zaklęłam i chwilę rechotałam w ciemnościach. Od uderzenia w kant stolika bolało mnie kolano, ale kieliszek się nie stłukł. Jest jakiś sukces.

– Amine! Jesteś tu? – krzyknęłam w czerń salonu. Nikt nie odpowiedział. Głucho. Nawet świerszcze za oknem przycichły, zupełnie jakby wraz ze mną czekały na odpowiedź.

– Amine!

Jakimś cudem odnalazłam drzwi od łazienki. Nie widać było, czy w środku pali się światło, więc nacisnęłam klamkę. Chłodny blask zakłuł w oczy. Szum prysznica. Amine tam był, za matowym, zaparowanym plexi, widziałam zarys jego sylwetki.

– O, przepraszam  – zrobiłam dwa spłoszone kroki w tył.

– Czegoś potrzebujesz?

– Światła.

Krople wody spadające na brodzik bębniły w ciszy. Czemu on do nas nie dołączył, tylko sam się tu… podmywa, kiedy czas na zabawę?

Cofnęłam się do salonu, ale zostawiłam szparę między drzwiami a framugą. Chciałam szybko obejrzeć kolano.

– Chyba właśnie leząc tu po ciemku, zdemolowałam nam cały salon – musiałam jakoś zapaplać tę ciszę. –  Potem coś mi się rzuciło na nogę, mówię ci – schyliłam się do kolana. – No, pięknie. Leci mi krew!

– Wejdź! – powiedział krótko. – Plaster jest w naszej kosmetyczce.

Padła komenda – wszyscy baczność! Ależ on jest władczy, ten Amine, no, no, no!

Dokonałam szybkiej analizy sytuacji – zlew jest na przeciwko, szafka na prawo od zlewu, na niej kosmetyczki – w jednej plaster, w drugiej pigułki. Jak się zgrabnie uwinę, to może nawet uda mi się nie spojrzeć w lewo, na kabinę prysznicową z uwięzionym w niej mężem przyjaciółki w negliżu. Zresztą i tak nic nie widać przez to plexi, zapewne już projektując ten wielorodzinny apartament, przewidziano podobne sytuacje. Poczułam alkohol w mózgu i w mięśniach. Oraz krew ściekającą wąską stróżką w dół, do kostki.

– Wchodzę! – powiedziałam głośno.

I wkroczyłam.

Najpierw wpadły mi w ręce pigułki antykoncepcyjne. Wyłuskałam z opakowania jedną i popiłam wodą z kranu, odchylając mocno głowę. Ok, zaliczone. Spojrzałam w lustro, faktycznie ładnie mi w tej sukience. A raczej – ładnie mi w tej Hiszpanii. OK – teraz noga. Plaster, ale najpierw trzeba zetrzeć z nogi krew. Wacik namoczony wodą powinien wystarczyć. Raczej nie trzeba dezynfekować, przecież na stoliku stał alkohol, no to się chyba przeczyściło, co nie?

Zaczęłam przyklejać plaster. Uważnie. Pieprzona perfekcjonistka. Chwieje się cała pijana, ale plasterek musi być równiutko przytwierdzony.

– I jak? Boli? – głos Amine wyrwał mnie ze skupienia.

Spojrzałam w jego stronę. Dłonią wygospodarował sobie na drzwiach kabiny kawałek niezaparowanej, czystej przestrzeni. Mogłam, przez tę przezroczystą chmurkę, zobaczyć jego oczy. A w nich coś na kształt eleganckiego zainteresowania. Albo kurtuazyjnej troski. Tej samej, którą częstował Natalię w towarzystwie. Woda nadal lała się na jego plecy, a on odgrywał tego nieprzemakalnego dżentelmena. Bon ton – do znudzenia „bon”. Kurwa – rozśmieszył mnie. Drewniany kutas.

Chwiejnym krokiem podeszłam do kabiny i zastukałam zgiętym palcem w szybkę  obok jego oczu.

– A ty co jesteś taki drętwy, co? No powiedz, co ty sobie w ogóle o nas wszystkich myślisz, co? Nigdy nic nie mówisz, zawsze tylko obserwujesz. Nawet teraz – goły i niewesoły…

Amine zamrugał kilkakrotnie oczami, odwrócił głowę w bok, zdawało się, że nad czymś się zastanawia. A potem szybkim ruchem otworzył drzwi kabiny. Cofnęłam się nieznacznie. Stał na podwyższeniu brodzika, na lekko rozstawionych nogach, dłonie miał lekko zaciśnięte. Wyglądał, jakby chciał mnie uderzyć. Nazista.

Chociaż…

Był pięknym mężczyzną. Powtarzam – pięknym, a wiem, co mówię, bo miałam całościowy ogląd sytuacji. Woda ciekła mu po ramionach i szyi, oczy wyglądały, jakby zaszły krwią. Jakby przed chwilą płakał. Ciało zgrabnie wyciosane, piękny, duży mężczyzna. Powtarzam – duży. Jego członek w zwodzie znajdował się niebezpiecznie blisko mojej twarzy, a ja sama miałam minę, jakbym była gotowa do poczynienia radosnego fellatio – usta uformowane w wielkie, okrągłe O. A w głowie mydło.

Gdybym tylko tej nocy nie piła. Gdybym… Ale wypiłam. I zamiast uciec stamtąd szybciutko – znowu się zaśmiałam. Ten jego penis, moja mina, moja wina, moja bardzo wielka wina… Nagle poczułam, jak chwycił mnie pod pachami, uniósł do góry i postawił przed sobą. Sprawiło mu to mniej więcej tyle problemu, co czterolatkowi przestawienie z miejsca na miejsce lalki Barbie.

Przestałam się śmiać. Ciepła woda chlusnęła mi w twarz, na ramię. Poczułam, jak krople ściekają po dekolcie, letnia sukienka z sykiem stopiła się ze skórą.

On patrzył. Czekał. Nie miał w sobie agresji, tylko podniecenie. Usta lekko rozwarte. Wypuszczał przez nie urywane, krótkie porcje gorącego powietrza, które uderzały mnie w czoło.

Mogłam uciec. Mogłam go spoliczkować. Wyśmiać. Zapłakać. Zamiast tego stałam w milczeniu. Patrzyliśmy sobie w oczy. Głęboko i ślisko. Dotknął mojej twarzy tą swoją dużą dłonią, zakrył nią lewy policzek, czoło, uszy i włosy, a nawet rzęsy i kąciki ust. Niedelikatnie. Zamknęłam oczy, przechyliłam głowę w bok. On był duży, ja malutka. Niedźwiedź, a jego łapa to łapa niedźwiedzia. Nie potrafiłam już kryć podniecenia, spojrzałam na niego.

Znowu mnie złapał pod pachami, uniósł nieznacznie i przyparł plecami do ścianki kabiny, a ciałem przywarł do mnie. Oplotłam go nogami, zaprosiłam w siebie, myśląc równocześnie: chyba zwariowałaś!, on w międzyczasie jednym ruchem pozbył się moich majtek. Zupełnie jakby były zrobione z pajęczej sieci. Wszedł we mnie, rozłożyłam ramiona. Szukałam podpory dla ciała, a równocześnie czułam obezwładniającą rozkosz. Obezwładniającą. Ja nie mam teraz władzy, on ją ma. Ja jestem tylko rozkoszą. Małą, bezwolną rozkoszą.

Prawą dłoń oparłam o kafle, drugą o mało stabilne drzwiczki kabiny. Woda pieściła nasze ciała, splecione chwilowo w jedno. Plecami zgarniałam krople, które osadziły się na ściance kabiny. Tarcie. Góra dół. Lekki ból. Wchodził we mnie mocnymi, rytmicznymi ruchami bioder. Stworzony do ruchania. Gdy tylko o tym pomyślałam, jęknęłam delikatnie, a on, do tej pory milczący, wyrzucił z siebie nagły ryk. Mocny i zły. Gdzieś pod koniec tego krzyku, kiedy dźwięk został zassany przez szum prysznica i moje pojękiwanie, pchnął mocniej. Drzwiczki pod moją lewą dłonią się urwały, a ciało opanował skurcz. Elektryczny krzyk mięśni i krwi. Nagłe zatrzymanie. Mruganie. Skurcz.

Oplotłam go mocno ramionami. Ciałem wstrząsnęły drgawki, a on podłożył swoją dużą dłoń pod moje pośladki. Dokładnie tam, gdzie chciałam.

Jeszcze przez chwilę nie wypuszczaliśmy się z uścisku. Jeszcze chwilę, chwileczkę. Teflonowy spokój.

Jednak ta chwila trwała bardzo krótko.

Dobrze, że wzięłam pigułkę – pomyślałam i czar nagle prysł. Rozluźniliśmy uścisk, stopami dotknęłam brodzika, sukienkę obciągnęłam na uda. Co my, kurwa, robimy? Natalia i Michał w każdej chwili mogą tu wejść. Kurwa!

Wzięłam do ręki gąbkę. Coś musiałam zrobić, żeby uniknąć patrzenia na jego twarz. Tak bardzo teraz odmienioną. Gąbka napęczniała. Patrzyliśmy przez chwilę, jak wyciskana woda przepływa przez palce. To było łatwiejsze niż rozmowa.

– Całkowicie wytrzeźwiałam – powiedziałam wreszcie, lekko się uśmiechając.

On, oczywiście, milczał.

– Muszę tam do nich wracać. Ty też dołącz, jak już skończysz.

– Ja już skończyłem, ty… chyba też – spojrzał na mnie i wreszcie się uśmiechnął. To był uśmiech z grupy tych: Musimy to powtórzyć.

W tej chwili dotarło do mnie, co przed chwilą zrobiliśmy. Poczułam skurcz w żołądku. Kurwa!

– Amine… Musimy TO zatrzymać w tajemnicy.

– Wiem. Ja…ja kocham Natalię – coś nagle zdmuchnęło uśmiech z jego twarzy.

Uff, ale ulga. Jak dobrze. Ja też ją przecież kocham.

Pocałowałam go w policzek.

– Czekamy na ciebie w knajpie – powiedziałam i wyszłam z kabiny, a potem z łazienki.

Będąc już w salonie, odnalazłam włącznik światła. Tym razem bez żadnego problemu. Weszłam do naszej sypialni, tam zmieniłam bieliznę i włożyłam nową sukienkę. Podsuszyłam włosy i wyszłam na zewnątrz.

Na dworze nadal pachniało ciepłymi arbuzami. Cykady cykały uparcie. Minęło już ponad pół godziny od mojego wyjścia z baru. Mogą się przecież zacząć niepokoić. Ciekawe, co Michał i Natalia teraz robią? O czym rozmawiali przez te trzydzieści minut? Jak dobrze, że są dzisiaj tak pijani. Jak dobrze.

Powinnam iść trochę szybciej. Powinnam porozmawiać z… nie, żadnych rozmów. Jutro też nie. Kurwa! Żadnych rozmów, żadnych!

Czy te cholerne świerszcze muszą tak hałasować?

 

Autor: Dorota Szelezińska

Korekta: Paulina Olmińska – Kudela

 

 

Tags: , , , ,

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *