MENU
Katja2

„Chcesz dowiedzieć się, ile znaczysz dla bliskich, po prostu umrzyj”...

fot. z archiwum autorki

A może by tak umrzeć na scenie – poezja Zofii Balbierz

16 maja 2016 Comments (0) Views: 1030 Czytam

Pudełka starej Marlowe

PXPogrzeb starej Marlowe nie różnił się niczym od pozostałych ceremonii, które odbyły się tego dnia. Siostra Key odczytała sentencję pożegnalną tonem równie płaskim jak podczas pożegnania pana Wattsa, tak że Su przez chwilę miała wątpliwości co do jej intencji. W końcu jesteśmy ludźmi – przeszło jej przez myśl. – Siostra Key ma prawo być znudzona kolejną uroczystością funeralną. W ogóle Su powinna się cieszyć, że Sis znalazła te piętnaście minut na wkomponowanie starej Marlowe w grafik Domu Pogrzebowego „Angelus Domini”.

Zabawne, do dziś, to znaczy do dnia pochówku matki, nie myślała o niej inaczej jak o starej Marlowe. Kiedy Su była jeszcze dzieckiem, tą rudą smarkulą z wielką szparą między jedynkami, próbowała jeden jedyny raz zwrócić się do niej po imieniu:

– Bee, mój ajf przestał napędzać cumulusy…

– Nie obchodzą mnie twoje cumulusy, Garbo jakoś sobie radzi – odrzekła matka z dezaprobatą. Zbliżyła się do Su i wycharczała, nieznacznie unosząc górną wargę: – Nigdy więcej nie pozwalaj sobie na poufałość. Rozumiesz, Monroe? Dla ciebie jestem Marlowe. Pamiętaj o tym w Dniu Wyboru.

I tak już zostało. Do nazwiska matki dodała przydomek „stara”, bo odkąd włączono jej procesor memory.05, zawsze widziała Marlowe pod powłoką pomarszczonej jędzy, która pomimo rozwoju medycyny i technologii wybrała ścieżkę naturalną. Zdecydowała, że zestarzeje się z zgodnością i w sposób uświęcony przez przodków. Głupia starucha! Su na pewno wykorzysta szansę i w Dniu Wyboru wkroczy na drogę sukcesu. Zaprogramuje sobie szczęście. Tymczasem musi zeskanować tęczówkę i kapsuła ze zwłokami starej Marlowe na dwie dekady trafi do komory przejściowej, by potem zniknąć w czeluściach fabryki Fritza.

– W ramach rozliczenia prześlij mi funt suszonej stewii – rzeczowo odezwała się Siostra Key. – I pamiętaj, że zrobiłam wyjątek, Monroe. Zazwyczaj wzywam czyścicieli. Fetor, jaki wydaje gnijące ciało, jest wprost nieznośny. – Zasłoniła nos, jakby Marlowe rzeczywiście już gniła. – Zupełnie nie rozumiem ludzi, którzy stawiają innych w tak niekomfortowej sytuacji – dodała, a Su poczuła się winna naturalnego zgonu matki.

– Dziękuję, Siostro Key. Wiem, że to ustępstwo z pani strony. Jestem zobowiązana.

– Przypomnę przy okazji. – Siostra Key bez skrępowania, które wyszło z mody lata temu, przyjęła propozycję Su.

Pozostało wrócić do domu. Nikt tam na nią nie czekał. Garbo już dawno zrezygnowała ze ścieżki wytyczonej przez matkę, przez co kobiety nie utrzymywały ze sobą kontaktu. Nawet o pogrzebie starej Marlowe Su nie powiadomiła siostry, bo też nie wiedziała jak. Wszystko miało się zmienić już za parę dni. Stara Marlowe zeszła z tego świata właśnie wtedy, gdy ostatnia z trzech córek stała przed zaszczytem Wyboru. Po dwudziestu dwóch latach na łonie rodziny wreszcie mogła się usamodzielnić i odciąć niewidzialną pępowinę, zostawiając za sobą całą przeszłość. Stara nie chciała patrzeć, jak kolejne dziecko przechodzi na stronę neouniwersalizmu odpychając dobrodziejstwa przodków w zamian za życie bez problemów i zobowiązań. A może było jej już wszystko jedno? Może zmęczone ciągłą walką z chorobą ciało straciło ostatni impuls elektryczny i stara Marlowe po prostu zasnęła, a potem zwyczajnie nie miała siły podnieść powiek? Paramedyk nawet jej nie zbadał, to Su stwierdziła zgon, urzędnik zwyczajnie zamknął rejestr, wyłączając Marlowe z obiegu doczesnego. Nie odmówił sobie komentarza. To nie w porządku, że w dzisiejszych czasach nadal trzeba zajmować się „tymi degeneratami”, rząd powinien tę kwestię uregulować już dziesięć lat temu, kiedy spadkobiercy Walta Disneya odsprzedali zamrożonego na sopel dziadka muzeum Madame Tussauds. To był przełom, społeczeństwo było gotowe, a dzisiaj? Dzisiaj nikt nie choruje, no poza paroma pomyleńcami starej daty, którzy nie pozwolili odessać sobie sentymentalizmu i sieją ferment wśród młodych. Su pamięta, że nie odważyła się wtedy na dyskusję i tylko nieznacznie kiwnęła głową.

O najstarszej siostrze wiedziała, że nazywa się Dietrich i że matka szczerze jej nienawidziła, o czym świadczy zacieranie wszelkich śladów jej obecności. Nawet Garbo, a była od Su o pięć lat starsza, nie umiała na temat najstarszej siostry nic powiedzieć. Dlatego marzeniem Su było odnalezienie jednej i drugiej i scalenie rodziny. Ta chwila miała wkrótce nadejść, ale jak zwykle, w momencie wyboru, Su zaczęły nachodzić wątpliwości. I im dłużej zastanawiała się nad słusznością swojej decyzji, tym mniej była jej pewna.

A wszystko to wina Bee Marlowe, która za cel życia postawiła sobie wychowanie córek według starej szkoły. I tu prawie sprawdziła się zasada „do trzech razy sztuka”. Trzeba przyznać, że Marlowe, kobieta rozsądna, umiała wyciągać wnioski. Jeśli nawet Dietrich i Garbo spotkał los pierwszego naleśnika smażonego na nierozgrzanej patelni, to Su miała być w pełni udanym produktem tego szalonego eksperymentu na żywych organizmach. Stara Marlowe ulokowała w niej  wszystkie nadzieje na ocalenie tradycji wyssanych z mlekiem matki (tak, Marlowe zaliczała się do szczęśliwców pijących mleko własnych matek), tymczasem Su  chciała być podobna nie tylko do swoich sióstr, ale też do innych dziewczynek z sąsiedztwa. Garbo jednak, zajęta swoimi uprawami, prawie nie zwracała na nią uwagi, a wyklęta Dietrich stawiana była na równi z rozpustnymi gwiazdami muzyki pop ery sprzed czwartej wojny globalnej. Ze strzępów informacji porozrzucanych po dwóch piętrach matczynego domu Monroe odtworzyła jednak kilka ważnych epizodów z życia siostry.

Dietrich opuściła rodzinę, zanim osiągnęła wiek Wyboru, wyprowadzając się do Gabinetu Doskonałości, czego stara Marlowe nie mogła przeboleć. Córka zaczęła eksperymentować z nieopatentowaną wtedy jeszcze i niedopuszczoną do ogólnego obiegu metodą trwałości piękna, ryzykując nie tylko zdrowie, ale i życie. Mało tego, na przekór matce przeprowadziła serię zabiegów filtrujących, które zneutralizowały łańcuch jej DNA, upodabniając go do wzorca zero. Dietrich raz na zawsze straciła swój indywidualny rys. Dołączyła do rzeszy klonów, które dzięki uniwersalnemu spoiwu zyskały szansę na długowieczność i nieograniczoną możliwość wymiany zdezelowanych narządów.

– Pomyśl tylko, trzy miliardy uderzeń, a potem kaput! – szeptała przed snem przejęta Garbo, choć żadna nie miała bladego pojęcia, co owo „kaput” oznacza.

– Stara Marlowe nie chce, żebyśmy były maszynami – powtarzała Su, wysuwając czubek nosa spod puchowej kołdry, którą dostała na dziesiąte urodziny. Garbo nie mogła nawet o takiej pomarzyć. Matka przeznaczyła na zakup połowę rocznych wpływów z dystrybucji pism Christophera, a było to główne źródło ich utrzymania.

– Słyszysz, co mówisz? Stara Marlowe. Też chcesz być stara?

– Nie wiem, może dobrze być starym – powiedziała Su i na chwilę jej myśli powędrowały gdzieś indziej.

– Tylko następnym razem nie zatykaj nosa, kiedy będzie pluć ci w twarz – odrzekła z drwiną Garbo. – Myślisz, że nie widzę, jak pozwalasz, żeby głaskała cię po głowie? Myślisz, że naprawdę wtedy śpię? – mlasnęła z obrzydzeniem i niesmakiem. – Ty też wtedy nie śpisz, i ona to wie.

– To nie twoja sprawa! – Su poderwała się z łóżka. Poczuła, że policzki nabierają koloru, a na czoło spływa zimny pot.

Nie chciała, by ktokolwiek odgadł, ile stara Marlowe dla niej znaczy. Musiała przyznać, że noce, kiedy starucha wkradała się na czubkach palców do sypialni córek, były najlepszymi momentami dzieciństwa. Ponieważ prawo zabraniało kontaktów cielesnych, dotyk matki poznała całkiem późno. Wielokrotnie próbowała przywołać odległe obrazy, ale nawet gdy jej się to udawało, zawsze widziała starą Marlowe z kamienną twarzą i martwymi, wpatrzonymi w jeden punkt oczyma. Do czasu wypadku, który przytrafił się podczas urodzin Dawson. Su zwyczajnie rozbiła kolano, i wszystko byłoby w porządku, gdyby nie krew (krew!), która cienką strużką spływała po nodze, potwierdzając prawo grawitacji. Eksperyment na żywo. Dzieci nie mogły powstrzymać pisków, skakały podniecone, każde chciało polizać cierpkiej wydzieliny. Su pierwszy raz w życiu była w centrum zainteresowania, w nogach pojawiło się mrowienie, a po wszystkich komórkach rozlało się ciepło. Czuła się bosko. To właśnie wtedy pomyślała o Dniu Wyboru i drodze, jaką pragnie zmierzać.

– Zabierzcie dzieci! Zabierzcie dzieci! – przeraźliwy krzyk przerwał chwile błogiej rozkoszy.

Matki zbiegły się niczym mrówki do cukru i osłaniały pociechy płaszczami antyseptycznymi. Pełne nienawiści spojrzenia sprawiły, że Su poczuła się tak, jakby milion ostrych igiełek zbombardowało jej serce, a pod powieki dostał się siarczan sodu. Zaczęło ją piec. Z oczu wypływała przezroczysta substancja, co tylko spotęgowało przerażenie kobiet i uciechę dzieci próbujących uwolnić się spod powłoki ochronnej.

– Monroe wydziela ciecze! – piszczały oczarowane niecodziennym widokiem.

Wtedy pojawiła się stara Marlowe. Zdyszana i zziajana, ledwie łapiąca oddech. Już wtedy miała problemy z ciśnieniem, nie powinna była tak biec. Su bała się na nią spojrzeć, sądziła, że i tym razem dostanie burę. Jednak Marlowe, nie oglądając się na pozostałe kobiety, chwyciła zdezorientowaną córkę w ramiona i pozwoliła, by ich klatki piersiowe się zetknęły, co wywołało jeszcze większe poruszenie niż krwawiące kolano Su. Kobiety zamarły, a Marlowe, uprzedzając jakiekolwiek ich działania i zamiary, stanowczym głosem powiedziała:

– Wasza w tym głowa, żeby dzieci zapomniały o wszystkim, co się tutaj wydarzyło.

Su wcale nie wydało się to skomplikowane, gdyż każde dziecko, zgodnie z dyrektywą o powszechnym nakazie memoryfikowania, miało aktywny system memory.05 albo, jak w przypadku Latynosów, memory.06, i bez trudu można było manipulować jego pamięcią. Co prawda sporo mówiło się o efektach ubocznych, jednak żadna z kobiet nie zaprotestowała. Dostawy stewii w tych czasach były na wagę synsetu.

Stara Marlowe, nie bacząc, że ktoś może udokumentować fakt nawiązania kontaktu cielesnego, delikatnym ruchem dłoni uniosła brodę córki tak, że ich oczy znalazły się na jednej linii. I wtedy Su spostrzegła, że w kącikach oczu matki także pojawiły się błyszczące drobiny przezroczystej substancji. Już chciała krzyknąć, by dać wyraz zdziwieniu, ale stara Marlowe, przysuwając palec do wąskich ust, nakazała spokój. Su pomyślała, że są jednakowe, i aż wzdrygnęła się na tę myśl. Nie dawało jej spokoju jeszcze to, że Marlowe patrzyła na nią jakoś inaczej, tęczówki nie były tak wyraźne, a zacięcie, które notorycznie szpeciło jej twarz, ustąpiło miejsca czemuś, czego Su nie potrafiła zdefiniować.

– Udało się, Su – tu stara po raz pierwszy i ostatni w życiu zwróciła się do niej po imieniu. – Udało się… – powtórzyła z rozrzewnieniem i prawie zgniotła korpus dziewczynki, której ręce wisiały bezwładnie wzdłuż ciała i nie potrafiły odwzajemnić gestu kobiety.

Po powrocie do domu, Marlowe uroczystym tonem obwieściła Garbo, że Monroe wydziela ciecze, co ta skwitowała dwoma słowami:

– Nienawidzę cię! – Odwróciła się na pięcie i uciekła do sypialni.

Następnego dnia przypadały dziesiąte urodziny Monroe i to właśnie wtedy uhonorowano ją puchową pierzyną.

– Wielkie rzeczy – próbowała bagatelizować Garbo. – Kto by chciał nurzać się w gęsim puchu? Osłona termiczna jest dużo wygodniejsza i nie wymaga tyle zachodu – kontynuowała lekceważąco, ale gdy usłyszała głośne „apsik!” siostry, znowu uciekła na górę.

Stara Marlowe miała już pewność, że mała Su, bo tak nazywała ją w myślach, pomimo nieszczęsnych programów, którymi musiała ją faszerować, pokonała wirus postępu i wszystko jest na dobrej drodze, by osiągnąć cel. Garbo przestała dla niej istnieć. Marlowe kontrolowała jedynie uprawy stewii i zasilała konto starszej córki, przypominała też o napędzaniu cumulusów. Su awansowała na najważniejszego członka rodziny, a każde jej „apsik” i wydzielanie substancji były skrupulatnie notowane w papierowym brulionie. Tak, stara Marlowe nigdy specjalnie nie martwiła się o środowisko. Su natomiast poczuła się wyobcowana jak nigdy wcześniej.

Garbo już nie zabierała jej na plantację, w ogóle nie zwracała na nią uwagi. I choć Monroe raz przyłapała ją na tym, jak wtula się w puchową pierzynę i próbuje kichnąć, Garbo pozostawała obca i daleka. Inne dziewczynki widziały w niej bohaterkę, jednak skutecznie je izolowano, co utwierdziło Su w przekonaniu, że stara Marlowe wyrządziła jej wielką krzywdę, czyniąc na swoje podobieństwo.

 

Moment, kiedy starej Marlowe wydawało się, że osiągnęła sukces, okazał się początkiem buntu stworzenia przeciwko twórcy. Wszystko to, na co pracowała ponad dwie dekady, miało bezpowrotnie skończyć się na komendę „Dietrich”. Znienawidzona córka pozbawiła zmęczoną Marlowe szansy na spokojną śmierć w poczuciu dobrze spełnionego obowiązku. Teraz leżała w przezroczystej komorze wypełnionej formaliną, bez szansy na to, że któraś z córek w ciągu najbliższych dwudziestu lat zaszczyci ją wizytą.

– Musisz mi coś obiecać, Monroe – wyszeptała na chwilę przed wiekuistym zaśnięciem Marlowe.

– Dobrze, wolisz umowę przez ajfa czy tradycyjną? – zapytała Monroe bez nuty zainteresowania.

– Nie chcę umowy. Obiecaj mi coś. – Wsparła się na łokciach i ruchem głowy dała znać, by dziewczyna przysiadła na łóżku. Siwe, splątane pasma zasłaniały pół twarzy staruchy, końcówki włosów bezceremonialnie zaczepiły się w prawym kąciku ust. Su wydało się to zabawne, matka wyglądała jak mała dziewczynka żująca warkoczyk, tyle że rumiany policzek przecinały głębokie zmarszczki. Głębokie na tyle, że w niektórych szczelinach zebrało się trochę brudu. Jakie to obrzydliwe – pomyślała Monroe i pierwszy raz ucieszyła się z zakazu kontaktów cielesnych.

– Słucham – odrzekła oschle.

– Obiecaj mi… – zaczęła matka, ale włosy przeszkadzały jej w mówieniu. Drapały w gardło tak, że zaczęła kasłać.

Su zastanawiała się, czy nie pomóc starej, ale wstręt wziął górę. Udawała, że nie słyszy paroksyzmowego kaszlu, potem, że nie widzi dramatycznych prób wyplucia skołtuniałego warkocza. W końcu nie wytrzymała. Zaczęła przechadzać się po pokoju, od łóżka do okna, i z powrotem. I tak cztery razy. Marlowe  przypominała wyjętą z wody rybę. Miotała się,  napinała mięśnie, wszystko na nic. Trzeba było przejść na stronę cywilizacji i trochę się podrasować – pomyślała triumfalnie Su. Była już tak zdegustowana kaszlem matki, że wzięła z nocnego stolika pióro i powolutku, drżącą ręką wyciągnęła sfilcowany warkocz. Uważała przy tym, by stara nie capnęła jej zębami, przecież była zdolna do wszystkiego!

– No, co mam obiecać? – zapytała z drwiną, patrząc na trzęsące się ciało staruchy. Z pióra, które nadal trzymała w dłoni, spłynęła resztka śliny. Kiedy zdała sobie sprawę, czym oblepiona jest jej ręka, zamachnęła się mocno i posłała wieczne pióro Watermana do diabła. – Czego ode mnie chcesz? – powtórzyła ze złością, wycierając rękę o powłokę termiczną otulającą kobietę. Miejsce na skórze, gdzie zagościła wydzielina starej Marlowe, paliło jak lampy zdrowotne pani Solaris. Ale Su była zdrowa i nie potrzebowała terapii. – Zaraz…– powiedziała, wybiegając do łazienki. Stara zdążyła jeszcze chwycić ją za rękaw, jej spojrzenie prosiło o uwagę. – Nie teraz! – warknęła Su, wyszarpując rękę.

Kiedy po odkażeniu dłoni w nieozonującm promienniku bakteriobójczym Puritec HSV G.12 wróciła do sypialni, stara leżała jak poprzednio. Z tą tylko różnicą, że nie mrugała powiekami. Jak nic, umarła – przeszło przez myśl Su. Ale stara Marlowe żyła. Błagalnym gestem przywołała Monroe do siebie i ostatkiem sił, które trzymała chyba na tę okazję, wycharczała:

– Obiecaj, że zapomnisz. – Po czym wydała skrzekliwy dźwięk i uszła z niej ta resztka życia, której tak nienawidziła Su Monroe. Spod powiek staruszki wypłynęły dwie nabrzmiałe łzy, swoje koryto znalazły w najgłębszych zmarszczkach, wymywając drobiny brudu.

– To obrzydliwe – powiedziała, wykrzywiając usta, Monroe i nakryła matkę płaszczem antyseptycznym, a potem spokojnie powiadomiła paramedyka. Tak będzie dobrze – powtarzała sobie w duchu.

Teraz, kiedy siedziała sama w pustym domu, nie wiedziała od czego zacząć. Poza panem Wattsem, matka była w otoczeniu Su jedyną osobą, której zdarzyło się umrzeć. Tak, zdarzyło się umrzeć. Matki wszystkich koleżanek żyły i miały się całkiem dobrze. Szlifowały paznokcie, napędzały cumulusy, licytowały się między sobą, która wszczepiła sobie nowszą wersję IZIS albo Afrodyty, krótko mówiąc, czerpały z życia garściami. Su miała do nich niebawem dołączyć.

Uświadomiła sobie, że powinna uporządkować dom. Nie mogła pozwolić, by ekipa archeologiczna z Instytutu Woolleya wtargnęła do ostatniej ostoi tradycji w City i pobrała bez pokwitowania meble i bibeloty, przez lata wyszukiwane przez starą Marlowe na pchlim targu. Właściwie dlaczego nie mogła? Dom rodzinny nie kojarzył się jej dobrze. Przerażająca liczba źle dobranych sprzętów, o które nieustannie się potykała, przedmioty, które musiała wycierać z kurzu, uważając, by niczego nie upuścić czy zniszczyć, wszystkie te szmaciane lalki z porcelanowymi buziami, te jajka zdobione kolorowymi kamieniami, te świecące obrazki przedstawiające świętych przypominały Monroe o chorobliwej pasji matki. Nawet te pióra, o właśnie, pióra!

Marlowe nigdy nie pozwalała córkom wchodzić do pokoju na poddaszu, gdzie przechowywała kolekcję wiecznych piór. Tak bardzo broniła jego tajemnicy, że wbrew swoim przekonaniom zamontowała tam zabezpieczenie. Nie byle jakie zresztą. Wszystkie zamki biometryczne to były przy nim eksponaty z muzeum. Miesięczne dochody z dystrybucji stewii i pism Christophera zasiliły konto techników z laboratorium przy Hawking’s Street, którzy poświęcili całą godzinę na zainstalowanie najnowszego oprogramowania na niepozornie wyglądających drzwiach.

Su za życia matki nie odważyła się nawet dotknąć tych drzwi, nie mówiąc już o wejściu do zagadkowego pokoju. Teraz jednak  nie czuła strachu. Przez lata podglądały z Garbo starą Marlowe, gdy ta nocą wspinała się po skrzypiących schodach na poddasze. Aura tajemniczości miała się wreszcie rozwiać.

Su nie przewidziała tylko jednego. Nie miała klucza. Trzy razy spluwała na skaner i trzy razy dostawała odmowę. Profil niezgodny. Profil niezgodny. Profil, cholera, niezgodny! A przecież miała być wierną kopią starej Marlowe, kalką, jak to się kiedyś mówiło, no klonem wręcz, jak Dolly. Ale nie, nawet to starej nie wyszło! Ślina Su nijak się miała do wzoru pozostawionego przez matkę. Obrzydliwego wzoru – przemknęło przez głowę Su, po czym mimowolnie wytarła rękę, na której niedawno zagościła ciecz matki. I właśnie w tej chwili Su Monroe doznała olśnienia.

– Ty przebiegła starucho! – krzyknęła podekscytowana. – Wiedziałaś! – krzyknęła raz jeszcze, pełna podziwu dla inteligencji matki.

Pióro Watermana, którym Su rzuciła z taką pasją, zanim matka zdążyła wydać ostatnie tchnienie, mogło okazać się najcenniejszą rzeczą, jaką kiedykolwiek trzymała w dłoniach. Sypialnia Marlowe przypominała muzeum albo raczej muzealny magazyn, gdzie zapomniane eksponaty czekają na lepsze czasy. Sterty książek, encyklopedie, czasopisma datowane na XXI wiek, no i oczywiście rękopisy Christophera, zajmowały największą część pomieszczenia. Pióra nigdzie nie było. Ciężkie aksamitne kotary skutecznie odcinały promienie słoneczne, a łoże w stylu empire odstraszało liczbą poduch i narzut. To na nie mamusia wydawała całe oszczędności – pomyślała nie bez złości Su i z impetem kopnęła figurkę małpy Mizaru, która w zderzeniu z mosiężnym kandelabrem odzyskała wzrok, jednocześnie tracąc dwie łapy. Zabawne – pomyślała Su – zmusiłam małpę do patrzenia. I kiedy miała właśnie podnieść Mizaru i wrzucić ją do otworu kliningowego, dobiegł ją stukot kołatki. Ktoś tam na dole bezlitośnie uderzał łbem złotego lwa o mahoniowe drzwi.

– Witaj, Monroe –  powiedziała siostra Key i nie czekając na zaproszenie, weszła do środka.

– Dzień dobry, siostro – odpowiedziała zaskoczona Su. Siostra Key nigdy wcześniej ich nie odwiedziła.

– Mam mało czasu i niewiele mogę wyjaśnić – uprzedzając pytanie, zaczęła urzędniczka. – Bee zostawiła dla mnie prezent. Chciałabym go odebrać.

– Bee? – powtórzyła oniemiała Su. Urzędniczka z domu pogrzebowego i matka były po imieniu?! Prawo zabrania kontak…

– Nie powinnaś się dziwić. Nie wszystkim pasuje ten porządek. – Wskazała dłonią domy sąsiadów i trasę ruchu powietrznego. – Nie dostałam jeszcze stewii.

– Przyszła pani po stewię? – Su nie potrafiła opanować zaskoczenia, a wyraz zwątpienia i zdezorientowania na stałe zagościł na jej twarzy.

– Przy okazji. Chodźmy do sypialni Bee – poleciła siostra Key, a sposób, w jaki wymówiła imię starej Marlowe, świadczył o tym, że nie robiła tego drugi raz w życiu.

Su potulnie wprowadziła ją do zaciemnionego pokoju. Dopiero teraz zauważyła, że panuje w nim potworny zaduch, nie mówiąc już o bałaganie.

– Bee jednak miała rację. – Siostra Key pokiwała znacząco głową. – Wiedziała, że tak będzie. – Tym razem z wyrzutem spojrzała na Su, ale grymas niezadowolenia po chwili ustąpił. – To jest moje. – Wskazała palcem na małe puzderko, którego Su nigdy dotąd nie widziała. Obłożone było purpurowym atłasem i przypominało opakowanie jubilerskie.

– Nie wiem, skąd to się tutaj wzięło – próbowała tłumaczyć się Su, choć siostra Key nie oczekiwała żadnych wyjaśnień.

– T o , jak się wyraziłaś, leżało tu od lat – ucięła siostra. Purpurowe zawiniątko zniknęło w czeluściach jej fluorescencyjnego fartucha. – I podnieś to pióro. – Wskazała na granatową końcówkę wystającą spod fałdy zasłony. – To cenny egzemplarz. Do widzenia, Monroe.

Su nie zdążyła otworzyć ust, w jej głowie trwała gonitwa myśli, obrazy nakładały się jeden na drugi, wizje i wspomnienia mieszały się jak w kalejdoskopie. Siostra Key. Orędowniczka nowoczesności, gorliwa wyznawczyni teorii idealizacji, tropicielka i tępicielka wszelkich oznak tradycji. Czy to możliwe? W domu jej matki?! Z jej matką?! Tą matką?! Nieważne – pomyślała Su i machnęła ręką, w której trzymała najcenniejsze pióro świata. Nie czuła już odrazy.

Po trzech minutach i dwóch procesach chemicznych ślina Bee Marlowe odblokowała zamek i Su wkroczyła do świata, w którym przez kilkadziesiąt lat ukrywała się jej matka. To, co ukazało się jej oczom, zupełnie ją zaskoczyło. Nie było śladu staroci: ani starych mebli, ani obrazów, nic. Tylko metalowe szafki wypełnione równo poukładanymi pudłami. Kiedyś w takich pudłach przechowywano buty – skojarzyło się Su. Wszystkie opatrzone zostały wodoodporną naklejką z imieniem i nazwiskiem oraz datą. Su pobieżnie przejrzała te stojące najbliżej, ale nazwiska nic jej nie mówiły.

– Gdzie to schowałaś? – zapytała na głos, choć wiedziała, że nie ma co liczyć na odpowiedź. – No gdzie?

I w tym momencie jej wzrok zatrzymał się na beżowym pudełku z napisem „Dietrich, Linda, 27.12.2407.”

Wreszcie. Tak długo skrywana tajemnica miała ujrzeć światło dzienne. Su ogarnęły strach i zwątpienie. Czy ma prawo grzebać w czymś, co zostało przed nią ukryte? I wreszcie: czy jest gotowa, żeby tę wiedzę posiąść?

Zawahała się. Odstawiła Dietrich na miejsce, tuż obok Garbo. Ach, Garbo ma na imię Helen, jak ładnie – pomyślała.

Tak bardzo pragnęła odnaleźć siostry. Teraz, kiedy miała okazję, targały nią wątpliwości. Nie wiedziała, jakie mogą być konsekwencje otworzenia pudełek. Przypomniała sobie historię Pandory, opowiadaną przed laty przez matkę. Czyżby ku przestrodze? A może na zachętę? Przecież, oprócz zła i nieszczęść, na dnie puszki Pandory była także nadzieja.

I klucz. Czy gdyby Marlowe chciała zachować w tajemnicy swój sekret, podarowałaby jej klucz?

Su usiadła zrezygnowana. Ukryła twarz w dłoniach, głowa ciążyła jej bardziej niż zwykle. Oddychała powoli, biorąc głębokie wdechy, jakby tlen mógł przynieść ukojenie. Jeszcze raz spojrzała na pudełka. Wyglądały imponująco: ustawione jedno przy drugim, tworzyły kolorowe puzzle, zachęcały do ułożenia układanki. Tylko jedno nie pasowało: było mniejsze od pozostałych, poprzecierane na rogach, zmatowiałe i wyblakłe. Marlowe często musiała do niego zaglądać. Su nie sprawdziła naklejki, wiedziała czyje imię stara wypisała koślawymi literami.

– Najwyższy czas – szepnęła i ostrożnie wysunęła pudełko z regału.

Obawiała się, że w kontakcie z dłońmi rozsypie się w pył, ale to nie nastąpiło. Było lżejsze niż się spodziewała. Delikatnie uniosła wieko. Na sekundę zastygła w bezruchu. Zamknęła oczy i ponowie je otworzyła. Nie mogła uwierzyć. Stara Marlowe kolejny raz z niej zadrwiła. Pudełko w pudełku. Bardzo podobne do tego, które zabrała siostra Key. Tyle że w kolorze zgniłej zieleni i pokaźniejszych rozmiarów. Su obejrzała je z każdej strony, ale nie dostrzegła łączeń. Nie było też skanera. Spotkam się z siostrą Key wcześniej, niż sądziłam – pomyślała i zbliżyła pudełko do nosa, żeby sprawdzić, czy wydziela zapach.

Nie wyczuła nic szczególnego, mimo to gwałtownie kichnęła. Krople śliny wylądowały na poszyciu pudełeczka. Przez chwilę miała nadzieję, że i tym razem się uda, ale prezent do starej Marlowe nie odkrył swojej tajemnicy.

– Nic dwa razy… – powiedziała Su Monroe uśmiechając się lekko. Zielone pudełeczko spoczywało już bezpiecznie w kieszeni jej tarnamidowej sukienki.

 

Autor: Katja Tomczyk

 

fot. z archiwum autorki

fot. z archiwum autorki

Katja Tomczyk: wnuczka Leokadii, pomysłodawczyni eksperymentalnego projektu literackiego Wykup Słowo. Finalistka konkursów literackich: Międzynarodowego Festiwalu Opowiadania (2014), Konkursu Absolutnie Frywolnych Etiud Literackich KAFEL 2014 (Festiwal Himilsbacha), Literackiego Konkursu Tematycznego „Dreszcze” (2016). Publikowała w antologiach Nowe marzy (2014), Kafel (2014), Autostop(y) (2015).

 

 

Tags: , , ,

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *