MENU
Agata-Linek4b

Modlitwa Polki – poezja Agaty Linek

fot. z archiwum autora

Ogłoszenia drobne – poezja Anny Chudy

27 lutego 2017 Comments (0) Views: 558 Czytam, Opowiadania

Spod rzęs – opowiadanie Hanny Bilińskiej – Stecyszyn

px– Skręcam tu do bazy. Chyba że macie ochotę podjechać tam ze mną – powiedział kierowca stara chwilę przedtem, nim wysiadłyśmy. Przejechałyśmy z nim spory kawał, sam się zatrzymał, gdy już zaczęłyśmy się rozglądać za miejscem na nocleg, i zgarnął nas z szosy. Wydawał się miłym, na oko czterdziestoletnim mężczyzną, nawet dość przystojnym. Teraz, w pierwszych szarościach kończącej się nocy i mdłym oświetleniu kabiny, widziałam jego krzywy uśmiech w nieogolonej, zmiętej twarzy. – Zrobimy sobie jakieś miłe śniadanko, co wy na to?  – dorzucił.

– Jeść mi się chce, więc może… – zaczęła Gośka, lecz Irena nie dała jej dokończyć i gwałtownie wypchnęła z auta, wyrzucając na asfalt nasze plecaki.

– Niech pan sobie w dupę wsadzi swoje śniadanko! – Wystawiła język w stronę kierowcy.

– Głupie cipy – warknął i z hukiem zatrzasnął drzwi szoferki.

Podniosłyśmy plecaki. Irena pogrzebała w swoim i podała Gośce mocno wymiętoszoną papierową torebkę.

– Masz. Bułka z wczoraj. Zostaw kawałek Majce, bo pewnie też głodna.

– Co jest? Irka, coś taka wściekła? – Gośka odgryzła spory kawał bułki i podała mi resztę.

– Spałyście jak zabite, to nie wiecie. Przez całą drogę łapał mnie za kolano, próbował podszczypywać, już nie wiedziałam, jak się bronić. Cap jeden. Naprawdę się bałam, dobrze, że musiał pilnować kierownicy.

– A to cham. – Gośka spojrzała z obrzydzeniem za oddalającą się ciężarówką. – Trzeba było nas obudzić. – Przeciągnęła się i wyjętym z kieszeni grzebieniem przeczesała swoje długie, jasne włosy. – Już mi się chce do cywilizacji – westchnęła. – Dziewczyny, to co robimy? Nie będziemy przecież tak tu sterczeć. Zimno, trzeba się ruszać. Jakiś truchcik by się przydał. – Podskoczyła kilka razy dla rozgrzewki.

– A gdzie my właściwie jesteśmy? – zaczęłam się zastanawiać.

– O, uwaga, uśmiech na twarz! – Gośka zaprzestała swoich ćwiczeń, bo zza zakrętu wyłonił się żuk z ciemną plandeką. Wszystkie trzy zaczęłyśmy na niego wymachiwać, lecz mimo naszej rozpaczliwej ekwilibrystyki nie zatrzymał się.

– Niech się wypcha. – Irena machnęła ręką. – Tam, kawałek dalej, jest drogowskaz, widzicie? Chodźcie, sprawdzimy.

Dziarskim krokiem ruszyła w kierunku zielonej tablicy. My za nią.

 

 

*

 

 „Mączkowo 4”, dostrzegłam, nim jeszcze Irena otworzyła usta i wymówiła to głośno. Poczułam gwałtowny łomot serca.

– O matko, jakiś koniec świata, nic tu po nas – jęknęłam dla zmyłki, bo wystraszyłam się, że Irena usłyszy to łomotanie i odczyta moje myśli.

– Do domu i tak chyba mamy stąd kawał drogi, pewnie uda się dojechać dopiero na wieczór albo jutro. Trzeba sprawdzić  – oznajmiła.

Przystanęłyśmy. Po chwili uniosła głowę znad rozłożonej mapy. Ja nie musiałam patrzeć. Wiedziałam, gdzie jesteśmy.

 – Faktycznie – powiedziała. – Nie damy rady dziś wrócić. Chyba żeby się trafił jakiś dobry kurs. Byle nie ze świńskim kierowcą! – Skrzywiła się.

– Mam nadzieję, że w biały dzień nie grożą nam takie atrakcje – mruknęłam. Serce, zwinięte teraz w twardą grudę, coraz mocniej cisnęło mnie w gardle.

– Mączkowo? Zaraz, zaraz, widać tam jakąś wodę? Czekajcie, niech zobaczę. – Do mapy zajrzała również Gośka. – Ale numer! – ucieszyła się. – To nad tym jeziorem, gdzie mój brat jest na obozie żeglarskim. Harcerskim właściwie, ale zdobywają patent sternika. Może jakoś się tam dowleczemy, to przy okazji odwiedzę młodego.

– Harcerskim? A, niech będzie i harcerski. – Irena z rezygnacją wzruszyła ramionami. – Mam nadzieję, że nas tam gdzieś przekimają, już ledwo na oczy patrzę. – Poprawiła zsuwające się z ramion paski plecaka i ruszyła naprzód.

Dobre pół godziny szłyśmy poboczem szosy, prawie się nie odzywając. Co najwyżej ziewając głośno. Zza zakrętu w pewnej chwili wyłoniła się rozklekotana syrenka. Kierowca zwolnił, jakby chciał się nam przyjrzeć.

– Może zawróci i nas podrzuci. – Gośka wyszła niemal na środek jezdni. Lecz facetowi chyba nie spodobał się jej uśmiech, bo ominął ją szerokim łukiem i dodał gazu.

 

 

*

 

Zaczęło się rozwidniać na dobre. Znad pól uniosła się poranna mgła, gdy dowlokłyśmy się wreszcie. Dziesięć domów na krzyż z ujadającymi psami w obejściach i wyboiste wertepy między nimi. Jakby budowniczowie chcieli zaoszczędzić na asfalcie, który tuż za tablicą z nazwą wsi urywał się niczym ucięty nożem. Rzeczywiście koniec świata. Miałyśmy wrażenie, że jedyne żywe istoty w całym Mączkowie to te psy na łańcuchach.

Na skraju wioski, wśród gęstych bzów i leszczyn, garbiła się stara kapliczka. U jej stóp ktoś postawił butelkę po mleku z kilkoma ogrodowymi goździkami. Kawałek dalej całkiem już piaszczysta, polna droga wiodła w kierunku lasu.

– To pewnie tam. –  Irena wyraziła nadzieję, że po tych piachach dotrzemy wreszcie do celu.

Czerwona, a potem z każdą sekundą jaśniejsza kula słońca, coraz wyżej wznosząca się ponad linię horyzontu, zapowiadała kolejny upalny dzień. Kropelki rosy skrzyły się tęczowo, jakby ktoś wokół nas porozrzucał garść diamentów. Ale przez tę kluchę w gardle, chyba po raz pierwszy w życiu, czar wczesnego poranka był mi zupełnie obojętny.

Wędrowałyśmy wśród wysokich łanów dojrzałego żyta, ślady opon, odbite w piachu drogi, podpowiadały, że zmierzamy we właściwą stronę. Mimo zmęczenia zasuwałyśmy niemal galopem, marząc o tym, by wreszcie znaleźć się nad wodą.

To znaczy one tak galopowały. Mnie śpieszyło się coraz mniej. Gdy w końcu zza drzew wyłoniło się jezioro, a wśród sosen dojrzałam zielone namioty, nogi zaczęły mi ciążyć, jakby każda z nich ważyła tonę.

 

 

*

 

Nazwa nieznanej dotąd wsi od razu wbiła mi się w pamięć, gdy jeszcze przed wyruszeniem na autostop dowiedziałam się przypadkiem, że na obozie w Mączkowie będzie Arek. Tak, wyjeżdżając zapowiadał, że latem odwiedzi stare kąty i wraz z dawnym towarzystwem gdzieś nad jeziorem chcą zorganizować takie szkolenie. Ale przecież różne rzeczy mówił, a ja przysięgłam sobie, że już więcej nie dam się nabrać na puste obietnice.

I oto przypadek przywiódł mnie właśnie tu. Powinnam być szczęśliwa, lecz na samą myśl o spotkaniu robiło mi się słabo. Im bardziej zbliżałyśmy się do obozu, tym mocniej się bałam.

– Dziewczyny, już nie mam siły. – Próbowałam opóźnić dotarcie na miejsce. – Walnę się gdzieś tu z kocem i trochę prześpię.

– Zgłupiałaś? Tak blisko celu i w tej mokrej trawie? Nie marudź. – Gośka grzmotnęła mnie w ramię. – Jazda.

Zaczęłam się modlić w duchu, by wieść o przyjeździe Arka okazała się plotką. Kiedy dotarłyśmy do bramy ośrodka, dziewczyny pełniące akurat wartę, zapytane o skład obozowej kadry, pozbawiły mnie złudzeń.

Był na obozie! Był. Mimo wszystko poczułam, jak mój strach podkulił ogon, a głupie serce wpada w jakieś tańczymy labado, labado, małego walczyka… Jakby samo już nie wiedziało, czy bardziej się bać, czy cieszyć.

– Możecie się przespać u nas – zaproponowała jedna z wartowniczek. – Przyjdziemy dopiero po śniadaniu, o dziewiątej.

Wskazała nam namiot. Zawinięte w koce, z plecakami pod głową, zasnęłyśmy natychmiast. Nawet ja. Zmęczenie okazało się najlepszym remedium.

 

 

*

 

Słońce stało już wysoko, kiedy po kilku godzinach otworzyłam oczy. Moich towarzyszek nie było w namiocie, obudziły mnie poznane nad ranem wartowniczki. Przyniosły dwie drożdżówki i wielki kubek herbaty.

– Spałaś tak mocno, że twoje kumpele nie chciały cię budzić. Powiedziały, żeby ci przekazać, że idą odwiedzić brata i wrócą za chwilę. Masz tu śniadanie, a kubek zostaw koło namiotu. My musimy już biec na zajęcia.

– Dziękuję, jesteście kochane. Zjem później, najpierw chciałabym się ochlapać. Gdzie tu jest umywalnia? A najchętniej to od razu wskoczyłabym do jeziora.

– Idź, rano jest cudowna woda, my też zaraz będziemy pływać. – Pokazały mi, jak trafić, zabrały z namiotu swoje ręczniki i poleciały.

Lecz ledwo zrobiłam krok, na dość odległym wzniesieniu wśród drzew spostrzegłam Arka. Wyraźnie zmierzał w moją stronę, choć chyba jeszcze mnie nie zauważył.

Uciekłam do namiotu.

– Cześć, Majka, autostopowiczko! – Usłyszałam po minucie jego głos. – Hej, jesteś tam? Chyba nie zamierzasz dłużej spać?

Nie było sensu się ukrywać. Przygładziłam dłonią rozczochrane włosy. Podciągnęłam sweter szczelniej pod szyję, żeby nie pokazać, jak wali mi serce.

Stał blisko wejścia, niedbale oparty o pień sosny. Miał na sobie niebieski podkoszulek i na nim rozpiętą bluzę w beżowo–granatowe paski.

Ta sama, którą miał tamtego wieczoru, gdy razem poszliśmy do kina, a potem całował mnie w parku…

Podeszłam i podałam mu rękę.

– Cześć. – Miałam nadzieję, że zabrzmiało to naturalnie, choć trzęsły mi się kolana.

– Spotkałem Irkę i Gosię, powiedziały mi, że tu jesteś – wyjaśnił. Przymrużył oczy, jakby raziło go słońce, choć przez splątane arabeski zieleni przeciskały się ledwie pojedyncze promyki.

Chce mi lepiej przyjrzeć? Czy coś dać do zrozumienia? Chyba nie założył tej bluzy specjalnie? Niemożliwe!

– Wracacie z autostopu?

– Tak.

– Jak było? Udało się?

– Tak.

– Coś taka lakoniczna? – Ale nim zdążyłam odpowiedzieć, uśmiechnął się i dodał: – Jak ci ładnie z tym rumieńcem, Majeczko.

– To od snu. – Czułam, jak rumieniec, już bynajmniej nie od spania, wędruje aż na czoło.

Zawsze potrafił powiedzieć coś takiego, co wpędzało mnie w zamęt. I nie tylko powiedzieć.

Jego usta na mojej skórze…

Odgoniłam wspomnienie.

– Dobrze ci zrobił ten autostop, jak widać – ciągnął.

Spokojnie! Spokojnie, nie daj się wziąć na ten lep.

– Tak? Dzięki. – Już trochę ochłonęłam. – A co u ciebie?

– Miasto brzydkie, ludzie jak wszędzie. Dopiero się przyzwyczajam. Dlatego tak się cieszę z tego obozu. To teraz moja jedyna więź z dawnymi czasami. Z wami.

Nie powiedział „z tobą”, ale tak spojrzał, że znów zaczęłam tracić pewny grunt. Cholerny czaruś! I te jego oczy. Te rzęsy wywinięte jak u dziewczyny. Te usta, które z taką łatwością wypowiadały słowa nieprawdy.

Pilnuj się! Odwróć głowę. Nie patrz.

– Co tu robicie? Pewnie masz sporo zajęć? – zagadnęłam tonem lektorki wiadomości radiowych. Tak przynajmniej pragnęłam zabrzmieć i chyba  mi się udało.

– Tu jest krok do jeziora, pływamy codziennie. Na żaglówkach, jak pewnie wiesz. Prócz tego gramy w siatkę, zbieramy jagody, mamy też w planie podchody. – Pochylił głowę ku mojej i uśmiechnął się.

Specjalnie tak spojrzał? Ciekawe, czy ma na myśli również nocne podchody…

 

 

 

 

*

 

Były kiedyś takie. Sto lat temu, lecz pamiętałam każdy szczegół. Szkolny biwak. Nocleg w stodole na sianie, chłopcy po jednej stronie, dziewczyny po drugiej. Budzili nas kolejno i kazali iść tropem zawiązanych na krzakach i drzewach białych tasiemek. Świecił księżyc, więc noc nie była taka straszna, choć droga przez las, pełna tajemniczych odgłosów, wiodła na stary wiejski cmentarzyk. Ostatnia, największa wstążka wisiała na jego ogrodzeniu. Należało w tym miejscu zaczekać na zmiennika i potem inną drogą, też oznakowaną, wrócić do stodoły.

On był tą osobą, która przyszła pod cmentarz, by mnie wymienić. Zauważył, że zmarzłam i dał mi swój sweter. Golf, jeszcze ciepły od jego ciała. Pachniał proszkiem „Ixi” i trochę dymem z ogniska. Gdy wracałam, gruba owcza wełna gryzła mnie po rękach i szyi. Wyobrażałam sobie, że tulą mnie jego ramiona.

Kiedy ostatni uczestnik podchodów dotarł do bazy, całkiem się rozjaśniło. Nikt się już nie kładł, wszyscy opowiadaliśmy sobie o emocjach minionej nocy.

Stał blisko.

– Dziękuję bardzo. Dżentelmen z ciebie. – Dopiero teraz zwróciłam mu jego własność.

– Drobiazg. – I ten uśmiech! Te oczy. Rzęsy. Czułam, jak grzęznę.

– Maja. Fajne masz imię – powiedział. Zasłaniał mi słońce, taki wysoki, patrzył na mnie, lekko schyliwszy głowę. Jego palce – czułam, że nie przypadkiem – musnęły moje. Jakby na dłoni na ułamek sekundy usiadł mi motyl. – Maja naga i Maja ubrana… – ściszył nieco głos.

– Co? – Nie wiedziałam, czy się obrazić, czy wpaść w jeszcze większy zachwyt. – Naga?

– Też. – Uśmiechnął się. – Twoje imię tak mi się skojarzyło.

I tak nie zrozumiałam, bo jeszcze wtedy nie wiedziałam, kto to był Francisco Goya. Ale wariant obrażenia się już nie wchodził w grę. Utonęłam bez ratunku.

 

 

*

 

Siedzieliśmy pod drzewami. Rozmowa, od początku potykająca się o własne nogi, całkiem przestała się kleić. Zdjął bluzę, już nawet w cieniu było czuć wzmagający się upał. Ja nie miałam odwagi odpiąć choćby jednego guzika pod szyją. Bałam się, że on mógłby w tym zobaczyć jakiś gest zachęty. Wciąż byłam czujna.

Gryzmolił coś po ziemi patykiem, milczenie przeciągało się. Nawet mi to pasowało, mogłam poczuć się swobodniej, zebrać myśli.

– Majka, czy nic się nie zmieniło? – spytał znienacka.

– Oczywiście, że się zmieniło! – I już było po spokoju.

Jak śmiesz? Nie napisałeś, choć obiecywałeś, tyle nocy przez ciebie przepłakałam. Jak śmiesz zadawać mi takie pytanie?! 

– Bardzo wiele się zmieniło.

Chciałam jasnym i pewnym spojrzeniem potwierdzić stanowczość tych słów, lecz nie potrafiłam. Wszystko się we mnie znowu trzęsło.

Nie, Areczku. Nie tak dużo, jak być może pomyślałeś po mojej odpowiedzi. Durne serce pozostało to samo…

Z opresji wybawił mnie widok zbliżających się koleżanek. Podniosłam się i zrobiłam krok w ich stronę.

Spokojnie. Pomału. Niech one też niczego nie zauważą.

– Ten żuk, który nas mijał, pamiętasz? – powiedziała Gośka. – Jest z obozu, dowozi tu jedzenie. Zaraz jedzie do miasta po zakupy, załatwiłyśmy, że nas podrzuci. Kierowca widział nas na szosie, ale nie mógł zabrać, bo całą pakę miał zawaloną. Ja go nawet trochę kojarzę, pracuje w tej firmie co mój wujek, przyzwoity facet… – rozgadała się.

– Trzeba się zbierać – Irena przerwała jej wywody i zanurkowała do namiotu.

– Jeszcze nie zdążyłam zjeść śniadania. – Próbowałam znów coś ugrać. – Ani się umyć.

– Zjesz po drodze. – Irena, już z wyciągniętym z namiotu plecakiem, nie zamierzała dawać mi forów.

– W domu się domyjesz. – Teraz Gośka dorzuciła swoje trzy grosze. – Ten od żuka powiedział, że rusza za pięć minut, pośpiesz się. Bierzemy swoje bambetle i startujemy. Arek, cześć. – Odwróciła się w kierunku drzewa, pod którym on wciąż siedział. – To znaczy do zobaczenia, bo ja tu przyjadę za tydzień ze starymi, z wałówką dla braciszka.

– Cześć. – Pożegnał się z nią, ale patrzył na mnie.

 

 

*

 

Zaczekałam, aż dziewczyny trochę się oddalą. Wzięłam głęboki oddech. Sztywność w łydkach ustąpiła, już bez trudności mogłam zrobić tych parę kroków dzielących nas od siebie. Zbliżyłam się na wyciągnięcie ręki. Wstał. Lekko krzywił usta, nawet mnie to trochę rozbawiło, bo miałam wrażenie, że szykuje się do odegrania jakiejś pantomimy pożegnalnej.

– Trudno, Areczku. – Podałam mu dłoń, wracając do tonu pani z radia. – Wprawdzie dawny sentyment trzyma mnie w tym miejscu, ale sam rozumiesz. Muszę iść.

Właśnie tak. Z lekką, ale wyczuwalną nutką ironii. Brawo.

Przytrzymał chwilę moją dłoń. Przysunął się. Jego oczy jakby na sekundę pociemniały. A może tylko miał to wyćwiczone, jeszcze teraz się gubiłam w tych jego sztuczkach.

Uważaj!

– Idź, Majka. – Jak to zwykle on. Z tym swoim spojrzeniem spod długachnych rzęs. I tonem, który skruszyłby najtwardsze serce i za który miałam ochotę uderzyć go w twarz, kabotyna jednego.

– Idź – powtórzył.

– No, tylko się nie rozpłacz. Pa.

Coś takiego! Nawet stać mnie na drwinę! Bomba.

Zrobiłam kilka kroków, lekko i z wdziękiem, niczym tancerka.

Bardzo dobrze. Brawo.

I za chwilę dostałam cios w plecy.

– Majka! – Odwróciłam się. – Może przyjadę w sierpniu. Chciałbym odwiedzić starych znajomych, będziesz w domu?

– Miałam plany, ale zdaje się, że nic z nich nie wyjdzie. Jak przyjedziesz, wpadnij do mnie, oczywiście. – Mój wewnętrzny dygot, zanim zdążyłam wymyślić lepszą odpowiedź, sam wyartykułował tę głupią żebraninę.

Pieprzony Don Juan! Znowu był górą. Wiedział, jak mnie zapędzić do klatki. „Może”. „Chciałbym”. Żadnych konkretów, a ja znów będę czekać jak głupia.

Cholera!!! Nie udało się. Po co to „wpadnij”? Jakie „oczywiście”?! Jesteś żałosna.

 

 

*

 

Trzęsło niemiłosiernie na tej przyczepie żuka. Wpatrywałam się w jeden punkt, poszarpane rozdarcie z boku plandeki, tuż koło mojej głowy. Milczałam. Chciało mi się płakać. Czułam na sobie spojrzenia dziewczyn. Miałam ochotę zatkać uszy, bałam się, że za chwilę zaczną chrząkać znacząco i śmiać się ze mnie.

– Stara miłość nie rdzewieje? – zażartowała Irena.

– Odczep się – syknęłam, choć w jej tonie więcej było współczucia niż drwiny.

Do kogo ta mowa? Dopiero teraz? Nie ten adres. Trzeba było tak powiedzieć jemu.

Wciąż nas widziałam. Na tej dziurawej plandece, niczym na płótnie kinowego ekranu. Mnie i Arka. Tam, wśród namiotów i drzew. Jak na zwolnionym filmie przewijałam ciągle ten sam kadr.

Wstaję i odchodzę. Tak lekko jak tancerka. Przez ramię rzucam z uśmiechem krótkie „nie”.

Będziesz w domu? Nie.

Będziesz w domu? Nie.

Przyjadę w sierpniu, będziesz w domu? Nie.

Odwiedzę starych znajomych, będziesz w domu? Nie.

Wpadnę, będziesz w domu?

Nie. Nie. Nie.

Nie wiedziałam wtedy, że to było nasze ostatnie spotkanie. Nie wiedziałam też, że gdy po trzydziestu latach on niespodziewanie do mnie zadzwoni i spytam go, czy jest szczęśliwy, nie będzie umiał znaleźć odpowiedzi.

I że nie poświęcę mu już ani jednej łzy.

 

Autor: Hanna Bilińska – Stecyszyn

 

 

Tags: , ,

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *