MENU
fot. z archiwum autora

Nie nazywaj – poezja Adama Gwary

fot. z archiwum autora

Być jak Michał Pazdan – poezja Ryszarda „Sidor” Sidorkiewicza

6 lutego 2017 Comments (0) Views: 919 Czytam, Opowiadania

Same pójdziemy na Ray’a – opowiadanie Moomu Moo

px– Gdzie nas wieziecie? – Szepnęła Miłka siedząca z tylu samochodu.

Wiedziałam, że nie żartuje, bo Miłka nigdy nie szeptała. Głos jak dzwon miała ta kobieta. Czasem jak była bardzo poruszona wchodziła na tak wysokie tony, że tylko psy i delfiny mogły ją usłyszeć.

Przełknęłam ślinę, bo w odpowiedzi usłyszałyśmy tylko gromki śmiech. Mieliśmy pojechać do kina na Ray’a, tyle że kino było w przeciwnym kierunku. Teraz powoli kończyły się zabudowania miasta. Przed nami wiła się jednopasmowa droga, obrośnięta z obu stron coraz bardziej gęstymi krzakami.

Siedziałam z przodu, obok kierowcy. Spojrzałam na niego ukradkiem. Jego twarz nie zdradzała żadnych emocji. Patrzył na drogę. Było coraz ciemniej.

– Dokąd nas wieziecie? – Powtórzyła, ale nikt nam nie odpowiedział.

Czułam jak niepokój zbija się w nieznośną grudę w moim żołądku. Miłka wcale nie chciała tutaj być. Nie przepadała za murzynami. Rasizm to może zbyt poważne słowo. Po prostu nie jej typ. Dla mnie widok ciemnej, spoconej skóry ocierającej się o moje jasne ciało był zawsze źródłem dodatkowej przyjemności. Gorąca czekolada z bitą śmietaną na wierzchu. Czysta rozkosz między udami.

Któregoś razu Sam zaproponował żebym wzięła ze sobą koleżankę i będzie podwójna randka. W sumie, czemu nie – pomyślałam. Nie znałam go za dobrze, a tak będzie raźniej. Miłka nie była zachwycona. Zgodziła się dopiero kiedy obiecałam, że po kinie odwieziemy ją do domu, jeśli nie będzie się jej podobać.

Skąd mogłam wiedzieć, że nie będzie żadnego kina.

– Spokojnie, – powiedziałam po polsku, odwracając się w jej stronę – w torebce mam scyzoryk i gaz.

Spojrzałam na Sama. Siedział dokładnie za mną. Jego dłoń wędrowała w głąb ud Miłki. Uśmiechnął się pokazując szereg zębów, które chociaż nie były śnieżno–białe, na tle  niemal czarnej skóry wyglądały jak sztuczne. Też się uśmiechnęłam. Najmilej jak tylko potrafiłam. Miłka nic już nie powiedziała.

Znała mnie od dawna i dobrze wiedziała, że nigdy nie rozstaje się ze nożem sprężynowym, kilka lat wcześniej zakupionym od jakiegoś Ukraińca pod Halą Marymoncką. Byłam wtedy studentką i pracowałam za barem jednego z nocnych klubów w Warszawie. Do domu wracałam nocnymi, nad ranem i nóż kupiłam, żeby dodawał mi otuchy.

Kiedy którejś nocy pokazałam go ochroniarzom z bramki, roześmiali się. Potem jeden z nich, całkiem poważnie powiedział: takie ostrze w twojej łapuni to wyrok śmierci. Jednym szybkim ruchem wybił go z mojej dłoni przystawił do gardła i dodał: jak już wyciągasz coś takiego to tylko po to żeby użyć.

Nigdy nie sądziłam, że będę musiała.

Nawet teraz, kiedy skończyły się przydrożne latarnie i zapanowała ciemność, przecinana jedynie dwiema długimi smugami reflektorów, – wciąż miałam nadzieję, że z za zakrętu wyłoni się neon Shopping Mall.

 

– Wysiadka – powiedział kierowca, kiedy zjechał z drogi i zatrzymał się na poboczu, wśród drzew. Z tyłu zaczęła się szamotanina. Wysiadłam. Byliśmy na niewielkim wzgórzu. W dole niewzruszona tafla stawu chwytała światło przebijającego przez chmury księżyca. Trzasnęły drzwi samochodu i zapanowała cisza.

– Mam okres – powiedziałam, kiedy pchnął mnie na ziemię. Upuściłam torebkę, którą do tej pory kurczowo trzymałam przy sobie.

– Nie szkodzi – odparł rozpinając rozporek – na razie ssij kurwo, – jedną ręką złapał mnie za włosy a drugą wepchnął do buzi sflaczałego jeszcze członka – ciągnij suko! Chyba, że wolisz poczekać na wujka Sama, jemu cieczka nie przeszkadza, z tyłka ci przecież nie leci.

Ciągnął moją głowę coraz bliżej krocza. Penis pęczniał w ustach. Śmierdzące, pozlepiane włosy łonowe wchodziły mi do nosa. Nie mogłam oddychać. Zakrztusiłam się i zwymiotowałam na jego spodnie. Strasznie go to rozsierdziło.

– Zlizuj to polski mopie! – wrzasnął, pchnął na ziemię i kopnął w twarz. Wymiociny z buta przylepiły mi się do policzka. Niestrawiona do końca english sausage, słodko–kwaśny zapach brown sauce zmieszał się z posmakiem niemytego członka w moich ustach.  Znowu zaczęłam wymiotować. A on złapał mnie za szlufkę spodni przyciągnął do siebie i kopnął w brzuch.

– W torebce mam chusteczki – usłyszałam swój zachrypnięty głos, kiedy moimi włosami próbował wyczyścić mankiet spodni. Pozwolił mi poszukać.

Może nie był taki zły. A może po prostu głupi. Chusteczek nie miałam.

Ale na nóż trafiłam od razu.

– Masz? – Zapytał pochylając się nade mną. Kiwnęłam głową, że tak.

 

Czułam pod sobą miękką, wilgotną trawę, kiedy zamachnęłam się z całej siły. Zapach kończącej się wiosny, który wycisnęłam spod kolan sprawił, że cały niesmak i niemoc zniknęły. Trafiłam od razu. Nie wiem w co. Było ciemno. Jęknął i upadł. A ja, wciąż na kolanach, uderzałam raz za razem, aż przestał się ruszać. Wtedy zerwałam się na równe nogi i zaczęłam kopać.

– Chcesz polskiego mopa? To masz! Masz! Masz! Masz! – charczałam i kopałam w głowę. W szyję. W brzuch. W jego śmierdzące jaja. Nie wiem jak długo bym jeszcze tak mogła, gdyby nie przytłumione dźwięki dobiegające z samochodu.

Spojrzałam w tamtą stronę, w środku paliła się postojowa lampka. Widziałam jak Sam na tylnym siedzeniu porusza się miarowo w górę i w dół. Jego śliską, czarną dupę między białymi nogami Miłki. Otarłam twarz z mieszaniny krwi i wymiocin i ruszyłam w ich stronę. Otworzyłam drzwi. Plask – plask – plask. I wycie Miłki.

– Jeszcze nie skończyłem – powiedział nie przerywając. Złapałam za gęste dredy i odciągnęłam jego głowę do tyłu. Siła z jaką to zrobiłam zaskoczyła mnie. W jednej chwili poczułam, że mogę wszystko. Bo mogłam.

– Błagaj chuju o życie – syknęłam kiedy jego policzek zetknął się z moim. Mogę przysiąc, że się uśmiechnął. Chciałam podciąć mu gardło, ale nóż był już całkiem tępy. Brudne ostrze nawet nie nacięło skóry.

Mam niecały metr sześćdziesiąt wzrostu i niewiele ponad pięćdziesiąt centymetrów obwodu w pasie. Chudzina i cherlak. Z łatwością dałby mi radę. Nie mogłam się teraz wycofać. Mocno zaparłam się nogami i z całej siły wbiłam ostrze z prawej strony szyi. Zarzęził i plunął krwią.

Jasno czerwone krople opadły na gładkie uda Miłki. Nawet nie drgnęła. Z zaciśniętymi oczami i wykrzywioną twarzą mamrotała coś pod nosem.

Tymczasem Sam napiął się cały. Plunął krwią. Chciałam wyciągnąć nóż i wbić go jeszcze raz, ale tkwił zbyt głęboko. Tuż przy rękojeści był ząbkowany. Może zahaczył o coś w środku. O jakąś żyłę. Albo ścięgno. Nie wiem co tam jest, ale pękło kiedy przekręciłam rękojeść. Zaczął się trząść. Z każdym kolejny drgnięciem jego ciało robiło się coraz cięższe.

– Wyciągnij go ze mnie! – Zaczęła wrzeszczeć Miłka, jakby dopiero odzyskała świadomość – wyciągnij to ze mnie!

 Machała rękoma i wierzgała. Chyba puściłam jego włosy, bo zawisł głową w dół. Z podkulonymi nogami, do połowy opuszczonymi spodniami i siniejącym fiutem.

Już się nie ruszał.

Usiadłam obok. Na trawie. Oparłam się plecami o tylne koło samochodu.

Zabijanie jest wyczerpujące. Kiedy złapałam oddech sięgnęłam do kieszeni po paczkę dziesięciu marlboro lajtów. Zapaliłam jednego.

Lollipop, lollipop, oh loli loli loli lolipop – rozśpiewały się The Chorodettes w moim telefonie. To tato dzwonił zapytać co słychać. Nie odebrałam. Pozwoliłam im śpiewać.

..Crazy way he thrills me. Tell you why

Just like a lightning from the sky…

– No, – powiedziałam wypuszczając pierwszy dym – no, już…

Chciałam powiedzieć, że ‘już dobrze’ ale znowu zebrało mi się na wymioty.

 

Nie wiem ile czasu minęło zanim zdecydowałyśmy, że nie możemy tak tam siedzieć. Bezwładne ciało człowieka jest bardzo ciężkie. Trochę wbrew logice, skoro traci te udowodnione naukowo dwadzieścia jeden gram.

Na szczęście miałyśmy z górki. Więc ich sturlałyśmy. W wodzie byli znacznie lżejsi i łatwiejsi do kontrolowania. Ja szłam przodem, po pas w ciemnej, śmierdzącej glonami brei.  Miłka była do niczego. Ciągle płakała, aż dostała czkawki.

Z Samem  poszło o wile łatwiej niż z kierowcą. Dredy są bardzo poręczne. Owinęłam je wokół nadgarstka i ciągnęłam za sobą. Nie lubię kiedy nie widać dna. Od dziecka tak mam, – wrażenie, że coś tam jest na dole, topielec jakiś. Albo co. I zaraz mnie złapie.

Starałam się o tym nie myśleć, kiedy woda zaczęła podchodzić mi do brody. Wtedy pozwoliłam im odejść. Posłusznie, twarzami w dół, zejść nam z oczu. Panującą ciszę przerywał szelest wody łamanej naszymi krokami. I czkaniem Miłki.

Kluczyk, sprzęgło, gaz. Czy jakoś tak. Za którymś razem samochód odpalił.

Runęła ściana deszczu.

Kluczyk – sprzęgło – gaz – wycieraczki.

Dotarcie tutaj z High Street nie zajęło nam więcej niż 20 min. Nie mogłyśmy być zbyt daleko od Potters Bar. Trudno uwierzyć, że to zamieszkałe miejsce, kiedy stoi się w  ciemności, a jedyne odgłosy to szum zacinającego deszczu.

Toczyłyśmy się na pierwszym biegu. Głównie dlatego że nie bardzo umiałam wrzucić jakikolwiek inny. Kluczyłyśmy uliczkami, niemal całą noc. Świtało kiedy dotarłyśmy do Oakwood. Tam musiałam się zatrzymać, przy synagodze, bo myślałam że Miłka umiera.

Chociaż czkawka ustąpiła ona wciąż podskakiwała. Była blada jak ściana i drżały jej wargi. Wciąż padało. Wysiadłyśmy z samochodu na mokry asfalt. Miłka upadła na kolana i wygięła się mocno do tyłu, jakby chciała zrobić mostek.  Pozwoliła kroplom zalewać twarz. Poczekałam, aż przyniesie jej to chociaż odrobinę ulgi.

– Co my teraz zrobimy? – Powiedziała pięć kilometrów od ronda Southgate, kiedy zbliżałyśmy się do naszej bramy.

– Nic, – odpowiedziałam całkiem swobodnie, spoglądając w blade słońce nad nierówną linią dachów rozespanego miasta – same pójdziemy na Ray’a. – dodałam wypuszczając głośno dym z papierosa – I nikomu nic nie powiemy. Rozumiesz?

Rozumiała.

 

Autor: Moomu Moo

 

 

Tags: , ,

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *