MENU
buty_9d

Dotknąć gwiazd, czyli męska opowieść wigilijna – opowiadanie Hanki...

fot. z archiwum autorki

Przypływy i odpływy – poezja Elżbiety Kowalczyk

28 grudnia 2016 Comments (0) Views: 817 Czytam, Poezja

Spotkanie – poezja Iwonny Buczkowskiej

MOJA  GÓRA

Góro moja i drogo – u twych stóp zaczynam

wędrowanie – na szczyt twój nieznany, strzelisty.

Po szerokich gościńcach, po bujnych dolinach

spieszę poznać cel – skryty pośród zasłon mglistych.

 

Idę, wstaję ze słońcem, płaczę razem z deszczem –

im wyżej, tym mniej w sercu pewności szczenięcej –

ścieżki stają się wąskie i urwiska większe…

Ale widzę stąd więcej i rozumiem więcej.

 

Brzegów mgieł już dosięgam. Oddech coraz krótszy…

Zbocza strome, kanciaste, twarde pod stopami.

Drzewa rzadkie i cienkie, jak włosy staruszki.

Do równin szczebiotliwych wracam wspomnieniami.

 

Aż, gdy przebrnę na koniec przez chmur siwe brody,

ujrzę szczyt mojej góry – mój cel na tej ziemi.

I zza mgieł się wyłonią inne, bliskie, drogie,

i w trwaniu nieśmiertelnym zapragnę być z nimi.

 

I zrobię krok ostatni, i stanę na szczycie.

Czas wspinaczki zaciąży w utrudzonych nogach…

I z uśmiechem popatrzę w dolin wartkie życie,

bezpieczna, niczym dziecko na kolanach Boga.

 

 

NIE NADĄŻAM

Ostatnio jakoś nie nadążam –

co krok to nowość, jakaś zmiana

i się spostrzegłam, że się staję

do życia nieprzystosowana.

 

W powodzi druków, pism i zeznań

zwątpienie coraz większe czuję,

że dam się radę w tym rozeznać –

choć daję słowo, że próbuję!

 

W spraw zagmatwanych labiryncie

coraz to bardziej się pogrążam

i choć się staram, nie ociągam,

to mimo wszystko – nie nadążam.

 

Terminy grożą mi, że miną!

Gnam je! Już jestem całkiem blisko –

a tu znów nowy kod czy kwitek

i nie nadążam – mimo wszystko!

 

Kiedyś, to były inne czasy –

prościutkie niczym gra dziecinna,

a dzisiaj przyznam, że się czuję…

no taka… niekompatybilna.

 

Nieraz myśl błyśnie: czy wśród haseł,

kodów dostępu, pinów, pitów

jestem człowiekiem jeszcze czy też

częścią systemu, liczbą bitów?

 

I z trwogą w lustrze się oglądam

od stóp po sam czubeczek głowy,

mam numer konta, nip, pin, pesel –

to może mam też kod kreskowy?!

 

Czasem wspomnienie mnie obudzi –

przeszłość w zmęczonych oczach stanie…

Czy to się jeszcze kiedyś wróci?

Będzie przyjazny mój świat dla mnie?

 

Wczoraj złowiłam złotą rybkę.

Myślę: „Nareszcie kres obłędu!”

A rybka mówi: „Proszę podać

pin, hasło oraz kod dostępu”.

 

 

STARY MUZYK

Stary muzyk siwy, zapomniany,

od lat nie grał na żadnym koncercie.

Plecy mu i palce zesztywniały,

raz ostatni siadł przy instrumencie.

 

Z jednej strony Anioł, z drugiej Diabeł

przystanęli, jak to bywa nieraz,

niechaj stary zagra sobie jeszcze,

potem będą o duszę się spierać…

 

A on zagrał. I grał, że aż w niebie

słychać było przejmujące dźwięki.

A on grał raz ostatni, dla siebie,

było w graniu tym tyle udręki.

 

A on grał tony wzniosłe i smutne,

każdą nutą nad czymś ubolewał –

tak się Anioł w muzykę zasłuchał,

że zapomniał go zabrać do nieba.

 

A on grał, o czym milczał lat tyle –

zakurzone struny budził z ciszy.

Kiedyś przecież było takie imię,

dźwięk którego w każdej nucie słyszy.

 

Biel klawiszy mieszała się z czernią,

drżała nuta raz słodka, raz wściekła.

Tak się Diabeł muzyką zadziwił,

że zapomniał go zabrać do piekła.

 

Bo jest taka struna w ludzkiej duszy,

co dać umie dźwięk taki prawdziwy,

że czystością Anioła poruszy,

a szczerością swą Diabła zadziwi.

 

 

ŚLEDŹ  I  SZARLOTKA

Zaraz po ślubie było jak w niebie!

Nazywał mnie swoim kotkiem.

I często prosił: „Zrób, kotku, śledzie.”

Lub: „Kotku, upiecz szarlotkę.”

 

Ach, jak nam wtedy cudownie było:

śledzie, szarlotka i miłość.

 

Trwał bankiet życia, aż kiedyś skrycie

podała kartę dań inna.

Historia znana, gdy pani pana

częstuje, choć nie powinna.

 

A ja naiwna, a ja idiotka

pichciłam: śledzik, szarlotka!

 

Aż przyszły noce nieprzytulone,

kiedy za ciasne są łóżka,

w słoiku śledzie od łez za słone,

zbyt kwaśne w cieście jabłuszka.

 

Potem brytfanki puste i plotki…

Bez śledzia i bez szarlotki.

 

Nie wierz poetom, bo bzdury plotą

o sercach pisząc peany,

w niepoetycznych żołądkach oto

tkwi sekret związków udanych.

 

Muszą przetrzymać tę zmienność jadła

i gust do dań słono-słodkich,

bo miłość to jest taka sałatka

ze śledzia oraz szarlotki.

 

 

HALO – STORY

Raz pewien stacjonarny zakochał się w komórce,

już pierwszym dźwiękiem dzwonka podbiła jego serce

i chociaż z sekretarką od lat był w związku stałym,

rozsądek dla komórki stracił cały!

 

On w domu był zajęty i nie wychodził raczej,

a ona wciąż na mieście, bo taką miała pracę.

Lecz nocą, gdy leżeli słuchawka przy słuchawce,

przysięgał – że już tylko z nią, na zawsze!

 

Podniecał go jej dzwonek, aparat oraz panel.

W ogromnym wyświetlaczu rozkochał się na amen!

Ach, żeby sekretarki się pozbyć – marzył skrycie –

i z piękną komóreczką spędzić życie!

 

Lecz choć pracował stale, to nie mógł dać jej wiele,

a ona chciała zmieniać etui i panele.

Więc brała nadgodziny – w weekendy, nawet w święta!

On dzwonił, ona była wciąż zajęta.

 

Tak w ciągłym żył napięciu i czekał aż do rana,

a ona coraz później wracała – wyczerpana.

Aż którejś nocy padła i już nie rzekła słowa.

A on z rozpaczy przestał kontaktować.

 

I tak to w życiu bywa – miłości koniec marny,

gdy Julia jest mobilna, Romeo – stacjonarny.

Bo nie ma szans na szczęście i szkoda strzał Amora,

gdy spotka bizneswoman domatora!

 

 

MORFOLOGIA ŻYCIA

Żyć to znaczy oddychać, mieć tętno,

kłaść się, wstawać, wydalać i wchłaniać,

mieć – trzydzieści sześć i sześć – średnio,

i mniej-więcej mieć w normie badania.

 

Żyć to znaczy mieć białko, hormony,

potas, cukier i ciałka czerwone,

wapń, żelazo, aniony, kationy –

precyzyjnie ze sobą złączone.

 

Wzór chemiczny – nic ująć nic dodać!

Trochę wiedzy na wyższym poziomie.

I powyżej – trzy czwarte – to woda!

Mineralna… w ciekawym bidonie.

 

Tylko czasem pod żebrem coś gniecie,

co wbrew wiedzy w wiązania się wsunie,

nic nie waży, nie mierzy, a przecież

dzięki temu to „człowiek” brzmi dumnie.

 

 

SPUŚCIZNA

Parał się piórem. Składał rymy,

mocował słowa w kontekst trafnie.

Pisał o życiu, cnotach, winach,

ubierał w słowa prawdy nagie.

 

Ważył symbole czy nie błahe.

Dawał nam wiersz, jak serca bochen.

A myśl dopełniał celnie znakiem –

tu kropkę kładł, tam wielokropek…

 

Liter szeregiem, jak po drogach

wiódł nas od wzruszeń do pogardy.

Spaliśmy w łożach i w barłogach,

chcieliśmy kochać, bronić prawdy.

 

A każdy utwór niósł przesłanie.

Od razu było znać autora!

I płodny był on niesłychanie,

i cytowany był na forach.

 

Aż zgasł. Ostatniej kropki gwoździem

zamknął dorobek dla potomnych.

Ci odprawili godny pogrzeb

i piękny postawili pomnik.

 

Wnuk mu poświęcił wiersz, kwieciście

czytając go przybyłym tłumnie:

„Żył tak jak pisał: za-rom-biś-cie!

No i był… w porzo, tak ogólnie!”

 

 

SPOTKANIE

W zamieci śnieżnej, gnani wiatrem,

gdzieś na granicy tradycji dwóch,

wpadli na siebie raz przypadkiem

Święty Mikołaj i Dziadek Mróz.

 

Stanęli, patrzą – wzrost, siwizna,

krasnych peleryn biały błam…

Klon czy sobowtór czy brat bliźniak?

No – „toczka w toczkę” – taki sam!

 

Zadrżały brody z gęstych loków,

zdumieniem się uniosły brwi:

zaprzęgi, sanie, dźwięki dzwonków –

można nie zgadnąć: kto jest kim!

 

I jednocześnie przywołana

podwójna zaiskrzyła myśl:

„Dobrze by było mieć kompana,

a nie wciąż jak pustelnik żyć.

 

I zamiast gnuśnieć w samotności

w krainie gdzie odwieczny lód,

wpadać do siebie czasem w gości,

pogadać, wypić czaj lub miód…”

 

I już się na „happyend” miało,

lecz nagle znikł uśmiechu ślad

i diabli wzięli przyjaźń całą,

gdy wzrok na wór drugiego padł.

 

Krzyknęli głośno na swe reny,

szarpnęli lejce i przez śnieg

pognali, każdy w swoje strony,

nie pożegnawszy nawet się.

 

Bo chociaż szczerzy w swych intencjach,

to nie uwierzy nawet brzdąc

w to, że się zbrata konkurencja.

A zwłaszcza w okolicach Świąt!

 

fot. z archiwum autorki

fot. z archiwum autorki

IWONNA BUCZKOWSKA: Warszawianka. Absolwentka Politechniki Warszawskiej.

Pisze wiersze i prozę, lirycznie i satyrycznie, równie chętnie dla dzieci jak i dla dorosłych.

Jej żywiołem jest scena. Na swym koncie ma wiele tekstów piosenek, po które chętnie sięgają kompozytorzy (m. inn. Jerzy Satanowski, Roman Ziemlański, Urszula Borkowska, Małgorzata Biesaga).

Sama też śpiewa, a i próbuje układać muzykę do swoich tekstów.

Jej autorskie programy dla dorosłych cieszą się ogromną popularnością (np. spektakl „Anioł, nie kobieta” wypełnił po brzegi salę Teatru Kamienica), a scenariusze oraz bajki sceniczne i libretta musicali od lat bawią i uczą dzieci w całej Polsce (grane przez zawodowych aktorów)

Od lat chętnie spotyka się też z dziećmi –

jest autorką książki „O doboszu drewnianym ludku, który mieszkała w ogródku” Wydawnictwo BIS.

Jest laureatką wielu konkursów literackich.

Zdobyła nagrody zarówno za utwory liryczne (m. inn. w III Konkursie Literackim „Praska Przystań Słowa”), jak i za  satyrę (m. inn. Grand Prix w Ogólnop. Konkursie Satyrycznym „O Złoty Bucior” i trzykrotna finalistka  w „Turnieju Małych Form Satyrycznych w Bogatyni),  za prozę (m. inn. w Konkursie Literackim: „Gniewińskie Pióro”) jak i za utwory sceniczne (m. inn. w Ogólnopolskim konkursie literackim im. Stanisława Grochowiaka w kategorii dramat).

Stawała również w szranki w konkursach recytatorskich i piosenki autorskiej.

Jest gospodynią i prowadzącą cykliczne spotkania literacko-muzyczne: „DOBRY WIECZÓR Z POEZJĄ I PIOSENKĄ”.

Jest wiceprezesem Stowarzyszenia Autorów Polskich Odział Warszawski II.

 

 

Tags: ,

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *