MENU
Warsaw_Uprising_by_Haneman_-_Holy_Cross_Church_-_44-2

Powstanie Warszawskie – pisze Marek Jastrząb

Grafika tytułowa

A historia ta była głupia – pisze Krzysztof Pochwicki

25 września 2017 Comments (1) Views: 443 Myślę

Subiektywnie o Gombrowiczu – pisze Marek Jastrząb

(embed/osadzone ze źródła: https://i.pinimg.com/736x/63/7b..)

Sztuka jest arystokratyczna do szpiku kości, jak książę krwi. Jest zaprzeczeniem równości i uwielbieniem wyższości. Jest sprawą talentu, czy nawet geniuszu, czyli nadrzędności, wybitności, jedyności, jest także surowym hierarchizowaniem wartości, okrucieństwem w stosunku do tego co pospolite, wybieraniem i doskonaleniem tego co rzadkie, niezastąpione, jest wreszcie pielęgnowaniem osobowości, oryginalności, indywidualności.

Dziennik, 1960

 

Zacznę od cytatu: Poniedziałek – ja, wtorek – ja, środa – ja, czwartek – ja. Kiedy przeczytałem te słowa, odrzuciło mnie od czytania Dzienników na lata. I nie tylko od nich, bo pozostałe utwory dawno już skreśliłem. Szczególnie Ferdydurke, dzieło lekturowe, a więc z góry skazane na brak mojego zainteresowania.

Megaloman, zadurzony w sobie histeryk, stwierdziłem. Co taki zarozumialec może mi przekazać, czego nauczyć? Toteż nie znając dzieł autora Pornografii, potrafiłem mieć o nim stanowczo paskudne mniemanie.

Ale wkroczyłem w następny etap i wygięło mnie w drugą stronę: poszedłem po rozum do głowy. Że zaś miałem do niej daleko, zajęło mi kęs czasu, nim odkryłem: Dzienniki po czytaniu są mądrzejsze niż przed, a mania wielkości ich autora, to sposób artysty na osobne istnienie, jego zmyłkowy makijaż, ochronna charakteryzacja, psychologiczna farbka, odizolowanie od zewnętrznego świata i rozmyślna poza. Ukartowana, gdyż na każdym kroku podkreślał, że warunkami artyzmu są samotność i wyrzeczenie; wyzwolenie dokonuje się przez uwolnienie wszystkich cech obecnych w artyście.

Psychologiczny zabieg polegający na uzewnętrznianiu i wyolbrzymianiu własnych wad i słabości, świadome, niejednokrotnie bolesne eksperymentowanie na sobie, było dla niego niczym więcej, jak zbieraniem i wykorzystywaniem do pisania tak zgromadzonych doświadczeń. Jeżeli się o tym nie wie, łatwo można uznać Gombrowicza za kabotyna, pyszałka lub snoba. Łatwo dać się nabrać na jego pozerstwa i zgrywne miny.

Artysta bywa nim wtedy, gdy jest sobą i tworzy tylko poprzez siebie; wówczas jest autentyczny, niezakłamany, wolny i wyzwolony od nacisku otoczenia. Wówczas ma własny filtr osobowościowy, który wykształca w nim i narzuca mu indywidualny styl wypowiedzi.

Styl, to człowiek, a człowiek ulega nieprzerwanemu formatowaniu przez los. Bezustannemu dostosowywaniu własnej twarzy do zmiennych okoliczności. Styl, to  jego siła woli; jeśli na dodatek jest artystą, broni się przed atakiem osaczających go ról. Społecznych, egzystencjalnych, kulturowych. Broni się wszczepiając sobie w twarz odpowiednie grymasy, akuratne wyglądy i stosowne maski.

Używa poprawnych min, by nie dać się zaprząc do chodzenia w stadzie, po wytyczonych ścieżkach, do bycia idealnie, wzorowo, pedantycznie porządnym, opłukanym z wad i ulizanych postaw, nie chce poruszać się po świecie w sposób kostyczny, pryncypialny, w dętych anturażach.  Woli być sobą, bo bycie sobą, bycie rozpoznawalnym JA, to wstęp do bycia artystą: razem z nieznośnym dobrodziejstwem inwentarza.

Nie jest kopistą artystycznej wypowiedzi, nie fabrykuje więc swoich tekstów według pigularskich, matematycznych, przesadnie semiotycznych recept. Nie pisze na obstalunek, dyspozycyjnym i skwapliwym piórem. Tworzy sobą, bo, jak mawiał Flaubert: Pani Bovary, to ja.

Jest sobą, człowiekiem indywidualnym pojedynczym czyli kwintesencją uczciwości swoich zdań. Nieoczyszczonym z kompleksów, skaz i zalet. Urazów czy śmiesznostek nawet. I dopiero wtedy ma przekonanie: jest artystą całkowitym. A ponieważ wszystkie wymienione tu właściwości są składowymi częściami artysty-arystokraty, to skumulowane w jedną, przepuszczone przez jego osobowościowy, nieszablonowy filtr, oferują nam, zjadaczom codziennego chleba, teksty godne miana arcydzieł.

Niestety, wedle słów Gombrowicza, artystów piszących sobą, jest niewielu. Nielicznych stać bowiem na niewymuskaną odwagę pisania pod prąd, wbrew utartym, stadnym gustom, na przekór grupowym, ufryzowanym umowom i przyzwyczajeniom do usypiającej sztampy; mechaniczna poetyka współczesnego pisania poprawnościowego spowodowała, że artystą jest teraz każdy, kto posiadł gładką umiejętność posługiwania się gramatyką i zdał przyspieszony kurs ortograficznego prawa jazdy.

Nie brak im zadatków na wielkość, ale potencjalny talent utyka im w szczerbach odwagi katońskiego bycia sobą. Paprochowy talent doskwiera wycieńczoną oryginalnością. Prześladuje ledwo pełgającą Iskrą Bożą. Lękliwi, zawistni, literacko nierozbudzeni, bez wewnętrznego żaru, poloru i uargumentowanej charyzmy, obdarzeni małostkowością i przedwczesnym wytryskiem pychy, zaludniają awaryjny Parnas dla artystycznych, śniętych krów.

Poglądy Gombrowicza na sztukę są więc mocno krzywdzące. Lecz artysta jest usprawiedliwiony okolicznościami, które skłaniają go do ferowania tak radykalnych wyroków.

Usprawiedliwieniem tym jest jego emigracja [Od 1938 roku gości poza krajem. W Argentynie zastaje go II Wojna Światowa i już nigdy nie wraca do Polski (umiera we Francji w 1969 roku)]. Opuszczenie i samotność, nietolerancja i brak zrozumienia wśród pisarskiej braci sprawiają, iż jego reakcje na wiadomości o książkach i artykułach pojawiających się w PRL, są niezasłużone,  podyktowane goryczą i  na wyrost.

Zresztą powstała po wojnie karykatura kraju zniechęcała raczej, aniżeli kusiła do powrotu. Przed wojną mówiło się o nim. Czasem w superlatywach, czasem z kompletną nieznajomością rzeczy, ale choć kontrowersyjny i sprawiający recenzentom kłopoty, to przecież był publikowany, wydawany, dyskutowany. Natomiast w Kraju Pampasów zaczyna od zera; przekształca się z autora głośnej powieści Ferdydurke w nieznanego, początkującego debiutanta na literackim dorobku i powoli wyrabia sobie markę: pisze felietony, eseje recenzje do tamtejszej prasy.

Pragnie w dalszym ciągu uczestniczyć w życiu literackim  jednak przygnębia go myśl, że gdzie by nie zabrał głosu lub czego by nie napisał, wszędzie i zawsze będzie uważany za obcego. Za natręta i hermetycznego dziwaka oddalonego od rzeczywistości, któremu roi się, że jest rozumiany. Obcy tam, skąd wyjechał, nietutejszy tu, dokąd go przywiało, nie może sobie znaleźć miejsca. Przygnębia i zasmuca, bo w Ameryce Południowej nie istnieje tak, jak by na to zasługiwał. Bo w PRL jest na indeksie, sekowany zarówno przez wielkich jak i maluczkich. Uparcie pracuje nad sobą i wreszcie dobija się uznania.  Lecz jako znerwicowany duch, nie cierpi ustabilizowania: nudzi go tutejsza martwota artystycznego środowiska, zatem wyjeżdża do Francji. Bo we Francji znowu zaczyna od początku: znowu pisze felietony, eseje, recenzje, znowu ogłasza i wystawia dramaty, a także kontynuuje Dziennik, którego emisją zajmuje się Radio Wolna Europa.

 

*

 

Witold_Gombrowicz_by_Bohdan_Paczowski_-_detail

Witold_Gombrowicz_by_Bohdan_Paczowski [Domena publiczna, Wikimedia Commons]

Parę lat temu czytałem „Dzienniki” Gombrowicza, aż mi uszy się trzęsły. Chłonąłem i topiłem się w nich. Cały czas myślałem z rozpaczą, dlaczego dobry Bóg nie obdarzał każdej generacji polskiej przynajmniej trzema Gombrowiczami. Dlaczego tak mało cugów, wiatrów, trąb powietrznych, piorunów kulistych pod naszym niebem intelektualnym? Dlaczego tam świeci zawsze zapyziałe, anemiczne, słabo grzejące słoneczko z elementarzy? Słoneczko, które grzeje słabo wierzby przydrożne, kościółek drewniany, rannego ułana, siejącą rutkę pannę i dobrego pana starostę? Więc żarłem tego Gombrowicza i oczy wyłaziły mi z orbit.

Kochałem tego Gombrowicza, kabotyńskiego Michała Archanioła z mieczem szyderstwa w dłoni, co ganiał polskich kabotynów po polskim niebie. Tak się zachwyciłem, że w stanie kataleptycznym runąłem na jego powieści i dramaty. Ale tam jakoś odpadłem. Zamiast flaków, bebechów, gotującej się krwi, znalazłem zimną laubzegę. Usłyszałem cichy poświst laubzegi wypiłowującej popisowe wzory. Nie, nie, Boże broń, nie szargam wielkiego świętego Szargacza. Chcę tylko doradzić: czytajcie najpierw jego prozę, a dopiero później, jak najpóźniej, może przed samą śmiercią sięgnijcie po Dzienniki.

On pierwszy kolnął w zadek Wielkiego Kabotyna. On nam wyrysował tę postać, jak w policyjnym liście gończym rysuje się domniemany portret przestępcy. On pierwszy Przeciął i wypuścił cysternę złej krwi i chorobotwórczej flegmy. On wywabił z niewidzialności tę żałosną figurkę z krakuską i pawim piórem na głowie.

 

T. Konwicki, „Kalendarz i klepsydra”

 

Argentyna, w której po prawie dwudziestu latach dochrapał się jako takiej akceptacji i względnej popularności, zaczyna go mierzić; za wiele czasu upłynęło od pierwszego, ośmioletniego okresu biedowania, głodowania, pomieszkiwania w pokojach umeblowanych nędzą. Dosyć ma też następnych siedmiu lat urzędniczej stabilizacji: pracy w banku i życia na obczyźnie, wegetowania pozbawionego celu, rozpaczy poznawania ludzi, których nie interesował i którzy jego nie fascynowali.

Pogardza tamtejszą emigracyjną konserwą, zapyziałymi polonusami o wielkopańskich manierach. Natrząsa się z niej. Z przyjemnością graniczącą z udręczeniem. Nie cierpi miernych literatów o wyśrubowanych aspiracjach i minimalnych zdolnościach. Stroni od wszelkich przejawów bombastyczności w wykonaniu strasznych mieszczan. Od filistrów uzbrojonych w  śmieszną godność, perorujących o niczym.

Drażnią go ziemiańskie kasty, ich wzniosła parafiańszczyzna, monotematyczne, infantylnie drętwe i jałowe dysputy o niegdysiejszych majątkach, genealogiach czy przefujarzonym dostatku. Oprócz wspólnej niedoli: emigranckiego losu, nie łączy się z nimi pod żadnym względem.

Wyalienowany jako pisarz, obarczony obsesją niszczenia innych literatów, przymusem traktowania ich jak wrogów, targany walką z tysiącem własnych, okolicznościowych twarzy, trzyma się młodych twórców, twórców in spe; na razie wolnych od bakcyla rutyny i stereotypów.

Bytuje w środowisku ząbkujących artystów. Uchodzi wśród nich za proroka, guru, niepośledniego wybitnego. Ale otoczenia te, choć początkowo bawią go i jakkolwiek uwielbia je zaskakiwać, wpędzać w zażenowane konfuzje – są zbyt kołtuńskie i zanadto prowincjonalne, za bardzo ekskluzywne, by mógł im aplikować ciągle ten sam repertuar szokujących zwierzeń i obrazoburczych poglądów. Toteż przy pierwszej nadarzającej się okazji wyjeżdża z Argentyny i w poszukiwaniu świeżej krwi [nowej publiki] drałuje do kraju Sartre’a (dostaje roczne stypendium-zaproszenie Fundacji Forda finansującej mu pobyt w Europie).

Rozpierany sprzecznymi spełnieniami, pragnie pójść szlakiem paryskich ulic, znaleźć dom, w którym mieszkał za pierwszego pobytu, odświeżyć w sercu dawne drgnienia, na żywo poznać Jerzego Giedrojcia i jego siedzibę w Maisons Laffitte, pogadać z „Kotem”, wielkim admiratorem jego twórczości, o którym napisał: „Wszystkie wydania moich dzieł w obcych językach powinny być opatrzone pieczątką ‚dzięki Jeleńskiemu'”.

Dręczą go nostalgie, prześladują wspominki z czasu młodości, napadają mroczne tęsknoty. Ale rychło się przekonuje, że pragnienia, którymi się żywił w onegdajszych latach, gwiżdżą na rzeczywistość obecnych. Rychło więc stwierdza: magdalenka, to mit. Konstatuje również:  Paryż zepsiał, wydostojniał i zesztuczniał z kretesem. Pokrył się patyną wieku. Słowem – stracił artystycznego ducha i obrósł w powagę, a podczas jego nieobecności wszelkie tęsknoty – zmalały, straciły poprzednie znaczenie i  skurczyły się bezpowrotnie.

Lecz nie ulega rozczarowaniom. Nie podaje się obowiązującym modom na wyrażanie podziwu. Jego zmienne nastroje nadal są konsekwentne: biorą się z humorzastej miłości do przekory. Z namiętności do burzenia rutyn i podważania ich celów.

Francja jest wtedy zauroczona Proustem, językowym prestidigitatorem i wyobraźniową potęgą na zwolnieniu od zdrowia. Marcelem, do którego Gombrowicz żywi ambiwalentne uczucia. Jak do wszystkiego zresztą, o czym się wypowiada; raz eksploduje uwielbieniem i rozbuchanym entuzjazmem, mówi o nim z respektem, podziwem i ekscytacją, a kiedy indziej – z demonstracyjną przekorą, rezerwą i dystansem, jak gdyby uwziął się, by być bulwersantem, gorszycielem, skandalistą pracującym w brązie. By nieść przed czytelnikiem kaganek otrzeźwienia. Raz przeto jawi mu się Proust jako nieprzeciętny umysł, a innym razem – jako nieznośny  nadwrażliwiec szybujący poniżej swojego talentu.

Jak Proust, tak i Gombrowicz jest nieustannie zawiedziony. Sobą, swoim  rzekomym niedosytem talentu i nadmiernymi oczekiwaniami wobec niego. Niedosytem talentu nakazującym mu przybierać „rekompensacyjny” wyraz twarzy i dostosować jej mimikę do stwarzanych okoliczności. Talentu budowania legend uzasadniających własną genialność. Przywdziewania wyniosłych, prawie bufonowatych póz mających potwierdzić, że należą mu się hołdy, estymy i rewerencje.

W rzeczywistości stanowi zaprzeczenie buty. Śmiałości graniczącej z megalomanią; próżność i pycha, były to cechy widoczne na zewnątrz. Charakterologiczne znaki rozpoznawcze przeznaczone do użytku literackiej drobnicy. Podpuchy i ściemy sprokurowane na rzecz beletrystycznego planktonu. Planktonu tarmoszonego pragnieniami zrównania się z nim i prześcignięcia go w drodze na Parnas.

Kto dał się zbałamucić tym zewnętrznym cechom, ten uważał Gombrowicza za przemądrzalca. Jednak autor Ferdydurke fanfaronem był nim tylko podczas PROWOKACYJNEGO PISANIA: gdy opanowywał go polemiczny duch złośliwości. Gdy nie mógł przestać, zwolnić i wyhamować.

Przeprowadzając liczne analizy cudzego usposobienia, dokonywał nieraz odkryć niepochlebnych. Odkryć wartych zatajenia. Wstydliwych, oburzających i trudnych do przełknięcia dla ludzi, którym poświęcał uwagę. Ale krytyczny temperament i obsesyjna uczciwość wobec własnych przekonań, kazały mu publikować owe rewelacje. W czym przypominał Stefana Kisielewskiego: też utytłanego w ogłaszanie bezkompromisowych prawd.

Kiedy wiódł outsiderski przebyt w Argentynie, zapodziany wśród pampasowych ostępów, gdy przeklinał ów kraj, szydził z niego i natrząsał się z jego towarzyskiego blichtru, z maciupkiej literatury o słoniowatych pretensjach, czuł się na właściwym miejscu: szydercy obdarzonego niewyczerpanymi zasobami cynizmu. Ironisty walczącego z pospolitością.  Ale kiedy go opuścił, zapragnął w nim być od nowa.

I odtąd Argentyna ma dla niego dwa oblicza.

Pierwsze pochodzi z Dziennika, niemal konfesyjnego utworu, w którym obnaża się w sposób bezlitosny. Z którego wyłania się obraz człowieka zagubionego pośród własnych masek, człowieka o sprzecznych tożsamościach, bezradnego i przerażonego tym, co o sobie naopowiadał, a czego już nie zdąży zdementować. Tam znęca się nad nią niemiłosiernie. Tam też jednak maluje widoki miejsc, do których wędruje słowami plastycznie ciepłymi, zdaniami wzruszająco poetyckimi i są to pejzaże – majstersztyki.

A drugie, zawiera się w jego opowiadaniach Wędrówki po Argentynie, o których w przedmowie mówi Zofia Chądzyńska: Ujawnia się w tych tekstach wiele cech, których próżno by szukać gdzie indziej w jego twórczości: rodzaj czułości, szacunek dla prostego człowieka.

 

Autor: Marek Jastrząb

 

 

Tags: ,

Komentarze do Subiektywnie o Gombrowiczu – pisze Marek Jastrząb

  1. Halina Kronschnabel pisze:

    Szczerze powiem, ze i ja podobnie reagowalam na Gombrowicza……nie, nie, nie – bo mi kazano. Jakim prawem, myslalam. Sama wiem, co powinnam czytac. A jeszcze dolozylam do tego prawo do wlasnego osadu. Mlodziencze glupie lata, do ktorych jednak mamy prawo. Mysle, ze przez ten bunt….moglam, juz po otwarciu dziennikow zaczac smakowac to co mi pokazano. Rozmawiajac z innymi…cieszylam sie, ze jednak zdecydowala sie na Dzienniki…bo coz to za wielki talent, gdzie kazdy odczytuje to co chce odczytac…i na dodatek ma racje. Dzis po latach moge powiedziec…..ze wracam do niego i ciesze sie, ze ciagle odkrywam spostrzezenia…ktore po latach sa jeszcze samkowtszym kaskiem, jeszcze bardziej zapadaja do serca. kocham Gombrowicza….po prostu kocham.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *