MENU
fot. z archiwum autora

Nierezerwowana przestrzeń – poezja Macieja Skomorowskiego

fot. z archiwum autorki

Jak bolą te przestrzenie bez dotyku – poezja Joanny...

10 października 2017 Comments (0) Views: 170 Czytam, Opowiadania

Skreślony – opowiadanie Lecha Brywczyńskiego. Rozdział V i VI

pxROZDZIAŁ PIĄTY

 

Darek przykładał właśnie linijkę, żeby narysować kolejną kreskę na projekcie, kiedy usłyszał pukanie do drzwi.

 – Proszę! – zawołał, nie spuszczając wzroku ze swojego rysunku.

Do pokoju weszła młoda, elegancko ubrana kobieta. Po jej ruchach i wyglądzie widać było, że jest to osoba energiczna i pewna siebie, kontrastowały z tym jednak jej pierwsze słowa, wypowiedziane cicho i z pewną nieśmiałością:

 – Dzień dobry. Gdzie mogłabym znaleźć Roberta Powszuka?

Darek spojrzał na gościa: wstał a linijka i ołówek od razu wyleciały mu z rąk.

 – Pani magister tutaj? Dzień dobry. Co panią sprowadza?

 – Przyszłam do akademika, bo szukam Roberta.

 – Proszę usiąść! – Darek przysunął kobiecie krzesło.

 – Nie, dziękuję, ja tylko na moment.

 – Robert nie mieszka w tym pokoju, w ogóle nie mieszka już w akademiku.

 – Naprawdę? Nic nie wiedziałam.

 – Niestety. Wyjechał, bo został skreślony z listy studentów.

 – Niemożliwe? To ja chyba jednak usiądę – powiedziała kobieta. Siadła na krześle, odgarnęła włosy z czoła. – Byłam w jego dawnym pokoju, ale tam nikogo nie zastałam. Ktoś mi na korytarzu powiedział, że mogę zapytać tutaj.

 – Robert spędził tu ostatnią noc przed wyjazdem. Właściwie to spędził na chlaniu. Taka pożegnalna impreza.

 – Co mówił?

 – Nie wiem, mnie wtedy nie było. Podobno długo dyskutowali, Robert opowiadał Staszkowi o swoich problemach. A następnego dnia wyjechał. Pociągiem.

 – Znasz może adres Roberta?

 – Nie znam. Ale Staszek będzie znał.

 – Jaki Staszek?

 – Koliński. Nie zna go pani, bo on jest w innej grupie, z którą pani nie miała zajęć. Mam mu coś przekazać? Może podam jego telefon? Jeśli to jest jakaś urzędowa sprawa, to najlepiej…

 – Nie trzeba, sama się z nim skontaktuję – przerwała mu kobieta. – Wolę osobiście, to nie jest sprawa na telefon. To sprawa osobista, prywatna. Przyjdę tu któregoś dnia, jak będę w pobliżu, to może go zastanę.

Wstała, podeszła drzwi. Przed wyjściem odwróciła się jeszcze do Darka.

 – Miło mi było porozmawiać, dziękuję. Do zobaczenia.

 – Do widzenia, pani magister – odpowiedział Darek.

Odstawił krzesło na miejsce, a potem znów usiadł nad swoim rysunkiem.

 

 

ROZDZIAŁ SZÓSTY

 

„Nie wiem skąd się wzięła panująca powszechnie opinia, że nauki ścisłe reprezentują solidną, sprawdzalną empirycznie wiedzę, podczas gdy przedmioty humanistyczne to fantazjowanie i bujanie w obłokach, dobre dla lekkoduchów i marzycieli. Studiując już trzeci rok na gdańskiej polibudzie mam nieodparte wrażenie, że jest dokładnie odwrotnie. To, czego się tu uczę, to czysta abstrakcja, brodzenie w oparach absurdu. Czy ktokolwiek widział atom, elektron, proton, neutron albo kwant? Nie, a mimo to uczę się o nich i muszę wierzyć na słowo, że istnieją. A pierwiastek z dwóch, liczba pi czy logarytm z siedmiu przy podstawie dwa? A równania różniczkowe, całki powierzchniowe, liczby zespolone? Przecież to wszystko jest bardziej abstrakcyjne i nieokreślone niż baśnie Andersena. A taka na przykład historia prezentuje się na tym tle jako zbiór twardych dowodów, faktów, wydarzeń, dat i nazwisk”. – Takimi obrazoburczymi myślami pocieszałem się, idąc na egzamin z chemii fizycznej. Wiedziałem, że egzamin będzie trudny, więc byłem mocno zestresowany, a przy tym zmęczony: uczyłem się przez całą noc, dopiero nad ranem odłożyłem książki, umyłem się, ogoliłem i wbiłem w garnitur. Wbiłem dosłownie, bo był już trochę przyciasny, widocznie ostatnio przytyłem. Byłem jednak wierny studenckiemu przesądowi, w myśl którego nie zmienia się garnituru, w którym udawało się zdawać poprzednie egzaminy. Wchodząc do budynku Wydziału Chemicznego obiecałem sobie, że jeśli zdam ten egzamin, to zacznę ograniczać kalorie, żeby stracić na wadze i ukończyć w tej szczęśliwej marynarce całe studia.

Zdałem! Zdałem! Z wielkimi kłopotami, na marną trójczynę, ale jednak. Profesor był wymagający, ale sympatyczny i litościwy, znalazł w moich wypowiedziach więcej sensu i logiki, niż tam było.

Wychodząc z gmachu byłem w euforii, czułem się lekki, jak ptaszek.

„Jednak te przedmioty ścisłe nie są takie złe, jest w nich jakaś tajemnica, a nawet poezja. Czy nieokreśloność elektronów nie jest inspirująca? A katalizatory? Nie biorą udziału w reakcji chemicznej, a mimo to wpływają na jej przebieg, toż to czysta magia!” – myślałem sobie, idąc w kierunku ulubionej pizzerii.

Większość kolegów miała zwyczaj opijać zdany egzamin. Ja jednak odkładałem alkohol na inne okazje, a po egzaminie wolałem na trzeźwo napawać się sukcesem i jeść, dużo jeść. Mój apetyt pobudzało nawet zdane kolokwium, a co dopiero mówić o egzaminie. Fakt, obiecałem sobie przejść na dietę, ale przecież nie muszę zaczynać jej od dzisiaj.

„Egzamin kosztował mnie sporo sił, trzeba się zregenerować. O diecie pomyślę jutro. Albo w poniedziałek, żeby zacząć od nowego tygodnia. A najlepiej od pierwszego, z początkiem miesiąca” – obiecałem sobie solennie, wchodząc do lokalu. Zastałem tam już Zdzicha i Darka, którzy zdali egzamin godzinę wcześniej.

 – Na ile zdałeś? – zapytał Darek, widząc moją radosną minę.

 – Na niezbędne minimum – odparłem, przysiadając się do nich.

 – My na trochę lepiej, ale to nie jest ważne, liczy się tylko to, że wszyscy trzej mamy ten egzamin z głowy – powiedział Zdzichu, nie przerywając jedzenia pizzy.

 – Będziemy teraz mieli trochę spokoju – potwierdziłem.

 – Niestety, tylko trochę. Przecież mamy do narysowania projekty – zmartwił się Darek. – Jak ja tego nie znoszę! A mam do zaprojektowania zbiornik ciśnieniowy z mieszadłem.

 – Musisz o tym teraz przypominać? Pozbawiłeś mnie apetytu na pizzę – zażartowałem. – Ja mam zaprojektować odstojnik, służący do rozdzielania zawiesin, a nawet nie zacząłem jeszcze obliczeń.

Moja tradycyjna, poegzaminacyjna euforia nie potrwała tym razem zbyt długo, bo w akademiku czekał na mnie list – było to wezwanie na komendę policji. Miałem się stawić za kilka dni, żeby złożyć zeznania „w charakterze świadka” – wszystkie pozostałe opcje, wypisane na blankiecie wezwania, były skreślone. Niezbyt mnie to jednak uspokoiło. Co z tego, że nie jestem podejrzanym, a tylko świadkiem, skoro tak naprawdę to nie byłem od dawna świadkiem żadnego ważnego wydarzenia, a tym bardziej przestępstwa.

Nie miałem pojęcia, o co chodzi, ale z każdą godziną coraz bardziej się tym wezwaniem denerwowałem. W takich sytuacjach każdy człowiek, choćby nawet był niewinny jak osesek, zawsze znajdzie w sobie jakąś winę, a w swojej przeszłości jakieś podejrzane lub wątpliwe sprawy. Na domiar złego blankiet przestrzegał mnie, że za nie stawienie się na przesłuchanie grożą jakieś bliżej nie określone, ale bardzo dotkliwe kary.

 

Autor: Lech Brywczyński

 

 

Tags: , ,

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *