MENU
ao2

Dni ciepłem pachnące – poezja Katarzyny Pawłowskiej

11157352_10203838764929824_5873895351510628306_o

Zmęczona tęsknota – poezja Joanny Wicherkiewicz

12 września 2016 Comments (0) Views: 687 Czytam, Opowiadania

Poza konkursem – opowiadanie Hanny Bilińskiej – Stecyszyn

pxMajowy deszcz rzucił mnie w twoje ramiona. Nie można sobie wymarzyć banalniejszego – i piękniejszego początku. Spodobałby się każdemu, kto wierzy w romantyczną miłość.

Zawsze kochałam deszcz. Od dziecka lubiłam taplać się w kałużach. Deszcz mnie pieścił, łaskotał po nosie i policzkach, rozśmieszał i pocieszał.

Deszcz stanowił nieodłączny składnik spacerów po lesie, gdy trzymałam cię mocno za rękę, chłonąc całym ciałem każde twoje słowo, gdy tuliłam się do ciebie pod naszym drzewem. Z jego konarów i liści pojedyncze wielkie krople kapały mi wprost do serca.

Był naszym hasłem miłości. Niezależnie od pogody, nawet w pełnym słońcu, wystarczyła jednowyrazowa wiadomość od ciebie, „pada”, bym natychmiast ruszała biegiem, niemal na oślep, rozgorączkowana, spragniona twoich pocałunków. Jedno piknięcie telefonu i sto uderzeń serca.

Dziś deszcz przynosi mi ulgę. Spłukuje łzy.

 

 

***

 

Nie szukałam cię. Nie chodziłam do kawiarni, klubów, pubów, żadnych z tych miejsc, gdzie można kogoś poznać. Włóczyłam się po mieście sama. Leczyłam się w ten sposób z miłości. Leczyłam – nie pragnąc wyzdrowieć. Byłam hipochondrykiem, który wciąż przedłuża stan niemocy, bo jeszcze bardziej niż choroby boi się kompletnej pustki po wyzdrowieniu.

Moja choroba, której dni skrupulatnie odliczałam, trwała pięć lat, siedem miesięcy, osiem dni, jedenaście godzin i około pięciu minut. Właśnie kończył się kolejny jej dzień, gdy szłam ulicą i znowu się rozpadało. Było bardzo ciepło jak na początek maja, strugi wody przyjemnie chłodziły mi twarz. Po kilkunastu krokach zatrzymałam się na chwilę, by jednak otworzyć parasol. Mój wzrok padł wtedy na wielki afisz w witrynie, „Konkurs jednego wiersza. Wejdź, przeczytaj, posłuchaj, zamyśl się, uśmiechnij, wzrusz…”. Tylko i aż tyle. Niebieskie i zielone litery na afiszu przypominały warkocze deszczu. Musiałam wejść.

W kawiarni panował półmrok. Minęło kilka sekund, zanim moje oczy się przyzwyczaiły. Chłopak siedzący tuż przy drzwiach wstał i uścisnął mi rękę.

– Na konkurs? – spytał. – Muszę cię odhaczyć, który masz numer?

– Tak. To znaczy ja… Nie, nie, ja tylko… Nie ma mnie na liście. Chciałam tylko posłuchać.

– Naprawdę? – Zrobił przesadnie zdziwioną minę i uśmiechnął się. – A wyglądasz na poetkę.

– Raczej na zmokłą kurę – mruknęłam. Marny żart, nigdy nie byłam w tym dobra. Ale chłopak zignorował sprawę mojego wyglądu, widać w temat wizerunku ekscentrycznych poetów miał wkalkulowane dużo większe przegięcia niż liche, mokre włosy przylgnięte do policzków i rozmazany tusz na rzęsach.

– To nic, że nie ma cię na liście, jesteśmy otwarci. Przecież nie chodzi o laury, miejsca, ilość dyplomów. Emocje się liczą. Możesz zaprezentować swój wiersz poza konkursem. To jak? – nalegał.

– Nie… Dziękuję, ale chyba nie. Wolę słuchać.

– Jak chcesz. Na wszelki wypadek – jak masz na imię?

– Anna.

– A ja Paweł. Anno, zatem jeśli się zdecydujesz, daj mi znać. Trzymam kciuki!

Miałam swój wiersz. Wiersz o mojej chorobie. O rozpaczy po wielkiej miłości. Nawet obudzona z najgłębszego snu potrafiłabym go bezbłędnie zadeklamować. Niechby, jak głosił afisz, posłuchali, zamyślili się, uśmiechnęli, wzruszyli… Kiedyś przecież, jeszcze w podstawówce, wygrywałam konkursy recytatorskie. Mogłabym wejść na estradkę koło baru, na której, jak się domyślałam, nastąpić miały prezentacje. I otworzyć usta.

Zawsze nosiłam ten wiersz przy sobie. W sobie. Ale wiedziałam, że nigdy się nie odważę go zaprezentować. Nikomu.

Usiadłam na wolnym miejscu pod ścianą. W kawiarence było już dużo ludzi, panował gwar, z głośników sączyła się delikatna muzyka. Wtedy spostrzegłam ciebie. Otaczał cię wianuszek dziewcząt i chłopców. Wśród nich ani jednej zmokłej kury. Wszyscy piękni, barwni i głośni. A jednak to z moimi oczami spotkały się twoje. W jednej sekundzie poczułam, jak ustępuje moja choroba.

I zaczyna się nowa.

 

 

***

 

Pierwsza miłość, której kres właśnie nastąpił, poraziła mnie, gdy rozpoczęłam naukę w liceum. Stało się to 5 września na pierwszej lekcji polskiego. Za oknem właśnie przestał padać deszcz i niebo rozjaśniło się niezwykłym blaskiem, jakby chciało w ten sposób uświetnić chwilę, w której doznam porażenia. Jedno spojrzenie wystarczyło, bym poczuła skurcz serca, a po kilku minutach miałam pewność: między biurkiem a tablicą, w promieniach sączącego się zza szyb wrześniowego słońca, na wprost mnie stoi mój ideał. Pod koniec lekcji znów się rozpadało. Już wiedziałam, że to znak. Ulewa, która rozstukała się na parapecie, uderzała prosto w moje serce. Znów banał. Co poradzę, że tak było?

Zauroczenie przerodziło się w fascynację, która wkrótce osiągnęła bezmiar oceanu. Po kilku tygodniach głębię moich uczuć i pragnień przelałam na papier i po lekcji, wychodząc z gabinetu jako ostatnia, bez słowa położyłam list na nauczycielskim biurku, po czym uciekłam na korytarz. To był piątek, nie wiem, jak udało mi się przeżyć weekend.

W poniedziałek po wyjściu wszystkich uczniów znowu zostałam w klasie. Z nadzieją. To, co usłyszałam, ogłuszyło mnie. Było marnym ochłapem pociechy, a może bardziej próbą przywrócenia mnie do pionu. Zimnym prysznicem. Banałem o mojej wrażliwości i młodzieńczej egzaltacji. Podziękowaniem za zaufanie. Nazwaniem mojej wielkiej miłości typową relacją uczeń – mistrz, która bez wątpienia przejdzie mi jak grypa.

Znieważono moją miłość. Zostałam odrzucona. Skreślona.

Nie chciałam żyć. Miałam gorączkę i dreszcze, matka zapakowała mnie do łóżka. Nie wiedziała, że to z rozpaczy. Na trzeci dzień powiedziałam, że nie wrócę do szkoły. Że nie lubią mnie nauczyciele i dokuczają mi uczniowie. Rodzice chcieli iść do dyrektora na rozmowę, ale wmówiłam im, że po takiej interwencji już całkiem mnie w szkole zniszczą.

Po naradzie rodzinnej ulokowano mnie w Warszawie u ciotki. Rozpoczęłam rekonwalescencję. A właściwie pielęgnowanie choroby. Zrobiłam wszystko, by nigdy nie zdradzić prawdziwego powodu mojej ucieczki. Chociaż… Matka chyba się domyślała. Matki podobno mają przeczucia. Nie wiem. Nigdy nie będę matką. Choć tak bardzo chciałam.

 

 

***

 

Muzyka przycichła, Paweł ogłosił rozpoczęcie konkursu. Prezentowane wiersze nie zachwyciły mnie, zresztą słuchałam niezbyt uważnie. Dopiero twój… Piękny wiersz o marzeniu. Nasze spojrzenia skrzyżowały się. Miałam wrażenie, że mówisz tylko do mnie. Obłąkane bicie serca informowało mnie, że znowu tonę. Gdy wybrzmiały słowa wiersza, pojęłam, że to ostatnia szansa na ratunek, bo za chwilę będzie za późno. Niczym w transie ruszyłam w kierunku drzwi. Dziś myślę, że nie o ratunek mi szło. Przeciwnie, prowokowałam cię. Chciałam się przekonać. Sprawdzić.

– Zaczekaj. – Poczułam czyjąś dłoń na ramieniu. Twoją dłoń. – Dlaczego wychodzisz? Nie chcesz zostać do końca konkursu?

– Nie mogę. Jestem spoza. Muszę. – Choć te słowa z trudem przeszły mi przez ściśnięte gardło, już wiedziałam, że wyjdziesz ze mną. Na ulicy twoje palce dotknęły moich ust. W twoim mieszkaniu oddałam ci wszystko. I na zawsze.

 

Miłość spadła na nas jak majowy deszcz. Jakie to wyświechtane, banalne porównanie! Lecz tak właśnie było. Na całym świecie nie istniała osoba szczęśliwsza niż ja. I wspanialsza niż ty.

Nie umiałam sobie wyobrazić ani jednego dnia bez ciebie. Przestałam jeździć do domu. Rodzicom i ciotce wytłumaczyłam to nawałem zajęć na uczelni. Kiedy nadeszły wakacje i nie mogłam już dłużej kłamać, podjęłam decyzję, że im powiem. O tobie. I o mojej wielkiej miłości.

Najpierw słuchali w milczeniu. Potem zadawali dużo pytań. Rozmowa stawała się coraz trudniejsza. Wreszcie ojciec wybiegł z domu i wrócił dopiero późnym wieczorem. Pijany. Matka zamknęła się w pokoju i przez dwa dni nie chciała stamtąd wyjść. Zrozumiałam, że nigdy cię nie zaakceptują. Musiałam dokonać wyboru. Kiedy wyjeżdżałam z domu, ojca nie było. Matka przytuliła mnie bez słowa. Zrobiło mi się jej żal, ale silniejsza była radość, że po kilku dniach rozłąki znowu cię zobaczę.

 

Nasze wspólne życie było nieprzerwanym pasmem radości. Miałam staż w twojej redakcji, więc i w pracy, nawet gdy cię nie było w bezpośrednim zasięgu wzroku, wiedziałam, że jesteś obok. Przy mnie. Ze mną. Marzyłam o naszym dziecku. To przecież było do zrealizowania. Tobie też się ten pomysł podobał. Żyłam tym marzeniem jak w gorączce. Rozpoczęłam przygotowania. I nagle…

Musiałam z jakiegoś powodu odwiedzić ciotkę i kiedy wróciłam, przekonana, że powitasz mnie w drzwiach, klucze znalazłam pod wycieraczką. Ciebie nie było w mieszkaniu. Żadnej kartki z wiadomością, niczego. Przecież nie opuszcza się własnego mieszkania bez powodu! Czekałam na twój powrót coraz bardziej niespokojna. Zaczęłam do ciebie wydzwaniać. Nikt nie odbierał. Obdzwoniłam wszystkie szpitale. Żadnej wieści. Dopiero późną nocą… Telefon od ciebie. Dwa słowa jak wyrok. To koniec.

Płakałam i błagałam. Prosiłam o rozmowę. Usłyszałam: „Nie. Jestem na to zbyt wielkim tchórzem”. Uzyskałam jedynie obietnicę, że napiszesz i wszystko mi wyjaśnisz.

Wróciłam do mojego miasteczka. Czekałam. Tylko czekanie trzymało mnie przy życiu. I czasem deszcz. Wiadomość w końcu przyszła. Nie pozostawiała złudzeń. „Mimo mojej wiary, że nam się uda, ponoszę klęskę. Nie zasługuję na twoją miłość. Jej ogrom jest dla mnie tyleż piękny, co przerażający. Nie udźwignę tego. Nie dam rady. Lepiej powiedzieć to wprost, niż narazić nas na gorycz słabnącego, zamierającego uczucia. Lepiej to przeciąć. Pozostać z dobrymi wspomnieniami. Wybacz mi”.

 

Chciałam się zabić. Nie mogłam, bo musiałam ojcu pomóc zająć się chorą matką. Opieka trwała ponad półtora roku, lecz nadzieja malała z każdym dniem. Może obawa, że doczeka się wstydu na całą wieś, sprawiła, że matka przestała walczyć. Po jej śmierci ojciec powiedział, że zachorowała z powodu zmartwienia i stresu. Nie dodał, że to ja byłam przyczyną, ale wiedziałam, że tak myśli. Do rozpaczy doszło mi poczucie winy. Dźwigam je jak garb.

 

Żyję, bo wciąż pielęgnuję pamięć o tobie. Zwłaszcza gdy pada deszcz. Gdy delikatnie spływa po szybach, brzmiąc jak twój szept. Dopiero po latach zrozumiałam, że moje obsesyjne uczucie pętało cię. Dusiło. Nie zostawiało miejsca na margines. Nie pozwalało ci, wcześniej wolnemu ptakowi, normalnie funkcjonować.

Po rozstaniu fanatycznie śledziłam twoje kroki. Czytałam gazety, internetowe newsy, obserwowałam twoją karierę w mediach. Przestałam, gdy jeden z tabloidów zamieścił twoje zdjęcie z obrączką na serdecznym palcu i z komentarzem: „Czyżby zaręczyny? B.Z. poślubi swoją tajemniczą partnerkę?” I obok zdjęcie tej kobiety. Wysoka, niezbyt ładna brunetka.

Minęło kilka lat. Już od dawna ich nie liczę. Czas jednak trochę mnie uleczył. Znów włączam komputer i oglądam telewizję, bo moja praca wymaga orientacji w świecie kultury, literatury, teatru.

Znowu cię widuję. Jesteś teraz znaną osobą, zapraszają cię do programów publicystycznych, proszą o opinię, bierzesz udział w sympozjach i dyskusjach. Ładnie wyglądasz, upływ czasu wyraźnie ci służy. Z twojej twarzy bije dawna radość, a uśmiech z pewnością zjednuje ci rzesze zwolenników.

 

 

***

 

Moja kochana, moja śliczna, moja najdroższa. Wczoraj był kolejny program z tobą. Żarliwie broniłaś praw kobiet i apelowałaś o uznanie związków partnerskich. Kategorycznie nie życzyłaś sobie przy tym, by cię kojarzono z manifą i nazywano wojującą feministką. I choć ten śmieszny dziennikarzyna usiłował cię sprytnie podejść, nie zamierzałaś ujawnić swojej orientacji.

„Orientacja seksualna”. Co za okropne określenie! Jak jednoznacznie, prymitywnie rozumiane! Dla mnie istniała kiedyś tylko jedna orientacja. Prosta jak wojskowa komenda. Kierunek: miłość. Cel: szczęście. Tylko tak.

Ale to już przeszłość.

Dziś pracuję w szkole, w tym samym liceum, w którym kiedyś wyznałam uwielbienie mojej polonistce. Jej już tu nie ma, wyszła za mąż, urodziła dzieci, wyprowadziła się z naszego miasteczka.

Patrzę na uczniów tak, jak się patrzy w sali pełnej ludzi podczas konkursu, recytując wiersz – pozornie na wszystkich, w rzeczywistości nie widząc nikogo. Jestem wymagająca i oschła. Potrzebują mnie, bo wykonuję sto procent normy i większość bardzo dobrze zdaje maturę.

Ale mnie nie lubią.

I bardzo dobrze.

Zawsze jestem poza. Na pewno nikomu nie złamię serca.

 

 

Autor: Hanna Bilińska – Stecyszyn

 

 

Tags: ,

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *