MENU

Mam nadzieję – poezja Małgorzaty Gołębiewicz

Tkam swoją pieśń codzienną – poezja Stanisława Józefa Wasilewskiego

29 kwietnia 2018 Comments (0) Views: 245 Czytam, Opowiadania

Skreślony. Rozdział VII i VIII. – Opowiadanie Lecha Brywczyńskiego.

px

ROZDZIAŁ SIÓDMY

Nie lubię odpowiedzi, wolę pytania. Pytania są głębsze, mają większy kaliber – nie ma takiej odpowiedzi, która byłaby godna pytania, z jakim ma się zmierzyć. Jedyną odpowiedzią, która nie niesie z sobą kompromitacji, jest milczenie.

Niestety, policjanci nie mają uznania dla tak szlachetnej formy odpowiedzi, wolą, żeby zasypywać ich konkretnymi informacjami, choćby były one najbardziej płytkie i przyziemne.

Taką postawę prezentował również funkcjonariusz, do którego skierowano mnie, gdy wszedłem do Komendy Miejskiej Policji. Przedstawił się jako aspirant Tomasz Falkiewicz.

Zanotował moje personalia i wszystkie podstawowe informacje mnie dotyczące, a potem zamilkł. Długo siedzieliśmy w milczeniu naprzeciwko siebie, on uważnie przeglądał jakieś dokumenty, czytając je lub udając, że czyta. Nie wiem, dlaczego milczał, wiem natomiast, dlaczego ja milczałem: bo nie miałem bladego pojęcia, po co mnie tutaj wezwano.

 – Całe szczęście, że przyszedłem tu jako świadek, a nie jako oskarżony – powiedziałem w końcu, żeby przerwać ciszę i rozładować żartem napiętą atmosferę.

 – Status osoby wezwanej zawsze może się zmienić. Wszystko zależy od wyniku przesłuchania – odparł na to policjant, nie odrywając wzroku od dokumentów. Wcale nie przysporzył mi tym spokoju.

Znów zapadła głucha cisza, której tym razem nie miałem już chęci zakłócać kiepskimi dowcipami. Cierpliwie czekałem na to, co powie policjant. Ten wciąż przeglądał dokumenty, w końcu położył przed sobą jeden z nich, przeczytał go dokładnie, a potem zapytał:

 – Robert Powszuk. Mówi coś panu to nazwisko?

 – Mówi. To mój kolega, został skreślony z listy studentów. I wyjechał do domu.

 – Za co został skreślony?

 – Zwyczajnie, chodziło o słabe oceny, nie zdał jakiegoś egzaminu, a miał ostatni termin. Nie znam szczegółów.

 – Byliście bliskimi znajomymi?

 – Właściwie to nie. Dopiero dwa ostatnie dni jego pobytu na uczelni spędziliśmy razem.

 – Dlaczego?

 – Tak się złożyło. Był załamany tym, że musi wracać do domu, chciał z kimś to oblać. I przyszedł do mnie. Więc wypiliśmy.

 – Co to znaczy, że się złożyło? Ja w przypadki nie wierzę, z czegoś to chyba musiało wynikać.

 – Można nie wierzyć w przypadki, ale one się naprawdę zdarzają.

 – Co się zatem zdarzyło podczas tego „przypadkowego” spotkania?

 – Nic szczególnego. Popiliśmy, a potem on przenocował w moim pokoju, bo było akurat wolne łóżko. Następnego dnia wyjechał.

 – Od razu wyjechał, z rana? O której miał pociąg?

 – Koło dwudziestej trzeciej.

 – Czyli spędził jeszcze na miejscu cały dzień. Co w tym czasie robił?

 – Muszę się przez chwilę zastanowić, przypomnieć sobie…

 – Oczywiście. Proszę przy okazji pamiętać o tym, że składanie fałszywych zeznań jest karane – podkreślił aspirant.

 – Nie wiem czemu pan mi o tym przypomina, moje sumienie jest czyste, jak biała koszula, świeżo wyciągnięta z pralki.

 – Wolałbym, żeby pan mi oszczędził swoich żarcików i skupił się na faktach – odpowiedział policjant i znów zaczął udawać, że czyta swoje dokumenty.

Fakt, nie miałem nic na sumieniu. Pamiętałem też dokładnie, co Robert robił tego dnia. Nie byłem jednak pewny, czy powinienem o tym mówić. W końcu śledził człowieka, co chyba nie było tak do końca legalne. Na domiar złego robił to na moją prośbę. Po namyśle postanowiłem jednak opowiedzieć wszystko, jak na spowiedzi.

 – Tak sobie powoli przypominam – zacząłem z wahaniem – że obaj z Robertem pojechaliśmy tramwajem na osiedle Żabianka.

 – O której godzinie?

 – To było gdzieś koło południa.

 – W jakim celu tam pojechaliście?

 – Chciałem odwiedzić Marzenę. To naprawdę świetna dziewczyna, ale od pewnego czasu dziwnie się zachowywała, więc…

Po kolei, ze szczegółami, zrelacjonowałem policjantowi wszystko, co działo się tego dnia. Opowiedziałem o moim planie, a także o tym, jak go potem wspólnie z Robertem realizowaliśmy. Aspirant czasem coś notował, ale przez większość czasu tylko słuchał, wpatrując się w swój notatnik. Jego mina była nieprzenikniona (pewnie ich tego uczą w policyjnych szkołach?), dlatego nie umiałem odgadnąć, jakie wrażenie zrobiły na nim moje zwierzenia.

 – I tak to właśnie wyglądało. Robert zabrał potem swoje rzeczy i poszedł na stację, żeby zdążyć na pociąg. Teraz od prawie dwóch tygodni siedzi pewnie na tej swojej wsi – powiedziałem na koniec.

Aspirant podniósł wzrok znad swoich zapisków, spojrzał mi badawczo w oczy i powiedział:

 – Niestety, nie ma go tam. Nie żyje.

Zamurowało mnie. Wszystkie myśli odleciały mi z głowy, długo nie byłem w stanie zapanować nad emocjami.

 – Nie żyje? To niemożliwe – wybełkotałem w końcu.

 – Takie są fakty. Trzeba się z tym pogodzić.

 – Ale jak to, on przecież chyba nie był chory…

 – A kto tu mówi o chorobie? To był wypadek.

 – Tam na wsi? Przy pracach polowych?

 – Nie, nawet nie dotarł do domu. Jadąc tam, wypadł z pociągu.

 – Wypadł? Nie wierzę.

 – To nie jest kwestia wiary, tylko faktów. W toku postępowania dowodowego stwierdzono, że wypadł i w wyniku tego poniósł śmierć. Są dwie możliwości: albo stało się to w wyniku nieszczęśliwego wypadku…

 – To niemożliwe, nie można wypaść z pociągu przez nieuwagę. To jakiś absurd! – zaprotestowałem.

 – Proszę mi nie przerywać – obruszył się aspirant. – Niech się pan cieszy, że w ogóle informuję pana o tych sprawach, bo wcale nie muszę.

Policjant zamilkł na chwilę, zamknął swój notes i odsunął na bok dokumenty, a potem powiedział sentencjonalnie:

 – Wszystko wydaje się niemożliwe, dopóki się nie wydarzy. Tak… Dlatego zdradzę panu, że w tym przypadku najbardziej prawdopodobny wydaje się drugi wariant czyli samobójstwo. Udział osób trzecich w tym zdarzeniu został wykluczony.

 – Osób trzecich? Dziwny jest ten wasz policyjny żargon – żachnąłem się. – A poza tym dlaczego wykluczony, na jakiej podstawie?

  – Po pierwsze, do tragedii doszło w momencie, gdy pociąg znajdował się na wysokim wiadukcie. To idealne miejsce do samobójstwa, znam takie przypadki. Po upadku z tej wysokości, w dodatku na betonową drogę, ofiara nie miała szans na przeżycie.

 – Skąd on mógł wiedzieć, jaka droga biegnie pod wiaduktem? Przecież jechał nocą.

 – Wiadukt był oświetlony, droga też. Jest też druga przesłanka, znacznie ważniejsza: na ciele ofiary są wyłącznie obrażenia, związane z upadkiem na drogę, nie ma żadnych innych obrażeń, na przykład śladów pobicia. A to, że pański kolega był w psychicznym dołku, że był załamany powrotem do domu, sam pan przed chwilą potwierdził.

 – Rzeczywiście, był załamany. Ale ja i tak uważam, że to nie było samobójstwo. Na pewno ktoś go wypchnął z pociągu.

 – To tylko domysły, nie mamy podejrzanych w tej sprawie. Wszystko wskazuje na to, że sprawa zakończy się przyjęciem wersji o samobójstwie.

 – Nikogo nie podejrzewacie? A ja mam kandydata – to ten facet, którego Robert śledził. Może miał coś na sumieniu i obawiał się, że Robert o tym wie? Poczuł się zagrożony i wtedy… – wykonałem znaczący gest.

 – Poczuł się zagrożony? Bez żartów. Proszę wybaczyć, ale to całe wasze śledzenie to była dziecinada, której nie można brać poważnie.

Wypisał przepustkę, podał mi ją.

 – To wszystko, może pan już iść. Jeśli miałby pan jeszcze coś do dodania w tej sprawie, to proszę dzwonić. Jest tam mój numer telefonu.

 

 

ROZDZIAŁ ÓSMY

Robert nie żyje! Nie mogłem się z tym pogodzić, a nawet czułem się w jakiejś mierze odpowiedzialny za tę tragedię. Jeżeli to było samobójstwo, moją winą było, że nie zdołałem „wyleczyć” Roberta z depresji. Jeśli to było morderstwo, mogło ono być sprowokowane przez naszą zabawę w detektywów, wymyśloną przeze mnie.

Wracając do akademika zastanawiałem się nad tym, jak kruchą i słabą istotą jest człowiek. Jeszcze niedawno Robert studiował, denerwował się egzaminami i kolokwiami, potem martwił się tym, że został wyrzucony z uczelni i musi wracać na wieś. A teraz wszystkie te sprawy, którymi się przejmował, stały się nagle bezprzedmiotowe. Kiedy ginie człowiek, odchodzą też w niebyt jego problemy. Nie mają one własnego życia, są jak pasożyty, jak huby albo jemioły, które mogą żyć wyłącznie wtedy, kiedy czerpią soki z kogoś innego.

Kiedy przechodziłem obok baru, zrobiłem się nagle głodny. Dopiero wtedy przypomniałem sobie, że tego dnia nic jeszcze nie jadłem. Wszedłem, zamówiłem naleśniki.

Rano tak się denerwowałem wezwaniem na policję, że nie miałem apetytu. Teraz apetyt wrócił, ale wcale nie towarzyszył mu smak, bo przy każdym kęsie miałem przed oczami twarz aspiranta Falkiewicza, mówiącego do mnie, że Robert nie żyje i że wiadukt to idealne miejsce do samobójstwa.

„Wiadukt to idealne miejsce nie tylko do samobójstwa, ale także do morderstwa” – pomyślałem, odkładając na talerz niedojedzonego naleśnika i wychodząc z baru.

Postanowiłem, że przeprowadzę własne, prywatne śledztwo w sprawie śmierci Roberta.

„Trudno! Niech to, co zrobię, będzie nawet dziecinadą, niech będzie niepoważne i amatorskie. Ale muszę coś zrobić w tej sprawie, skoro władza nie chce. Jestem to winien Robertowi. Nie mam żadnej policyjnej wiedzy, nawet kryminalnych filmów nie oglądam, bo mnie nudzą. Ale mam instynkt łowcy oraz umiejętność planowania. Udowodnię Falkiewiczowi, że się myli” – postanowiłem, idąc do akademika.

Swoją droga to sam nie wiem, skąd wzięło mi się to przekonanie o instynkcie łowcy, skoro nigdy w życiu nie polowałem. Może jest w tym jakiś darwinizm, zakodowane w genach doświadczenia wielu pokoleń moich przodków–myśliwych? Jakkolwiek jest, lepiej niech się potwierdzi.

Kiedy wróciłem do swojego pokoju, od razu zacząłem układać plan.

„Przede wszystkim muszę pójść do mieszkania tego faceta – może tam znajdę jakiś dowód na to, że on jest zamieszany w śmierć Roberta. Jeśli akurat by go nie było, to mógłbym… Ale jak tam wejść? Robert mówił, że to czwarte piętro, przecież nie wdrapię się tam po gzymsach i balkonach… Przydałby się jakiś wytrych. Ale przecież to byłoby włamanie, czyli przestępstwo, za które mógłbym być ścigany! Policjant ma dobrze, w takiej sytuacji wyciąga z kieszeni nakaz rewizji i wchodzi, ale ja? Jedyne, co mógłbym wyciągnąć, to bilet miesięczny. Mam więc dokonać przestępstwa, żeby wykryć sprawcę innego przestępstwa?”

Biłem się z myślami, szukając jakiegoś wyjścia z sytuacji. W końcu doszedłem do wniosku, że problemu nie będzie, jeśli nie zostawię po sobie żadnych śladów: drzwi nie uszkodzę, bo otworzę je wytrychem, z mieszkania też przecież nic nie ukradnę, a wszystkie przedmioty będę dotykał w rękawiczkach i zostawię je potem w takim położeniu, w jakim zastałem. Rękawiczki są szczególnie ważne, chodzi o odciski palców.

Wszystko w moim planie wyglądało nieźle, poza jednym: skąd wziąć wytrych? Nigdy takiego narzędzia nie widziałem, nie miałem nawet pojęcia, jak wygląda i jak się nim posługiwać. Poza tym, nie miałem wśród znajomych nikogo, kogo mógłbym podejrzewać o posiadanie czegoś takiego. Raczej się nie obracałem w środowiskach kryminogennych.

Wtedy przypomniałem sobie opowieść Roberta o jego koledze, który napisał za niego kolokwium z matmy. To był jakiś Alek, „spryciarz, który załatwi każdą sprawę”. Jeśli każdą, to może i w mojej sprawie będzie mógł pomóc?

Odszukałem kartkę z telefonem do Alka. Zadzwoniłem, przedstawiłem się jako znajomy Roberta. Okazało się, że Alek studiuje budownictwo okrętowe i mieszka w sąsiednim akademiku, ale umówiliśmy się w pubie. Nie mogłem go zaprosić do mnie do pokoju, bo Darek co wieczór ślęczał nad projektem, a nie chciałem, żeby słyszał, o czym będziemy rozmawiać.

Alek wiedział już, że Robert wyleciał ze studiów, ale nie miał pojęcia, że nie żyje. Opowiedziałem mu o detektywistycznej misji, którą zleciłem Robertowi, o moich podejrzeniach wobec Kajetana S., jak go zacząłem już w myślach nazywać, o prywatnym dochodzeniu, które chciałem przeprowadzić. Był zaszokowany.

 – Ostro jedziesz, chłopie. Nie boisz się? Przecież chcesz się włamać do cudzego mieszkania!

 – Pewnie, że się boję – przyznałem. – Ale pamiętaj o tym, że to ma być włamanie w dobrej sprawie, a nie po to, żeby coś ukraść.

 – W sądzie takie tłumaczenie by ci nie pomogło. Włamanie to włamanie. Ja nie chcę mieć z tym nic wspólnego. Lubię czasem jakiś numer wykręcić, ale na coś takiego się nie piszę…

 – Ja cię wcale nie proszę, żebyś się włamywał. Chodzi mi wyłącznie o wytrych. Jeśli masz coś takiego albo możesz mieć, to byłbym wdzięczny. Nie za darmo oczywiście – podkreśliłem.

 – Ile? – zapytał z ożywieniem Alek.

Wyciągnąłem z kieszeni zwitek banknotów, który przygotowałem z myślą o Alku i wręczyłem mu. Niemal wszystkie banknoty miały niskie nominały, bo chciałem, żeby zwitek robił wrażenie i zapowiadał więcej, niż naprawdę daje.

Alek nie dał się jednak nabrać. Rozwinął zwitek, przeliczył, a potem z kwaśną miną powiedział:

 – Co to za drobnica? Cienko.

 – Tyle mam. Podejmiesz się?

 – Nie powinienem, ale …zgoda. Popytam, pogadam i załatwię ci to. Pod jednym warunkiem.

 – Mów.

 – W razie wsypy nikomu nie zdradzisz, skąd wziąłeś wytrych. I w ogóle ani słowa o mnie.

 – Obiecuję – oświadczyłem z powagą. – Przed użyciem wrzucę ten wytrych do wrzątku, żeby usunąć z niego twoje odciski palców.

 – Nie wiem czy wrzątek by je usunął. Na wszelki wypadek nie będę go w ogóle dotykał gołą ręką. Bądź tu jutro o tej samej porze, to ci przyniosę.

 – Świetnie! Robert miał rację, rzeczywiście potrafisz załatwić każdą sprawę.

 – Mowa! To na razie – powiedział Alek wstając i zbierając się do wyjścia.

 – Zaraz, jeszcze jedno – zatrzymałem go. – Nie powiem, że mam wytrych od ciebie, ale co w takim razie mam powiedzieć, jeśli znajdę się w podbramkowej sytuacji? Skąd niby go wziąłem?

 – Powiedz, że kupiłeś go na targu staroci. Od jakiegoś przypadkowego sprzedawcy, którego nie pamiętasz.

Alek poszedł, ja postanowiłem zostać jeszcze chwilę, żeby spokojnie dopić piwo.

Dzień później wręczył mi wytrych i poinstruował, jak używać. Byłem rozczarowany.

 – Spodziewałem się bardziej poważnego urządzenia… A to? Wygląda jak powyginany gwóźdź.

 – Nie przesadzaj.

 – Tu jakieś wypustki, tam druciki… To niby ma działać?

 – Działa! To pewne. Mam go od znajomego ślusarza, on się na tym zna jak nikt – zaręczał Alek.

„Ślusarz! Że też sam na to wcześniej nie wpadłem! Wystarczyło pójść do jakiegoś warsztatu, byłoby prościej i taniej. Wytrych tak bardzo skojarzył mi się z włamywaczami, że zapomniałem o ślusarzach” – pomyślałem, mając do siebie pretensje o to, że w ogóle dzwoniłem do Alka.

 – Ślusarz się nie dziwił, że jest ci potrzebny wytrych?

 – On się w ogóle mało czemu dziwi, to życiowy człowiek. Powiedziałem mu, że zamek w naszej altance jest stary i często tak się blokuje, że go nie można otworzyć.

 – Sprytne. W każdym razie dzięki za wszystko.

 – A ja życzę udanej akcji. Kiedy będziesz się włamywał?

 – Jeszcze dzisiaj, prosto stąd tam pojadę.

 – Będę trzymał kciuki. Oczywiście w sposób tajny i nieoficjalny, bo mnie w tej sprawie nie było i nie ma – powiedział na pożegnanie Alek.

Poklepałem się po kieszeni kurtki, wyczułem dłonią schowany tam wytrych. Po plecach przebiegł mi dreszcz.

 – Teraz już wszystko zależy ode mnie – szepnąłem.

 

Autor: Lech Brywczyński

 

 

Tags: , , ,

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *