MENU
fot. z archiwum autorki

Jak bolą te przestrzenie bez dotyku – poezja Joanny...

180202_godzina-zero_319

Godzina zero* Christie Agatha (pseud. Westmacott Mary) czyli wszystkie...

22 października 2017 Comments (0) Views: 189 Czytam, Opowiadania

Światło gazowych latarni – opowiadanie Tadeusza Krzysztofa Knyziaka – ps. art. „Coobus”

MTA4MHg0NjMhY3JvcHwweDM0MngxNzQweDc0NQ,26043877_26043861Zdjęły ciepłe kurtki, strząsając z siebie w ten sposób pozostałości dnia, spędzonego poza domem. Kobieta wcisnęła włącznik elektrycznego czajnika, budząc uwięzionego tam dżina, który w swoim języku zamruczał codzienne powitanie. Dziewczynka pobiegła do łazienki, coś zanuciła myjąc ręce, nie wygaszała jeszcze w sobie spontanicznej radości, jaka przykleiła się do jej dziecięcego serduszka. Wróciła szybko w tanecznych pląsach. Wirowała po mieszkaniu.

– Tańczyłam, mamusiu – objęła w pasie kobietę i zacisnęła uścisk, jak mogła najmocniej. – Dziękuję za ten kostium. Byłam motylem, motylem, motylem… Frunęłam na tych skrzydełkach, które dla mnie zrobiłaś.

– Mój motylek…

– Bo życie to bal, mamusiu. Prawda? To bal, ja w to wierzę. Pokochałam bal, czy to znaczy, że pokochałam życie?

– Dokładnie tak. Teraz potrzeba tylko, żeby życie pokochało ciebie.

– Nie cieszysz się ze mną? Chyba jesteś zmęczona. Opowiesz mi coś o balu, mamusiu? Nie, nie odmawiaj. O tym, który pamiętasz, o swoim ostatnim balu. Ten na pewno zapamiętałaś.

– Na pewno – potwierdziła głucho kobieta.

Pamiętała. Pamiętała wszystko, aż za dobrze. Od tamtej nocy minęło zaledwie kilka lat. I zarazem całe wieki. Znaczącym gestem dała małej znak, żeby zaczekała. Zajęła się szykowaniem posiłku, skromną kolacją, porządkowaniem spraw bieżących, szykowaniem łóżeczka. Nie śpieszyła się, być może potrzebowała czasu, by poukładać własne myśli i odnaleźć ścieżkę, po której mogłaby teraz na ten bal powrócić. W końcu posadziła dziewczynkę na kolanach, tuląc ją w milczeniu. Dziecko cierpliwie podążało za spojrzeniem matki, które błądziło przez jakiś czas za oknem, zmarznięte ogrzało się potem w jasnych włosach dziewczynki, by ostatecznie skierować się w stronę szafy, jakby tam właśnie zaczynało się to wspomnienie.

– Też miałam piękną suknię. Gdybym jej nie zdobyła, nie poszłabym tam. Ale zdobyłam. Pożyczyłam pieniądze. Nie było nam lekko, ale tata się uparł, że musimy pójść. Nie kupię kurtki, pomyślałam, pochodzę jeszcze w starej, ale trudno. Żeby nie zmienić zdania, napisałam sobie na kartce „życie to bal” i powiesiłam ją na lodówce.

– A widzisz…

– Widzę. Wtedy też widziałam. Z bliska. Z bardzo, bardzo bliska. Założyłam suknię i czekałam, aż tata wróci z pracy. Długo nie wracał. To był ostatni dzień roku, postanowił pożegnać go po pracy w gronie kolegów. W końcu się zjawił. Gdy zobaczyłam, jak wygląda, straciłam ochotę na ten bal. Ale przekonał mnie, potrafił czarować. A ja nie potrafiłam odmawiać. I to był początek balu.

– To dobrze, mamusiu, że dałaś się namówić.

– Los tak zdecydował. Może ten los chciał mi otworzyć oczy, może dobrze mi życzył, choć z początku myślałam inaczej. A na tym balu, jak to na balu, gwarno, krzykliwie, duszno… Przez chwilę nawet byłam szczęśliwa. Kocham taniec, gotowa byłam wiele poświecić, by się dobrze i swobodnie bawić. Raz w roku powiedzieć sobie, życie to… No właśnie.

Tata do północy pamiętał, że przyszedł ze mną. A potem… Bal znowu stał się życiem. On wymiotował, ja płakałam. Przewrócił jakiś stolik, z kimś się pobił. Potem zasnął.

– Biedny tatuś. Potknął się? A może to nie jego wina, ja też się dzisiaj przewróciłam. Ale nie płakałam.

Odsłoniła kolanko, ale nie było śladu, więc poniechała dalszych prób szukania.

– Biedny. Pewnie masz rację, córeczko. Jak się wyspał, nawet nie zdążyłam się nim zająć, pomóc biedakowi. Ale miał szczęście, zajęła się nim jakaś pani, bardzo młoda i mocno wymalowana, wyszli gdzieś razem, tak bardzo chciała się nim zająć. Pewnie dobrą kobietą była. Już nie wrócili. Tak to już bywa na balach.

– Sama wracałaś?

– Można tak powiedzieć. Nad ranem zaczęli mnie zaczepiać jacyś panowie, bardzo śmiali i odważni. Nie byli grzeczni. Wybronił mnie pewien nieznajomy, byłam w stanie uwierzyć, że to dobry rycerz, może nawet sam książę. Czasami zjawiają się tacy na balu. Gdy biegłam do taksówki, zgubiłam pantofelek, to on go wtedy znalazł.

– Ach, wiem, kur zapiał po raz trzeci.

– Właśnie, a mojemu rycerzowi udało się mnie dogonić, zanim wsiadłam do taksówki. Pozwoliłam mu, by towarzyszył mi w pieszej wędrówce przez kończącą się noc. Nieśpieszno mi było do domu, wręcz odwrotnie. Nikt tam na mnie nie czekał. Narzucił na mnie swoje palto, żebym nie zmarzła. On sam pewnie mocno odczuł chłód, choć… – Zawahała się chwilę, ściszyła głos – dłonie miał ciepłe.

– Ochronił cię?

– Ochronił. A ja poczułam się pewnie i bezpiecznie. Zdradził mi swoją tajemnicę, że jego marzeniem tej nocy było zatańczyć ze mną na balu, chociaż jeden taniec, więc cóż miałam zrobić. Zatańczyłam z nim ten taniec, na ulicy, pod gazową latarnią. Byłam mu to winna. Noc była szczególnie piękna a śnieg anielsko biały. Drżał, gdy wirowaliśmy razem z płatkami śniegu. A ja nuciłam… Wmawiałam sobie uparcie, że drugi raz nie zaproszą nas wcale. I trzymałam się tego refrenu jak latarki w mroku. I modliłam się, żeby tej latarki nie wypuścić z rąk, bo mogłabym się całkiem zagubić. Tak bardzo wtedy potrzebowałam odrobiny światła, ciepła… Tak bardzo.

Spojrzenie kobiety znowu powędrowało za okno, często się tam kierowało. Zmrok wygrał walkę z resztkami słonecznego dnia, który zamykał właśnie zmęczone i zaczerwienione oczy. Zastępowało go stopniowo zimne światła latarń. Gdzieś tam dalej, choć niezupełnie daleko, rozbłysły pewnie też i światła tych starych latarenek, których tak mało ocalało, a których promyki były ciepłe i złote. I niepowtarzalne.

– Nie pamiętam taty – dziewczynka zamyśliła się, wytraciła na chwilę uśmiech. – Szkoda, że tak daleko wyjechał zaraz po moim urodzeniu. Przystojny był?

– Jak nie wymiotował. Ja też już go potem rzadko widywałam. Bo życie tak naprawdę zaczyna się po balu. I czasami po balu się kończy.

– Smutna jesteś, mamusiu.

Zasłużyła tym stwierdzeniem na całusa. A co tam, okazało się, że nawet na dwa. I smuteczek rozwiał się od razu jak dym z papierosa.

– Na tym balu, o który tak pytasz, kiedy siedziałam sama przy stoliku i czekałam na tatę, byłam smutna, wtedy tak, nawet bardzo. Orkiestra grała, ktoś śpiewał zmęczonym już głosem o życiu i balu, a mnie ciekły łzy. Nie martw się córeczko, te łzy już dawno obeschły.

Mała kiwnęła potakująco głową, zadowoliła ją ta odpowiedź.

– Dziś poszłaś ze mną i nie byłaś smutna.

– Nie, kochany mój motylku. Byłam szczęśliwa. I jestem szczęśliwa. I będę zawsze chodzić na bal tylko z tobą, nawet jeśli kiedyś zjesz za dużo słodyczy i też ci się przytrafi zwymiotować. Z tobą zawsze będę szczęśliwa.

– A beze mnie już nie pójdziesz? Czy kiedy bal dorosłych się kończy, nikt się nie cieszy?

– Nie odpowiem Ci, córeczko. Bal to życie, życie to bal. Muzyka może być piękna, a może być też chora, pijana i zmęczona o piątej nad ranem. Ale nie myśl o tym. Czasami śni mi się, że gdy kur pieje po raz trzeci, na balu zjawia się rycerz i bierz mnie w ra… Zaprasza mnie do tańca, a pod sufitem sali świeci gazowa latarnia. A potem… Potem się budzę. Przy Tobie.

Spojrzenie dziewczynki ożywiło się na chwilę, podniosła nieco głowę.

– Pod taką latarnią, jak te u nas, na Sadybie? Kiedyś płakałam, mamusiu, a ty całowałaś moje włosy. Pamiętam, co wtedy powiedziałaś, że jest w tych moich włosach światło gazowej latarni. I też płakałaś. Często płaczesz. Kocham Cię, mamo.

I przyjrzała się tym zmęczonym już oczom, które często wygaszały swój blask, nazbyt wcześnie płowiały, mając na to jeszcze sporo czasu. Ale teraz nie płakały, były jasne i spokojne. Te łzy już dawno obeschły, zdawały się powtarzać nieprzebrzmiałymi jeszcze do końca słowami.

– A ta piosenka… Tylko wtedy, gdy wracasz z przedszkola szczęśliwa, tak jak dziś, gdy przytulasz się do mnie i mówisz, że mnie kochasz, tylko wtedy te słowa wydają mi się przez chwilę prawdziwe.

Dziewczynka coś jeszcze próbowała zanucić, ale jej słowa i myśli zwalniały już i stygły. Zasnęła, bezpieczna i spokojna. Czuwały nad nią ręce i skrzydła anioła. I gdy uśmiechnęła się przez sen, anioł ułożył ją w łóżeczku, ucałował w czoło, przyjrzał się lnianym włosom, jakby czegoś w nich szukał, i odprawił z powrotem na przedszkolną salę. Gdzie trwał bal. Potem zwinął zmęczone skrzydła. Bo anioły też bywają zmęczone. I czasami bywają też smutne.

 

Autor: Tadeusz Krzysztof Knyziak – ps. art. „Coobus”

Więcej o autorze tutaj: http://nowemysli.pl/wielkie-czyste-prawdziwe-opowiadanie-tadeusza-krzysztofa-knyziaka-ps-art-coobus/

 

 

Tags: , ,

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *