MENU
fot. z archiwum autorki

Gryzie miłość – poezja Agnieszki Wojciechowskiej

zdjecie_2

W drodze po świt – poezja Tadeusza Krzysztofa Knyziaka – ps....

25 lipca 2016 Comments (0) Views: 526 Czytam

Pasje mojej miłości (część II)

 

XI

 

pxNad wykopem krążyły Troary. Teraz można było zobaczyć, skąd pobierają tę swoją niespożytą energię. Były szybkie jak rój pszczół. Bystre i niebezpieczne. Trudne do osaczenia i kontroli. Odebrały znalezisko jako swój osobisty sukces. Nie pozwalały podejść obcym i ludziom nawet na krok. Trzeba było użyć mocy pierścieni, żeby je przepędzić. Carter zakładał je wszystkie po kolei. Ręce mu się trzęsły i połowa nie pasowała. Utył czy co? Musiał użyć wszystkich. Wciskał je, aż darła się skóra i lała krew. Ręce mu nabrzmiały od ciężaru zarośniętych żyłami fioletu dłoni. Pomimo że Troary odsunęły się na bezpieczną odległość, na poły wykopana trumna emanowała takimi ilościami energii, że łatwo wymykały się spod kontroli. Mogli zapomnieć, że to świństwo da się załadować na statek albo że uda się je gdzieś po cichu sprzedać.

Carter podszedł na odległość kilkunastu metrów. Tutaj rozpoczynał się mrok w środku jasnego dnia. Powietrze falowało. Zaduch bił od odsłoniętego fragmentu trumny. Widział ją dobrze. Jarzyła się zimną zielenią.

Delikatnymi ruchami tasował czasoprzestrzeń. Zmywał grudki ziemi z drewnianej powierzchni. Pośród rytów pisma jaśniały dwa głębokie pęknięcia. To stamtąd wydobywała się moc, która w miejscu wykopu zawładnęła światem. Rozwarł te miejsca. Ryk wzmagał się. Nie wiadomo, kiedy się zaczął, ale trwał i potężniał. Wieko trzasnęło. Coś jak potężny wybuch targnęło powietrzem.

– No, dzisiaj mi zaimponowałeś, kotku. – Cynthie tuliła się do męża całym arsenałem piersi. Przyciągnął ją bliżej za pośladki. Leżeli nadzy w samym centrum pokoju. Obok bawiły się dzieci.

– Wiesz, pomyślałem sobie, że jeśli zamykali dawnego króla czy mistrza w tej trumnie, to otwarta musiała nie przejawiać wielkiej mocy – mówił. Jego oddech pełen był zapachu rihitiolańskiego wina, które pili razem z absurdalnie wielkiej butelki. – Dopiero po uzyskaniu wskazówek czy też wzmocniona jakimś duchem zamkniętej w niej istoty naprawdę osiągała niesamowitą moc. Mój komplet WIFI potrafi utworzyć niewielką, co prawda, czarną dziurę, przeciąć księżyc na pół, a tu byłem niemal bezradny wobec siły kilku desek i trupa.

– Ten G-Ramu dziwnie na ciebie patrzy… – Jej usta musnęły jego tors.

– Przesadzasz. – Zdawał się palcami przeliczać jej włosy.

– Tak, ja też widziałem, tato! Zachowujecie się jak dwa pedały! – dobiegł głos z głębi pokoju. Mały Orsan jeszcze nie spał.

– Widzę to, kotku. Nie wywiniesz się. – Pocałowała go namiętnie w usta. Czuł jak twardnieją jej sutki. – Czytałam opracowanie w necie na temat seksuologii Igholatu.

– No i co?

– Mają te swoje dwadzieścia siedem płci, mieszają geny pomiędzy sobą w skomplikowanej grze miłosnej, ale kiedy osiągną pełne nasycenie genetycznego garnituru, ich goole są gotowe do złożenia tylko w jednym optymalnie doskonałym osobniku, którego wybierają spośród siebie. Reszta musi uciekać albo…

– Albo?

– Zostaje zamordowana przez najbardziej doskonałego genetycznie osobnika. Przez tego, który ma już uformowane goole.

– A po czym poznaje się takiego osobnika?

– Po zapachu.

– Hmm…

– Zapachu wody kwiatowej.

Wbiła się w jego usta pocałunkiem. Zdławiła jego niewypowiedziane słowa, potem oddech. Przewrócił ją na plecy. Nigdy nie była aż tak gorąca jak tej nocy. Wiła się pod nim i jęczała. Wypinała. Gięła. Zlizywała pot z jego torsu. Łamała udami. Mimo to miał kłopoty z ejakulacją. Męczył się z tym od dłuższego czasu. Od czasu pierwszego pocałunku z G-Ramu.

 Cynthie usnęła wyczerpana. Smutna pinda z pojedynczą dziurką rozkoszy. On wykradł się z pokoju. Całkiem nagi przebiegł ciemnymi korytarzami statku. Zapukał dość nieśmiało. Drzwi otworzył obcy. Uśmiechnął się na samą myśl o tym, co go czeka.

 

 

XII

 

Carter nie przypuszczał, że zapach, jakim był przesiąknięty, mimo że tak delikatny i subtelny, będzie czytelny dla rodziny G-Ramu. Wszyscy patrzyli na niego z przestrachem. W niektórych oczach zobaczył nienawiść. Dopiero teraz znalazł czas, żeby się wszystkim dokładnie przyglądnąć. Nie byli jednakowi. Każdy reprezentował trochę inną odmianę tej samej rasy. To nie tak subtelna różnica jak kolor skóry, nie, raczej jak odrębny gatunek zwierzęcia. Wygląd, zachowanie, zwyczaje, nawet język był ciut inny, różny w intonacji czy naleciałości. Gdzieś to wszystko musiało się kulminować, jednoczyć we wspólnym celu posiadania potomstwa. Ale wszyscy byli trudni, wszyscy uparci, jacyś niejednolici, różni. Zauważył, że cieszy go ten fakt panującej niezgody, braku porozumienia i harmonii. Nawet pogłębiał ich wzajemne złośliwości, jak się to mówi, dolewał po cichu oliwy do ognia. Rozpalał ich ciągłe dyskusje, wzburzał swoimi poglądami, które zmuszeni byli tolerować. Uwielbiał wysuwać argumenty, to wspierając, to druzgocąc jedną ze stron w nieustających kłótniach. Zawsze chodziło o dawne pola bitewne, o starych generałów czy stan techniczny floty. Carter nie tolerował umizgów. Bacznie przyglądał się tego typu gestom. Szczególnie jeden osobnik w rodzinnej braci, drab w miękkim chitynowym pancerzu, nawet próbował pieszczotliwie szczypać jego genitalia. Prawdopodobnie zachęcony nieprzemijającym zapachem ich miłości z G-Ramu. Carter nie zawahał się dopaść go w miejscu odosobnienia i utopić w rihitiolańskim nocniku wielkim jak wanna. Miał też w tym swój prywatny cel, nie chciał, żeby ta rasa pozostała na rynku wojennym. Z tego, co do tej pory odgadł, brakujące ogniwo w procesie rozrodczym zapewni brak potomstwa. Zresztą postanowił nie dzielić się więcej G-Ramu z nikim. Obcy należał tylko do niego. Później, gdy już mu się znudzi, będzie cenną zabawką najznakomitszych burdeli galaktyki.

Miał tylko kłopot z Cynthie. Patrzyła na niego jakoś dziko i pożądliwie. W nocy nie dawała mu spać. Jękami budziła nawet dzieci. Kiedy zasypiała… uciekał.

 

 

XIII

 

Zamknęli się w pokoju sami. To był słabo oświetlony, przesycony aromatem starych igholatańskich win, standardowy mostek kapitański. Nic, tylko surowy osprzęt i szerokie rihitiolańskie łoże, takie właściwie dla wszystkich ras w tym rejonie galaktyki.

– Panie Carter – powiedział nagle G-Ramu, stając przed nim. Widział, że walczy ze sobą. Przełykał gwałtownie ślinę i oddychał nerwowo. Bał się swojej decyzji. – Ja już nie umiem myśleć o niczym innym.

Nie dokończył, bo człowiek musnął ustami jego wielkie oczy. Były miękkie w dotyku języka, jakieś zamszowe i ciepłe, powieki drgały pod nimi jakby dotknięte snem.

– Nie trzeba, ja sam czuję się przy tobie bosko. Tylko nie lubię całej tej twojej rodziny.

G-Ramu wzruszył ramionami.

– Mogę ich wszystkich zabić dla pana… – wyszeptał.

– O, to mi się podoba. Zabij ich. Wszystkich po kolei. – Przez chwilę się zastanawiał. – Albo lepiej razem. Albo jednak po kolei.

Oczy człowieka znów zamgliła żądza mordu. Był piękny w swojej nagiej mocy.

– Mam coś dla pana – rzekł po chwili krótkiego wahania G-Ramu. Długo przygotowywał się do tej rozmowy, walczył ze sobą. Sięgnął pod łoże, chwilę błądził ręką w ciemności, ale niebawem coś zaszurało, zachrobotało i pojawiła się niewielka skrzynia z dziwnego drewna. Drewno wydawało nieśmiały blask Wiana. Otworzył wieko i ostrożnie wyciągnął dziwny przedmiot przypominający wagę.

– Na jednej z podbitych planet znaleźliśmy bardzo stary statek kosmiczny. Musieliśmy użyć Troarów, wiadomo, są najdoskonalszymi kopaczami. Ale w rejonie, gdzie było znalezisko, bardzo o nich trudno. Wydobycie wraku spod skał i błota zajęło nam kilkanaście lat. Planeta była przesiąknięta wodą, statek ledwo trzymał się w ramie rdzy i kabli. – Carter uśmiechnął się. Znał tę planetę. W tym czasie G-Ramu kontynuował. – Właściwie to kable utrzymywały całość. Nie wiemy, do kogo należał, ale analiza wykazała, że ma około dwanaście miliardów lat. To wiek niemożliwy do osiągnięcia dla obiektu materialnego tej klasy. Wtedy było bardzo trudno o elementy cięższe od wodoru. Ktoś jednak posiadał już wtedy bardzo rozwiniętą technologię. Ktoś, kto przybył może z innego wszechświata. Ten przedmiot pozwoli ci, panie Carter, odnaleźć sarkofag z Pierwszą Istotą. Widocznie nie była pierwsza, skoro jej szukali, ale zrobiła coś, co zapragnęli jej odebrać.

Carter ważył przedmiot w dłoniach. Była to legendarna busola Th Irtów. Poszukiwały jej generacje ziemskich badaczy, na próżno. Teraz trzymał ją w dłoniach, dotykał tego metalu. Orkidowiec, prawdziwy orkidowiec.

– Jest więcej narzędzi na dnie tej skrzyni – pośpieszył z wyjaśnieniami G-Ramu. Wyciągał wszystko pośpiesznie. Dłonie człowieka drżały, a usta otwierały się z coraz większym zachwytem, kiedy dziwnych przedmiotów przybywało. – Ta długa rurka z przedziwnym, ostrym zakończeniem pozwala otworzyć trumnę. To małe urządzenie zaczepiające się o krawędzie pozwala na nieprzerwanie snu istoty. Następne na usunięcie wszystkich zbytecznych części obcego organizmu. Ten proszek pozwala na zjednoczenie się z pozostałą częścią istoty i zawładnięcie jej snem.

– O czym może śnić trup?

– O byciu Bogiem, panie Carter. Czy pan chce być Bogiem? – W jego pytaniu zabrzmiało uwielbienie.

G-Ramu podał mu ostatnie z narzędzi. Carter trzymał przedmiot niemal z nabożną czcią. Był to legendarny kompas Th Irtów. To właściwie już pierdolony komplet.

Stał się bogaty i, kto wie, może nieśmiertelny.

– Ten przedmiot pozwoli zlokalizować sarkofag – powiedział rozgorączkowanym głosem. – Znam to urządzenie z opisów i legend.

Po paru dotknięciach przedmiot ożył. Wypełniał pokój lekko różowym światłem. Takim, które znów ośmieliło ich do miłości. Tym razem G-Ramu obnażył się pierwszy. Carter nie pozostał daleko w tyle. Obaj wpadli na łoże ze śmiechem, trudno im było zdecydować, który z nich smakuje bardziej jak kobieta. Ale czy to ważne? Carter znów poczuł tysiące pieszczotliwych języczków na przyrodzeniu, znów wypełniały się cudownym zapachem jego usta. Język taki wspaniały, wibrujący, penetrował gardło, nawet głębiej. Odnalazł jakieś przyjemne nuty w przełyku, w żołądku. Drugi wsuwał się w jelita, był wibrujący, miękki i zarazem witalny i radosny.

Carter czuł się zamknięty w tym miłosnym tańcu. Sam też próbował być czynny, ale gdzie cała jego technika mogła być porównywana z techniką miłości Igholatańczyka. Kiedy próbował delikatnie popieścić jego język własnym, tamten natychmiast się rozpalał i cała lawina doznań spadała na Cartera, tak że czuł się wręcz zawstydzony swoim ruchem. Rozkosz po rozkoszy, nie potrafił się od tego uwolnić. Nawet jak G-Ramu już przestał i stanął obok łoża rozkochany, z oczami ciągle rozpłomienionymi i czułym uśmiechem, Carter czuł się ciągle nim wypełniony. Nie potrafił się ruszyć, a nawet nie chciał. Zastygł i czekał, aż rozkosz przeminie i uwolni mięśnie.

– Będziesz mnie tak kochał do skończenia świata? – zapytał szeptem.

Igholatańczyk zawstydził się. Uciekł wzrokiem, ale Carter już mu przebaczył. Obcy pomógł mu wstać. Podpierał go rękami o długich cienkich palcach, stworzonych, żeby jednym ruchem przeszywać i mordować, a tu delikatnych, wspaniale czułych. Podnosił go powoli, z obawą, by ulotna chwila przyjemności Pana i Władcy nie uległa zakłóceniu. Carter czuł się ociężały i błogi, i pragnął z całej siły, żeby ten czas zamienił się w wieczność. Ledwie powłóczył nogami w radosnym zmęczeniu. G-Ramu pomógł mu dojść do głównej sterowni. Jakoś zapomniał go ubrać.

 

 

XIV

 

Carter siedział w głównym fotelu pilota, na statku obcych. Fotela nie zrobiono na jego miarę, zdawał się w nim mały i niepozorny. Poza tym był nagi, a powierzchnia siedzenia lodowato zimna. Nie zważał na chłód, rozgrzewała go perspektywa masochistycznego obnażenia. Nie wiedział, skąd u niego nagle tyle dewiacji. Ale wobec całej tej skubanej rodziny i kochanka okazywał dumę i rozkoszne poczucie wyższości. Też nie rozumiał, gdzie to uczucie ma swe korzenie.

Do sterowni wbiegła Cynthie. Była w przeciwsłonecznym kapeluszu. Drżała. Z jej oczu płynęły łzy.

– Ty męska dziwko! – krzyknęła i natychmiast brudną od gliny dłonią zakryła usta… z obrzydzenia.

Carter uśmiechnął się do niej. Kiedy go szarpała, nawet się nie poruszył, żeby nie stracić niczego z błogości chwili, w jakiej zamknął go G-Ramu. Igholatańczyk odciągnął ją na bok.

– G-Ramu, musisz mi pomóc – wyszlochała w jego ramiona. – Ten drań jest w orgazmie. Stary zbok! – wykrzyknęła, zanosząc się płaczem.

– Co się stało? – zapytał obcy.

– Znalazłam córkę – ledwo mówiła, łkając. – Znalazłam zamordowaną córeczkę. Miała dopiero osiem lat. Ktoś rozerwał jej nogi i wrzucił do wykopu. – Jej ręce dygotały. Wspomnienie korony ze spienionej śliny na głowie córeczki ją oślepiało, a słowo „mamoszek” ogłuszało do bólu, który wyciskał łzy. – Taka straszna śmierć – mówiła. – G-Ramu?! – zapytała, patrząc mu głęboko w oczy.

– Tak? – Pytaniem i tak wyrażał gotowość.

– Pomóż mi znaleźć mordercę – poprosiła. Myślała przez chwilę i dobitnie stwierdziła: – To musiał być ktoś od nas. Znalazłam ślady bestialskiego gwałtu.

Twarz G-Ramu była jak z kamienia. Tylko w oczach rodziło się zimne, obojętne spojrzenie, które przebiegło kobietę jak dreszcz od stóp do głów.

– Dobrze więc. – Skinął na dwóch pilotów. Obaj drżeli, kiedy wychodzili we czwórkę na zewnątrz. Zrobili kilka kroków i zatrzymali się pod wielkim wspornikiem statku. Coś miarowo syczało im ponad głową.

– Gdzie masz tę broń, którą znalazłaś wczoraj w wykopaliskach? – zapytał G-Ramu z lodowatą nutą w głosie.

Patrzyła na niego z niedowierzaniem.

– No… Mówię o tej, którą chowałaś za pasek swoich jeansów – wyjaśnił zimno.

W jego oczach widziała tylko beznamiętną wściekłość. Podała mu z wahaniem miniaturowego colta, którego znalazła podczas samotnego spaceru przed zachodem słońca.

– Ładny – rzucił twardo. Wymierzył do swoich towarzyszy i strzelił im kilkakrotnie w brzuchy. Zwinęli się jak puste, papierowe worki. Ta broń strasznie wysuszała.

– Teraz jesteśmy już kwita? – zapytał. W jego ustach coś poruszało się nieustannie. Wielkie gardło przesuwało się tam i z powrotem. Czuła jego słodki oddech, jakby przed chwilą najadł się cukierków.

– Ja… Ja… – Nie umiała wykrztusić słowa. Cofnęła się o krok. Wtedy z wnętrza statku wybiegł młody igholatański chłopak. G-Ramu strzelił mu w głowę. Czaszka z sykiem i skwierczeniem zapadła się do środka. Chłopak biegł jeszcze krzywo, ale w końcu zwalił się na bok z westchnieniem.

– Nie pomyślałem o tym – mruknął swoim lodowatym tonem. – Masz rację. Ostatnia ofiara była w zbliżonym wieku. Teraz jesteśmy kwita. O zwłoki się nie martw. Troary zeżrą wszystko. Na tej pustyni nie mają wielkiego wyboru.

Podał jej ciepły jeszcze rewolwer. W oczach miał już tylko obojętność. Po twarzy Cynthie lały się łzy. Nie przestawała się trząść. Odtrąciła jego rękę. Nie chciała broni, na której ciążyło jarzmo mordu.

 

 

XV

 

– To potwory! Zrób coś! – Stała naprzeciw niego w samym biustonoszu. – Nie mogłam znaleźć jej głowy! Rozumiesz?! Głowy! Mój Boże… Znalazłam pojedyncze, małe oko, które okazało się jakimś parszywym, oślizłym grzybem, włosy, które były wysuszonym mchem! Ja zwariuję, rozumiesz?!

– Spokojnie, Cynthie. Mamy kopię naszej Riany w głównym banku genetycznym Ziemi. No co? – żachnął się. – Najwyżej nie będzie pamiętać ostatniego roku. Nie było nawet czego. Tylko wojna i podróże.

– Ale ty i ten G-Ramu! Durniu! – Jej dłonie zacisnęły się na niewidzialnej złości.

– Mam ci przypomnieć tych sukinsynów z Loganii? Co z nimi robiłaś? – Miał na ustach drwiący uśmiech. Dziwny jak na tak obrzękłą twarz.

– Ale zobacz, co on z tobą robi. Wyglądasz jak podtruty. Straciłeś naturalne kolory. Jesteś jakiś zimno siny. Brak ci koordynacji ruchów. I… Nie dotykaj mnie! – rzuciła szybko, kiedy próbował chwycić jej rękę.

Zrobił nieśmiały krok w tył – Nawet już nie chcę. – Stracił nadzieję na jej udobruchanie. – Chciałem tylko powiedzieć, że wyprowadzam się.

– Że co? – Nie wyszło jej to zdziwienie. Duchowo nie mieszkali już razem.

– Dobrze słyszałaś. Przenoszę się do mieszkania G-Ramu. – To imię podziałało na nią jak cios.

– Ty… – Brakowało jej słów. – Całkiem oszalałeś. – Gwałtownie uniosła rękę. – Ale zrób jeden krok w tamtą stronę i nie chcę cię znać.

– A pewnie. W banku genetycznym znajdziesz moją kopię z czasów sprzed wyprawy – rzucił za siebie. Jej ostatnie słowa tylko go zachęciły.

– Przecież jesteś notowanym kryminalistą. Takich się nie kopiuje – stwierdziła sardonicznie.

– Trudno, znajdziesz kogoś innego. – Trzasnęły drzwi.

 

 

XVI

 

– No, cześć… – Chłopak podniósł wzrok znad znaleziska. Siedział sam w wykopie. Słońce paliło tu niemiłosiernie. Był cały spocony, ale, jak rodzice, zainteresowany znaleziskiem. Sam sprzedawał, co znalazł. Była to forma kieszonkowego.

– Nie znam pana – rzucił oschle.

– Znasz, znasz. – G-Ramu zmierzwił mu włosy swoją żabią dłonią. – Pamiętam cię stojącego za szybą więzienia. Co tam robiłeś? Hę?

– Nie znam, po tym, co robi pan z moim ojcem. – Ze złością odepchnął dłoń Igholatańczyka. Przełknął ślinę. Nawet język mu drżał.

– Słuchaj – mówił dalej bardzo spokojnie G-Ramu – lubię twojego ojca. A nawet bardziej lubię ciebie.

– Mama mówiła, żeby was wszystkich omijać z daleka.

– I dlatego tu jesteś?

Chłopak zmieszał się.

– Nie wie, że tu jestem. – Przeraził się brzmienia własnych słów. Glina na dłoni zasychała. Czuł, jak pęka, kiedy przetacza się pod nią linia strachu.

– Myśli, że jesteś na statku?

Przytaknął głową w odpowiedzi.

G-Ramu pociągnął go za ramię.

– W takim razie chodź ze mną. Coś ci pokażę.

Chłopak podążył bardzo niechętnie. Zagłębili się w labirynt na poły zniszczonych ścian. Wszystko tu szeptało jakieś zaklęcia czy wiersze. Można było od tego oszaleć. Od paru dni pojawiły się chmary jakichś owadów. Były nieznośne. W tym końcu pracowało kilku Igholatańczyków. G-Ramu przywitał się z nimi uśmiechem. Stali przez chwilę nieruchomo. Jak skazani przed szwadronem śmierci. Nieoczekiwanie obcy wyciągnął z kieszeni niewielki przedmiot. Czarny rewolwer mamy. G-Ramu wsunął go w dłoń chłopaka.

– Jak masz na imię? – zapytał z uśmieszkiem jaszczurki.

– Orsan – rzucił niechętnie chłopiec.

– Żal ci siostry. Chciałbyś ją pomścić? Zastrzel tych tam pod ścianą. Już ich nie kocham.

– Mama wczoraj… – zaczął wyjaśniać.

– Ale ty nie masz do mnie żalu. Chcesz wyrównać straty? Zabij ich. – Jego wielkie oczy miotały krótkie błyskawice.

– To nie jest czysty interes. Kochałem swoją siostrę. Ty chcesz jej życie w zamian za śmierć tych, których sam chcesz się pozbyć. Musiałbym zabić ciebie.

– O, targujesz się – warknął.

– Jeśli czujesz się winny, to pozwól mi ustalić cenę – przekonywał Orsan.

– Nic nie będę z tobą ustalał, smarku. – Złapał go, ścisnął za ramię i cisnął do rowu. Chłopak upadł na dno wypełnione wodą. Nie tracąc chwili, rzucił się do ucieczki. G-Ramu ruszył w ślad za nim. Orsan czuł jego oddech na plecach. Wtem ktoś go złapał, uniósł za nogi wysoko w powietrze. Rozwierał dziecięce nogi coraz szerzej i szerzej, niemal je rozrywając. Chłopiec krzyczał z bólu. Poczuł w swojej dłoni broń. Strzelił na oślep za siebie. Kogoś trafił, bo upadł razem z tym kimś, ale nie był to G-Ramu. Ten ciągle śmiał się gdzieś z boku.

– Tylko to… sprawi mi przyjemność… smarku! – krzyczał i rechotał na przemian.

– Później pogadamy o przyjemnościach, jak dopadnie cię moja kula! – odkrzyknął Orsan, biegnąc wzdłuż rowu.

– O, to lubię. Zachowujesz się jak twój tatuś.

– Pieprz się!

Do końca rowu pozostało parę metrów. Tam zaczynała się skarpa.

– Dopadnę cię, nie pożałujesz.

– Mammmo! – Stanowisko archeologiczne Cynthie było tuż obok.

G-Ramu wpadł na jego plecy jak rozwścieczony zwierz. Kąsał go zębami, dość pieszczotliwie. Wykręcił mu głowę i wcałował się w dziecięce oczy. Cieszył się, że mały krzyczy, że jest cały sztywny, obolały w rozpaczy. Ścisnął go mocniej długimi, sztywnymi w podnieceniu palcami. Potrafiły nieść ból, pieszczotliwie gładzić i penetrować, przebijać i rozrywać, nawet ciąć, będąc w specyficznym złożeniu. Była to w końcu jedyna broń tej rasy w pradawnych zamierzchłych czasach. Kiedy wszyscy mieszkali na drzewach. Wpił się pocałunkiem w chłopięce usta, rozerwał ubranie i począł wylizywać to małe ciało. Jednak niewielki błąd i drobne ciałko wymknęło się z przeraźliwym wrzaskiem. Zarechotał. Jego śmiech przerodził się w przeciągły gulgot, potem warczenie, kiedy mały strzelił w skarpę ziemi tuż obok głowy.

– Jesteś cholernie nieczuły, jak twoja siostra! Z waszej rasy dobrze smakują tylko dojrzali mężczyźni! – krzyknął za nim, poprawiając generalski mundur.

 

 

XVII

 

Patrzyli na niego na poły z nienawiścią, na poły z zazdrością. Niektórzy zwierali szczęki z wściekłej bezsilności. Wiedzieli, że jeden jego ruch może pozbawić ich życia. Carter nie dbał o to. Wystarczyło jedno przerwane ogniwo, żeby ta rasa przestała istnieć, ale dla bezpieczeństwa rozkazał G-Ramu wszystkich wysłać do diabła. Pamiętał, jaką miał minę, gdy wyjawił mu swój plan. Nic, tylko zaćmione uwielbienie malowało się w jego oczach. Potrafił wzbudzić w tej istocie okrucieństwo. Nawet zażądał głowy najmłodszego członka rodziny. E-Lamu bawił się wtedy z nanorobotami. Uduszenie go zabawką nie stanowiło żadnego problemu. Czego się nie robi w pragnieniu udowodnienia miłości? Kochali się potem namiętnie całą dobę. Do sterowni przyniósł go od razu po lądowaniu. Carter, nie wiadomo dlaczego, miał ostatnio problemy z chodzeniem.

Znowu spojrzał na wszystkich z pogardą. Nagi, z obleśnym uśmiechem, wyglądał jak dziwka. Jego usta były krwistoczerwone, oczy niemal sine z braku snu, ciało opuchnięte i białe jak świeczka, na którą ktoś tylko przypadkiem nakleił plastry włosów na jeszcze męskim torsie. Pokrywały go linie zadrapań. W wielu miejscach wykwitły sińce, zwykle tam, gdzie uścisk był najsilniejszy.

 

 

XVIII

 

– Mammmo… – Orsan wpadł na nią potargany i skrwawiony. W jego dłoni jeszcze dymił mały rewolwer. Ten sam, który nosiła od dłuższego czasu w swojej kieszeni. Zwisł ramionami na jej brzuchu i upadł do stóp, łkając.

Trzęsąc się od wizji i przeczucia, upadła razem z nim.

– Co się stało, dziecko? Dzieciaku, uspokój się, mów. Mały mój! Przestań płakać! Mów!

– G-Ramu…

– Co G-Ramu?!

– Lizał mi usta, lizał mi brzuch i potem… pupę. – Trząsł się jak w gorączce. – Kazał mi zabijać swoich krewnych. Mówił, że już ich nie kocha! – szlochał bardziej. – Mówił… że mam sobie odebrać dług. – Łzy ciekły mu po twarzy. – Mówił, że jestem mały, sztywny smark, że nie znam się na pieszczotach! – W kąciku jego ust pojawiła się krew z pękniętej wargi. – Taki sam sztywny smark jak moja siostra.

– Gdzie jest ten skurwiel?!

– Za skarpą. Nie idź tam! Proszę, nie idź! – Trzymał się mocno jej ręki. – On tu nie przyjdzie. Wiem! Boi się ciebie, mamo!

– Boi się… – prawie wyprostowało ją to zdziwienie – mnie?!

Chłopiec całował jej dłoń, kiedy mówił:

– Nie jest dobrze, kiedy się nie kochacie z ojcem. Mała Riana powiedziała mi jednej nocy, kiedy słuchaliśmy odgłosów z waszego łoża, że bez seksu nie ma zdrowej rodziny, że tata oszaleje od chcicy i wybierze sobie obiekt zastępczy. Dla mamoszka liczy się archeologia. Tylko kopanie i dłubanie.

– Więc to wszystko moja wina? – Była więcej niż zła.

– Tak myślałem przedtem. – Orsan przełknął ślinę. Ciągle się bał… nawet mamy! – Trochę czytałem. Kiedy rozmawiałaś z ojcem na ten temat, sam przeszukałem net. Igholatanie mają dwadzieścia siedem płci. Tak?

Skinęła głową twierdząco.

– Współżyją razem do czasu, kiedy jeden z nich uzyska gotowy do rozrodu pakiet genetyczny. Tak zwane goole. Wtedy wynajduje z pozostałej paczki najlepiej rokujący garnitur rozrodu i składa w nim swoje goole. Resztę rodziny usuwa. Może ich nawet zabić.

– Wiem o tym wszystkim. Nie myśl o tym. To napędza twój strach. – Gładziła jego włosy. To był ciepły ruch. Uspokajał go.

– Nie, mamo. On się ciebie boi, bo możesz odebrać mu ojca. – Orsan był odkrywczy, był przekonywujący, był szokujący w swojej odkrytej prawdzie.

– O czym ty mówisz?

– Oni posiadają bardzo silny instynkt posłuszeństwa wobec tego seksualnego rytuału. Członkowie rodziny Ramu go nie zabiją. Ty możesz. – Patrzył jej w twarz z bolesną nadzieją.

– Zabić ojca? – Zaszkliły się jej oczy.

– I ja mogę… – Zadrżały mu usta.

– Co ty? O czym ty, do diabła, mówisz?!

– Lepiej biegnijmy na statek, mamo. Nie mamy chwili do stracenia.

 

 

XIX

 

Po ostatniej upojnej nocy z G-Ramu Carter leżał na ogromnym rihitiolańskim łożu otoczonym przyrządami niewiadomego pochodzenia. Nie umiał się ruszać, nawet nie chciał uronić chwili z błogości, którą odczuwał. Ruch oznaczał bodźce, oznaczał ponowne zatrudnienie układu sensorycznego i stłumienie rozkoszy. Czuł, że jego ciało napęczniało, wzdęło się w ogromie tego uczucia. To był puch, pianka sięgająca nieba, to nie była gumiasta naciągnięta skóra. Ledwie można go było rozpoznać w tym stanie. Tylko jego usta i bezczelne, upiorne oczy pozostały takie same. Roześmiał się zjadliwie na dźwięk kroków G-Ramu. Patrzył na Igholatańczyka z bezgraniczną miłością i oddaniem. Oddał mu wszystko, nawet pierścienie mocy WIFI, wiedząc, że Armia i tak go z nimi kiedyś przyskrzyni. G-Ramu potrzebował tej mocy, było niemożliwością dźwignąć ważące ponad tonę ciało człowieka.

– Tylko ja i ty – wyszeptał człowiek. Ton jego głosu pieścił każde słowo. Nie mógł dojrzeć sufitu. Skąd na tym statku taka wielka hala?

– Tak, panie Carter.

– Nie musisz mnie tak nazywać. Mówiłem, że dla ciebie mogę być po prostu Geofrey. – Zabrzmiało to jak delikatne upomnienie.

– Ja… Ja nienawidzę pana od pierwszego dnia, kiedy pana ujrzałem.

– To boli, G-Ramu. – Nie potrafił nawet wiercić się na łóżku, a pamiętał, że tak to lubił przed seksem.

– Niech więcej niż boli. Niech cię piecze w najgłębszym zakątku twego serca, niech ten rozjątrzony ból wyleje się na ciało, niech zszarpie najmniejszy splot twoich nerwów, niech przejmie cię goryczą i niepojętą niemocą. Poczujesz wtedy to, co czułem ja, kiedy mordowaliście moich bliskich, paliliście miasta i niszczyliście miejsca Wartości.

– Nie wierzę w to, co mówisz, łotrze… Powiedz, że tylko droczysz się ze mną, że to znowu figlarna zabawa…

– Należy ci się pewne wyjaśnienie – zaczął G-Ramu poważnym tonem. Carter nie był przyzwyczajony to poważnych rozmów już od dłuższego czasu. Ranił go ten ton. – Moja rasa jest inna niż twoja. My nie niszczymy życia, raczej celebrujemy jego różnorodność. Wynaleźliśmy sposób na jednoczenie genetycznych struktur. Rasy, które napotkaliśmy, podbijając galaktykę, miały nie tylko wady, ale również zalety. Zrobiliśmy wszystko, żeby te właśnie zalety wykorzystać w nowym projekcie nadistoty. Nie było to łatwe. Natura wydała nas na świat, bo miała w tym cel – propagację i ochronę życia. Wyniesienie tego życia pomiędzy gwiazdy. Dlatego nie niszczyliśmy. To była nasza filozofia i wiara. Wszystko, co napotkaliśmy na naszej drodze, poddawaliśmy drobiazgowym badaniom. Każdy nowy wzór genotypu był dla nas bezcenny. Ładowaliśmy to do naszej zbiorowej genetycznej pamięci i stosowaliśmy w tworzeniu i doskonaleniu nowych gatunków. Zaczynaliśmy od drobnoustrojów. Potem udało się kreować nowe gatunki zwierząt, wreszcie spróbowaliśmy na nas samych. Dlatego potrzebowaliśmy aż dwudziestu sześciu osobników o różnej potencji genetycznej i lat grupowej miłości, aby uzyskać jednolity pakiet nasienia zdolnego zawrzeć w sobie wszystkie genotypy. Z tobą to było eksperymentowanie i wielkie wyzwanie. Goolo było gotowe. Udało się. Ty i pięćdziesiąt procent naszego materiału genetycznego pozwoli na stworzenie rasy, która będzie zewnętrznie nie do odróżnienia od człowieka, a wewnętrznie będą to tylko nasze igholatańskie dzieci.

– To będą bękarty! – ryknął ciepłym głosem Carter. Ciągle go jeszcze kochał. Pomimo tych słów. Pomimo ich brzmienia.

– Panie Carter, to będą nasze dzieci, a jeśli się nie uda z panem, spróbujemy jeszcze raz. Pełno jest w waszej rasie takich jak pan, starych lubieżników, pedałów i wszelkiej maści zboczeńców seksualnych. Dotrzemy do właściwego genotypu, zrewidujemy i zmiażdżymy tę waszą butę i arogancję. Zjednoczymy z tym, co pozostanie, naszą nienawiść i okrucieństwo. To, co się urodzi, stanie się przekleństwem wszechświata! – Wybuchł szalonym śmiechem. – Ta hala nie jest kolejną sypialnią. To łoże, na którym tak wygodnie leżysz, nie jest łóżkiem do uprawiania miłości. Te wanny pełne odżywczych cieczy nie służą do kąpania. Skrzętnie to miejsce ukrywałem. Nie będzie więcej miłości między nami. Tak, tak, nigdy jej nie było, zawsze cię tylko nienawidziłem, nienawidziłem aż do granic rozkoszy. Jesteś w pokoju porodowym Rihitiolan. Przychodzili na świat bardzo podobnie jak my, podobnie jak my pokochali naturę i jej troskę o zachowanie gatunków. Seks w waszym ludzkim wykonaniu jest prostacki uczuciowo, prymitywny technicznie i w ogóle nieinteresujący erotycznie. Nawet ewolucja nie zadbała o odizolowanie miejsc usuwania odpadków z organizmu od miejsc erogennych. Musiałem się za każdym razem przebijać przez pokłady zwykłego łajna. Posiadacie w technologii rozrodu mikroskopijne, pojedyncze jajeczko i miliony, ba, miliardy ślepych strzałów, żeby je trafić i zapłodnić. Co za prymitywne marnotrawstwo. Moje goolo przenika wszystkie miliardy pana komórek i przekształca je w komórki macierzyste nowego ciała. Każda z nich będzie nowym niezależnym organizmem. Sami wybieramy spośród siebie Matkę Żyworodną. Od czasu zapłodnienia po poród nasze ciało przyjmujące czuje tylko rozkosz i dumę. Będziemy mieli nagle miliardowe potomstwo, panie Carter. Kiedy nasze dzieci przybiorą ludzki kształt, będą na zawsze bezpieczne.

Carter zarechotał na dźwięk tych słów.

– Ty igholatański psie – zaczął. – My zabijamy samych siebie z jeszcze większą przyjemnością. Nie jestem tu oficjalnie. Ja to wszystko robiłem na własną rękę. Dopiero poznasz smak ludzkiej potęgi, jak się do ciebie dobierze policja genetyczna. – Jego głos był zachrypnięty, ale mocny i straszny w tak wielkim ciele.

– Jak to? Przecież jesteście doskonali. Zabijacie samych siebie?

Nie usłyszał odpowiedzi. Statek się zakołysał. Wstrząsnęła nim detonacja. Stabilizatory położenia przez chwilę z trudem utrzymywały pozycję pionową. Ktoś wysadził solidnie zamknięty właz wejściowy. Niepotrzebnie zwlekał, powinien był natychmiast wystartować.

 

 

XX

 

Cynthie skradała się w ciemnościach korytarza. W jej rękach drżał mały karabin z laserowymi ładunkami detonującymi. Trzęsła się. Nie chciała krzyczeć. Jeszcze nie teraz. Orsan wbiegł do statku razem z nią, ale straciła go z oczu, kiedy w dymie po wybuchu po prostu się rozkaszlała. Jeśli go zawoła, odsłoni swój słaby punkt. Igholatańczyk będzie wiedział, że zgubiła syna. Znajdzie go i użyje jako tarczy. Drżała na myśl o takim zwrocie akcji.

Trzymała się ściany. Gdzieś tam były drzwi do ładowni. Zapakowali wszystkie trumny, jakie znaleźli. Były otwarte, w razie czego schowa się do wnętrza i poeksperymentuje z kontrolowaną magią. Uśmiechnęła się do tej myśli.

– Hhhej? – Ten szept przerażał. Ten szept nadchodził gdzieś z góry. Ten szept mógł spadać z czarnych krążków komunikatorów. Ten szept mógł być pytaniem o jej położenie.

Milczała dalej, posuwając się wzdłuż korytarza z palcem na podwójnym spuście broni. Plecami wycierała cały chłód ze ściany, aż spływał z niej mrożącym potem.

– CCCynthiieee… – szept syczał. – Jesteś, pizdo, blisko. Czuję to.

Nie dawała się sprowokować. Tylko na ustach poczuła smak łzy.

Jakiś cień, czarniejszy niż ta ciemność, skoczył gdzieś w bok, gdzie powinny być drzwi. Strzeliła. Detonacja ją oślepiła. Upadła na kolana, jęknęła. Nikogo tam nie było, tylko ściana zapadła się do środka jakiegoś pomieszczenia, paląc się z furią. Dym znów niemal ją udusił. Pobiegła w ciemność. Tylko żeby się ukryć. Teraz już mamrotała słowa jakiejś bojowej pieśni z kobiecych szwadronów inwazyjnych. Pomagały w takich chwilach jak najlepsza modlitwa. Gdzieś tu była ładownia, gdzieś tu…

– Cynthiiieee… – Szept był blisko. Dochodził zza rogu. Wierzyła, że widzi tę żabią twarz z wielkimi jak u sowy oczyma. Bała się tylko spaprać strzał.

– Twój mąż rodzi – mówił – Cynthieee. Będziemy… tatusiamiiii… – Rechotał przez chwilę, zanim zamilkł w przeciągłym syku.

Drzwi. Drzwi. Drzwi. Zobaczyła zarys klamki i drzwi. Klamka. Nacisnęła w pośpiechu. Źle. Poprawiła uchwyt, karabin przeszkadzał. To była rihitiolańska pierdolona klamka. Zawsze miała z nią kłopoty. Szybko odłożyła broń pomiędzy nogi i naparła dłońmi z całej siły. I to nieomal ją zgubiło. G-Ramu tylko na to czekał. Wyskoczył z ciemności wprost na otwierane drzwi. Sczepił się z jej ciałem, wierzgnął nogami, żeby dobrze ją przygwoździć swoim ciężarem, kiedy upadną na podłogę. Cynthie stęknęła głucho, jej plecy niemal się rozpadły na dwoje. Było tu kilka stalowych stopni. Czuła, jak ścinają jej skórę razem z superwytrzymałym kombinezonem. Obcy unieruchomił ją splotem ramion tuż pod schodami. Czuła jego kwiatowy, pełen jadu oddech. Nawet zlizał własną ślinę z jej ust.

– To taki żarcik, Cynthie – skomentował. – Bawimy się dalej?

Milczała przez chwilę.

– Masz mojego męża.

– Mam was wszystkich – zarechotał wręcz z podziwu dla swego geniuszu. – Ciebie, żmijo, zostawię sobie na sam koniec. Jesteś zbyt wulgarnie zachęcająca. Wolę wstrzemięźliwość i opanowanie. Łatwiej uzyskać stadium miłosnego upojenia, tak bezwzględnie niezbędnego do rozpoczęcia procesu fuzji moich goolo z komórkami ciała donora.

– Nic mi już nie zrobisz.

– Zrobię, zrobię – syknął krótko. Z oczu sypały mu się iskry.

Cynthie splunęła mu w twarz.

– Czujesz?! – warknęła. – To nie jest zapach mojego męża. Ja też jestem zapłodniona przez jednego z was. Czujesz, psie?

Nie wierzył. Nie wierzył, ale zwlókł się z niej załamany. Nawet gdyby kłamała, to czuł w jej ślinie… smak pędzącego przez żyły, jak trucizna, rozrodczego płynu.

– Kto?! – Jakże stanowczo to zabrzmiało. Biedny dureń się pyta.

– Moogie. – Słowo jeszcze nie zdążyło opuścić jej ust, a już na łokciach wymknęła się spod niego. Kopnęła go jeszcze na wylocie z całej siły w żółwią pierś. Ciągle tkwił jak ogłuszony w tej samej pozycji, z rozdziawioną paszczą pełną jakiegoś wyrodnego mlasku, który brała za niesmak czy oburzenie. Dość, by dać jej czas na skok w ciemność.

G-Ramu leniwym ruchem sięgnął do włącznika na ścianie. Ładownię zalało jaskrawe światło. Oboje wyglądali na śmiesznie małych naprzeciw rzędu gigantycznych trumien. Wieka leżały oparte o ścianę. Wszędzie walały się sterty skrzyń i kosze nieprzesegregowanych artefaktów. Na niektórych widniał biały numer identyfikacyjny. Cynthie ciągle się cofała w stronę najbliższej trumny. G-Ramu wahał się.

– Nie możesz mnie zabić… To wbrew regułom – wyjawiła mu swą myśl. Zdała sobie sprawę, że zgubiła gdzieś laserowy karabinek. Przeszedł ją dreszcz złego przeczucia. Było coraz mniej miejsca i coraz mniej czasu.

G-Ramu uniósł wolno głowę. Patrzył na nią z wściekłą nienawiścią.

– Mogę olać reguły. Jestem tu sam, bez świadków nie istnieją prawa. Nie wierzę w duszę, nie mam więc wewnętrznej bariery dla czynu. Zastanawiam się tylko…

– Długo ci to zajmuje. – Próbowała ręką namacać pudła za plecami. Musi w nich być jakaś broń czy choćby zardzewiały, długi gwóźdź.

– Zastanawiam się tylko, jak cię rozszarpać. I tego twojego smarka. – Nagle drgnął przerażony. – Gdzie masz smarka? – ryknął. Jaskrawe światło nakreśliło sporo cieni na jego ciele. Wyglądał jak złożony z kościanych, sztywnych fragmentów. Co za dziwna istota…

– Mój Orsan? – roześmiała się radośnie, ręka znalazła kilka rewolwerów naraz. – Mój syn zabija teraz swojego ojca.

Stał oniemiały. Na jego twarzy malowała się zgroza.

– Czy…?!

– Czy ziemskie dzieci zabijają rodziców?! – dokończyła za niego pytanie. – Pewnie! Synowie karzą śmiercią ojców z różnych powodów! Czeka cię miliard śmierci, tatusiu! – rzuciła za nim, gdy wyrwał się jednym skokiem na korytarz.

Nie traciła czasu. Wyszarpnęła kilka rewolwerów i pobiegła za nim, krzycząc i płacząc na przemian.

 

 

XXI

 

Nacisnął rihitiolańską klamkę i kopnął drzwi. Stanął jak wryty. Naprzeciw łoża stał chłopiec. Oburącz trzymał broń. Wizję strzału w głowę ojca roztrząsał każdy skrawek jego ciała. Topniały mu oczy. Płakał. Opuszczał i podnosił lufę swojego jakże małego rewolweru, jakby próbując wszystkie parszywe zaklęcia śmierci.

– Ej, smarku! – zawołał G-Ramu sprężony w swoim biegu, bo już biegł, mocarny w każdym kroku, pochylony i syczący jak jaszczur. – Zobacz, co mam. – Pokazał trzymany w dłoni okrągły pulsujący przedmiot. – Twoją pukawką możesz mnie i twojego ojca co najwyżej kurewsko uszczypnąć.

Chłopiec stał oniemiały. Zadanie widać mocno go przerosło.

G-Ramu biegł. Sala była potężna. Kilkanaście kadzi do filtrowania i karmienia małych. Wielkie nagrzewnice i wentylatory. To był wysoko rozwinięty technologicznie przemysł rozrodczy. Nic, z czym mógłby się równać człowiek z jego pojedynczą macicą i ślepą jak kura szansą zaistnienia.

– To jest blokator. – Machnął nim w powietrzu jak policjant odznaką. – Pozwala na ograniczenie mocy broni w całym tym obszarze. Doskonały dla dowódcy podczas rozejmu. Niezastąpiony dla policjanta w akcji. Znalazłem to w ruinach.

Zatrzymał się parę metrów przed nim. Mówiąc, wyszczerzył do niego… dłonie. Palce rosły, sztywniały. Nie, nie, to nie była jakaś tam erekcja palców. To był pradawny zew mordu. Mechanizm, broń ukryta w igholatańskim ciele od milionów lat. Kiedyś, gdy ludzie w dzikich hordach przemierzali bezkresy planety w poszukiwaniu pożywienia i życiowej przestrzeni. Walcząc tylko… na ręce.

Palce puchły, potężniały, przedtem sflaczałe, stały się teraz zrogowaciałe i ostre jak szpony. Te parę metrów do chłopca pokonał w jakimś dzikim tańcu, w podskokach, które nie miały nic z hojności dynamizmu, a raczej wiele z radości szczura. Wytrącił mu z rąk rewolwer i przebił go jedną z dłoni jak harpunem. Rzucił zwiotczałe ciało bardzo daleko, bo aż na ścianę. Roztarł plamę krwi na podłodze żabią nogą. Brzydziła go. Odpychała go jej czerwień.

– Aaaa…

Cynthie uderzyła go w plecy. Upadł, ale od razu zerwał się na równe nogi. Biegła do łoża porodowego. Z jej nogi kapała krew. Kulała.

Biegł za nią i chichotał. Strzelała i nie trafiała. Chichotał i biegł, drapiąc ją po plecach długim pazurem. Miał ją na wyciągnięcie ręki i mógł tylko szarpnąć raz i ostatecznie. Otworzyć jej skórę aż po dumnie wypięte piersi. Mógł. Mógł… ale nie chciał. Strzeliła w ciało Cartera, aż ten drgnął obudzony.

– Kochanie? Cynthie? – Miał spojrzenie pełne białej mgły.

– Milcz, ty zapleśniały dupku.

Następny strzał był nieprzyjemny. Był bliższy.

– Mówiłem smarkowi, że ta broń jest dobra na pchły. – G-Ramu złapał ją i odwrócił do siebie. Odtrąciła go. Odskoczyła. Miała jeszcze tyle siły wśród łez i rozpaczy.

– Gińńń!!!

To, co zrobiła teraz, zaskoczyło nawet ją samą. To była mała zardzewiała wyrzutnia miniaturowych strzał z rozwierającym się ostrzem. Piękna broń nieznanej rasy z granic galaktyki Mlecznej Drogi. Użyła jej przedtem tylko raz. Teraz znalazła ją w swojej skrytce z narzędziami archeologicznymi. Wyrwała to małe żelastwo z kieszeni kombinezonu. Zbliżyła do głowy męża i wystrzeliła. Bryzgi krwi lśniły na jej czole, kiedy cofała się w stronę wyjścia. Krok za krokiem, byle dalej od tej przeklętej poczwary.

G-Ramu pochylił się do skoku. Potem nagle zwiotczał i uśmiechnął się zrezygnowany.

– Mam jeszcze ciebie i twoje igholatańskie bękarty Moogiego. – Wzruszył ramionami. – Chodź do mnie, Cynthie, poczujesz pasję mojej miłości. – Znów pochylił się z sykiem żmijki.

Cynthie przełknęła ślinę. Jej decyzja była nieodwołalna, jedyna, przeszywająca przerażeniem i lekkim dreszczykiem satysfakcji, słuszna i jednocześnie przeraźliwie druzgocąca, oparta na pryncypialnych przesłankach zemsty za syna. Jaka? Jaka?, pytała samej siebie, kiedy wyrzutnia tuż pod szczęką eksplodowała w przeraźliwie zardzewiałym smaku.

 

 

Autor: Jan Maszczyszyn

Redakcja i korekta: Magda Polanowska, Agnieszka Parzych

 

Pasje mojej miłości (część pierwsza)

 

 

Tags: , , ,

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *