MENU
fot. z archiwum autora

I w kłębek – poezja Ewy Kłobuch

Marcin-Sobiecki-foto2

A jednak próbuję – poezja Marcina Sobieckiego

2 maja 2017 Comments (0) Views: 300 Czytam, Opowiadania

Skreślony. Rozdział II – opowiadanie Lecha Brywczyńskiego

pxMiłość, nienawiść, zazdrość, duma, zakłopotanie, wstyd… Jest cała lista uczuć, które mają swoje nazwy. Ale są też takie uczucia, które trudno ująć w słowne karby, zaszufladkować. Przed którymi stajemy bezradni, bo nie da się ich spławić jednym słowem.

Zdałem sobie z tego sprawę dopiero wtedy, gdy razem z Robertem jechaliśmy tramwajem do Marzeny. W katalogu znanych mi słów nie umiałem znaleźć ani jednego, które dobrze opisywałoby to, co do niej wtedy czułem. Miłość? Ta i tak stopniowo zanikała, było tylko kwestią czasu, kiedy całkiem sczeźnie, „rewelacje” Roberta tylko ten proces przyspieszyły. Nienawiść? Też nie, byłem pogodzony z losem, a tylko zły na siebie za naiwność; za to, iż dziewczyna mogła mną tak łatwo manipulować. Zazdrość? Nie, bo Marzena chyba nie była związana uczuciowo z tym facetem, znajomość z nim służyła jej do innych celów. Do jakich? Tego właśnie chciałem się dowiedzieć.

 – Stachu, kiedy wreszcie mi powiesz, co mam robić? Zaraz dojedziemy! – przerwał moje rozmyślania Robert. Był podenerwowany, wiercił się na siedzeniu.

 – Spokój. Jak dojedziemy, to ci powiem – odparłem, spoglądając na zegarek. – Jesteśmy na czas.

Nasz docelowy przystanek był bardzo blisko bloku Marzeny. Poszliśmy na skwer, z którego widać było wejście do budynku. Okna mieszkania dziewczyny znajdowały się po drugiej stronie bloku, co bardzo odpowiadało moim planom, bo dzięki temu skwer był poza zasięgiem jej wzroku.

 – Twoje zadanie jest proste i przyjemne – powiedziałem, siadając na najbliższej ławeczce i namawiając gestem Roberta, by usiadł obok mnie. – Na początku posiedzisz sobie na tej ławce, ponudzisz się trochę. Możesz sobie poczytać. Chcesz gazetę?

 – Jaką masz?

 – „Przegląd Sportowy”.

 – Może być. Chociaż wolałbym, żeby pisało tylko o żużlu.

 – Czarny sport, czarne myśli. To by się zgadzało – zażartowałem, kładąc gazetę obok niego.

 – Nie rozumiem?

 – Tak tylko gadam. Pochodzisz ze wsi, skąd u ciebie zamiłowanie do żużla?

 – Nie wiem, może na zasadzie kontrastu. Długo mam tak siedzieć i czytać?

 – Aż do momentu, kiedy dostaniesz ode mnie esemesa.

 – O jakiej treści?

 – A jaką byś chciał? Możesz wybrać: „już”, „teraz”, „naprzód”, „do dzieła”…

 – Wszystkie brzmią głupio – skrzywił się Robert. – Niech już będzie „teraz”. I co mam wtedy zrobić?

 – Masz siedzieć tu i obserwować tego faceta o którym mówiliśmy, gdy będzie wchodził do budynku. Oczywiście obserwować dyskretnie, tak żeby się nie domyślił, że mu się przyglądasz – podkreśliłem. – Esemesa wyślę ci dopiero wtedy, kiedy będę już wiedział, że on wyszedł ze swojego mieszkania i idzie do Marzeny. Czyli zaraz potem, jak ona przesunie zasłony w ten swój ulubiony sposób.

 – Mam go zatrzymać przed wejściem, pobić? Nie chciałbym tego…

 – Nie martw się. Bez przemocy, przynajmniej na razie. Przyglądaj mu się po prostu, żebyś zapamiętał jak wygląda i jak jest ubrany. Dokładnie ci opisałem wczoraj jego wygląd, ale co innego znać opis, a co innego widzieć. Dzięki temu go potem nie zgubisz.

 – Potem? Jakie potem? To nie będzie koniec?

 – Co miałbym za pożytek z tego, że popatrzysz sobie na faceta?

 – Nic nie rozumiem! – wyszeptał Robert i bezradnie rozłożył ramiona.

Wstałem, pochyliłem się nad nim. Cedziłem słowa powoli i wyraźnie, żeby wszystko zrozumiał.

 – Słuchaj uważnie, bo nie będę powtarzał. Pójdę teraz do Marzeny – wskazałem na drzwi klatki schodowej – i normalnie się z nią przywitam.  Tak jak zawsze.

 – Przecież miałeś z nią zerwać – zdziwił się Robert.

 – Gdybym do niej wszedł i od razu powiedział „dzień dobry, zrywam z tobą”, to zaraz potem musiałbym sobie pójść. Wtedy ona nie wzywałaby tego kolesia. A o niego mi chodzi.

 – Teraz rozumiem – pokiwał głową Robert.

 – Kolejność zdarzeń będzie taka: miło sobie z Marzeną gadam, ona przesuwa zasłony, ja wysyłam ci esemesa z tekstem „teraz” żebyś wiedział, że on już idzie, zaraz potem bez większych ceregieli zrywam z nią, nie wyjaśniając jednak, że wiem o zasłonach. Po czym wychodzę, mijam ciebie bez słowa, udając, że cię nie znam, idę sobie na przystanek tramwajowy i jadę do akademika.

 – Dlaczego będziesz udawał, że mnie nie znasz?

 – Bo ten facet mógłby akurat nadejść i zobaczyć nas razem.

 – Rozumiem. Czyli ty idziesz na tramwaj, a ja czekam, aż ten facet przyjdzie, przyglądam mu się, kiedy wchodzi do budynku. I co potem? Mam dalej tu siedzieć?

 – Tak. Ale nie martw się, pomyśl logicznie – powiedziałem uspokajającym tonem. – On zawsze do niej przychodził po to, żeby wypłoszyć mnie albo innych chłopaków przede mną. Kiedy dziś przyjdzie, mnie już nie będzie, więc za długo nie posiedzi. Tak przynajmniej myślę.

 – Obyś się nie mylił, bo nie chcę tu tkwić do wieczora.

 – Czekasz więc tutaj i czujnie obserwujesz wejście do klatki schodowej, wtedy już nie czytasz.

 – Nie czytam – przytaknął Robert. – Najwyżej później dokończę, po wszystkim.

 – A kiedy on już wyjdzie, to śledzisz go dyskretnie i idziesz za nim aż do jego domu, żeby ustalić dokładny adres. Jeżeli będzie okazja, to pogadaj z sąsiadami, popytaj, dowiedz się o nim jak najwięcej.

 – Mam go śledzić? A potem jeszcze wypytywać o niego? Zwariowałeś? Przecież ja tego nie umiem, nigdy czegoś takiego nie robiłem! A poza tym nikt mi nic nie powie, ludzie nie są zbyt rozmowni w kontaktach z obcymi.

 – Udawaj krewnego, który do niego przyjechał z daleka. Wtedy nikt się nie zdziwi, że o niego wypytujesz.

 – Żeby udawać krewnego, musiałbym znać przynajmniej jego nazwisko.

 – Może będzie na drzwiach albo na liście lokatorów. Jeśli nie, to trudno, adres jest najważniejszy.

Robert pokręcił z niedowierzaniem głową. – Sam nie wierzę, że to robię, że biorę udział w czymś takim.

 – Kiedyś będziesz z tego dumny – zapewniłem go, choć sam niezbyt w to wierzyłem.

 – Zgodziłem się głównie dlatego, że chcę ci się odwdzięczyć za psychiczne wsparcie. A poza tym mam okazję przeżyć ciekawą przygodę, zanim znów pogrążę się w nudnym, wiejskim życiu. Podczas bronowania pola będę mógł wspominać, jak bawiłem się w detektywa.

 – Zasługujesz na coś lepszego. I na pewno się doczekasz.

Podałem mu rękę na pożegnanie i poszedłem. Przed wejściem do klatki schodowej obejrzałem się jeszcze na Roberta – siedział na ławce, czytając „Przegląd Sportowy”.

Wziąłem głęboki oddech, nacisnąłem przycisk domofonu przy numerze 12. W odpowiedzi usłyszałem pytający głos Marzeny.

 – To ja, Staszek – powiedziałem, siląc się na spokój, którego w sobie nie miałem. Domofon zabrzęczał, wszedłem.

 

Autor: Lech Brywczyński

 

 

Tags: , ,

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *