MENU
180202_godzina-zero_319

Godzina zero* Christie Agatha (pseud. Westmacott Mary) czyli wszystkie...

fot. z archiwum autora

Obserwacja numer 01 – poezja Artura Chmielewskiego

7 listopada 2017 Comments (0) Views: 161 Czytam, Opowiadania

Poniedziałek – opowiadanie Marka Jastrzębia

pxImpuls, by zobaczyć, co zmieniło się w mieście, zaskoczył go; dawno już niczego nie pragnął i do niczego nie dążył; obrzydło mu rozumienie ludzi, którzy nie odpłacali mu tym samym.

 

*

 

Przemieszkiwał hen, pod samiuśkim lasem, tuż za docierającym do niego echem życia, niekiedy cichym, a na ogół wrzaskliwym, w miejscu idealnym dla mizantropów, co miało swoje niewątpliwe plusy i minusy. Minusów jednak było mniej, gdyż ze względu na odległość i trud pokonywania dystansu od metropolii czuł się lepiej niż ci, którzy do niego przybywali. Którzy, gdy chcieli trafić do jego pustelni, musieli zaryzykować, że zastaną zamknięte drzwi i opuszczone rolety.

Dziękował więc za spadkową chatynkę, za istny pałac umożliwiający mu powroty z odwiecznych zmartwień i utyskiwań do krain świętego spokoju. Przedtem nie troszczył się o dom, nie poświęcał mu czasu, lecz gdy go odziedziczył, kiedy się z nim poniekąd utożsamił i w rezultacie stał się kawałkiem podpiwniczonego dostatku, nie było rzeczy, której by nie zrobił, by uchronić go przed wizytami nieproszonych gości. Niechcianych, bo każda ich wizyta łączyła się z bólem, z nerwowym rozdrażnieniem, napadami wściekłości i połykaniem mnóstwa uspokajających pigułek.

Zdał sobie sprawę, że poprzednio prowadził jedwabne życie idioty: osobistości przegranej, która do wszystkiego się przyczepiała, chciała o wszystkim decydować, na wszystko mieć wpływ. Teraz nie cierpiał doradców, ekspertów, dyrygentów, reżyserowania cudzego życia, obcych i podniesionych głosów. Nawet szeptów nie w porę. Teraz mało co go interesowało. Chował się przed problemami, które przestawały rozwijać się zgodnie z jego przewidywaniem. Był z nich wyłączony, na krańcu tego, co go jeszcze pasjonowało. Zakończył w sobie pewien maniakalny etap doświadczeń i rozpoczął nowy: porzucania rzeczywistości.

Wcześniej zaperzał się, a kiedy się wykrzyczał, przechodziło mu całe to histeryczne napięcie i zaczynał z innej beczki. Potulny, uwolniony od zalewającej go krwi, wnikał we własny świat, by – coraz rzadziej i coraz bardziej niechętnie – pokazywać się na zewnątrz.

A dzisiaj? Przyznawał się do swojej niecierpliwości: uwidoczniona i znana prawda o niej była zaledwie fragmentem, częścią, wyimkiem prawdy obiektywnej, passusem z pewnością nie tłumaczącym go z zacietrzewienia, z rozdrażnionego, cholerycznego reagowania na otoczenie.

Tak o nim myślano, a on, z różnych przyczyn, nie chciał zmieniać krzywdzącej go opinii. Po chwili niekontrolowanego wybuchu, miotania najgorszymi pomorami, a czasem, oskarżeniami nie trzymającymi się kupy – przenosił się do swoich spraw, cichł i sprawiał wrażenie skruszonego.

 

 

*

 

Piątek nie budził w nim zaufania. Gdy, jak zwykle, uważał się za skończonego, przynosili mu telegram z przymusową propozycją wyjazdu do miejsc znanych z rzeczywistego cierpienia, skierowanie do następnych zmartwień, dawano mu wolne od rutyny.

W czwartki nie wychodził też. Chyba że do pobliskiego lasu. Zasłaniał się wtedy reumatyzmem lub pretekstami w rodzaju kwękającej pamiątki po borowinie. W środę zdarzał mu się bezrobotny facet z elektrowni, wścibski i szalenie bystry w rozglądaniu się po jego chudobie: tu spojrzy, tam zajrzy i od razu wie, czy warto posiedzieć, wkupić się w jego przychylność, czy kto gdzie mu co da na drogę, na podręczną tacę, czy do zrozumienia, blady jakiś, wymięty, no i te jego ręce.

Zaś w poniedziałek – w ten szewski czas, jak najbardziej; to był wymarzony dzień na przechadzki do ludzi. Był to dzień prawie że stykający się z niedzielą (jakkolwiek niedziela to irytujący gwar, odświętny deptak: podstawowe komórki wyłażą ze swoich nor, przodem drałują bachory z kijami na niegrzecznych przechodniów, z tyłu maszeruje szyja rodziny, z refleksem, nadęta, upierścieniona, w kokardach, żabotach i pretensjach).

Zatem w poniedziałek. Lecz nie jesienią. Jesień stanowiła dla niego za bardzo oślizgłą porę roku. Przenikliwe zimno, drobny deszczyk, wczesna ciemność, rześkie i mroczne wstawanie – główne przyczyny narodzin jego melancholii. Co innego wiosną. Wiosna proponowała mu wycieczki do lasu i barwy zieleni zroszone czystością, chodzenie po czymś, co do teraz nazywał łąką.

 

 

*

 

Gdy tak szedł przed siebie, w pierwszy dzień wiosennego tygodnia, nie myśląc o niczym szczególnym, widok domu w środku polany sprawił, że jego nogi same skierowały go tam, gdzie ostatnio był z ładnych naście lat temu. Rozczulający widok szkraba z przeszłości niespodziewanie nałożył się na chatkę z wesołą smużką dymu i widok ten zaczął wydłużać mu twarz, bo w miejscu, gdzie spodziewał się okna swojego pokoju i gdy niemal oczekiwał pojawienia się swojej piegowatej facjaty, zobaczył dziurę po nieistniejącej szybie, syczącą czeluść przybitą do dwóch skrzyżowanych dech, a na podwórzu, zamiast ogona Czaka, drobną, roztrzęsioną maszkarę; była tycim stworzonkiem, ujadającą furią wpisaną do encyklopedii pod hasłem pies.

Zaskoczyło go to uderzające podobieństwo do zwierząt; być może nagromadzona furia – wysusza, być może z mikrej i zjeżonej psiny też kiedyś był tłusty brytan, a teraz została z niego skóra i kość.

Z szopy przy pompie wyszedł knypek z siekierą gotową do strzału i omiótł go niezbyt przyjaznym wzrokiem. Ziewał, a w jego szczęce czarne pieńki grały w chowanego. W słońcu przemknęła bezcielesna postać, omamowy, dyszący chęcią zemsty goguś, a ociężale merdający piesek szydził mu prosto w twarz. Jakby wtórując swojemu panu, całym drgającym ciałkiem drwił z niego zawzięcie: „i ten cię zawiódł, i on też jest twoim Brutusem, Brutusie”.

Zapragnął uciec przed jego ironią, schować się pod pierzynę, przenieść natrętną myśl w inny kres, znaleźć się w miejscu nieodwołalnej samotności, skąd mógłby wypatrywać siebie idącego łąką, i tak sobie gwarząc z marzeniami, po godzinie marszu, dotarł do  pętli.

Wsiadł do pierwszego z brzegu tramwaju. Było czubato. W trakcie jazdy barczysty jegomość z podgardlem perliczki, rozwalony na siedzeniu, beznamiętnym wejrzeniem smarował okno, a gdy przed przystankiem tramwaj nabierał szybkości, lub gdy zawadiacko przygrzewał na zakrętach, babina z paczką dwa razy większą niż ona, z uśmiechem proszącym o wybaczenie, co chwilę, lądowała mu na klapach jesionki.

Przyglądał się mu przez parę minut, a gdy się zorientował, że pan perliczka, choć co rusz trącany jest paką w kark, nie ma zamiaru wstać, jak obcęgami chwycił go w dwa palce za ucho.

– A ku ku! – powiedział życzliwie.

Na krzaczastej wysokości brwi ukazała się zdumiona facjata jesionki i od tego momentu babina siedziała z paczką na podołku, podczas gdy jegomość dostawał wysypki z oburzenia, on zaś czuł się nie tylko smętnym kronikarzem epizodów z historii, ale jej świadkiem, jej potwierdzeniem.

W nagłym porywie entuzjazmu poczuł, jak omusnęły go te same, a mimo to różne, jasne przypomnienia ciemnych spraw, niewyjaśnionych, a bliskich, zapadłych w pamięć i bez wyraźnej przyczyny wynurzających się z niej, objawiających w drobiazgach, w gestach i poruszeniach głowy, w spojrzeniu z lustra, w tanecznym, wolnym od trosk przechadzaniu się po ulicy. Owładnął nim ten sam, lecz odmienny sen: nieobecny, patrzył na zdejmowaną i układaną na mchu jesionkę, na buty kołysane wiatrem, na wywalony język.

Spoglądając poprzez okna, w skrzypiącym trakcie pożegnalnej jazdy przez osiedla, nieoczekiwanie obce, żyjące własnym, szokująco nowym rytmem, miał dziwaczne przekonanie: nie znalazł się tu na darmo.

Tramwaj ze zgrzytem ulgi zatrzymał się między przystankami. Zrozumiał, że jest to znak. Wydostał się z jego wnętrza i szedł dalej, nie mając pojęcia, dokąd. Nareszcie wydało mu się, że jest na miejscu. Zaciągnął się powietrzem i zakładając powróz pomyślał, że po raz pierwszy od lat nie musi się niczym przejmować i zamartwiać tym, co nastąpi później, gdyż to, co miało nadejść, już jest. I wiedział, że nic gorszego już go nie spotka, bo najlepsze zdarzenia są już za nim, więc z rozbawieniem stwierdził: jutro też jest dzień.

 

Autor: Marek Jastrząb

Korekta/Redakcja: Hanna Bilińska – Stecyszyn

 

 

Tags: , ,

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *