MENU
___1a

Porzeczkowe słowa- poezja Magdy Makowskiej

fot. z archiwum autora

To się wydarzyło naprawdę – wiersze z życia wzięte Krzysztofa Bojdy

27 marca 2017 Comments (2) Views: 1094 Czytam, Opowiadania

Stara Mańka – opowiadanie Małgorzaty Żebrowskiej

pxLubiła dzieci i psy. Ze swojej kryjówki między śmietnikiem a bramą przeznaczonej do rozbiórki kamienicy obserwowała radosny, świeży i energiczny tłumek niedorosłych ssaków wysypujących się ze szkoły po każdym dzwonku na przerwę. Jak małe jabłuszka z przewróconego koszyka, turlały się w stronę szkolnego boiska, przekrzykując się, tarmosząc, niczym szczeniaczki, które, choć sobie dokuczają, krzywdy jeden drugiemu nie robią.

Karmiła się niewinnością dziecięcej chmary. W oślepiającym blasku jesiennego słońca, które żegnało się ostatnimi, ostrymi promieniami, świecąc nisko nad horyzontem, sylwetki uczniów podstawówki, dokazujących na placu zabaw, napawały ją radością i koiły zmęczoną duszę.

Podobnie było z psami. Choć bardziej ją ciągnęło nie w stronę tych z dobrych domów, nakarmionych, obdarzonych uczuciem. W istocie takie nawet na nią nie spojrzały, jej barłóg nie wydawał się obiektem godnym uwagi. Z drugiej strony, gdy tylko wyniuchały u niej pozostałości kiełbasy zwyczajnej, natychmiast smycz dzierżona w dłoni opiekuna skracała się do odpowiedniej długości. Nikt nie chciał ryzykować interakcji z bezdomną Mańką, której straż miejska wciąż nie dawała rady wykurzyć ze śródmieścia. Stara Mańka nie wadziła nikomu, zatem nie bardzo było jak się jej pozbyć. Wracała uparcie na swoje legowisko, ratując od śmierci głodowej kilku takich jak ona nieszczęśników, braci mniejszych, którzy również wybrali ulicę. Owszem, raz w miesiącu starała się zachować trzeźwość, by móc skorzystać z ciepłej kąpieli i gorącej zupy w schronisku Brata Alberta, ale to był cały kompromis, na który było ją stać. Poza tym chciała być niezależna, chadzając własnymi ścieżkami. Ponad wszystko ceniła niepamięć, którą mogła jej dać jedynie słuszna zawartość alkoholu etylowego w napojach, jakie spożywała dzięki łaskawości przechodniów.

Żebrać – nigdy nie żebrała, miała kilku stałych sponsorów, którzy pamiętali ją jeszcze z poprzedniego życia. Pani doktorowa, jak nisko upadła, kręcili głowami ze współczuciem i zdumieniem, najwyraźniej przekonani, że ci, co na ulicy, stanowią oddzielny gatunek ludzki, nie zazębiający się z porządnymi przedstawicielami społeczeństwa.

A ona tkwiła w swoim zapomnieniu, częściej w malignie niż  w świadomości, ciesząc się krótkimi chwilami pożyczonej dziecięcej radości i częstszymi okazjami do okazania współczucia i troski bezpańskim psom, których, zdawało się nikt inny nie widział.

Piękna złota jesień zmieniła się w swą młodszą i brzydszą siostrę, która przeganiała czym prędzej przechodniów do domu przenikliwym zimnem, wilgocią i wiatrem zwiewającym czapki z głów. Nie słychać już było radosnych głosów, dzieciaki boisko zmieniły na szkolne korytarze do odwołania. Mańka coraz więcej piła, by ogrzać swoje chore ciało, nie jadała prawie nic. Kromki suchego chleba, które ktoś wystawiał na zewnątrz komory śmietnikowej, dzieliła na cztery części, jedną czwartą zachowując dla siebie, resztą zaś dzieląc między trzy kundelki, które odwiedzały ją systematycznie w porze śniadaniowej.

Po przeciwnej stronie ulicy rozpoczął działalność kameralny klub nocny. Przypatrywała się mu z ciekawością w bezsenne noce, gdy nie było szans na zdobycie alkoholu, a wspomnienia nie dawały zasnąć. Łapały za gardło i podduszały, niczym mary nocne z dawnych wierzeń. Słuchała hałasu, który podobno teraz zwą muzyką, za każdym razem, gdy podchmielona lub zwyczajnie pijana gromada wynurzała się z umieszczonego w piwnicy klubu i paliła papierosy, klnąc szpetnie i udając dorosłych. Przypominała sobie stare czasy tym bardziej, gdy patrzyła na młode dziewczyny, tak pewne, że zawojują świat, przekonane, że ma on im do zaoferowania samo dobro.

Nieraz łza zakręciła się jej w oku, czasem popłynęła po policzku, choć przysięgłaby, że więcej łez jej organizm nie jest już w stanie wytworzyć. Jednej nocy, gdy obserwowała jak zwykle rozbawione grupki, było wyjątkowo nieprzyjemnie, zimno, wietrznie, źle tak, jak bywa tylko późną jesienią. Wszyscy palacze czym prędzej chronili się w piwnicznym wnętrzu. Na zewnątrz w pewnym momencie nie było nikogo. Wtedy właśnie z klubu wyszła drobna blondynka, śliczna, krucha, skąpo ubrana, trzymając w ręku klucze. Drugą ręką przytrzymywała kołnierz cieniutkiego kożuszka, żeby choć trochę mniej odczuwać podmuchy agresywnego wiatru. Mańka obserwowała ją zamglonym wzrokiem, widziała nie widząc, zagłębiając się w swoje własne lęki i wspomnienia, a jednocześnie drżąc z zimna na całym ciele. Nogi jej ścierpły, bo zgubiła gdzieś ostatnią ćwiartkę, podarowaną życzliwie przez dawnego sąsiada. Nie jadła od kilku dni, nie była w formie. Psy ją opuściły odkąd przestała się dzielić chlebem. Nie był to jej najlepszy wieczór. Co tu kryć, miała nadzieję na rychłą śmierć.

Tymczasem dziewczyna wystukała kod dostępu do pobliskiej bramy odrestaurowanej kamienicy, usytuowanej dokładnie naprzeciwko klubu. Rozbawiona, przygłucha od hałasu panującego w miejscu, z którego wyszła dwie minuty temu, nie słyszała, że tuż za nią wybiegł mężczyzna. Zorientowała się dopiero, gdy z przerażeniem odkryła jego twarz tuż obok swojej. Było już jednak za późno. Mańka obserwowała, jak młody człowiek, niewiele starszy od blondynki, wykrzykuje słowa pełne agresji, jak policzkuje Małą, bo tak ją w myślach nazwała. Jak się do niej usiłuje dobierać, zadzierając krótką spódnicę z lateksu, jak wkłada dłonie tam, gdzie nie miał pozwolenia. Mała broniła się dzielnie, z całych sił, jednak na niewiele to się zdało. Mańka tak szybko, jak tylko była w stanie, opuściła swoje kłębowisko koców, starych ubrań, kopnęła wysłużony plecak, bo szkoda jej było czasu go ominąć. Pochwyciła butelkę wódki, która się wytoczyła spod którejś ze szmat, i wyruszyła na ratunek dziewczynie.

Przebiegła w poprzek podwórka, następnie przez ulicę, by znaleźć się tuż za plecami napastnika. Krzyknęła z całych sił, a jej zachrypnięty głos tak przeraził chłopaka, że natychmiast odsunął się od zrozpaczonej dziewczyny. Gdy ujrzał niepiękną twarz Mańki, która wyglądała o dwadzieścia lat starzej niż wskazywały cyfry PESEL-u, czmychnął, przekonany, że zobaczył demona. Za chwilę rozległy się syreny policyjne, co tylko przyspieszyło jego ewakuację. W istocie nie był zwyrodnialcem, nie mógł tylko ścierpieć, że dziewczyna wyśmiała go przy kumplach. Następnego dnia, jak i po miesiącu, wstydził się tego, co zamierzał zrobić i żałował latami swojej bezmyślnej, bezrozumnej akcji.

Zło się jednak stało. Nie doszło do gwałtu, lecz blondynka osunęła się na chodnik, nie mogąc uwierzyć, że ktoś śmiał jej wyrządzić krzywdę. Była sparaliżowana, w niemym stuporze łykała łzy. Stara Mańka usiadła wraz z nią, przytuliła jej głowę, wdychając zapach szamponu owocowego. Pocieszała ją jak mogła, tuliła, mówiła to, co miała nadzieję ukoi skrzywdzone maleństwo. Na jedną chwilę doznała deja vu. Znów była młodą matką, tulącą swoją czteroletnią córeczkę. Śpiewała jej, gdy była chora na zapalenie oskrzeli, pocieszała, obiecywała, że wszystko będzie dobrze. Nie było, pół roku później jej Mała zginęła w wypadku samochodowym, gdy kolejny pijany kierowca przywiózł śmierć. Teraz miałaby tyle lat co ta dziewuszka, skonstatowała w wyjątkowej przytomności umysłu. Poczęstowała blondynkę łykiem cudem odzyskanej wódki. Ta się po kilku minutach otrząsnęła, spojrzała ze zdziwieniem na kobietę, wstała, wstukała ponownie kod i wbiegła za bramę, gdzie mogła się czuć bezpiecznie. Potem nikomu nie mówiła o staruszce, nie będąc pewną, czy przypadkiem jej sobie nie wymyśliła.

A Mańka powróciła powoli na swoje miejsce, dziękując Bogu, że była w stanie pomóc choć tej Małej, skoro swojej nie zdołała uchronić przed złym losem. Zasnęła spokojnie, po raz pierwszy od wielu nocy. Gdy miasto się zbudziło, znów je z zapałem obserwowała, sama niewidzialna, jak szyba wystawowa w pobliskiej cukierni Marysieńka.

 

Autor: Małgorzata Żebrowska

 

fot. z archiwum autorki.

fot. z archiwum autorki.

Małgorzata Żebrowska: Matka dwojga dzieci, doświadczająca wszystkich barw macierzyństwa – od lęku o życie i zdrowie po dumę, radość i miłość tak wielką, że aż boli. Autorka tekstów do szuflady,  powoli ujawniająca jej zawartość. Pisanie i czytanie jest jej odskocznią od codzienności, chwilą tylko dla siebie. Wierna fanka prozy wielkich pisarzy: Tokarczuk, Bator i Pilcha, których język jest dla niej niedościgłym wzorem.

Z wykształcenia filolożka angielska.

 

 

 

Tags: ,

Komentarze do Stara Mańka – opowiadanie Małgorzaty Żebrowskiej

  1. Halina pisze:

    Bardzo dobrze napisane. Masz talent. Pozdrawiam z Grudziądza Halina

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *