MENU
typewriter-472854_1920

Choroby wielkich pisarzy

9. Dyplom Yad Vashem Sprawiedliwy wśród Narodów Światra - fot. Ignacy Strączek

Oficerki… historia Pawła Roszkowskiego odznaczonego medalem Sprawiedliwy Wśród Narodów...

18 kwietnia 2016 Comments (2) Views: 1073 Czytam

Prawą nogą

foto: daskerst

foto: daskerst

Tylko nie lewą nogą! Prawą, bo inaczej będzie nieudany dzień. I tak są nieudane, ale po co dawać pechowi dodatkową szansę. Pomalutku. Przewrócić się na lewy bok. Podeprzeć na łokciu i unieść. Ostrożnie. Żeby przy zbyt gwałtownym ruchu nie zakręciło się w głowie. Spuścić nogi na dywanik. Najpierw prawą! Jak trudno to wykonać, gdy wyjście jest na lewą stronę. Tyle razy mówiłam Jance, żeby przestawić ten cholerny tapczan. Sama nie dam rady. Ale ona wciąż tylko obiecuje.

Siedzę.

Stopami szukam kapci, najpierw oczywiście prawego. Taki piękny sen miałam. Długo nie chciałam go wypuścić spod powiek. Wiadomo, kiedy się otworzy oczy i w dodatku spojrzy w stronę okna, sen znika. Śniło mi się, że Marcel daje mi kwiaty. Wielki bukiet róż. Purpurowych. Wszyscy wiedzieli, że innych kwiatów nie znoszę. Kiedyś po spektaklu dostałam goździki. Cały kosz. Ledwo się powstrzymałam, by od razu na scenie nie odepchnąć go nogą. Może to był kto inny, wcale nie Marcel? Może. Sen uciekł. To nic, poczekam. Marcel mi się śni coraz częściej. W jednym z ostatnich snów kochaliśmy się jak szaleni. Obudziłam się podniecona, jakbym miała dwadzieścia lat, potem przez cały dzień na samo wspomnienie robiło mi się gorąco. Dziwne rzeczy wyczyniają z człowiekiem hormony, które podobno już dawno poszły sobie na emeryturę.

Wstaję.

Też powoli. Najpierw prawą! Parę kroków w stronę lustra. Nie zapalam światła, za oknem jest już dzień. Zawsze zostawiam roletę niedosuniętą, żeby wiedzieć, czy się rozwidnia. Na zegar nie patrzę. Nienawidzę zegarów. Rolety jeszcze nie podciągam, półmrok jest litościwszy niż ostre światło.

Ta kobieta z potarganymi włosami to ja. Nie patrzę jej w twarz. Wolę jasny połysk jedwabnej piżamy, który odbija się w lustrze. Wykonuję kilka wdechów, dziś tylko trzy. Potem trzy ostrożne wymachy rąk, trzy nóg, trzy niezbyt głębokie skłony. Wystarczy. Na karimacie nie będę się dzisiaj kłaść. Nie chce mi się.

Łazienka.

Prysznic brałam wczoraj, dziś sobie daruję. Tyle potem tego wcierania balsamu w skórę. Coraz trudniej sięgnąć ręką do pleców. Janki nie poproszę, to zbyt intymne. Nikt nie ma prawa widzieć ciała, na które sama już nie chcę patrzeć. Nikt. Niech zapamiętają je takie, jakim było kiedyś. W filmach, na fotografiach. Na scenie. To, które Marcel nazywał biologicznym majstersztykiem.

Lustra.

Marcel kochał oglądać moje zwielokrotnione odbicie, „tyle pięknych piersi i zgrabnych pośladków z każdej strony”, mówił. Teraz pewnie i on odwracałby głowę. Jak ja. Czy to możliwe, że kiedyś lubiłam na siebie patrzeć? Zimne, bezwzględne tafle! Osaczają mnie. Będę musiała powiedzieć Jance, niech coś z tym zrobi. Sama nie potłukę, to przynosi pecha. Tylko jedno lusterko mi teraz potrzebne. To okrągłe, na półeczce z kosmetykami do makijażu. Prezent od Janki. Może znów cały dzień przesnuję się w peniuarze, ale to jedno muszę zrobić. Twarz. Krem na dzień. Coraz tańsze te moje kremy. Wcieram byle jak, wklepywać też mi się nie chce. Puder. Podkład, potem sypki. Róż na policzki. Ostrożnie, żeby nie przesadzić. Światło w łazience jest słabe, Janka chciała wymienić żarówkę na silniejszą, ale się nie zgodziłam. Poradzę sobie. Powieki. Dziś ten nowy, jasny cień, też od Janki. Rzeczywiście trochę odmładza. Rzęsy. Byle nie zadrasnąć się w oko szczoteczką do tuszu, nie rozmazać. Tyle razy to robiłam, trafiam. Wczoraj było gorzej, trzykrotnie musiałam zmazywać i zaczynać od nowa. Brwi by się przydało poprawić u kosmetyczki. Może będzie ta Ewa, nie szefowa, to policzy mi taniej.

Trudno.

Nie miałam szczęścia jak Joanna, która po śmierci męża odziedziczyła jego majątek i teraz hula na całego. Wczoraj zadzwoniła i znów się chwaliła, ilu to ona ma adoratorów. Oczywiście młodych. Nimfomanka. Wiadomo, na co lecą, przecież nie na te przywiędłe wdzięki. Już jej nawet operacje plastyczne nie pomagają. Że nosi perukę, też wszyscy wiedzą. Ja nie muszę, włosy mam jeszcze całkiem do rzeczy. Wystarczy przeciągnąć szczotką. Tylko do fryzjerki się powinnam umówić, odrosty już na pół głowy.

Usta.

Konturówka. Czas najwyższy kupić nową, ta się zaraz skończy. Też prosiłam Jankę, zapomniała. Szminka. Zmarszczki naokoło warg wyglądają w lusterku jak rowy. Lepszy krem by się przydał, ale skąd na to wziąć. Już i tak mi Janka wyprzedała większość książek, zegarki i całą kolekcję płyt, bo starocie są znowu w modzie. Biżuterii od Marcela nie sprzedam za nic, choćbym miała głodować. Perfumy za uchem. Wciąż te same od lat. Marcel je uwielbiał. Spod ziemi potrafił wydobyć, bylebym nie zmieniała na inne. Miał gest.

Śniadanie.

Janka już pozmywała wczorajsze naczynia i zostawiła mi kanapki na talerzyku przykrytym bawełnianą serwetką. Kawa w termosie. Dzbanuszek z mlekiem. Znów zaparzyła zbyt słabą! Skoki ciśnienia, co za banał. Nie zrezygnuję z porannej kawy. Nigdy. Z Marcelem każdego rana tak zaczynaliśmy dzień. I czemu ona mi serwuje te okropne, blade pomidory z marketu? Ani to zapachu, ani smaku. Wolałabym ogórki w occie. Żołądek chwalić Boga mam zdrowy. Co za tłuk z tej Janki!

Zanim wróci z zakupami, zajrzę do gazety. Wczorajsza! Tyle razy Jankę prosiłam. Nie chce jej się rano przejść ten kawałek dalej, do kiosku. Przecież to na sąsiedniej ulicy, bliziutko. Za co jej płacę? Mówi, że teraz wszystko jest w Internecie. Wiadomości, filmy, telefon do rozmów, nawet książki do czytania. Mam komputer, kiedyś kupiłam, bo wszyscy mówili, jaki to postęp i że nie wypada nie mieć. Janka przy nim siedzi, gdy posprząta. Zamiast wziąć książkę do ręki!

Ja nie zaglądam.

Z początku próbowałam. Janka mi pokazała, co mam robić. Trafiłam na wzmiankę o „Pomarańczach z betonu”, akurat minęło czterdzieści lat od premiery. Ten redaktor napisał stek bzdur, zupełnie nie miał pojęcia, jaki to ważny film. Smarkacz. Najmocniej zabolała mnie uwaga, że gdyby nie Marcel, z pewnością rolę Luizy dostałaby aktorka lepsza ode mnie. Też coś! Jeszcze gorzej brzmiały komentarze tych tam, internautów. Szumna nazwa, a za nią ukryci jacyś zwyrodnialcy. Język z rynsztoka. Aż wstyd cytować, co pisali. Że zagrałam cienko i wyglądałam jak stara rura. Rurę jeszcze bym strawiła, ale dlaczego stara? Miałam trzydzieści pięć lat! Innych wypowiedzi nie przytoczę. Obrzydliwość. O Żydach, ruskich, straszne, ile w ludziach nienawiści. Kto pozwala na upublicznianie takich pomyj? Może nie byłam wybitną aktorką filmową, ale i o moich rolach pisano przyzwoicie. Mam pełne szuflady wycinków z gazet. Iwona na jednym raucie wysyczała mi, że Marcela wszyscy się boją, bo taki wielki partyjniak, dlatego nikt się nie ośmieli mnie skrytykować. Głupia alkoholiczka. O niej rzeczywiście pisali lepiej. Wiedziała, z kim się przespać. A jakie szopy odstawiono na jej pogrzebie! Jakie tłumy, jakie przemowy. Koleżanki z teatru, kiedyś gotowe utopić ją w łyżce wody, nad grobem w ciężkiej żałobie. Te welony, ciemne okulary, chusteczki przy oczach – zwłaszcza gdy kamera kierowała się w ich stronę. Widziałam w telewizji. Nie poszłam na cmentarz, nie zamierzałam brać udziału w tym cyrku. Nawet minister przemawiał. Ogłosił, że Iwonie przyznano pośmiertny medal. Ciekawe, za co.

Co ci młodzi mogą wiedzieć.

Marcel zrobił ze mną kilka filmów, lecz moim żywiołem był teatr. Jeden spektakl się tylko zachował, zrealizowany dla telewizji, niedawno przypomniany przez TVP Kulturę. Resztę moich aktorskich dokonań mam w wycinkach z gazet, zdjęciach, programach teatralnych. Janka je kiedyś tak „uporządkowała”, że do dziś mi słabo na samo wspomnienie. Od tamtej pory ma zakaz wstępu do mojej sypialni. Kiedy jest o coś zła, wypomina, że zarastam kurzem jak te szpargały. „Szpargały”! Jak śmie. To relikwie. Ale czego chcieć od garkotłuka.

Po co o tym myśleć. Tylko serce zaczyna się odzywać. Krople mi się kończą, będę musiała wysłać Jankę do apteki. Ona mówi, że powinnam się wybrać do lekarza. Na co mi lekarz? Czy ja nie wiem, co mi jest? Starość. Na to nie ma lekarstwa. Nie zamierzam się faszerować chemią. Ziółka wystarczą. Zawsze zresztą miałam końskie zdrowie. Ach, te przyjęcia. Wódeczki po każdej premierze. Te pozarywane noce, balety do rana… Kiedy to było?

„Jak jestem zła, to nie mówcie do mnie. Zostawcie mnie!” Grałam Maszę w „Trzech siostrach”. To ten spektakl. Żałowałam, że się skusiłam, by obejrzeć powtórkę, bo potem przez całą noc płakałam. Aż Janka, gdy przyszła rano, chciała wzywać pogotowie. Z trudem jej to wyperswadowałam, ale i tak przez parę dni nie mogłam dojść do siebie. Filmy Marcela w telewizji też czasem przypominają. Nie oglądam. Tamta wiotka dziewczyna z włosami na topielicę i kocimi czarnymi kreskami na powiekach to już od dawna nie ja. Nie lubię jej. Kocham tylko Maszę.

Czechowa mieliśmy w repertuarze przez dwanaście lat! Zawsze kwiaty, burza oklasków, owacje na stojąco. Wszystko się skończyło, gdy wywalili dyrektora za przynależność do starej nomenklatury i przyszedł ten nowy. Szczeniak, ledwo pięć lat po szkole. Jak się mądrzył, jak nas pouczał. Ile durnych zmian wprowadził! Wielu z ekipy pozwalniał, niektórzy sami zrezygnowali.

W dodatku Marcel wtedy się związał z tą siksą, którą wypatrzył na castingu do swojego nowego filmu. Primo voto Eugenia, ale na potrzeby filmowe „Eurydyka”. I do tego ptasi móżdżek. Żałosne! Ale gdy mężczyźnie bielmem zaklei oczy miłosny dur, nie ma ratunku. Tyle studentek filmówki i początkujących aktoreczek już przeszło przez łóżko Marcela, byłam pewna, że najpóźniej za miesiąc będzie po sprawie. Też nie zawsze byłam święta. Jednak to ja stworzyłam mu dom. Kupowałam krawaty. Gotowałam niedzielne obiadki, żeby miał jak u mamusi. Dołożył mi tak, że się już nie podniosłam. Skurwiel. Klęczał przede mną na kolanach i płakał, że tak mu ciężko mnie ranić, ale dopiero teraz kocha prawdziwie. Gówniarę, która mogłaby być jego córką!

Po Marcelu miałam jeszcze kilku, lecz nikomu już nie ufałam. „Mnie się zdaje, że człowiek powinien być wierzący, przynajmniej powinien szukać wiary, bo inaczej pustka, pustka… Żyć i nie wiedzieć, po co lecą żurawie, po co rodzą się dzieci, po co są gwiazdy na niebie… Albo trzeba wiedzieć, po co się żyje, albo to wszystko fraszka, funta kłaków niewarte”.

Ja żyłam dla teatru. I równolegle dla Marcela, przez długie lata. Dzieci nie mieliśmy. Chociaż mogliśmy. Tylko że najpierw on nie chciał, potem ja. Ten pierwszy raz się zdarzył na początku naszego związku, gdy Marcel szalał, nosił mnie na rękach, zasypywał kwiatami. Moja kariera właśnie nabierała rozpędu, lecz to nie miało znaczenia. Liczyło się tylko to, że zostanę matką. Euforia trwała dwie godziny, od mojego wyjścia z gabinetu lekarza do powrotu Marcela z planu. Nie dostałam bukietu róż. Nazajutrz, w tym samym gabinecie, było po wszystkim. Potem jeszcze dwukrotnie. I to ja już decydowałam. Wykreśliłam na zawsze dziecko ze swojego życia. Coraz więcej grałam, nie chciało mi się szukać miejsca na pieluchy i smoczki. Skrobanka była wtedy tak banalna jak grypa. Nawet prostsza, najwyżej dwa dni leżenia w łóżku. Długo potem śniły mi się zakrwawione niemowlęta. Ale od dawna już nie mam takich snów. Może Bóg, jeśli jest, wybaczył mi.

Gorzko mi po tych kroplach. W lodówce pusto, muszę czekać, aż Janka wróci ze sklepu. Miała kupić sok. O czekoladkach pewnie znowu zapomni. Stale powtarza, że zamiast słodyczy powinnam jeść jabłka. Nie cierpię, od dziecka mam uraz. Zmuszam się. Tak samo jak do spacerów. Kolana mnie bolą i coraz mocniej utykam. Po co świat ma to widzieć. Niech mnie zapamięta tańczącą na plaży w „Pomarańczach”. Od Janki niedawno dostałam laskę, że niby tak będzie mi łatwiej. „Niech pani idzie na świeże powietrze, do parku, ja w tym czasie zrobię obiad”, zachęca. Chodzić o lasce. Jeszcze czego! Prędzej mnie na noszach wyniosą. Albo w trumnie. Do parku czasem wychodzę, pod wieczór. Kilka kroków tam i z powrotem. Wystarczy. Wcale potem lepiej nie śpię.

W ogóle mało śpię.

Czasem w dzień się zdrzemnę, może przez to. Na czytanie książek też nie mam specjalnej ochoty. Oczy mnie pieką po paru stronach. Okulary chyba za słabe. Trzeba będzie zadzwonić do okulisty, umówić się na wizytę. Znów wydatek. Ale nie mam zdrowia do tych kolejek w przychodni. Do tego czekania.

Na telefon już dawno czekać przestałam. W branży mówią, że jestem trudna. Że dziwaczę. Przed odejściem na emeryturę, gdy miałam jeszcze etat w „Klasycznym”, obiecywali, że będą pamiętać. Czasem faktycznie ktoś zadzwonił. Albo ja sama wydzwaniałam. Po starej znajomości zapraszali na castingi. Dawali jakieś ochłapy. Umęczone wielodzietne matki, sprzedawczynie w mięsnym albo windziarki. W teatrze też wtedy grałam same ogony. Jakie to było frustrujące. Ile razy piłam do lustra. To nie są dobre wspomnienia. Naprawdę z ulgą się z „Klasycznym” pożegnałam.

Jankę znam stamtąd. Przepracowała kilka lat w teatralnym bufecie, ale ją zwolnili w ramach oszczędności. Teraz przychodzi do mnie. Codziennie oprócz niedziel, na kilka godzin. Zgodziła się, mimo że płacę jej grosze. Może i tłuk, ale serce złote. Obiady jemy razem, opowiada mi, co tam na mieście. Zawsze gotuje tyle, żeby starczyło jeszcze dla męża. On na bezrobociu, więc w domu mizeria. Ich dziecko w szkole, tam je. Dobra kobieta z tej Janki. Owszem, przyznaję, szczęściara. Nie jest sama. Ale jej nie zazdroszczę, bo czego? Kłopotów? Martwienia się o bliskich? Nie mam nawet kota, nie będę musiała po nim płakać.

I nikt nie będzie płakał po mnie. A przeze mnie kiedyś płakał niejeden. Zanim poznałam Marcela, miałam opinię łamaczki męskich serc. Niedawno ktoś z produkcji serialu telewizyjnego, tej głupiej „Miłości bez wzajemności”, sobie o mnie przypomniał. Zaproponowano mi rolę, rólkę właściwie. Poprosiłam o scenariusz. Żenujące, kompletnie to się kupy nie trzymało. Jakaś wariatka pałętająca się po krzakach, stuletnia jędza, której boją się w całej wsi i która nagle zyskuje moc uzdrawiania. Tekstu ze trzy słowa na krzyż, co najwyżej bezzębny bełkot. Odmówiłam. Nie zamierzam, choć gaża wcale, wcale, tak się poniżać. Janka pukała się w czoło. Niech się puka, na zdrowie. Nie wszystko jest na sprzedaż. Jeśli już, wolałabym zagrać w reklamie „Corega Tabs”, ale odrzucili mnie z miejsca. Jestem za stara. Choć zęby wciąż mam swoje.

Chyba faktycznie się zdrzemnęłam. Nie słyszałam, jak Janka wróciła, dopiero stuk garnków mnie obudził. Pomidorowa dziś będzie na wczorajszym rosole i naleśniki ze szpinakiem. Janka pilnuje, żebym porządnie jadła. Apetyt dopisuje mi średnio, lecz przywiązałam się do tych regularnych posiłków. Aż dziw, bo kiedyś wystarczyło skubnąć byle co w biegu. Za to w niedziele celebrowaliśmy z Marcelem te domowe obiady. Albo szliśmy do dobrej restauracji. Ciekawe, czy mu ta dziumdzia Eurydyczka też gotowała rosołek.

Co mnie to zresztą obchodzi. Ledwie po dwóch latach puściła go w trąbę. Wyjechał na emigrację, tam próbował coś zrobić. Z miernym skutkiem. Do kraju już nie wrócił. Dziś go nie ma wśród żywych. Kiedyś marzyłam, że na emeryturze będę podróżować. W planie miałam najpierw Hiszpanię. Walencję, on tam jest pochowany. Chciałam zanieść kwiaty na jego grób. Białe róże. Nie pojechałam. Za co? Czasem tylko mi się śni, że tam jestem. Na hiszpańskiej plaży. Z nim. I te róże dostaję od niego. Ciemnoczerwone.

Janka nie będzie dziś ze mną jadła obiadu. Śpieszy się, musi odebrać syna ze szkoły, bo mąż wyjechał na rozmowę w sprawie pracy, może podpiszą z nim umowę. Samej nie chce mi się siedzieć przy stole. Może na kolację sobie odgrzeję te naleśniki. Jakoś nie mam ochoty na jedzenie.

Włączam telewizor. Kanał za kanałem, wszędzie tylko reklamy. Może coś będzie wieczorem w programie, jakiś dobry film. Na razie przejrzę gazetę. Też masa reklam. I króciutkie tekściki, jak dla półgłówków, żeby się przypadkiem nie zmęczyli czytaniem. Wszystko psieje. Lepiej książkę poczytać.

„Lalkę” na przykład. Jaka ta Łęcka była niemądra. Ale i nieszczęśliwa. Ofiara swojej sfery. Też to graliśmy przez parę sezonów. Miałam chrapkę na rolę Beli, jednak dostała ją Iwona. Ja byłam Wąsowską. Równie ciekawa postać, niestety w adaptacji mocno ją okroili. Rzeckiego zagrał Julian. Mistrzostwo świata. Dostał za tę kreację nagrodę państwową. Całą obsadę wtedy chwalili, nawet mnie w tym epizodziku dostrzeżono. Mam te recenzje w szufladzie, często do nich wracam.

Rzecki mnie kiedyś śmieszył. Stary pierdoła. Dziś mnie wzrusza. Już od wielu lat jestem starsza niż on. Coraz starsza. Od prezesowej Zasławskiej także.

Za oknem wczesny zimowy wieczór. W telewizji jednak nie będzie nic ciekawego. „Lalki” też dość, oczy mnie bolą. Trzeba odsmażyć te naleśniki, trochę jednak zgłodniałam. Marcelowi by smakowały. Uwielbiał naleśniki, zwłaszcza na słodko, z wiśniową konfiturą. Rozczulało mnie, ile potrafił zjeść, łakomy jak małe dziecko. Mówił, że smażę najlepsze naleśniki świata.

Znów mi się serce tak głupio tłucze. Herbatę sobie zaparzę. Albo melisę, po niej lepiej się śpi. A może by zadzwonić do kogoś, pogadać. Nie. Ludzie nie słuchają, chcą tylko mówić i mówić, o byle czym. Już mam coraz mniej cierpliwości do wysłuchiwania cudzych historii. Lepiej pozmywam po kolacji. Ale nie wiem, gdzie Janka odkłada gumowe rękawiczki. Szkoda rąk.

Łazienka.

Niewiele mam trudu z rozebraniem się. Cały dzień znów przesiedziałam w szlafroku. Tylko makijaż zmyć i trochę się ochlapać. No i zęby wyszorować. Dentysta też by się przydał. Może w przyszłym miesiącu, teraz nie dam rady. Od jutra się poprawię. Ubiorę. Wyjdę gdzieś. Może Martusię odwiedzę, kiedyś mnie dublowała. Ona też na emeryturze, wnuki bawi. U nich zawsze straszny gwar, nie wytrzymuję dłużej niż godzinę, ale Marta taka miła, zaprasza, no i ciasta piecze wyborne, zwłaszcza serniki.

Rzeczywiście powinnam jeść mniej słodyczy. I więcej ćwiczyć. Zmuszać się, mimo że trzeszczy w kościach. Jeszcze w ubiegłym roku moje poranne fikołki trwały co najmniej kwadrans. Spróbuję przynajmniej pięć minut dziennie. Od jutra…

Tapczan.

Co za głupi wynalazek! To codzienne chowanie pościeli i wieczorne wyjmowanie. Muszę sobie zamówić porządne łóżko. Tylko za co? Z Marcelem mieliśmy takie staroświeckie łoże małżeńskie, piękną pościel, haftowaną narzutę. Śmialiśmy się, że to drobnomieszczańskie, ale jak miło się w tym łożu figlowało! Może znowu mi się przyśni…

Najpierw prawa noga. A lewy kapeć odrzucony kawałek dalej. Żeby rano się nie pomylić! Powoli się układam. Szczelnie otulam kołdrą. Zimno mi, zwłaszcza w stopy, choć mam na nich grube skarpety. Minie dużo czasu, nim się rozgrzeją i wreszcie usnę.

Nie klepię żadnych zdrowasiek. Do kościoła też nie chodzę. Marcel był zagorzałym ateistą i ja tak przy nim. Zresztą nie znoszę klechów, wszędzie się teraz panoszą. Czasem tylko wstępuję do kościoła, gdy jest w nim pusto. Na parę minut, żeby posiedzieć w ciszy. Nie modlę się, po co Panu Bogu nie do końca nawrócona grzesznica.

Może ja tak kiepsko sypiam ze strachu, że się już nie obudzę? Gdy nadciąga sen, coraz silniej dławi mnie uczucie, że wpadam weń jak do czarnej dziury, z której nie można się wydostać. Choć właściwie… Chciałabym umrzeć we śnie. Bardzo się boję choroby. Cierpienia, bólu, szpitali. Ciekawe, kto mnie pochowa. ZUS daje zasiłek, ale komu? Nie mam żadnej rodziny. Może Janka, muszę wygospodarować jakąś sumę i jej zostawić, żeby nie miała kłopotu. Tylko niech broń Boże nie zdradzi nikomu! Jeszcze by tego brakowało, żeby mnie mieli fetować pośmiertnie, jak Iwonę, i pokazywać w telewizji. A zresztą wszystko mi jedno. Może mnie pochować nawet opieka społeczna. Jednego bym tylko chciała. Tam, po tej drugiej stronie. Znów spotkać Marcela. Boże, jeśli jesteś, spójrz przez palce na moje grzechy. Zdobądź się na gest. Tylko niech się tam nie pałęta żadna Eurydyczka! Nie wiem, czy w życiu po życiu serce może pęknąć z rozpaczy, ale moje pękłoby z pewnością. Co ja znowu wymyślam? Przecież nie śpieszy mi się. Jeśli mamy się spotkać w lepszym świecie, nie muszę się rozpędzać już dziś. Zdążę. Po co się zawczasu denerwować. Miałam Jance powiedzieć o tych kroplach, ale mi wyleciało z głowy. I o konturówce. I żeby tapczan przestawić.

Jutro powiem.

Jeśli znów nie zapomnę.

 

 Autor: Hanna Bilińska-Stecyszyn

 Autor zdjęcia: daskerst, flicker.com, CC-BY 2.0 (https://creativecommons.org/licenses/by/2.0/pl/)

 

fot. z archiwum autorki

fot. z archiwum autorki

Hanna Bilińska-Stecyszyn, „staroświecka jak przecinek” pisarka domowa znad Arianki.

Debiutowała  (w r. 2015) opowiadaniem „Historia czterotomowa” w tomie opowiadań „A wszystko przez tę książkę. https://www.e-bookowo.pl/bestsellery/a-wszystko-przez-te-ksiazke.html

Blogerka. www.kobietadomowa.worpress.com

Miłośniczka spływów kajakowych.

Tags: , , ,

Komentarze do Prawą nogą

  1. Hanna pisze:

    Dziękuję za redakcję tekstu, podoba mi się. :)

  2. Piotr pisze:

    Bardzo mi się podoba.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *