MENU
Ewa

„nawet przygarnięte plemiona odchodzą” – poezja Ewy Olejarz

krolik

„Od dziecka wierzyłem w przyrodę, naturę, duchy, świątki, dziuple, pola...

4 kwietnia 2016 Comments (0) Views: 686 Czytam

Pół sekundy

– Zrobisz to? – mruknął, podnosząc głowę znad jej pępka. – Dla mnie. I dla niego – dodał, zanim przykleił wargi z powrotem do wilgotnej skóry. Marta jęknęła cicho.

– Znowu zaczynasz? Daj spokój, Paweł. A w ogóle czemu nie powiedziałeś: dla nas? – Odepchnęła go zdecydowanie. Poczuła dziwną lekkość na brzuchu. Wzięła głęboki oddech. Leżała naga. Drobne piersi przykryte dłońmi, stopy na skotłowanej kołdrze. Dziesięć krwistoczerwonych plamek na białym tle.

– Dobra, dla nas. Niech ci będzie. Obiecałaś, że dziś. Zrobisz to? – Paweł ułożył się posłusznie na boku, ale po chwili jego ręka wróciła na jej brzuch. Zaczął kreślić palcem ósemki wokół zagłębienia, z którego chwilę temu zlizywał kropelki potu.

– Zobacz, to wszystko, co mamy. Zapłacone do sierpnia. Jak ty to sobie wyobrażasz? Że zamieszkamy u twojej mamusi? – Marta rozejrzała się wokół.

W pokoju panował półmrok. Zasłony poruszała poranna bryza. Zapowiadał się upalny dzień. Lipiec w mieście. Mieszkanie wynajęte razem z meblami. Naprzeciw łóżka brązowa meblościanka, do której nie zmieścił się płaski telewizor. Sufit wysoko nad głową. Nie cierpiała starych kamienic. Czuła się tu jak w zrobionym z dykty domu dla lalek. Niewidzialna ręka włożyła ich przez otwarty dach i zabawiała się w różne scenariusze. Teraz dwie nagie figurki leżały na dużym łóżku. Mniejsza, nieruchoma, głaskana czule przez większą.

– Nie zmieści się nawet kojec – westchnęła. Zeskoczyła nagle na podłogę i potknęła się o leżącą na niej poduszkę.

– Najpierw to załatw, tak jak obiecałaś. A potem będziemy się o wszystko martwić. – Jego głos był poważny.

– Zadzwonię. Albo nie, napiszę. Ale teraz muszę lecieć, bo się spóźnię. – Zanim schowała się w łazience, zobaczyła w lustrze, że Paweł runął bezwładnie na poduszki.

W kabinie zapach cytryny mieszał się z wszechobecną wonią starości. Marta pozwalała strumieniom letniej wody spłukiwać okrywającą ją wszędzie lepkość. Kiedy trafiła namydloną dłonią na brzuch, zwolniła tempo masażu. Jakby bała się tego, co tam tkwiło od jedenastu tygodni.

Wycierając się ręcznikiem, nawet go nie dotknęła. Samo wyschnie. Upał. Namalowała kreski w kącikach oczu, długie, ciemne rzęsy musnęła tuszem. Czerwoną pomadką podkreśliła lekko usta. Krótkie włosy przeczesała palcami. Przechodząc przez korytarz, znowu zerknęła w lustro. Na jej smukłym, nagim ciele nie było widać śladu ciąży.

Wyjęła z szafy bieliznę i cienką, czerwoną sukienkę. W sam raz na taką pogodę. Włączyła laptopa. Odwróciła się w stronę łóżka. Paweł spał, przytulony do poduszki. Jego stopy zwisały bezwładnie nad podłogą, jakby gotowe do ucieczki. Szkoda byłoby go stracić. Pociągnęła wzrokiem po smagłym ciele, żeby namalować obraz do zapamiętania na resztę dnia. Uśmiechnęła się – na pożegnanie.

Drgnęła na dźwięk komputera. Nowa wiadomość. Zła.

Zaczęła pisać. Palce ślizgały się po klawiaturze. Na lewej dłoni pobłyskiwała cienka obrączka z białego złota.

Dwie linijki. Mniej słów, mniej bólu.

Nawet ich nie przeczytała. Wyrzucić z siebie. Wykonać wyrok. Wysłać. Koniec.

 

Fala zer i jedynek popłynęła po miedzianym przewodzie, ukrytym w ścianie. W starej, pachnącej kotami piwnicy znajdowała się skrzynka zbiorcza dla lokatorów. Tam sprawa nabrała prędkości światła. Tysiąc razy szybciej pomknęła do hotelu Marriot, na ostatnie piętro. I dalej przez Europę, zahaczając o Frankfurt, Londyn – nie zatrzymała się tu, choć mogłaby – po czym wpadła do morza na jednej z kornwalijskich plaż. Mknęła światłowodem, ukrytym w dolinach na dnie oceanu. Wydostała się na brzeg Long Island, odwiedziła Nowy Jork i ruszyła na zachód, do Oregon. Serwery w Prineville skierowały ją w drogę powrotną. Ruszyła więc ku Europie, aby wynurzyć się w Kornwalii i trafić do odbiorcy w Londynie. Wszystko to trwało pół sekundy.

 

cell-phone-690192_1280Komórka Mariana piknęła. Stał właśnie przed lustrem i podrygiwał w takt piosenki z radia. Napisał do Marty wczoraj, że przyjeżdża. Nie widzieli się trzy miesiące. On był w Warszawie na Wielkanoc. Ona nie przyjechała do Londynu w maju, bo zachorowała na grypę.

Cieszył się jak wariat. Odkąd pracował siedem dni w tygodniu, oszczędzanie szło szybciej. Jeszcze pół roku i starczy na małą kawalerkę. Wtedy pomyślą o dziecku, natychmiast. Rzucił okiem na zdjęcie, przyklejone taśmą do lustra. Objęci czule, on opalony na raczka, Marta na ładną oliwkę. Na plaży w Łebie.

Dolną połowę jego twarzy pokrywała biała piana. Przejechał po niej żyletką. Cholera, zabolało. Za tępa. Sięgnął do szafki. Trafił na puste opakowanie. Pójdzie do chłopaków, na pewno pożyczą. Ale najpierw Marta.

Usiadł przy zagraconym stole i sięgnął mokrą dłonią po komórkę. Woda w czajniku zabulgotała. Nie teraz. Dotknął palcem ekranu. Uśmiechnął się przez pianę. Na pewno Marta napisała coś miłego.

„Marian! Kochany… Nie przyjeżdżaj. Jestem w ciąży. Z kimś innym. Nie znasz. Nie szukaj nas. Dasz rozwód? Żeby dziecko miało ojca. Dzięki. Nie gniewaj się. M.”

Zaszumiało. W głowie. Poleciała para. Z uszu. Nosa. Gardła.

 

 

Autor:  Zuzanna Muszyńska

Redakcja i korekta: Hanna Bilińska-Stecyszyn

 

 

Tags: , ,

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *