MENU
fot. z archiwum autora

Jedno słowo – poezja Kamila Graczyka

Fot. Jędrzej Soliński

Lustro w którym zaszło słońce, szuka światła – poezja Izabeli...

30 maja 2016 Comments (0) Views: 1259 Czytam

Październik

PixabayMarysię pierwszy raz spotkałem którejś jesieni w windzie. Kolega miał kawalerkę w jednym z wysokościowców przy ulicy księdza Jałowego, a akurat była środa i grała Liga Mistrzów, rytuał studenckiego życia przewidywał zaś właśnie na środę celebrację morza alkoholu, worka marychy, wiadra chipsów i sprzętu do nagrywania, gdyż w okolicach północy przeważnie byliśmy w stanie idealnie predysponującym nas do tworzenia przebojów hip-hopowych. Lub nawet oper symfonicznych. Marysia na parterze czekała na windę; miała rudy kubraczek, ciemne, długie, proste włosy i spojrzenie, które mnie od samego początku peszyło. Weszliśmy do kabiny razem. Wcisnęła „dziesiątkę”, a ja – guzik niżej.

Nie lubię wind w blokach z wielkiej płyty. Moja codzienna klaustrofobia przebiera się w nich w odświętne szaty. W takich windach mój lęk przed zamknięciem przestrzeni nie dotyczy przemieszczania się w klatce, nie zahacza o płaszczyznę pionową, o wysokość dziewiątego piętra i o to, że jeśli spadniemy, to zostanie z nas tyle, że resztki rudego kubraka Marysi równie dobrze mogą zostać zidentyfikowane jako resztki mojego serca. Największa obawa dotyczy zawsze szczelin w boazerii pokrywającej ściany windy. Wrażenia, że wysysają powietrze i jeśli się nie patrzy, to cichaczem zbliżają się do siebie; że w końcu zaklinują drzwi pomiędzy piętrami, aby spokojnie z nami skończyć. Po prostu nie lubię.

– Nie lubię cię – powiedziała Marysia, wyrywając mnie z otępienia. Oderwałem wzrok od okleinowej boazerii, w które wpatrywałem się z uporem kogoś faktycznie zdolnego do przyłapania windy na wysysaniu powietrza, i spojrzałem na nią. Młodsza ode mnie, pewnie o 2-3 lata. Raczej ładna, choć jakoś smutno-ładna. Bardzo jesiennie i zbyt inteligentnie, aby użyć słowa piękna.

– Przepraszam? – zamrugałem, gdyż w głowie ciągle kołatało mi brzmienie jej słów, tak kompletnie nie przystających do tej kruchej sylwetki i całej sytuacji.

– Nie lubię Cię – powtórzyła i uśmiechnęła się. Bardzo ładnie się uśmiechnęła.

– Aaahaa… – nic mądrzejszego nie przyszło mi do głowy. Czułem kompletny chaos. Żadna sensowna reakcja nie potrafiła przebić się przez warstwę rozkojarzenia, podsycanego przez żywe (kiedyś to przyuważę i udowodnię światu, że żywe!) ściany; a na dodatek jeszcze to, jeszcze ta błyskawiczna analiza i ten kategoryczny wiosek, a całość dokonana na przestrzeni raptem czterech pięter. Choć stałem, byłem zupełnie rozproszony. Wyciągnąłem przed siebie rękę i powiedziałem – Łukasz.

Winda zatrzymała się na dziewiątym piętrze. Stałem z tą kretyńsko wyciągniętą ręką i czułem się jakbym był opóźniony względem tej chwili; miałem wrażenie, że mój umysł na przeanalizowanie każdej dziejącej się sekundy potrzebuje przynajmniej sekund pięć, albo i więcej, a syk drzwi windy otwierających się na piętrze dziewiątym przyłapał moje myśli na interpretowaniu momentu gdzieś pomiędzy piętrem piątym a szóstym. Uśmiechnęła się jeszcze ładniej i była to jedyna reakcja na moją dłoń, trwającą w tym idiotycznym wzwodzie. Znowu syknęło. Wyglądało to tak, jakby czekała na moment zamknięcia się drzwi.

– Wiem – nie miałem pojęcia, co miało to oznaczać. „Wiem”, bo „wiedziałam wcześniej”, czy „wiem”, bo „właśnie mi powiedziałeś”. Do końca nie podała mi swojej ręki. Winda zatrzymała się na dziesiątym piętrze. – Urszula. Ale dla ciebie może być Marysia. Albo lepiej pani Maria.

I wyszła.

Zjechałem jedno piętro w dół i oddałem się radosnemu ochlejstwu, z meczem Bayern – Juventus w tle. Ale Marysia już zamieszkała i rozgościła się w mojej głowie.

 

 

***

 

Może gdy spotkałem ją następny i jeszcze następny raz, to był to przypadek, skutek uboczny  odwiedzin kolegi, którego mieszkanie od drugiego roku studiów było punktem zbornym naszej ekipy i areną pomniejszych łajdactw. Pierwszy raz wpadłem na nią w supersamie, gdy kupowałem przepitkę i bibułki do skrętów, a drugi – tuż obok pomnika Sikorskiego, przy fontannie, gdzie wyprowadzała swego jamnika. W rudym kubraku i z tym przenikliwym spojrzeniem, które, jak sobie tłumaczyłem, mnie irytuje, ale chyba nie tak do końca, gdyż w trakcie owych krótkich, przypadkowych spotkań podejrzanie często poszukiwałem jej wzroku.

To nie były magiczne oczy, jakie się czasem widzi u aktorek filmowych. To nie były wilgotne ślepia spłoszonej sarny, z nabożną czcią obserwujące boży świat zza rzęs gęstych i długich, niczym firany pałacu wersalskiego. Jej spojrzenie było pełne ironii tak pobłażliwej, że aż obelżywej, gdyby się głębiej zastanowić. Patrząc na nią odnosiłem wrażenie, że Marysia wie wszystko i ma szerszy niż rozmówca ogląd wszystkiego. Wkurzałoby mnie to… gdyby nie fakt, iż chciało się wierzyć, że naprawdę tak jest.

– O, znowu się spotykamy – przysiadłem na krawędzi fontanny. Była zimna, wilgotna i zdecydowanie listopadowa w dotyku. – To pani pies?

– Mój – Jamnik zaczął się do mnie łasić. Nie przepadam za psami, ale one mnie uwielbiają; pogłaskałem. – Dałam mu na imię Amadeusz, ale ekonomia każe mi na niego wołać Mozart.

– Bardzo brzydki – mruknąłem, skrobiąc Mozarta za uchem; machający ogon wzbudził wśród liści małą trąbę powietrzną. – Może pani zechce spocząć obok? Fontanna jest na tyle szeroka, że pomieści nawet panią…

Była szczupła. Tak myślę. Rudy kubraczek maskował wprawdzie szczegóły, ale nie aż tak, by nie można było zauważyć, że jest drobnej budowy.

– Nie sądzę – uśmiechnęła się i wskazała na psa. – Chyba cię nie lubi.

– Nie sądzę – uśmiechnąłem się i podałem Mozartowi dłoń do polizania. – Może pozwoli się pani zaprosić na kawę?

Roześmiała się głośno, obróciła na pięcie i – ciągle śmiejąc się – odeszła na kilkanaście metrów.

– Mozart, do nogi! – zawołała, ciągnąc delikatnie za smycz, i znowu się uśmiechnęła. Pięknie się uśmiechnęła. – Nie sądzę.

Dobra, nie zakochałem się w Marysi. Tkwiłem natenczas w innym, choć już dogorywającym związku. Chciałoby się powiedzieć, ze mój ówczesny związek osiągnął fazę późnej jesieni, ale to Marysia zaczynała coraz bardziej kojarzyć mi się z tą porą roku, więc trudno byłoby o bardziej chybioną metaforę. Niemniej – fakt tkwienia w relacji znajdującej swe źródło w tak zwanej miłości wykluczał powołanie relacji alternatywnej. Tak mi się przynajmniej zdawało, takie bzdury podpowiadała mi tak zwana męskość, z jej żelaznymi zasadami i imperatywem honoru. Marysia była po prostu inna – świeża jak liść mięty w trochę zbyt słonym sosie bolońskim.

Moje drogi podejrzanie często, choć oczywiście przypadkiem, zaczęły krzyżować się z parkiem przy ulicy księdza Jałowego. I tak, zupełnie przypadkiem, do powrotów w domowe pielesze zacząłem wykorzystywać pobliski dworzec podmiejski, zamiast skorzystać z wygodniejszego, i względem uczelni i względem tawerny, dworca głównego. Przypomniałem sobie o kilku znajomych w II LO, których trzeba regularnie odwiedzać, gdyż cóż piękniejszego na tym nie najlepszym ze światów nad przyjaźń? Zacząłem chodzić na basen ROSiR-u, którego do tej pory nie cierpiałem. Zaangażowałem się mocniej w remonty łódek przy harcówce, w ostateczności nawet zostając jednym z opiekunów mojej starej drużyny harcerskiej. Wszystko to w bezpośrednim sąsiedztwie parku. Żadna ze spraw nie była jednak na tyle istotna, by nie zrezygnować z niej, gdy alternatywą stawała się perspektywa przypadkowego spotkania się i wymienienia kilku złośliwości z rudym kubraczkiem.

A i owszem, czasem udawało się ją spotkać. A i owszem, przeważnie w trakcie wyprowadzania Mozarta. Oboje zdawaliśmy sobie sprawę z obustronnej nieprzypadkowości tych przypadków, niemniej nigdy tej wiedzy nie daliśmy po sobie poznać. Wręcz przeciwnie – tym bardziej staraliśmy się podkreślić tymczasowość i doraźność naszych natknięć. Które na pewno obojętne jej nie były – kiedy powiedziałem, że się śpieszę, bo o 17 robię zbiórkę, mogłem być pewien, że w każdy piątek o 16.30 Marysia będzie spacerowała z jamnikiem w okolicach fontanny, prowokując cotygodniowy przypadek.

– O, znowu się spotykamy – zauważyłem z przekąsem. – Jak tak dalej pójdzie, to nie daj Boże zacznę na panią lecieć.

– Przypadek – najbardziej podobało mi się w niej ograniczenie dynamiki głosu do absolutnie podstawowych znaków przestankowych: kropki i przecinka, czasem oszczędnego pytajnika. W jej głosie nie było miejsca na wielokropek czy cztery następujące po sobie wykrzykniki. Podejrzewam, że nawet gdyby coś ją mocno zabolało, to nie krzyknęłaby, lecz co najwyżej powiedziała „och”; a i to bez bólu, lecz raczej z życzliwym niedowierzaniem, raczej na zasadzie stwierdzenia faktu, z czystej grzeczności. – Jeśli zechcesz na mnie lecieć, to cóż: ludzie miewają różne, niekiedy bardzo dziwne hobby i często pakują się w poronione już u źródła projekty. Potrzymaj Mozarta.

Podała mi smycz i schyliła się, żeby zawiązać sznurowadło. Miała niezgrabne buty, wyglądające trochę jak obuwie ortopedyczne lub jak wypasione martensy. Nie pasowały do niej.

– Pani musi lubić Mozarta – bąknąłem – …tego muzyka znaczy się – doprecyzowałem, patrząc na szalejący w płaszczyźnie poziomej ogon, z doczepionym do siebie, sapiącym psem. Spojrzałem znów na Marysię: nogi miała bardzo zgrabne; może nie rewelacyjne, ale na pewno powyżej średniej krajowej. Już jakiś czas temu dopuściłem do siebie myśl, że podoba mi się, ale dopiero teraz zacząłem wyobrażać ją sobie nago.

– Nie przepadam – włosy zasłaniały jej twarz; ciągle sznurowała buta. Nigdy nie podejrzewałem, że sznurowanie tak aseksualnego buta może mieć w sobie tyle erotyzmu. – Uwielbiam brzmienie słowa „Mozart”, natomiast zawsze bardziej kibicowałam Salieriemu.

– Co pani powie… – gapiłem się na jej nogę. – A kto to taki, jakiś jego koleżka?

Podniosła się i zabrała mi smycz.

– Nie oglądałeś Amadeusza? Salieri żył w czasach Mozarta, był jednym z najbardziej szanowanych i uznanych twórców epoki. W odróżnieniu od Mozarta, który po początkowych sukcesach popadł w biedę i zapomnienie. Salieri miał wszystko, ale jednocześnie wszystko by oddał, żeby mieć choć cząstkę talentu Amadeusza. To, nad czym ciężko pracował całymi miesiącami, okazywało się z artystycznego punktu widzenia znacznie gorsze w porównaniu z tym, co Mozart pisał w kilka minut po pijaku. Przekleństwo Salierego polegało na tym, że był dostatecznie utalentowany, by dostrzec geniusz Mozarta, ale zbyt mało, by z nim konkurować. Warto. Wiedziałeś, że Mozart praktycznie nie dokonywał poprawek na swych partyturach? Zupełnie jakby przepisywał nuty prosto z głowy.

– Hmmm… Ciekawe, zdobędę na pewno. Może zechce mi pani towarzyszyć w jego oglądnięciu?

Roześmiała się perliście.

– Nie sądzę, już to oglądałam kilka razy.

– Ze mną inaczej się ogląda, jestem wyjątkowo wdzięcznym towarzyszem oglądania. Załatwię dobre wino, zrobię coś do jedzenia… Mogę nawet obiecać, że w trakcie seansu zdobędę się na celne obserwacje, błyskotliwe uwagi i zaskakujące spostrzeżenia … zakładając naturalnie, że skoncentrujemy swą uwagę na fabule…

– Nie sądzę – powiedziała ponownie, a ja zorientowałem się, że naciskanie na razie nie przyniesie żadnego efektu.

– To może po prostu pożyczy mi pani ten film? Podejdę z panią, jak pani odprowadzi psa, to poczekam…

– Nie sądzę – powtórzyła, ale tym razem, po raz pierwszy w jej głosie zabrzmiała nuta niepokoju; nie rozumiałem z tego nic. – Do widzenia.

Gwałtownie pociągnęła smycz i równie gwałtownie odeszła.

– Do widzenia – bardziej pomyślałem, niż powiedziałem.

 

 

***

 

Nie potrafiłem zrozumieć, co wywołało u niej tak ostrą reakcję. Musiała przynajmniej domyślać się, że mi się podoba i że prędzej czy później nasza znajomość musi pójść w jakąś stronę, nie może się wiecznie obracać wokół docinek i złośliwości, które – owszem – sprawiały nam sporo przyjemności, ale stanowiły tak naprawdę tylko aperitif ewentualnego wzajemnego poznania się. W każdej relacji nastąpić musi jakaś weryfikacja, prowadząca do wyboru: czy chcemy w nią inwestować czas i emocje, czy może dobrze jest jak jest, a jak już nie będzie, to też dobrze.

W następny piątek Marysia nie pojawiła się. I w następny również. I w jeszcze następny – także. Podczas którejś ze środowych biesiad u kolegi z dziewiątego piętra postanowiłem nawet, że zapukam do wszystkich mieszkań piętro wyżej i poproszę o zobaczenie się z Marysią; po to, żeby wytłumaczyć, że nie miałem nic złego na myśli, bo też co może być złego w tym, że chciałbym się z nią spotkać w innych okolicznościach niż wyprowadzanie Mozarta. Nawet wszedłem na dziesiąte piętro i stanąłem pomiędzy trzema drzwiami. Przeczytałem tabliczki; nazwiska na K, Z i W nie mówiły mi kompletnie nic. Chociaż byłem już dość mocno pijany, nie znalazłem w sobie odwagi by zapukać. A może właśnie dlatego? Na trzeźwo na pewno znalazłbym sposób, aby z ewentualnej pomyłki wyjść z humorem. Obawiam się natomiast, że po pijaku zdobyłbym się jedynie na wydukanie „Trzyyy jezd Maryziaaa?”, bez alternatywnego scenariusza na wypadek odpowiedzi „Kto?”.

Po prostu spękałem. Wróciłem na imprezę piętro niżej. To był już grudzień i nie chciało nam się robić tradycyjnego Tour de France po knajpach. Siedzieliśmy, piliśmy, paliliśmy, jaraliśmy, gadaliśmy i generalnie – czekaliśmy na północ, na klimat, gdy będzie można robić hip-hop, dżez, disco polo i operę symfoniczną a cappella. Powietrze było ciężkie od dymu z papierosów i marihuany. Bolała mnie głowa, trzeźwienie wychodziło mi kiepsko i potrzebowałem świeżego powietrza. Choć właściwie nie; potrzebowałem zapalić papierosa na świeżym, nie zanieczyszczonym obcym CO2, powietrzu. Potruć się tym, czym trułem dotychczas, tyle że w pejzażu zachowującym pozór jeśli nie sterylności, to przynajmniej przejrzystości.

Zjechałem na zewnątrz, usiadłem na ławce i zapaliłem. Papieros nie spalił się nawet do połowy, gdy drzwi klatki schodowej otworzyły się i stanęła w nich Marysia. Z Mozartem. Mimo że byłem zamroczony alkoholem, nawet przez myśl mi nie przemknęło, że to przypadek. Podeszli do mojej ławki.

– Czy ma pani coś przeciwko dosiadnięciu się do obrzydliwie pijanego mężczyzny? – zapytałem, ale o dziwo jej obecność sprawiła, że nawet mój głos brzmiał zaskakująco trzeźwo. Wciąż ten sam rudy kubrak i dziwne martensy.

– Owszem, mam sporo przeciwko – odpowiedziała spokojnie i jakby na przekór swym słowom, usiadła obok. – Dobrze się bawicie, jak słyszę.

Czyli K. Marysia ma nazwisko na K i mieszka dokładnie nad kawalerką Andrzeja.

– Przepraszam panią, jeśli przeszkadzamy, ale niech się pani na zapas przygotuje, bo dopiero około północy się zacznie – w trakcie naszych dotychczasowych imprez trzykrotnie interweniowała wezwana przez sąsiadów policja; oczywiście kończyło się na pouczeniach i obietnicach poprawy. Raz chcieli dać nam jakiś mandat, ale w naszej ekipie był syn wysoko postawionego i bardzo znanego kogoś, dzięki czemu niespecjalnie się obawialiśmy; gwoli ścisłości: hucznie zachowywaliśmy się wyłącznie w środy i niektóre piątki. Zastanawiałem się, czy to Marysia wzywała policję, ale tylko przez chwilę. W tym momencie nie miało to znaczenia.

– Wiem – uśmiechnęła się. – Fatalnie rymujesz. Brzmi to czasem jak nawijka 12-latka, który omyłkowo dorwał się do słownika wyrazów obcych. „Stygmat-paradygmat” to twoje? Mocne i do rymu; czy ty w ogóle wiesz, co znaczy „paradygmat”?

– Wiem. Znaczy domyślam się – buńczucznie skłamałem, ale Marysia tylko się roześmiała i wytłumaczyła, czym jest paradygmat. Nie żebym dokładnie zapamiętał, ale ma to coś wspólnego z gramatyką.

– Hip-hop to tylko pijackie hobby, na co dzień śpiewam szanty… Ale się znaczy, że pani nas podsłuchuje, tak? Nie sądziłem, że aż tak hałasujemy. Nic na to nie poradzę, mogę tylko przeprosić…i za to jak będziemy hałasować za pół godziny również. Ale…

–  Nie, po prostu czasem mam problemy z zasypianiem – uśmiechnęła się i wyglądała jeszcze ładniej niż zwykle.

– To może pójdzie pani ze mną… – ale ona już machała głową, że nie – to przynajmniej niech mi pani poda swoje usta.

– Nie sądzę – powiedziała, ale nie odsunęła się i lekko rozchyliła wargi.

Gdyby walnęła mnie wtedy w twarz i oburzona zerwała się z ławki, zawsze mógłbym powiedzieć później, że to nie ja, że to alkohol, który przeze mnie przemówił i zachowywał się nie tak, jak potrzeba i w imieniu wódki, papierosów i marihuany chciałbym panią przeprosić, tutaj są kwiaty, bilet do kina i zaproszenie na kawę po kinie, obiecuję trzymać ręce i usta przy sobie.

Całowała niezbyt inwazyjnie, bardzo miękko. Powiedziałbym, że wręcz nieśmiało. Raczej defensywnie. Ale długo.

– Hmmm… Jest pani zadziwiająca – odkleiłem się na moment od niej i spojrzałem w jej oczy. Były półprzymknięte, skóra blada, a usta ciągle lekko rozchylone. Kręciło mi się w głowie. Za dużo używek, papierosów, kawy, alkoholu, marychy i Marysi na jeden raz; nie potrafiłem zebrać myśli. – Czy to jest, proszę pani, ten moment, w którym idziemy do łóżka?

Musiałem o to spytać, choć wcale nie jestem pewien, jakiej odpowiedzi oczekiwałem.

– Nie sądzę – otworzyła oczy i uśmiechnęła się, choć bardziej melancholijnie tym razem. Pochyliła się w moją stronę i raz jeszcze pocałowała, choć tym razem w ogóle bezinwazyjnie. Potem wstała, zgarnęła ręką nadmiar smyczy zaskakująco grzecznego Mozarta i powtórzyła z westchnieniem: – Nie sądzę.

Siedziałem na ławce i znowu moje myśli nie nadążały za rzeczywistością. Marysia otworzyła drzwi do klatki schodowej i przed wejściem w otchłań odwróciła się w moją stronę.

– Jutro wyjeżdżam. Raczej na długo. Raczej nie na zawsze. Jeszcze się raczej zobaczymy, mam nadzieję – uśmiechnęła się smutno i zniknęła w klatce schodowej.

 

 

***

 

Minął grudzień. I styczeń. Mimochodem próbowałem Andrzeja podpytać o sąsiedztwo, ale Andrzej – jako gospodarz naszych środowo-piątkowych spotkań – był obłożony sąsiedzką anatemą, którą kwitował krótkim, acz treściwym „pierdolę”. Luty był mokry i krótki, a w marcu z ulgą zakończyłem swój dotychczasowy związek. Kwiecień był zimny. Śnieg nie chciał się poddać, a temperatura powietrza dla przyzwoitości tylko oscylowała za dnia w okolicach zera, zaś nocą spadała kilka kresek poniżej, dzięki czemu do Wielkanocy na ulicach i chodnikach królowała rozmokła breja. I na tle tego nieciekawego pejzażu zakwitł mi rudy kubraczek trzymający smycz. Nie było mowy o pomyłce; w środku szalałem z radości, ale podszedłem bardzo spokojnym i opanowanym krokiem do Marysi i Mozarta.

– O, dzień dobry, znaczy się, że wiosna się naprawdę zaczęła – uśmiechnąłem się, ale zauważyłem, że Marysi jest jakby mniej, jest jakby bardziej przezroczysta i wyraźnie utyka na jedną nogę. – Ładnie pani wygląda – skłamałem.

– Jasne, Pinokio – uśmiechnęła się; może i blado, ale w dalszym ciągu ślicznie. – Trochę chorowałam ostatnio, nic poważnego.

– Długo pani nie było. Ja rozumiem, że nie wymieniliśmy się numerami telefonów, ale chętnie bym posłuchał, gdzie…

– Ale już jestem – ta przedłużająca się zima sprawiła, że wszyscy wyglądaliśmy koszmarnie blado, ale u Marysi doszły do tego masakryczne cienie pod oczyma. – Już jestem. Mozart za tobą chyba tęsknił, wiesz? Popatrz jak szaleje.

Faktycznie, pies błaznował na całego. Zapomniałem w jakim celu przemierzałem park, nieistotne. Spacerowaliśmy blisko godzinę. Ona nie mówiła o ostatnich miesiącach, a ja nie dociekałem. Spytałem jedynie, „czy coś się pani stało w nogę”, na co ona: „Ależ nie, skaleczyłam się, stanęłam na kawałku szkła, ale powinno się niebawem zagoić”.

 

A potem znowu zniknęła. Wiosna faktycznie przyszła, a mnie trafiał szlag. Wtedy jeszcze lubiłem wiosnę. Natknęliśmy się na siebie dopiero gdzieś w połowie maja w jakimś hipermarkecie. Stała w kolejce. Bez rudego kubraczka ciężko było ją wyłowić z otoczenia. Po raz pierwszy zobaczyłem ją w niejesiennym stroju. Nie wyglądała dobrze: nosiła mocne, nieprzepuszczalne dla ironii jej spojrzenia okulary, jakieś ciężkie buty i brzydkie podkolanówki. Jej włosy pozostały ciemne i proste. Podszedłem od tyłu i klepnąłem lekko w ramię.

– Dzień dobry pani, nie mogę pozbyć się wrażenia, że mnie pani unika – aż podskoczyła ze zdziwienia; natychmiast ściągnęła okulary i zaczerwieniła się mocno. – Niech pani nie ściąga, po co? Ładniej pani wygląda w szkłach kontaktowych, ale czy to coś zmienia?

Schowała okulary i spojrzała na mnie. Miała bardzo zmęczone oczy. Jakby długo nie spała albo płakała. Jeżeli w którymkolwiek momencie byłem na nią zły, przeszło mi bez najmniejszego śladu. Czułem zaniepokojenie.

– Nie zrozumiesz. – Nawet tutaj nie pozwoliła sobie na wielokropek.

– Może spróbuję? Proszę mi dać szansę, działam w dobrej wierze. Obiecuję pani, że nie odejdę bez jej numeru telefonu. Ot, tak dla pewności…

– Nie zrozumiesz – pomimo opuchniętych i zaczerwienionych spojówek znowu spojrzała na mnie tak, jak się patrzy na czterolatka. – Zaufaj mi, że bardzo bym chciała. Ale są pewne sprawy, kiedyś się z nich może wspólnie pośmiejemy, ale jeszcze nie teraz, dobrze?

Właściwie to marzyłem o tym, żeby powiedzieć coś w stylu „Muszę wyjść, bo już gaz się ulatnia” czy coś równie mądrego…

– Dobrze – …ale nie powiedziałem, bo gdy się w coś wierzy, to pewne słowa po prostu nie przejdą przez gardło.

– Mam twój numer telefonu, gdy będzie po wszystkim, to sama zadzwonię. Podwieziesz mnie?

Podwiozłem.

A potem znowu zniknęła. Czekałem. Na początku czułem się jak bohater. A później jak kretyn. Chciałem zapomnieć i nie myśleć już o niej.

Ale się nie dało.

W końcu wsiadłem w samochód i pojechałem do niej. Zadzwoniłem do drzwi z nazwiskiem na literę „K”. Początkowo nikt nie otwierał, ale czułem za drzwiami czyjąś obecność. Zadzwoniłem jeszcze raz i jeszcze i jeszcze. W końcu usłyszałem jakiś szum i słaby, obcy głos: „Otwieram”.

W drzwiach stanęła kobieta w wieku 55-60 lat.

– Czy zastałem może córkę? – dopiero teraz zdałem sobie sprawę z tego, że nawet nie jestem pewien jak miała na imię. Nie wiedziałem o niej kompletnie nic.

Kobieta spojrzała na mnie i wyglądała, jakby się zastanawiała nad odpowiedzią.

– Córki nie ma, musiała wyjechać – byłem pewien, że nie mówi prawdy. Spojrzałem jej przez ramię, w głąb przedpokoju. Po lewej stronie znajdowało się wejście do pokoju; udało mi się zauważyć kawałek stołu ze znajdującym się na nim dziwnym, podobnym do radiostacji, urządzeniem. – Może coś jej przekazać?

Spojrzałem na nią. Zorientowałem się, że z mieszkania dochodzi jakiś dziwny zapach. Miałem wrażenie, że słyszę sapanie Mozarta, odgłosy szamotaniny… jakby ktoś w pokoju starał się powstrzymać jakieś nieduże zwierzę, zwierzę wielkości – powiedzmy – jamnika, który zwęszył znajomy i lubiany zapach… choć mogło mi się zdawać.

– Proszę jej przekazać, że faktycznie nie zrozumiem. I żeby nie dzwoniła – kobieta miała dokładnie takie samo spojrzenie jak Marysia. – Aha, mam na imię Łukasz.

Uśmiechnęła się smutno.

– Wiem.

I zamknęła drzwi.

 

 

***

 

Minęło kilka lat. Chwilę trwało, nim udało mi się wyleczyć z Marysi, choć nigdy tak naprawdę o niej nie zapomniałem. Skończyłem studia, zacząłem pracę audytora. Najpierw w Izbie, a potem na pół etatu zaczepiłem się dodatkowo w szpitalu wojewódzkim. Po 15.30 nie ma w szpitalu nikogo z pracowników administracji, co znacznie utrudnia pracę, ale – jak się okazało – nie czyni jej niemożliwą. Mój pokój znajduje się na samym końcu kompleksu. Żeby do niego dojść, muszę zejść do podziemnego korytarza, prowadzącego w stronę oddziału neurologii, skąd dopiero mogę przejść do biura szkoleń, przy którym znajduje się moja kanciapka. W połowie drogi znajduje się szeroka i niska odnoga, oświetlona poprzecznymi jarzeniówkami, podwieszonymi na wysokości metra. Jest to „brudny tunel” oddzielający strefę skażoną od strefy sterylnej. Brudny tunel prowadzi na oddział histopatologii, do spalarni śmieci, pralni, laboratorium, prosekty i kuchni. Żałuję, że nie ma innej drogi, tunel ten każdorazowo budzi we mnie czujne psy, niepokoi mnie. Często widziałem dwumetrowe wózki zakryte białymi płachtami, popychane przez znudzonych pielęgniarzy i znikające w tunelu. Białe jarzeniówki oświetlają tunel na całej długości, stwarzając pozór idealnie jasnej pręgi, rozmywającej się i blaknącej w szaroniebieskiej poświacie. Tunel jest bardzo długi i lekko opada w dół. No i sama ta nazwa: „brudny tunel”. Zwyczajna, przez co tym bardziej demoniczna i groteskowa. Brudny tunel, tunel, w którym znikają śmieci i trupy. Co na jedno wychodzi. Z natury jestem ciekawski, ale nic nie skłoni mnie, bym bez potrzeby wszedł w ten tunel i sprawdził, jak wygląda oddział histopatologii. Brudny tunel był jak winda położona w poprzek – na pewno w nim również ściany wysysały powietrze.

W środę zamknąłem papiery około 19 i wszedłem do przejścia podziemnego. Przy brudnym tunelu stały dwa trupie wózki i jeden ze śmieciami. Najprawdopodobniej pielęgniarze spotkali się przy tunelu i przed doręczeniem swych przesyłek prawdziwie ostatecznym adresatom wyszli na fajkę. Przechodząc obok rzuciłem okiem na tabliczki z nazwiskami. Bo śmierć jest z jednej strony odrażająca, ale z drugiej – dziwnie nas pociąga. Odwracamy się z niesmakiem na widok rozkładających się zwłok, ale gdy przejeżdżamy obok poważnego wypadku samochodowego, gapimy się na pobojowisko i mniej lub bardziej świadomie, ale zawsze rozglądamy się za szczątkami ludzkimi, plamą krwi, albo przynajmniej za czarnym workiem. Bo wbrew pozorom mało jest śmierci „na żywo” w naszym życiu. Ja chyba tylko raz widziałem coś takiego; cztery lata temu graliśmy w piłkę, gdy jeden kolega nagle przewrócił się i umarł. Pękła mu jakaś żyłka w głowie i zabiła go na śmierć.

Na jednym z trupich wózków był napis „Urszula K.”. Przeklinam się za to, co zrobiłem potem, ale byłem w jakimś amoku. Uchyliłem kawałek płachty. Leżała pod nim Marysia. Czyli faktycznie miała na imię Urszula. Karta denata zawierała także miejsce na opis choroby, przyczynę zgonu i jakieś inne dane, widocznie niezbędne śmierci do załatwienia administracyjnych rozrachunków z wiecznością. Na jej karcie widniało tylko jej imię i nazwisko, sclerosis multiplex z jakąś nieczytelną adnotacją oraz data, godzina, pieczęć i profesjonalny podpis jakiegoś lekarza medycyny.

Od lat nie przyszło mi do głowy, żeby szukać skrótu przez tamten park…

Czułem się, jakbym dostał młotkiem po głowie. Miałem mdłości, nogi się pode mną ugięły. Ponownie przykryłem jej twarz całunem i, przytrzymując się ściany, ruszyłem w stronę wyjścia. Wszedłem po schodach do głównego holu szpitala.

A w głównym holu stała Marysia. Zdębiałem. Niemal nie zmieniła się od momentu, gdy – całe wieki temu! – spotkałem ją przy windzie. Płakała. Zauważyła mnie. Osłupiała.

I rzuciła mi się na szyję.

– Nie wierzę! Nie wierzę! – na przemian śmiała się, płakała i całowała mnie po całej twarzy. – Teraz w końcu wszystko ci wytłumaczę, teraz wszystko będzie tak, jak miało być!

Krzyczała i nadużywała znaków przestankowych, ale nie przeszkadzało mi to ani odrobinę. Próbowałem dojść do słowa, ale nie pozwalała!

– Ja jestem Marysia! Ja! Tamto to była Ula, moja siostra  bliźniaczka! – uspokoiła się trochę, ale w dalszym ciągu trajkotała jak katarynka, czasem przerywając swój chaotyczny słowotok szlochem i śmiechem. – Jeszcze wtedy, dawno temu, chciałam ci powiedzieć. Ula była chora, bardzo chora, miała jedną z form stwardnienia rozsianego i wymagała ciągłego leczenia, a lekarze i tak dawali jej góra dwa lata życia, a ja z mamą chciałyśmy, żeby cały czas, jaki jej został, żeby spędziła go w najlepszej atmosferze, jaka może być, tyle przynajmniej byłyśmy jej winne, czy miałoby to trwać 2 miesiące, czy 5 lat, ale ty się pojawiłeś i ja nie wiedziałam, ten jeden raz w życiu nie wiedziałam, co mam robić i zrobiłam, co zrobiłam, opiekowałam się dalej Ulą i myślałam, że można to pogodzić z tobą, chciałam ci powiedzieć, ale nigdy nie było okazji, nigdy to nie był ten moment, a potem poszedłeś, powiedziałeś mamie, że nie zrozumiesz, och, jak ja siebie nienawidziłam, jak nienawidziłam mamy, Uli nienawidziłam, Boże, ale widocznie tak miało być, Boże, życzyłam jej nawet po cichu śmierci i jeszcze przed chwilą płakałam, ale teraz widzę, że widać tak miało być, tak jest lepiej, najlepiej, dla niej i dla nas, dla wszystkich, och, w końcu już nie cierpi, ja nie cierpię, i teraz będzie już wszystko? Co z tobą, powiedz coś!

W tym całym rozdarciu między radością a rozpaczą, między miłością a śmiercią wyglądała najpiękniej. Najpiękniej.

– Tak, teraz będzie już wszystko – szepnąłem. Po raz pierwszy nie wyglądała na kogoś, kto wie wszystko lepiej.

Chwyciłem ją za rękę, wyszliśmy ze szpitala i poszliśmy przed siebie, poszliśmy żyć długo i szczęśliwie.

 

 

***

 

No dobrze, oczywiście nie było żadnej bliźniaczki. To zimne coś popychane w stronę brudnego tunelu, to była moja Marysia, najładniejszy uśmiech października. Siostra  bliźniaczka nie istniała nigdy. Marysia nie istnieje już. Wymyśliłem tę siostrę, żeby przynajmniej coś jeszcze uratować z resztek tej jesieni, żeby nie przekreślać jej do końca, żeby pozostawić sobie troszkę nadziei na jakieś przypadkowe spotkanie rudego kubraczka.

 

Autor: Łukasz Skowroński

Korekta: Anna Maślanka

 

fot.l z archiwum autora

fot.l z archiwum autora

Łukasz Skowroński: Ur. 14 stycznia 1978 r w Tyczynie, kompletny debiutant.

 

 

 

 

 

Tags: , , , ,

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *