MENU
fot. z archiwum autora

Z pokłonem – poezja Marioli Grabowskiej

fot. z archiwum autora

I w kłębek – poezja Ewy Kłobuch

24 kwietnia 2017 Comments (0) Views: 491 Czytam, Opowiadania

Skreślony. Rozdział I – opowiadanie Lecha Brywczyńskiego

 px– Chciałbym się dzisiaj z kimś upić.

 – Co?

 – To znaczy z tobą, jeżeli nie masz nic przeciwko temu.

 – Dlaczego chcesz pić? I dlaczego ze mną?

Robert postawił na stoliku dwie butelki wódki, a potem spojrzał na mnie pytającym wzrokiem, nie wiedząc co począć z pustymi już dłońmi.

 – Wiesz, zostałem skreślony z listy studentów… Nie zdałem zaległych egzaminów, a miałem warunek od dziekana… Jutro rano wynoszę się z akademika i jadę do domu.

Westchnął ciężko, a potem dodał: – Muszę to oblać, żeby jakoś przeżyć.

 – To jest powód, rozumiem. Szkoda, że tak wyszło. Ale ja? Na pewno masz na roku bliższych kolegów…

 – Chcę odreagować, pożegnać się z uczelnią. Ale chcę też pogadać. Z tobą podobno można porozmawiać o wszystkim, o sprawach poważnych i o tych przyziemnych, życiowych. Tak mówią w akademiku.

 – Naprawdę? Po moich stopniach tego nie widać. Gdybym był taki mądry, to nie przeczołgiwałbym się z trudem z semestru na semestr.

Wstałem, klepnąłem go po przyjacielsku w ramię. Przysunąłem mu krzesełko. Zebrałem książki ze stołu i rzuciłem je na łóżko. Starym ręcznikiem zgarnąłem okruchy z blatu na podłogę. Z zadowoleniem spojrzałem na stolik, którego środek zdobiły teraz dwie butelki „Żytniej”.

 – Siadaj, poszukam czegoś na zagrychę. Mam nadzieję że w lodówce coś jeszcze zostało. Ale nie spodziewaj się frykasów.

Robert z wyraźną ulgą rozsiadł się na krześle i rozejrzał po pokoju. – Gdzie Zdzichu i Darek?

 – Zdzichu pojechał na ten weekend do domu, a Darek poszedł do kina z Moniką. To jego dziewczyna, studiuje na innym wydziale, zdaje się, że na architekturze. Nikt nam nie będzie przeszkadzał, możemy chlać.

Chłopak zaśmiał się krótko, nerwowo. Ale widać było, że powoli się rozluźnia i czuje się coraz swobodniej. – Nie masz talentu do ścisłych przedmiotów. Trzeba było iść na uniwerek, a nie na politechnikę – powiedział, przecierając chusteczką zapocone okulary.

 – I mówi to człowiek, który rozpacza z powodu swojego odejścia z polibudy!

 – Ja na uniwerek pójść nie mogłem. Jestem człowiekiem zbyt konkretnym, technicznym. Tylko na polibudę się nadaję. To znaczy teraz, kiedy stąd wylatuję, wychodzi na to… Że nie nadaję się nigdzie.

 – Głowa do góry! Wszystko, co w życiu najlepsze, jest jeszcze przed tobą. Postaraj się myśleć pozytywnie, ułóż jakiś plan.

 – Mówisz jak psychoterapeuta. A prawda jest taka, że wracam na zabitą dechami podlaską wieś o słomianych strzechach, gdzie będę pomagał ojcu w pracy na roli. Będę młócił, orał, bronował, pasł krowy, karmił świnie… Gospodarstwo i tak przejmie brat, bo jest starszy i ma do rolnictwa zamiłowanie. Ja mogę być w tej sytuacji tylko parobkiem. To ma być ten mój plan?

Zawartość lodówki potwierdziła moje oczekiwania: frykasów rzeczywiście nie było.

 – To nam musi wystarczyć – powiedziałem, kładąc na stoliku chleb, kiełbasę i ogórki. – Przynieś talerze, są w szafce. Kieliszki też tam znajdziesz.

 – Na pewno wystarczy. Kiedyś piłem z Ruskimi, oni w ogóle nie potrzebowali zakąski, woleli powąchać chleb. Wziąć szklane kieliszki czy metalowe?

 – Metalowe, bo są większe – zadecydowałem, krojąc kiełbasę na kawałki. – Takie wąchanie chleba to nie dla mnie. Zresztą, czy ten dzisiejszy chleb na „ulepszaczach” ma w ogóle jakiś aromat? Lubię Ruskich, ale ich kuchni to już nie. Za mało kartofli jedzą, a dla mnie to podstawa.

Kiedy wszystko było już gotowe, mogliśmy zasiąść do „uczty”. Rozpoczęliśmy ją od mojego toastu za zdrowie i pomyślność Roberta, za jego przyszłe sukcesy, które z nawiązką wynagrodzą mu obecne niepowodzenie.

 – Dzięki za dobre słowo, za wsparcie. Ale żebym to ja wiedział, co mam teraz robić i w czym te sukcesy osiągać! – narzekał Robert, wbijając zęby w kiszonego ogórka.

 – Nie martw się. Los na pewno podsunie ci jakieś wyjście z sytuacji.

 – Los? Co to takiego?

 – Nazywaj to jak chcesz: przeznaczenie, fatum, Bóg. Albo bogowie, jeżeli jesteś poganinem. A dla ateisty to będzie przypadek.

 – Sam nie wiem, kim jestem. Ale nie chcę być ateistą, skoro moim bogiem miałby być przypadek – zaoponował mój gość.

 – W odniesieniu sukcesu pomoże ci intelekt. Gdzieś czytałem, że studenci chemii są najinteligentniejsi ze wszystkich studentów kierunków politechnicznych – powiedziałem z przekonaniem, choć była to informacja, wymyślona przeze mnie na poczekaniu.  – To napawa optymizmem, prawda?

  – Dobrze jest mieć jakiś powód do optymizmu – zgodził się bez entuzjazmu Robert. – Ale ja nie mam, bo jestem nieudacznikiem. Umiem przegrywać. Tak często miałem okazję przećwiczyć tę umiejętność, że w końcu osiągnąłem mistrzostwo, a życie po klęsce stało się moją codziennością….

 – Nie gadaj bzdur! – zaoponowałem. – Jesteś urodzonym zwycięzcą, któremu do tej pory brakowało szczęścia. Swój limit pecha już wyczerpałeś, teraz będzie ci szło jak z płatka. Pamiętasz mitycznego Midasa, który zamieniał w złoto wszystko, czego tylko dotknął?

Robert nie podchwycił jednak mojego żartobliwego tonu, wolał nadal użalać się nad sobą. Widocznie było mu to potrzebne, postanowiłem więc, że nie będę przeszkadzał: niech się wygada, niech wypali do końca swój żal, a dopiero potem powstanie z popiołu do nowego życia. Kiedy wyobraziłem sobie Roberta jako Feniksa, który macha czerwono–złotymi skrzydłami, a potem wzbija się do lotu ze środka płonącego stosu, to z trudem powstrzymałem się od parsknięcia śmiechem. Nie chcąc sprawiać mojemu rozmówcy przykrości, upodobniłem swój śmiech do kaszlu, udając, że zakrztusiłem się wódką. On jednak nic nie zauważył, zanurzony w swoich ponurych rozważaniach. Właśnie analizował słowo „nieudacznik”:

 – Na początku tego dziwnego słowa mamy „nie”, a zatem zaprzeczenie. Ale reszta słowa nie tworzy antytezy, bo przecież nie istnieje słowo „udacznik”. O czym to świadczy? – zapytał dramatycznym tonem.

 – O tym, że świetnie poradziłbyś sobie nawet na filologii polskiej. Jak widzisz, właśnie odkryliśmy jeden z twoich ukrytych talentów. Zanim skończy nam się wódka, zostaniesz noblistą! – zażartowałem, by poprawić mu humor.

Udało mi się: nie minęło pół godziny, a smętny nastrój go opuścił i mój gość nabrał filozoficznego dystansu do świata. Możliwe, że zawdzięczał to wypitej wódce, ale wolę myśleć, że to ja byłem sprawcą tej przemiany.

Rozmowa potoczyła się wartko. Dyskutowaliśmy o wszystkim, o sposobach naprawy tego świata, o naszych problemach na uczelni, a nawet o sprawach rodzinnych i osobistych; na taką szczerość mogą się zdobyć tylko ludzie, którzy wypili parę kieliszków, a w dodatku wiedzą, że nigdy więcej się nie spotkają. Dziwna rzecz: do tej pory nie miałem potrzeby zwierzać się komukolwiek, byłem bardzo oszczędny w wynurzeniach nawet w dzieciństwie, o co matka wielokrotnie miała do mnie pretensje, bo dowiadywała się o moich sprawkach od obcych ludzi. A już o burzliwych momentami relacjach z płcią przeciwną to z nikim dotąd nie rozmawiałem, cierpiąc lub ciesząc się w milczeniu, zależnie od sytuacji.

Tym razem tematów tabu nie było. Robert opowiedział, jak się ośmieszył, próbując poderwać pewną studentkę z naszego wydziału. On w każdym razie myślał, że to studentka i zaczepił ją na parkingu obok dziekanatu. Porozmawiali przez parę minut, w końcu poprosił ją o numer telefonu, ale odmówiła, zapewniając z uśmiechem, że i tak na pewno się spotkają. I rzeczywiście: dwa dni później okazało się, że ona wcale nie jest studentką.

 – Wiesz jak się poczułem, kiedy weszła do sali, siadła za biurkiem i zaczęła prowadzić ćwiczenia z chemii nieorganicznej? Miałem ochotę zapaść się pod ziemię, wyparować albo rozpuścić się w roztworze, o którym była akurat mowa w omawianym zadaniu – opowiadał rozdygotanym głosem Robert.

 – Poznała cię?

 – Jasne, od razu mnie zauważyła! Zawsze kiedy na mnie patrzyła, to tak lekko, nieznacznie się uśmiechała. Bałem się, że koledzy to zauważą, dlatego przez cały czas unikałem jej wzroku. Ale co mogłem zrobić, kiedy wzywała mnie do tablicy, żebym rozwiązał zadanie?

 – Faktycznie, miałeś przerąbane. Długo to trwało?

 – Na szczęście tylko semestr. Po ostatnich zajęciach kazała mi zostać na chwilę, a kiedy wszyscy wyszli, położyła mi dłoń na ramieniu i zapytała: „To chcesz ten mój numer telefonu czy nie?”

 – Chciałeś? – spytałem, zatrzymując w połowie drogi podnoszony właśnie do ust kawałek kiełbasy.

 – W pierwszej chwili powiedziałem „Już nie chcę, pani magister”, ale wtedy ona mnie pocałowała i…

 – I co? Gadaj! – pytałem niecierpliwie, bezwiednie odkładając kiełbasę na talerz.

 – Spotykaliśmy się regularnie, ale tylko u niej w domu, żeby nikt nie widział. Ale jakiś miesiąc temu mnie spławiła. Podobno zaczęła kręcić z jakimś docentem, ale nie wiem czy to prawda.

 – Co za historia! Szkoda, że nasza grupa nie miała z nią zajęć, nas uczył jakiś nudny doktorek. Zazdroszczę ci – pokręciłem głową z podziwem. – A jak ona się nazywa? Zdaje się, że tak jakoś na m – Magdzińska, Maliszewska…

 – Nie, nie, zupełnie inaczej. Mogę ci tylko powiedzieć, że ma na imię Beata. Ale błagam, nie sprawdzaj jej nazwiska i w ogóle zapomnij o całej sprawie. Nikomu ani słowa. Musisz mi to obiecać! – zażądał kategorycznie.

 – Oczywiście, będę milczał – zapewniłem, unosząc dłoń do góry, jak do wojskowej przysięgi.

 – Dzięki. Wiesz, ona prosiła mnie o zachowanie tajemnicy, dlatego do tej pory nikomu o niej nie mówiłem. I nikomu poza tobą nie powiem. Dyskrecja to podstawa – dodał, wycierając oczy dłonią.

 – Jesteś człowiekiem honoru. To twoja kolejna zaleta, którą odkryliśmy. Wypijmy za to! – zawołałem, wznosząc w górę kieliszek, a Robert chętnie przyłączył się do toastu.

Potem Robert opowiedział mi, jak włamał się do bazy danych uczelni. Tak dla zabawy, żeby sprawdzić swoje hakerskie umiejętności. A później o tym, jak rok temu wynajął studenta z innego wydziału, żeby napisał za niego kolokwium z matmy.

 – Nikt nie poznał, że to nie ty? – zapytałem tylko przez grzeczność, bo odpowiedź nasuwała się sama. Gdyby sprawa się wydała, Robert już wtedy wyleciałby z uczelni i to z wielkim hukiem, nie tak cicho i dyskretnie jak teraz.

 – Nie, bo to było poprawkowe kolokwium, na które przyszli wszyscy ci studenci z całego naszego roku, którzy do tej pory nie zaliczyli. Każdy asystent ma zajęcia tylko z jedną grupą, więc żaden z nich nie zna wszystkich studentów z roku.

 – Dużo zapłaciłeś temu matematycznemu ekspertowi?

 – Sporo. Ale warto było, bo sam bym nie zdał. Chociaż teraz to już i tak bez znaczenia…

 – Musisz mi dać namiary do niego, może też będę potrzebował takiej pomocy.

 – Mówią na niego Alek. On jest na czwartym roku, więc moje kolokwium to dla niego pestka. To spryciarz, koleś od wszystkiego, załatwi każdą sprawę. Mam gdzieś tutaj jego numer…

Wyciągnął z kieszeni komórkę, odszukał numer i zapisał go na kartce. Podał mi kartkę, potem beknął. Otarł pot z czoła papierową chusteczką i spojrzał na mnie pytająco.

 

Zrozumiałem, że przyszedł czas na rewanż, że teraz moja kolej, żeby ujawnić jakieś mroczne sekrety i niezbyt chwalebne postępki. Miałem ich sporo na koncie, ale nie byłem aż tak pijany, żeby o nich wszystkich opowiadać. Trzeba było coś wybrać. Postanowiłem zacząć od czegoś lżejszego: odchrząknąłem i na początek opowiedziałem mu o mojej fobii, związanej z psami.

 – Kiedyś, mając pięć czy sześć lat, bawiłem się z innymi dziećmi na podwórku. W pewnej chwili podbiegł do nas jakiś sympatycznie wyglądający, nieznany mi kundelek. Ufnie wyciągnąłem rękę, żeby go pogłaskać, a on mnie ugryzł. Do krwi! Od tej pory omijam każdego psa szerokim łukiem, nawet jeśli wygląda niegroźnie i merda ogonem.

 – Musisz się przełamać – zalecił mi Robert, nie zdradzając jednak, w jaki sposób miałbym tego dokonać. Dopił swój kieliszek, zagryzł chlebem i znów spojrzał na mnie pytająco. Widocznie uznał, że mój psi problem nie jest wystarczającą ripostą na jego zwierzenia.

Trzeba się było zdobyć na ujawnienie spraw bardziej intymnych, opowiedziałem mu więc o moich rozterkach i wątpliwościach, związanych z Marzeną.

 – Niby z sobą od paru miesięcy chodzimy, niby jest moją dziewczyną, ale z upływem czasu coraz mniej nas łączy, ona coraz częściej okazuje mi lekceważenie albo nawet niechęć. Zdzichu powiedział kiedyś, że ona jest za ładna, żeby być wierna. On sam znalazł sobie taką… mniej ładną. I przynajmniej ma spokój. Ale ja bym tak nie chciał, Marzena to dla mnie ideał kobiety. Co mi radzisz? – zakończyłem swój wywód pytaniem.

Na dźwięk imienia Marzena, Robert wzdrygnął się i na chwilę znieruchomiał.

 – Marzena Kondusiewicz? Ta, co studiuje informatykę?

 – Ta sama.

Robert wziął do ust kawałek ogórka, pogryzł go dokładnie, przełknął, popił wodą, a potem powiedział z powagą, której zupełnie się u niego nie spodziewałem:

 – Zerwij z nią. To najlepsze, co możesz zrobić.

 – Zerwać? Jak to? – zaoponowałem, ponieważ nie takiej rady oczekiwałem. Właściwie to nie wiem, jakiej rady oczekiwałem, bo nie miałem czasu się nad tym zastanawiać, ale na pewno nie takiej. Nie tak kategorycznej i negatywnej. Z trudem powstrzymałem się przed nagłym zakończeniem naszej popijawy i wyrzuceniem Roberta z pokoju.

 – Nie denerwuj się, najpierw mnie wysłuchaj! – zaoponował Robert. Przypalił papierosa, podrapał się po głowie i ciągnął dalej. – Pewien mój kolega kręcił z tą Marzeną jakiś rok temu. Ona w ogóle z wieloma się zadawała, zawsze lubiła zmieniać chłopaków. Więc ten kolega często odwiedzał ją w jej mieszkaniu na osiedlu. Ona mieszka w jakimś wysokim bloku, razem z ojcem…

 – Przecież wiem, wiele razy tam byłem.

 – No tak, rzeczywiście… Kiedy zaczęło się między nimi gorzej układać, on zauważył, że zawsze kiedy do niej wpada, to za jakieś piętnaście, dwadzieścia minut przychodzi pewien facet, znajomy Marzeny, który mieszka w jednym z bloków naprzeciwko. Sprawa była podejrzana: ona nigdzie nie dzwoniła, a ten gość zawsze wiedział, że ma przyjść. Otwierając mu drzwi, wcale nie była zdziwiona tym, że on się zjawia. Dziwne, co? – zapytał, zaciągając się dymem.

 – Rzeczywiście. Bardzo dziwne – wymamrotałem, a włosy zjeżyły mi się na głowie, bo nagle zdałem sobie sprawę, że nie dalej jak wczoraj sam byłem świadkiem podobnej sceny.

 – Telepatia czy co? Po jakimś czasie zrozumiał jednak, że to nie telepatia. Zauważył, że każdorazowe zjawienie się tego gostka było poprzedzone odsłonięciem okna przez Marzenę. Ustawiała zasłony zawsze w ten sam sposób, widocznie z nim uzgodniony, on widział to z okna swojego mieszkania i od razu przychodził. Podobno ona zawsze tak robi, kiedy chce spławić swojego aktualnego chłopaka – zakończył Robert, gasząc wypalonego do połowy papierosa w talerzyku, służącym za popielniczkę. – Co ty na to?

Nie byłem w stanie od razu odpowiedzieć, bo przed oczami stanęło mi wczorajsze zachowanie Marzeny. Kiedy przyszedłem do niej i chciałem ją pocałować na powitanie, ona odsunęła mnie, kazała mi usiąść i zaczekać, a potem odsłoniła okno i poszła do łazienki. Miała tam być tylko chwilę, ale była jakiś kwadrans – aż do momentu, gdy ktoś zadzwonił do drzwi. Wtedy od razu poszła sprawdzić, kto przyszedł. Był to jakiś młody mężczyzna, którego przedstawiła jako kolegę z sąsiedztwa. Oboje usiedli obok mnie i zaczęli rozmawiać o swoich sprawach, zupełnie mnie ignorując. Przesiedziałem tak pół godziny i poszedłem sobie. Marzena pożegnała mnie pytaniem, w którym nie zabrzmiała ani jedna nuta szczerości: „Dlaczego tak wcześnie wychodzisz?”.

Byłem wzburzony, trzęsącą się ręką nalałem wódki do kieliszków.

 – Co ja na to? Ja na to: twoje zdrowie, przyjacielu! Dzięki, że mi to wszystko opowiedziałeś. I przepraszam, że z początku tak się na ciebie wkurzyłem, ale…

 – Nie ma sprawy! Każdy by tak zareagował – przerwał mi Robert, podnosząc w górę kieliszek.

Kiedy wypiliśmy, na dłuższą chwilę zapadła cisza, zakłócana tylko przez muzykę, dobiegającą z parteru akademika, z klubu studenckiego. Zachowanie Marzeny nie dawało nam spokoju. I bez telepatii wiedzieliśmy, że obaj o tym właśnie myślimy.

 – Czegoś tu nie rozumiem. Dlaczego ona w takim razie nie jest na stałe z tym dupkiem z bloku naprzeciwko, po co w ogóle zadaje się z innymi chłopakami?

 – Tego nie wiem – odpowiedział filozoficznym tonem Robert, po raz kolejny przecierając chusteczką zapocone okulary. – Może po prostu lubi flirtować? Może chce pokazać innym dziewczynom z roku, jakie ma powodzenie?

Milczeliśmy przez kilka minut. Żaden z nas nie miał już ochoty na dalsze zwierzenia.

 – Zerwę z nią. Przekonałeś mnie – powiedziałem w końcu, kiedy zdołałem już zebrać myśli i trochę się uspokoić.

 – Naprawdę? Ale przecież mówiłeś…

 – Zerwę z nią jutro. A ty mi w tym pomożesz.

 – Ja miałbym pomagać? Nie ma mowy! – zaprotestował Robert.

 – Nie martw się, nie będziesz musiał się z nią widzieć. Mam plan, wiem co robić.

 – Zapomniałeś o tym, że rano wyjeżdżam?

 – Nie. Nie wyjeżdżaj rano. Idź zaraz do swojego pokoju po rzeczy i przynieś je tutaj. Pewnie jesteś już spakowany?

 – Tak, ale…

 – Świetnie. Dzisiaj przenocujesz w naszym pokoju, łóżko Zdzicha jest wolne. Pogadamy, omówimy szczegóły, dopijemy wódkę do końca. Jutro jest sobota, zapowiedziałem Marzenie, że wpadnę do niej koło południa. Wybierzesz się ze mną na to jej osiedle, załatwimy sprawę. A potem wrócisz tu po rzeczy i pojedziesz sobie do domu. Na pewno jest jakiś wieczorny pociąg. To raptem tylko kilka godzin, chyba nie sprawi ci to różnicy?

Robert pokręcił głową, jakby sam nie wierzył w to,co mówi, a potem bąknął z rezygnacją:

 – Zgoda. Pojadę wieczorem, nie mam się do czego spieszyć.

 – Dzięki! – powiedziałem z wdzięcznością. Wstałem, wyciągnąłem rękę i uścisnąłem mu mocno dłoń.

 – Ale nie wiem, po co jestem ci potrzebny. Sam możesz do niej pojechać, porozmawiać, pogodzić się, zerwać czy co tam chcesz. Ja nie mam z tym nic wspólnego. To nie moja sprawa!

 – Nie chodzi mi o nią, ale o niego. O tego faceta od zasłon. Wykorzystamy to, że on cię nie zna.

 – Olej go, przecież z nią zrywasz – przekonywał mnie Robert.

 – Owszem, zrywam, ale muszę wiedzieć, co jest grane. Kim on jest, co ich łączy. Ona mi tego nie powie, muszę się sam dowiedzieć.

 – Niby masz rację, ale…

 – Ona przez cały czas coś knuła za moimi plecami, teraz na koniec moja kolej, ja chcę zrobić coś, czego ona się nie spodziewa. Chyba mam do tego prawo?

 – Masz – potwierdził z rezygnacją.

Wstał i chwiejnym krokiem ruszył w kierunku drzwi. Chwytając za klamkę zatrzymał się i zapytał, nie odwracając głowy:

 – To jaki jest ten twój plan? Co ja będę musiał zrobić?

 – Dowiesz się, jak wrócisz.

 – Tak jest! – zawołał, niezdarnie próbując zasalutować. – To ja idę po te rzeczy.

Zataczając się nieco wyszedł z pokoju. Wstałem, zamknąłem za nim drzwi, a potem oparłem się o ścianę i powiedziałem sam do siebie:

 – Ja mu mówiłem, że mam plan? No to mocno przesadziłem, mocno.

 

Autor: Lech Brywczyński

 

 

Tags: , ,

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *