MENU
px

Ze sztambucha futurysty – humoreski Marka Jastrzębia.

fot. z archiwum autora

To nie jest prawdziwy wiersz – poezja Małgorzaty Wójtowicz

3 lipca 2017 Comments (0) Views: 141 Czytam, Opowiadania

Skreślony. Rozdział IV – opowiadanie Lecha Brywczyńskiego

pxSiedziałem w pokoju nad książką, ucząc się do egzaminu. Nauka zupełnie nie wchodziła mi do głowy, bo martwiłem się o Roberta, który jeszcze nie wrócił ze swojej „detektywistycznej” misji.

„Minęło już kilka godzin, dawno powinien tu być. Ile mogło mu zająć śledzenie tego gościa, ustalanie adresu? Jeszcze mu pociąg ucieknie! Odjazd jest o dwudziestej trzeciej dziesięć, żeby spokojnie zdążyć, musi tu przyjść po rzeczy w ciągu najbliższej godziny. Powinien zdążyć, w końcu z Żabianki do Wrzeszcza nie jest aż tak daleko ” – obliczałem w myśli.

Zamknąłem książkę, wstałem. Niczym antyczny perypatetyk przechadzałem się po pokoju, ale nie miałem w sobie ani krzty filozoficznego spokoju. Wręcz przeciwnie, byłem pełen obaw. Czułem się odpowiedzialny za Roberta, bo to ja go w tę głupią zabawę wpakowałem. Raz górę brały obawy, innym razem nadzieja, że wszystko poszło dobrze:

„A jeżeli coś mu się stało? Mógł przecież skręcić nogę, mógł go potracić samochód, mógł go pobić ten facet, jeśli zauważył, że jest śledzony. Nie, przesadzam, to bzdura. Ale jest zupełnie możliwe, że na przykład ten koleś od zasłon wcale nie przyszedł dziś do Marzeny. Przecież on nie waruje w swoim oknie przez całą dobę, może dziś miał coś do załatwienia, gdzieś wyjechał albo zachorował? Nie przyszedł, a Robert nie wiedział, co ma robić. I został na tej ławce aż do tej pory. Nie, co za brednie, przecież w takiej sytuacji by do mnie zadzwonił. Tak się umawialiśmy, że ja do niego nie dzwonię, bo mogłoby mu to przeszkodzić w śledzeniu, za to on dzwoni do mnie, jeżeli zdarzy się coś nieoczekiwanego. Ale o tej godzinie to może powinienem już zadzwonić?”

Podszedłem do stolika, żeby wziąć komórkę i zadzwonić, gdy w drzwiach pokoju wreszcie pojawił się Robert.

 – Jak było? Opowiadaj! – zawołałem na jego widok. – Czemu przepadłeś na tak długo?

 – Kiedy było już po wszystkim, poczułem się nagle głodny, więc poszedłem do baru na hamburgera. Trochę czasu to zajęło. Ale na pociąg i tak zdążę – powiedział Robert, siadając na tapczaniku. Widać było po nim, że jest zmęczony, ale zadowolony.

 – Co załatwiłeś?

 – Wszystko! – podkreślił z dumą Robert. – Zdobyłem wszelkie informacje, których potrzebowałeś, chociaż nie było to wcale łatwe.

 – Opowiadaj po kolei, jak było. Od momentu, kiedy on wyszedł z bloku.

 – Muszę powiedzieć, że był u tej twojej Marzeny bardzo krótko, wyszedł dosłownie po paru minutach. A ja od razu przystąpiłem do działania, śledziłem go przez cały czas.

 – Wiedziałem, że nie zawiedziesz – powiedziałem z uznaniem.

 – Nie myśl, że było to łatwe. On nie poszedł od razu do domu, tylko robił po drodze jakieś drobne zakupy. Kiedy wszedł do warzywniaka, to też tam wlazłem, żeby przyjrzeć mu się z bliska i zapamiętać, jak wygląda. Stanąłem nawet za nim w kolejce.

 – Przesadziłeś, trzeba go było obserwować na odległość. Może zauważył, że go śledziłeś?

 – Myślę, że nie – odparł z przekonaniem Robert. – Kupił pomidory, ale jeszcze zanim zdążył wyjść, sprzedawca zapytał mnie, czego potrzebuję. Więc też musiałem coś kupić, żeby nie wzbudzać podejrzeń. Sprytne, co?

 – Nawet bardzo. Kapitan Kloss to przy tobie harcerzyk – zażartowałem, klepiąc go przyjaźnie po ramieniu. – Odkryliśmy kolejny twój talent, który może ci się jeszcze w życiu przydać.

 – O nie, na pewno nie będę się więcej bawił w detektywa! – zaprzeczył gorąco, a potem ciągnął. – Kupiłem pół kilo śliwek i wyszedłem ze sklepu. Rozglądałem się, ale jego nigdzie nie było widać.  Zdenerwowałem się, zacząłem chodzić w różne strony po okolicy, jedząc te śliwki, aż w końcu go zobaczyłem, jak wychodzi z lumpeksu.

 – To nawet dobrze, że już wychodził, przynajmniej nie musiałeś w tym lumpeksie nic kupować.

 – Nie żartuj sobie – obruszył się Robert. – Naprawdę mogłem go wtedy stracić z oczu.

 – I co, potem poszedł już prosto do domu?

 – Tak, na szczęście tak. A ja za nim. Oczywiście w pewnej odległości, żeby nie zwracać na siebie uwagi. Tak dotarliśmy do bloku, w którym on mieszka. Położenie budynku jest takie, że ze swojego okna na pewno mógł dobrze widzieć okno Marzeny.

 – Jaka jest odległość między budynkami?

 – Będzie ze sto pięćdziesiąt metrów, może trochę mniej.

 – To musiałby chyba używać lornetki, żeby widzieć, jak są u niej ułożone zasłony.

 – Może i używa? Nie wiem. W jego mieszkaniu przecież nie byłem. Udało mi się za to wejść do klatki schodowej, bo on zostawił za sobą nie domknięte drzwi. Przez cały czas szedłem po schodach jakieś piętro niżej niż on.

 – Windy tam nie ma?

 – Nie, to stary blok czteropiętrowy. Kiedy usłyszałem, że facet się zatrzymał, też stanąłem. Potem usłyszałem, jak otwiera kluczem drzwi. Dobrze wsłuchiwałem się w ten dźwięk, żeby domyśleć się, z którego miejsca dochodzi. Kiedy drzwi się za nim zamknęły, cichutko wszedłem na jego piętro.

 – Jesteś geniuszem inwigilacji! Naprawdę udało ci się ustalić na słuch, które to są jego drzwi?

  – Nie do końca. Pomógł mi przypadek. Są tam cztery mieszkania, na trzech z nich były tabliczki małżeńskie, rozumiesz, Maria i Jerzy Kwiatkowscy, W. J. Nowakowie… A tylko jedno mieszkanie miało tabliczkę z napisem Kajetan Strumiński – oświadczył z triumfalnym gestem Robert.

 – Skąd wiesz, że to on? Może jest żonaty i nazywa się Jerzy Kwiatkowski?

 – Wiem na pewno. Tak się szczęśliwie złożyło, że spotkałem na klatce schodowej pewną miłą staruszkę, która wszystko o każdym z lokatorów wiedziała, nawet o prywatnych sprawach, o prawdziwych i urojonych grzechach.

 – Trafiłeś na największą plotkarę w bloku? Fuksiarz! – zaśmiałem się. – Nie znoszę takich ludzi, ale czasem bywają pożyteczni.

 – Faktycznie. Kiedy zapytałem ją o tego naszego delikwenta, opisałem jego wygląd i podałem nazwisko Strumiński, wszystko się potwierdziło… Tu masz dokładny adres i inne podstawowe informacje na jego temat, które zdobyłem – dodał, podając mi kartkę.

 – Wielkie dzięki – powiedziałem po przeczytaniu kartki i schowaniu jej do kieszeni. – Ta plotkara ci uwierzyła? Jak się jej przedstawiłeś?

  – Jako jego siostrzeniec, który przyjechał z daleka, z Podlasia.  Powiedziałem, że nigdy przedtem go tutaj nie odwiedzałem, znałem tylko adres. Nie wiem czy uwierzyła, ale wiele mi o nim opowiedziała. Że przyjechał rok temu i wtedy kupił to mieszkanie za pieniądze, zarobione w Anglii, że ukończył studia z marketingu, że jest podobno jakąś szychą w międzynarodowej firmie handlowej, ale ona nie wie w jakiej i czym handluje…

 – Ta przemiła staruszka to wszystko ci powiedziała? Ona prowadzi chyba jakiś bank danych, gdzie każdy mieszkaniec ma kartotekę.

 – Kiedy wracałem tutaj, to strasznie się bałem, że ten Strumiński może mnie śledzić. Bałem się i w tramwaju, i na ulicy. Oglądałem się za siebie co jakiś czas, ale ani razu go nie zobaczyłem. Najgorzej było, jak przechodziłem przez park: żywej duszy, idealne miejsce dla niego, żeby mnie dopaść i pobić. Uspokoiło mnie dopiero pojawienie się jakiegoś policjanta, który akurat przez ten park przechodził. Musiałem usiąść na chwilę na ławce, żeby ochłonąć. Bałem się, że policjant pójdzie dalej i znów zostanę w tym parku sam, ale na szczęście on usiadł na innej ławce, wyciągnął z teczki jakieś papiery i zaczął je czytać…

 – Liczy się tylko to, że załatwiłeś sprawę i nawet nie zostałeś wykryty. Moje gratulacje!

 – Nie ma o czym mówić. Ale co będziesz chciał zrobić z tymi informacjami na jego temat? W sumie zerwałeś z Marzeną, więc po co ci ta wiedza…

  – Nie wiem, pomyślę o tym za tydzień, po egzaminie z chemii fizycznej. W najbliższych dniach będę się musiał codziennie uczyć i to długo. Jestem cienki z tego przedmiotu.

  – Nigdy nie lubiłem się uczyć, ale teraz ci zazdroszczę. Wolałbym się tutaj ryć po nocach do egzaminu, niż wracać do domu – skomentował Robert, smętnie wpatrując się w podłogę.

 – Jeżeli nie zdam tego egzaminu, to sam będę też wracał do domu. To ostatni termin – powiedziałem, chcąc go pocieszyć. – Może i masz rację, że on już nie powinien mnie obchodzić. W końcu w jakiś sposób mu się zrewanżowałem: on robił coś za moimi plecami, to teraz ja przechytrzyłem jego.

 – To by było wszystko. Muszę iść na dworzec – oznajmił Robert. Wstał, sprawdził czy ma w kieszeni bilet. Zarzucił na ramię dużą torbę podróżną, do ręki wziął walizkę.

Wymieniliśmy krótki, mocny uścisk dłoni, potem otworzyłem mu drzwi.

 – Dzięki za wszystko, Robert.

 – Nie ma za co. To chyba były najbardziej udane dwa dni mojego studiowania.

 – Zaczekaj chwilę – podszedłem do szafki i sięgnąłem po leżący na półce, ozdobny otwieracz do butelek. – To dla ciebie, będziesz miał pamiątkę. Otwierając piwo będziesz mógł sobie przypomnieć swoją detektywistyczną misję.

 – Fajny. To jakaś ryba? – zapytał Robert, obracając otwieracz w dłoniach.

 – Nie, to delfin.

 – Ale wygląda jak ryba – upierał się Robert.

 – Niejedna rzecz wygląda na coś, czym nie jest. To tak jak z tą twoją nauczycielką, która wyglądała na studentkę – zażartowałem. – Zadzwoń za parę dni, powiedz jak się czujesz w domu, jaka jest tam atmosfera i co będziesz chciał dalej robić.

 – Na pewno zadzwonię – powiedział Robert, chowając otwieracz do kieszeni. – Cholera, tak będzie mi brakowało polibudy, a zwłaszcza akademika.

Wyszedł, a ja poczułem ból, jak po utracie kogoś z rodziny. Straciłem przyjaciela, którego miałem tylko przez dwa dni.

 

Autor: Lech Brywczyński

 

 

Tags: , ,

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *