MENU
fot. z archiwum autora

Toczę bitwy o chwilę z Tobą – poezja Arkadiusza Wasilewskiego

fot. z archiwum autorki

Gryzie miłość – poezja Agnieszki Wojciechowskiej

18 lipca 2016 Comments (0) Views: 573 Czytam

Pasje mojej miłości (część I)

I

 

pxTu rozciągał się świat Igholat. Po kres horyzontu stały na mocarnych nogach krążowniki dawnego imperium. Nikt nie krzątał się wokół, jak to zazwyczaj bywało w czasach wojny. Wiatr nanosił tylko kurz, a deszcze wpychały miałki muł w załamania konstrukcji.

Kosmodrom od południa okalały góry. U ich podnóża wznosiło się miasto, skąd chciwi władcy kontrolowali ogromne połacie Galaktyki i prowadzili niekończące się wojny. Teraz zaledwie kilku przechodniów przemknęło chyłkiem w obawie przed innym panem tej planety – człowiekiem.

Przybył tu niedawno. Statki ludzi nie przypominały niczego, co dotąd spotykali na polach bitewnych. Zagarnęli armadę Igholat w kokonie czasoprzestrzeni. Następnie z uśmiechem nieopisanego okrucieństwa wysłali w śmiercionośny ogień gwiazdy. Światy Igholat rozciągały się niemal po jądro galaktyki i zawsze, napotykając życie, dumni konkwistadorzy respektowali garnitur genetyczny. Jednoczyli wszelkie możliwe opcje, wprowadzali unowocześnienia, czasami uproszczenia symbiotyczne. Nigdy nie była to destrukcja, nazbyt bowiem cenili sobie tę spontaniczność i zarazem geniusz ewolucji. Ludzie byli inni. Igholatanie nigdy nie spotkali tak bezlitosnych i wyrachowanych bestii. Na każdą z planet tego świata zrzucili wirusy-demontatory, struktury dezorganizujące ustalony porządek genetyczny. Istotom żywym nie pozostawiły nic oprócz słodkiej zagłady. Już każdą planetę spotkała milcząca śmierć. Z wyjątkiem tej.

G-Ramu poddał się wibracji przestrzeni i wolno schodził do lądowania. Szukał wolnego miejsca. Nie chciał zniszczyć misternych siatek gniazd wormholes, jakie pokrywały lądowisko. Mogły się jeszcze przydać. Patrzył na zamarłe krążowniki dawnego imperium. Prosił Bogów Losu o łaskę i odmianę przeznaczenia tego świata. Niestety, było coraz gorzej. Ludzie lądowali już po przeciwnej stronie globu. Sprowadzili ze sobą miliony chorych osobników, obce rośliny i biotechnologię, która pozwalała szybko asymilować ten inwentarz do nowych warunków panujących w świecie Igholat.

G-Ramu odepchnął właz. Zwinnym skokiem wydostał się na powierzchnię lądowiska. Ponad nim, nieco z boku, zawisł potężny niszczyciel Ziemian. Wysypali się w tęczowych kulach z brzucha statku. Pilotowali je dość sprawnie. Większość poleciała w stronę miasta. Jedna osiadła tuż obok i z wnętrza wyszedł człowiek. W kuli siedziała kobieta. Czytała książkę. Na jednym jej kolanie leżał chłopiec, a na drugim głowę opierała dziewczynka. Chłopiec dłubał w nosie.

Mężczyzna podszedł. Miał przenikliwe spojrzenie i jakąś miękkość w ruchach. Pozdrowił go ruchem ręki.

– Widzę, że traktujesz moją propozycję poważnie – rzucił w transgalaktycznym.

Ci ludzie szybko się uczą, pomyślał G-Ramu. Dopiero co tu przybyli, a już dość biegle opanowali język i niektóre zwyczaje panujące w gromadzie gwiezdnej. Rozwarł swoją szeroką paszczę w uśmiechu.

– Jeśli mogę zrobić coś przeciwko znienawidzonym nieprzyjaciołom, to jestem do usług – powiedział.

Był dość muskularny i dobrze uzbrojony, ale człowiek, choć dużo mniejszy i bez broni, wydawał się tym zupełnie nie przejmować.

– Dotrzymam słowa. Ty i twoja rodzina będziecie mogli odlecieć, gdzie wam się podoba, ale z daleka od ziemskich kolonii. Powiedz mi, wy naprawdę potrzebujecie aż dwudziestu siedmiu osobników do prokreacji?

– Owszem – odparł G-Ramu, znów z przyjaznym uśmiechem na swej szkaradnej twarzy. – Jeśli natrafimy na akumulację płodności, to możemy wydać na świat aż miliard młodych osobników w jednym miocie.

– Ale jeżeli jeden z waszej dwudziestosiedmiopłciowej rodziny będzie niesprawny seksualnie, to nastąpi koniec rasy?

– Wtedy musimy wziąć pod uwagę inne opcje.

– Tak? A jakie? – Jego ciekawość miała w sobie sporo jadu.

– Niech to pozostanie moją tajemnicą – powiedział i jego uśmiech zamarł w cichym syku. Pytania obudziły jego podejrzliwość. Wielu z jego braci odradzało mu ten kontrakt. Nikt nie ufał istotom zdolnym do takich okrucieństw.

– Potrzebuję całej waszej floty. Znajdź mi załogę dla tych krążowników. Nic im nie obiecuj, ale wezmę pod uwagę ich bohaterstwo. Musimy niepostrzeżenie dostać się jak najbliżej Pytranii.

 

 

II

 

Pytrania nie była pojedynczą planetą. Pytrania była gromadą kulistą wielkości tysiąca lat świetlnych. Otaczały ją mgławice pyłu gwiezdnego i gazu. Podświetlone od wewnątrz potężnym blaskiem masywnych niebieskich olbrzymów wypełniały niebo wysokoenergetycznymi łunami bieli i fioletu. Gromada w większości zawierała stare gwiazdy drugiej populacji i mnóstwo planet skalistych. Nie powinno ich tu być. Zwykle w takich gromadach spotyka się niewielką metaliczność. Są to gwiazdy pierwszej generacji, bez okazji na wyprodukowanie czegoś cięższego atomowo niż hel, lit czy beryl. Gromada kulista porusza się wokół galaktyki na wydłużonej orbicie eliptycznej.

Takie obiekty nierzadko bywają przechwycone z przestrzeni międzygalaktycznej. Powstały więc z niemal czystych chmur wodorowych, w odróżnieniu od gwiazd centrum, gdzie słońca formują się już z domieszką bogatej różnorodności atomów. Po prostu w tamtej przestrzeni trup gwiazd ściele się gęsto. Łatwo o rozszarpaną supernową i jej życiodajne atomy.

Gromady kuliste mogą się też zabrudzić, kiedy orbita przebiegnie przez bogate w ciężkie pierwiastki rejony galaktycznego równika. Jednak to rzadkość. Tak więc nie ma podstaw, by sądzić, że ktokolwiek znajdzie w gromadzie kulistej dobrze uformowaną planetę skalistą. Raczej może spotkać globy jowiszowe, w całym wachlarzu wielkości i stanów energetycznych. Materiałem budulcowym zawsze pozostanie jednak wodór z nieznacznymi domieszkami litu i helu.

Tutaj metaliczność gromady, czyli procent atomów cięższych od wodoru, sięgała dwudziestu procent. Nie ma takich obiektów w galaktyce, ba, nawet w całym obserwowalnym wszechświecie. Dla porównania: z danych Universopedii wynika, że metaliczność w układzie słonecznym Bellii, Oradimusa czy Ziemi wynosi tylko dwie setne procenta. Te obiekty zostały tutaj sztucznie zgromadzone. Spektroskopia wyjawiła też inną tajemnicę. Wewnątrz gwiazd były obecne superciężkie metale z rodziny orkidowców. Znowu nie natrafimy na nie w stabilnym stanie nigdzie w dostępnym świecie fizycznym. Ktoś wykorzystywał środowiska wnętrza gwiazd do kontrolowanej manipulacji niewystępującymi w naturze prawami fizyki i produkcji tych elementów. Ludzie potrafili utrzymać w swoich laboratoriach WIFI pojedynczy atom orkidowca przez ułamek sekundy, rasa zamieszkująca Petranię wytwarzała je w ilościach spektroskopowych.

Wpadli do granicznych układów i już na podświetlnej zaatakowali czekające na nich statki. Pierwsze były krążowniki igholatańskie, korzystały z korytarzy utworzonych wcześniej przez ludzi. Wytraciły szybkość zaraz po wyjściu z nadświetlnej. Rozpoczęły ostrzał liniowy. Za nimi wlokły się transportowce. Wypadały z czarnej otchłani podprzestrzeni wprost w pola minowe granic układu gwiezdnego. Zapalały się w eksplozji i gasły. Nie było chwili do stracenia. Statki ludzi były zbyt wielkie, żeby w ogóle zatrzymać się w tym układzie. Przechodziły po hiperbolicznej, zmiatając flotę wroga falą czasoprzestrzennego zniekształcenia grawitacyjnego; uderzały nią w bladoniebieskie słońce, które przybierało formę wyciągniętego jaja; puszczały i znikały w drodze do następnego układu.

Pozostawiały za sobą masywne czarne dziury grawitacyjnych boi przechwytujących. W dodatku statki igholatańskie były na tyle zgrabne, że wypadając z nadświetlnej, znakomicie manewrowały i były zdolne do starcia. Pytranowie przegrupowali swoje wielkie statki wojenne i ukryli się na orbitach najmasywniejszych planet układu.

To była tylko zaczepka. Flota ludzi miała inny cel i to tam mknął statek za statkiem, pędząc przed sobą wzbierające fale zniekształconej czasoprzestrzeni. Słońce układu pękło na dwoje. Stanowiło przecież wyłącznie gigantyczną kumulację zjonizowanego gazu i skomasowanej mocy materii. Przestrzeń, którą zakrzywiało, formowała się na nowo pod wpływem innej siły. Fragmenty zawirowały, znów powróciły do sferycznie skoncentrowanych obiektów. Potem wzburzone kule gazu rozdrobniły się na jeszcze mniejsze wirujące fragmenty wielkości Jowisza i przygasły wiedzione w głąb ciemności impetem uderzenia. Teraz nie dawały już za wiele światła, nie kumulowały też grawitacji. Służyły jedynie gigantycznym i ociężałym statkom ludzi jako dodatkowe grawitacyjne boje do hamowania i zakrzywiania trajektorii lotu. System przestał istnieć. Układ planetarny z wolna objęła noc, planety rozsypywały się na zagubionych orbitach, a jego mieszkańców ogarnęła bezsilna rozpacz. Nigdy nikt nie zachowywał się tak barbarzyńsko i podle. Bezgraniczna wściekłość popychała ich do walki. Nie było już właściwie z kim walczyć. Igholatańskie statki pomknęły za flotą ludzi. Pozostały tylko dziwne, długie okręty minujące. Przechodziły setkami, szybkie jak widma. Część floty jeszcze ewakuowała planety, reszta w wydłużonym szyku ruszyła za nimi. Przechodzili w nadświetlną, ale jakąś nietypową, widmową. Gwiazdy gromady, tak olśniewające, w potężnym blasku przygasły, rozmazały się, zszarzały, by nagle wybuchnąć jaskrawością, od której aż bolały oczy. Wchodzili do słońc Rihitiolu. Potęgi nad potęgami. Tu skończyły się żarty. Tu rozpoczynał się regularny front świata Pytranii. Statki ludzi rąbały przestrzeń grawitacyjnymi salwami, wyrywając w niej dziury chaosu. Oberwało się jednej z planet wielkości Saturna. Rozlała się gazowymi jęzorami atmosfery przeplecionej oceanami metanu. Trzeba było ciąć kawałki krótkimi seriami omiataczy laserowych, żeby wyjść na czyste pole. Stąd aż do granic układu tłoczyły się walczące okręty. Tylko jedno było jasne. Ludzie za wszelką cenę pragnęli dotrzeć do centrum. Był to gigant klasy widmowej B. Jego fioletowo-białe światło miało coś z psychodelicznej mocy. Szli szerokim klinem. Znów te same manewry i kumulowanie grawitacyjnych uderzeń. Flota Rihitiolu należała do najpotężniejszych i czekała na nich, przeczuwając, że tam, za plecami, rodzinna gwiazda znalazła się w niebezpieczeństwie. Igholatanie nadgryźli kilka statków z boku. Było to zagranie szybkie, sprytne, przeprowadzone z pasją wytrawnego gracza. Przez sekundy wprowadzało zamieszanie, na które ludzie tylko czekali. Fala grawitacyjna ogromnej mocy przeszła przez czoło floty jak sztylet. Wygięła czasoprzestrzeń, wciągając w siebie statki i druzgocąc je w kataklizmie zderzeń, i jeszcze liznęła błękitną planetę tuż za nimi, aż ta sczerniała, kiedy ocean zamienił się w pył i błoto. Kilka gigantycznych statków ludzi przeszło przez wyrwę na grzbiecie fali. Bezbronne słońce rozszczepiło się na dwoje. Jedna część przygasła natychmiast, druga, wirując jak kropla rozwścieczonego temperaturą metalu, wskoczyła w otchłań kosmosu. Osierocone planety rozsypały się w rosnącym bałaganie. Ale flota ludzi i ich sprzymierzeńców już leciała do następnego układu, a za nimi rwała znacznie liczniejsza i potężniejsza – rihitiolańska. Spotkali się w połowie drogi, na naprędce zaminowanej przez ludzi przestrzeni. Bitwa w ciemnościach była czymś, w czym wyspecjalizował się człowiek. Szybkie zamykanie kokonów przestrzennych i anihilacja. Energia, jaką wytworzyli, pozwoliła im zniszczyć następne słońca bez walki. Wtedy świat Pytranii poprosił o rozejm. Ludzie tylko na to czekali. Nie negocjowali warunków, pomimo że tamci czekali. Do układów gwiezdnych napłynęły nowe statki i coś, czego nikt jeszcze tutaj nie widział. Ciągnięte przez rzędy grawitacyjnych holowników przypominało brązowego karła, który zachowywał się jak niesforna neutronowa gwiazda. Łypał smugami wysokoenergetycznych wiązek protonowych w odstępach nanosekund. Dla oka to był stały, bolesny blask. Grawitacyjna fala wepchnęła monstera do wnętrza gwiazdy systemu jako główne jądro. Jądro, które potrzebowało demonicznych zasobów energii, aby wypromieniować coś więcej niż energię. Moc WIFI, którą ludzie ochrzcili mianem Universal Router. UR. Ta moc nadała im miano Bogów wirtualnego świata, który wiązał się z rzeczywistością w trudną do rozróżnienia mieszankę.

Bez słowa zapytania wylądowali na jednej z planet w pasie mieszkalnym. Wysypali się w swych tęczowych kulach zastępujących skafandry i ze śmiechem wypełnili ulice największej metropolii. Igholatanie postawili swoje statki obok. Stały w jednym lśniącym rzędzie. G-Ramu wyszedł na płytę lądowiska. Atmosfera planet Pytranii zawsze wywoływała u niego duszący kaszel. Patrzył z uznaniem na ludzi. Ile lat bezsensownych zmagań kosztowały jego rasę wojny o ten żyzny kawałek galaktyki. Nikogo nie interesowały obszary z niską metalicznością. Potrzeba było milionów supernowych, żeby gwiezdny pył mógł użyźnić przestrzeń atomami cięższymi od wodoru. Na to potrzeba było miliardów lat wypalania w piecach termonuklearnych gwiazd. Tylko niektóre ze względu na masę były zdolne do eksplozji i rozprowadzenia nowych substancji, a bez nich nie było życia. Wszyscy rwali się do centrów, gdzie królowały światy pełne wody i ciepła. Szczególnie tu, w gromadzie gwiezdnej, ktoś na przestrzeni miliardów lat skumulował niemożliwe bogactwo, teraz przechodzące w ręce tych dwunożnych istot.

Kilka tęczowych kul poczęło krążyć nad jego statkiem. Jedna zniżyła się, dotknęła powierzchni i z wnętrza wyszedł człowiek. Stanął naprzeciw niego. G-Ramu traktował to jako osobisty zaszczyt.

– Znowu się spotykamy, G-Ramu – powiedział ciepło człowiek. – Nie masz już chyba do nas żalu za wasze światy, po tym, co zobaczyłeś do tej pory.

– Nie mam, panie – stwierdził w odpowiedzi, patrząc na przechadzającą się tam i z powrotem kobietę. Po raz pierwszy opuściła kulę. W jej oczach widział niecierpliwość. Najwyraźniej nie akceptowała tego, co robi mąż.

– Możesz mnie nazywać Lord Carter – stwierdził sucho człowiek. – Teraz zobaczysz coś, o czym twoja rasa, ani nawet Rihitiolanie nie mają bladego pojęcia.

Wyciągnął z kieszeni niewielkie pudełko po landrynkach. Szukał w nim wytrwale i wybierał, jakby to były kawałki czekoladek. Wreszcie założył na palce kilka przedziwnych, starych pierścieni. Każdy odpowiadał innemu pasmu mocy. Wszystkie wrosły mu w ciało. Skóra dłoni aż pozieleniała. Pochylił się i zebrał trochę pyłu. Potem pozwolił drobinom unieść się w powietrze, mamrotał jakieś zaklęcia czy krótkie komendy i słońce przygasło, zbladło, nagle pociemniało, otwierając wąski przesmyk dla światła, które oświetlało teraz tylko drobiny srebrzystego pyłu, aż stopniały i upadły z powrotem na ziemię. Powiał lodowaty wiatr. Carter machnął ręką zniecierpliwiony. Gwiazda zapaliła się na nowo.

– To pradawna technologia. Trochę unowocześniliśmy ją naszymi promiennikami WIFI. Zanieczyszczają rzeczywistość naszym wirtualnym światem mocy. Zniekształcają parametry psychofizyczne. W tym Realu nie ma już praw natury, są tylko zachcianki człowieka. Każda z tych gwiazd w gromadzie wkrótce będzie miała zabudowany Globalny Router, emiter wirtualnego świata. Woda nie będzie płynąć, jeśli nie zezwoli na to ludzka wola, ty nie będziesz nawet oddychać, jeżeli nie uzyskasz na to pozwolenia. – Wskazał metropolię za plecami. – Nie będzie negocjacji. Zamkniemy ich oddechy w ułamku sekundy. Uśmiercimy ich, zanim odlecą na bezpieczną odległość z dala od naszej strefy WIFI. Tylko zbadamy ich przydatność dla naszego projektu, co zajmie chwilę, i… zginą.

– Co mam zrobić, panie Carter? – zapytał G-Ramu z budzącą się paniką w głosie.

– Tylko jeden z twoich statków będzie ocalony. Upewnij się, że masz na nim najcenniejsze, co posiadasz. Resztę użyjemy w boju, ale nikt nie zginie z naszej ręki, może nawet niektórym oferujemy wolność. Jesteśmy archeologami. To nieoficjalna misja. Pomożecie nam w naszych wykopaliskach.

– A gdzie, jeśli można spytać?

– Wiesz, czego boją się te szczury rihitiolańskie?

G-Ramu spojrzał na niego badawczo. Nie podejrzewał go o aż takie szaleństwo. – Nie myślisz chyba, panie Carter…? – wyjąkał pytanie.

– A właśnie, myślę o planetach Troarów.

Nikt nie zapuścił się w gromadę gwiezdną tak głęboko. Gwiazdy były stłoczone za ciasno, dystans pomiędzy nimi wynosił co najwyżej tygodnie lotu światła. Mimo to nigdy nie doszło do zderzenia. Poruszały się w perfekcyjnym tańcu wokół serca systemu. Serca, którym była pustka.

– Polecimy tam jednym statkiem – powiedział Carter. Dotknął jego zrogowaciałej piersi wskazującym palcem, na którym błysnął czarnym okiem starożytny pierścień. – Twoim statkiem.

 

 

III

 

– Kurwa, „Lord”. – Kiwała z politowaniem głową – Wszystko, tylko nie „Lord”. Coś ty znowu wymyślił? – mówiła, układając rzeczy w szafkach igholatańskiej kajuty, która miała być ich domem przez długie miesiące.

– No, dobra – mruknął z niechęcią. – Powiem mu jutro, żeby mnie tytułował „Pan”.

– I jeszcze jedno – kontynuowała z nieustępliwością godną prawdziwej kobiety. – Na jaką cholerę używasz tych pierścieni? Wykryją to na parsek. Przecież zamkną nas za taki show.

– Pierścienie nie są notowane. Pochodzą z niezarejestrowanego wykopaliska z głębi Drogi Mlecznej. To obca, przypadkowo kompatybilna z naszą technologia. Nikt nie zorientuje się w tym wojennym rozgardiaszu. Zresztą mam kilka identyfikatorów genetycznych. Zanim mnie znajdą, miną wieki.

– Miną wieki, zanim coś trafi do twojej pustej pały. – Mówiąc to, odwróciła się do chłopca. – Orsan, mówiłam! Nie dłub w nosie! Na tym statku są takie hordy bakterii, że nawet dziesięć zestawów immunologicznych nie pomoże. – Znów z oburzeniem zwróciła się do męża. – Powiedz coś temu chłopakowi! To przecież twój syn.

– A co, mam mu dać lekcje dłubania w nosie? – Wzruszył ramionami. Potem kontynuował z krzywym uśmiechem: – Zleję go po paluchach młotkiem, to go wyleczy. – Parsknął dzikim śmiechem, widząc zaskoczoną minę syna. Nie wiedział, co to starożytny młotek. – Tata żartuje – uspokoił go.

– Wiesz, co myślę… – powiedziała Cynthie, kiedy przenosili i ustawiali bagaże w nowym lokum. – Mogliśmy wynająć za parę groszy najemników z Hlidii. Nie ufam tym…

– Igholatańczykom? To poważne istoty. Dwadzieścia siedem płci to dość bezpieczna bariera. Nawet na ciebie nie spojrzą.

– Ja widziałam wzrok tego Ramu.

– Przesadzasz.

 

IV

 

Wyszli z nadświetlnej trochę za wcześnie. Rihitiolańskie statki przeszły akurat obok. Czy można w kosmosie mówić „obok”, kiedy ma się na myśli tylko cztery jednostki astronomiczne? Faktem jest, że gdyby ich zauważyli, zmietliby ich jedną salwą, jak tylko przestrzeń wykazałaby pierwsze oznaki anomalii. Zabarwiała się wtedy czerwienią na obszarze miliona kilometrów sześciennych, jakby krwawiła tym nadejściem. G-Ramu nerwowo śledził odlot jednostek wroga. Byli zaprzątnięci ciągle toczącą się inwazją w rejonie granic gromady gwiezdnej. Butni i pewni siebie, nie znali jeszcze ludzi.

– Mamy jeszcze dwa na kursie. – Carter wskazał palcem nadchodzące statki. Jeden był ogromny i ten nie wiadomo czemu trzymał się z tyłu. Drugi nie bawił się w ceremonię powitalną i już raził ich serią z dziobowych laserów. Statek igholatański zatrząsł się od ciosów. Coś zawyło przeraźliwie i polecieli wykrzywionym kursem wprost na księżyc jowiszowej planety, którą właśnie mijali. To poszły sterowniki nadświetlne, nieodzowna część przy każdym skoku w nadprzestrzeń. Bez nich do najbliższego systemu wlekliby się miesiącami. Schowali się w cień księżyca. Planeta za nim wręcz raziła oczy. Musiała mieć swoje własne źródło energii.

Statek Rihitiolan przyjmował wyczekującą pozycję po przeciwnej stronie satelity i gotował się na śmiertelny cios. Panowało niepisane prawo nieingerencji w ruch ciał niebieskich. Nikt nie miał prawa uszkodzić bądź zmienić ze skutkiem katastrofalnym orbity planety. Znalazły się wyjątki w tym świecie. Znalazł się ktoś, kto ignorował prawo i ustalał własne zasady.

Carter stał w sterówce sam. Zapanowała całkowita panika. Załoga rzuciła się do szalup. Miarowo tykały mierniki. Krajobraz za całościenną szybą sterowni wypełniała przemykająca powierzchnia księżyca. Carter sięgnął po swoje pudełko mocy. Szybko wybierał kombinacje pierścieni. Nie było chwili do stracenia. Kilka spadło mu na podłogę.

– Zawsze mówię, durniu, żebyś kupił sobie wreszcie na te śmieci jakiś profesjonalne etui – rzuciła Cynthie, podając mu kilka skwierczących od bliskości dłoni pierścieni.

Założył je na palce w gorączkowym pośpiechu. Powoli wrastały. Jego dłoń stała się fioletowa, wreszcie zamieniła się w coś podobnego do spalonej pięści, pęknięcia skóry pobiegły aż do łokcia. Walczył z bólem, ale wytrzymał. Ręka nie była już ręką człowieka. Zawsze łatwiej jest wtedy pobroić.

Poza cieniem planety WIFI było ledwo uchwytne. Potrzeba było nie lada umiejętności, żeby zapanować nad strumieniem plików informacyjnych dla czasoprzestrzeni. Kiedy włączył dodatkowe pola grawitacji, zrozumiał, że wygrał. Zatrzymał statek zupełnie, a krater za oknem rozpalił się do czerwoności. Zbielał i zgasł czernią, która zaczęła wsysać elementy krajobrazu i topić je w odmętach czarnej dziury. Z niesłychanym impetem proces porwał sąsiadującą przestrzeń i coś, co tkwiło ukryte poza nią. Kształt wrogiego krążownika wydłużył się, pękł w ogniu eksplozji i gasł pojedynczymi iskrami czarnej mazi zniekształcenia.

Drugi próbował uciec. Szedł całą wstecz, a mimo to zbliżał się nieustannie. Carter zakreślał nad nim koło swoim magicznym narzędziem. Nić jego mocy wiła się wyciągnięta do długości setek milionów kilometrów, a i tak to było nic w porównaniu z pełnym polem WIFI w pobliżu gwiezdnego Routera. Odetchnął z ulgą i zwalił się zmęczony w wielki fotel igholatański. Znikąd pojawił się G-Ramu. On też oddychał ciężko, a długie żerdzie jego palców drżały nerwowo.

– Ten dokujący statek będzie nasz – stwierdził człowiek.

– Tak, panie Carter – odpowiedział bez zmrużenia oka. Stał zapatrzony w podziwie dla człowieka. Oto nadistota, na którą czekała jego rasa. Oto system genetyczny, wzór, który należy kopiować bez końca.

– Załoga powinna już nie żyć – stwierdził znów Carter, przerywając jego rozmarzenie. – Dopiero co udusiłem ich wszystkich – roześmiał się, wskazując swoje pudełko po landrynkach. – Nie powiem, miałem w tym swoją przyjemność. Te szorstkie, jakby podniecone lub wypełnione kamieniami gardła były ciężkie do zamknięcia.

Wszyscy ryknęli śmiechem. Nie wiadomo kiedy wypełnili mroczną sterówkę. Ale nienawiść była im bliska. Zdążyli polubić za to pana Cartera.

Rechotali jeszcze, gdy kazał im wyrzucić martwe ciała przez luk wyładunkowy. Sporo tego było i wszyscy należeli do pytrańskiej elity rządowej, nie mówiąc o Matce Żyworodnej, nabrzmiałej zapłodnionymi komórkami. Wyglądała jak nadmuchany, obśliniony wieloryb. Rozszarpali ją na strzępy.

Pozostawili stary okręt na ciasnej orbicie stacjonarnej. Nowy statek był zgrabniejszy i bardziej zwrotny. Przelot na następną planetę układu zajął im kilkanaście relatywistycznych minut. Planeta posiadała kilka księżyców wielkości Ziemi. G-Ramu szczególnie interesował jeden z nich. Podzielił się swymi uwagami z partnerami. Później zaryzykował pytanie.

– Panie Carter? – zaczął. – Ten księżyc tam w dole ma w sobie coś dziwnego.

– Tak, wyczuwam odpychającą moc, chociaż wszystko wskazuje na to, że jest pusty – odpowiedział spokojnie. – Już się spotkałem z tym zjawiskiem w poprzednim układzie planetarnym, to są dzikie osady WIFI. Ale to nas nie interesuje. Przelecimy w głąb gromady. Tam jest więcej tych milczących planet. Jedna z nich zawiera to, czego szukam.

Zadrżeli na dźwięk tych słów. Nikt nie zapuszczał się w te strony. Nawet waleczni Rihitiolanie trzymali się na obrzeżach. Technologie technologiami, ale magia, ciemne, niewytłumaczalne moce to było za wiele dla racjonalizmu zwykłej ekspansjonistycznej cywilizacji. Empiryczny stosunek do rzeczywistości nakazywał trzymanie się z daleka. Dopiero ten Carter dysponujący dziwną mocą, którą sam nazywał WIFI, obudził w nich ciekawość tych zakazanych miejsc.

 

 

V

 

– Po co ci była ta czarna dziura, do cholery?! – rozpoczęła swą codzienną dawkę narzekań Cynthie. Układała rzeczy w nowej szafie. Gabinet admirała Floty Rihitiolańskiej był znacznie przestronniejszy. Miał widok na całą dziobową część statku. W oknie rozpinała się galaktyka, nieco z boku gromada kulista, w głąb której zmierzali. – To jest karalne i niebezpieczne. Nie chcesz mnie chyba pozostawić wdową na pastwę tych parszywych istot.

– Myślisz, że… oni się zorientowali, że reprezentujemy tu tylko siebie? – spytał, przeglądając mapy na tablecie.

– Nie – odpowiedziała, wycierając nos. – Są przestraszeni. Zbyt sterroryzowani regułami technokratycznego społeczeństwa. Poza tym ta ich multiseksualność…

– To ciekawe. Zauważyłaś? Reagują jak zbiorowa matka. Nadopiekuńczość i wścibstwo.

 

 

VI

 

Przeszli w nadświetlną z duszą na ramieniu. Podróż z tą szybkością w takim gwiezdnym tłoku zakrawała na szaleństwo. Na szczęście był to krótki skok do samego centrum. Wypadli wprost na gigantyczną planetę przypominającą Ziemię. Lśniła od błękitu oceanu, a białe chmury wręcz oślepiały. Zeszli do lądowania łagodnym łukiem. Odkryli miasta, będąc jeszcze na orbicie. Były puste. Pomimo panującego dnia, emanował z nich obcy i odpychający mrok. Wylądowali w plątaninie ulic. Rozdmuchali falą akustyczną kilka starych kamienic, żeby wygodnie ustawić statek. I tak górował ponad zabudowaniami swym stalowym łbem. Wysypali się na ulicę z niechęcią. G-Ramu szedł pierwszy. Carter nasłuchiwał coś swoim zwyczajem, przechadzając się gdzieś w cieniu niebotycznych murów. Podeszli do niego.

– Tu nigdy nikt nie mieszkał – wyjaśnił z nutą niepokoju w głosie. – To sztuczne miasto. Ma przyciągnąć naszą uwagę – dodał poirytowany tym faktem. Spojrzał na G-Ramu przenikliwie. – To tutaj. Odeślij ludzi na orbitę, bo robi się niebezpiecznie. Potrzebuję tylko ciebie.

Na żabiej twarzy Igholatańczyka pojawił się niemal ludzki grymas uwielbienia. Ta istota zadbała o bezpieczeństwo jego rodziny. Czuł rodzącą się więź przyjaźni z człowiekiem.

Przez chwilę trudno było im iść w kurzu, jaki wzniecił startujący statek. Wisiał ponad nimi długą chwilę, penetrując wylotami miotaczy wszystkie otaczające ulice. Potem nagłym skokiem wzleciał ponad atmosferę.

Jeszcze z orbity wiedzieli tysiące trupów zwierząt leżących u wrót miasta. Były to legendarne Troary, władcy magicznych mocy. Ktoś skosił je szybką salwą z baterii laserowych, podchodząc do lądowania. Zrzucił też na ciała góry śmieci i stare kubły po oleju.

– Skurwiele. – Carter nie mógł opanować drżenia rąk. Z zaułka ulicy przesuwała się w ich kierunku wysoka na dziesiątki metrów fala ciemności. Kiedy podeszli do niej, zatrzymała się w pulsującym wyczekiwaniu. – To są stare skóry – mówił Carter, przesuwając dłonią po podobnej do zamszu powierzchni zagadkowego obiektu. – To Ruch 35 Lipca, z planety Oktuss. Ekstremiści, pchają się wszędzie pierwsi. Ale jak dotarli tutaj przede mną? Nie wiem.

– Co to znaczy, panie Carter? – zapytał G-Ramu.

– To nielegalny świat Prywatnej Alternatywny. Rozbili się tutaj na dziko ze swoimi niezależnymi stacjami WIFI. Armia przywoła ich później do porządku – powiedział człowiek i dodał: – Ale to lepiej dla nas. Tym razem olejemy ten pierdolony śmietnik. Znajdziemy lepsze miejsce na wykopaliska. A teraz chodź.

Uśmiechnął się tajemniczo. Wyciągnął swoje pudełko po landrynkach i zaczął grzebać długo i wytrwale.

– Może mój sposób podróży wyda ci się nietypowy, ale podejdź tutaj. – Skinął na G-Ramu dłonią. Kiedy ten znalazł się dostatecznie blisko, objął go mocno ramionami. Igholatańczyk był w uścisku twardy jak żółw. Miało to coś wspólnego z jego wyglądem. Szyja, delikatna, chociaż chropowata, przypominała białą szyję kobiety. Usta w żabiej twarzy były miękkie i mięsiste. Oddech świeży i delikatny. Carter sam zastanawiał się nad faktem, że to zauważył.

Ziemia pod ich stopami zadrżała i raptem otworzyła się czeluść. Przeszyli ją na wskroś i znaleźli się po przeciwnej stronie planety. Tutaj dopiero budził się dzień. Carter zauważył, że jego usta szukają tamtych dziwnych ust tej obcej istoty. Nie czuł obrzydzenia, ale jakiś dziki pociąg, żeby spróbować musnąć zaledwie, poczuć powiew oddechu w nosie, zachłysnąć się czyjąś wilgocią. G-Ramu dziwnie zmiękł w jego ramionach, jakby przez chwilę stał się kobietą. Kiedy grunt pod nogami uspokoił się, odepchnął go ociężale i niechętnie. Ta bliskość go przerażała. Na domiar złego w oczach obcego widział wyłącznie oddanie.

– Jak podobała ci się podróż? – zapytał, żeby ukryć zamieszanie.

– Wspaniała, panie Carter – rzucił z uśmiechem G-Ramu. Jego głębokie oczy śledziły z uwagą każdy grymas człowieka. Był mu bliski niemal we wszystkich ekspresjach twarzy. Mimika, gesty, szczególne wygięcia śmiesznie małych ust. Odetchnął z ulgą, kiedy odepchnął go… tak całkiem niedawno. Tęsknił?

– Możesz wezwać statek.

 

 

VII

 

Płaska równina, rozcięta korytami wyschniętych rzek, ciągnęła się po siny horyzont. Skąpa, blada roślinność zaledwie muskała ją swoją zielenią. Niebo, jaskrawopomarańczowe o poranku, z wolna przykrywały chmury. Wiało od nich chłodem. W dali poruszały się ogromne kształty legendarnych w galaktyce zwierząt. Sześcionożna podstawa biologicznej konstrukcji ledwie utrzymywała nieproporcjonalnie wyrośnięte ciało. Masywna głowa posiadała na dodatek wąsy. Zwierzęta manipulowały nimi jak gigantycznymi palcami. Wwiercały się pod powierzchnię ziemi w poszukiwaniu pokarmu. To nie siła nóg utrzymywała ociężałe cielska istot w równowadze. Istniała druga, niebywale potężniejsza moc pozwalająca nawet na ich swobodną lewitację z miejsca na miejsce. Moc magii nowego świata, WIFI obcych.

W niebo wznosiły się kurz i odległe porykiwania. Jakby rój gigantycznych bąków próbował usadzić się na wiotkiej gałęzi. Widać dotarły do wąskiej nici snującego się pod ziemią pokarmu, bo nie ustawały w przepychance o najlepsze miejsca.

Niedaleko nich poruszała się osamotniona bestia. Znudzona szukała swojego kęsa w ziemi. Towarzyszył jej łoskot osypujących się kamieni. Reagowała cichym, basowym lamentem na suchość i beznadziejną jałowość podłoża. Ku niej skierowali kroki. Zdołali się zbliżyć na odległość paru metrów, zanim Troar odkrył ich obecność.

Ryknął krótko, przestępując z nogi na nogę. Zapewne ze zdziwienia. Podniósł się na potężnych nogach, a jego ceglasty łeb z obrzydliwym nosem pochylił się i zaczął ich obwąchiwać. Spierzchnięte, z wyglądu kamienne, usta szeptały przy tym jakieś zaklęcia. Potężne na tyle, że ziemia spękała od żaru, który wzniecały słowa.

Carter uniósł dłonie. Metal pierścieni płonął w nich żywym ogniem. Delikatnie dotknął palcami skóry zwierzęcia i szybkimi ruchami wypalił na niej runy posłuszeństwa. Troar natychmiast pochwycił go wąsami, ale uścisk szybko zelżał, stał się delikatny i poddańczy.

– Będziesz dla nas kopaczem. – W tonie głosu Cartera nie było pytania, a raczej rozkaz.

– Rzucasz obelgami? Ty ludzki psie! – wychrypiała bestia. – Nikt nigdy nie nazwał mnie kopaczem! – Gdzieś w środku implodował gniew. – Nikt od tysiącleci nie ośmielił się wypowiedzieć wobec mnie komendy. Takich śmiałków spotyka żałosny koniec. Lepiej zawróć ze swojej drogi, głupcze!

– Mogę sam wyrwać tej planecie jej tajemnice. Ale szukam precyzji. – Prosty gniew rozpalił mu oczy.

– Wiem, czego szukacie, ty i ten igholatański zdrajca. Czuję piekło w waszych duszach. – Był niecierpliwy. Bardziej emanował słowami, niż udzielał się werbalnie.

– To bardzo pięknie. Dowiedz się jeszcze, że ja nie odchodzę z pustymi rękami. Nigdy! – Grymas złości nie schodził z twarzy Cartera, zdawało się, że od dawna tam mieszka.

Odszedł kilka kroków. Jego ręce już pracowały. Pieczołowicie układał czasoprzestrzeń. Zwoje zniekształceń wyostrzyły się. Długa na kilometr deformacja weszła w glebę jak w masło, potem dodatkowe wiry uniosły masy skalne i wyrzuciły gdzieś na bok. Następny płat ziemi poleciał poza horyzont. Carter wiedział, że jest obserwowany. Ta manifestacja mocy miała posłużyć do kruszenia oporu, do łamania woli, wreszcie do zachwiania wiary we własne siły.

Teraz potrzebował delikatności i precyzji. Odwrócił się, wydając nieme polecenie. Troar, ociągając się, sięgnął ręką do wykopu. Jego palce wiły się i przeplatały. Pod dłonią wyrósł kształt odkrytego muru, oszczędził nawet fantasmagoryjne ozdoby wieńczące krawędź cegły.

– Wystarczy – rzucił człowiek oschle. – Te ruiny mnie interesują. Wiem, że w głębi są następne, jeszcze starsze. Wiem również, że ta planeta posiada ruiny w skali paleontologicznej. Tworzą warstwy skały osadowej. Była od miliardów lat zamieszkała. Gatunek po gatunku pozostawił tu swoje ślady, a one nawarstwiały się i starzały. Pomiędzy nimi są niezniszczalne artefakty, jak dobrze zachowane skamienieliny, jak rodzynki w cieście. Chcę je zabrać!

 

 

VIII

 

– Znowu zgrywałeś maga. Wszystko widziałam na podglądzie. Ile zaznaczyłeś tych krówek? Nikt się nie zorientował, że to zwykły szwindel Cecylii z kodem dla bydła? – Cynthie była wkurzona. Lubiła być wkurzona.

– Nie. Zauroczyłem wiarę – odrzekł, ściągając niemrawo buty. – Patrzą na mnie teraz jak na Boga. – Wstał bosy, przytulił ją i pocałował w powieki. – Mamy koło setki tych zwierząt razem z małymi. Gdzieś używaliśmy podobnych do wykopalisk… Nie pamiętam dokładnie, może Rynthia? Wiesz, te wyschnięte oceany i odsłonięte podwodne miasta. Graffie? Ale te tutaj nie mogą się równać z niczym w galaktyce. Posiadają jakąś przedziwną moc, ich wąsy wydłużają się pod ziemią do monstrualnych rozmiarów. Dosięgają skały metamorficznej, nawet gorącej magmy i się nie palą. Nie wiem, na czym cud polega, ale dojdę do tego.

Stali na brzegu ciągnącego się po horyzont wykopu. Nieopodal błyszczał statek. Spod mocarnych nóg ciągle wznosił się dym. Ściany pokrywały dziwne rihitiolańskie ryty.

– Śmierdzisz – stwierdziła, patrząc mu w oczy.

– Czym?

– Śmierdzisz jak pedał.

– Jak śmierdzi pedał… – przycisnął ją mocniej, wdzierając się kolanem pomiędzy uda – …kochanie?

– Czuję wodę kwiatową na twojej szyi.

To była tylko zaschnięta ślina G-Ramu.

 

 

XI

 

G-Ramu skoczył, odepchnął człowieka i z całą siłą swoich mocarnych ramion wbił ostre jak stalowe drągi palce w twardą szyję Troara. Stał chwilę nieruchomo, czekając, aż ustaną konwulsje ogromnego, zawieszonego ponad nim ciała. Popuścił uchwyt. Monstrum zwaliło się w głąb rowu. Pierścienie WIFI ukazały swą moc, zwielokrotniając jego igholatańską siłę.

– No, brawo! – Carter podszedł do Igholatańczyka, prosząc gestem o zwrot pierścienia. – Niech reszta bydła wie, co je czeka w razie niesubordynacji. – Pomógł mu ściągnąć pierścień. Jeszcze przez chwilę ręka G- Ramu pozostawała sina i poparzona.

– Boli.

– No. O! To nie są żarty. Ale twoje ciało bardzo szybko ulega metamorfozie – rzucił z uśmiechem. – Musisz bardzo uważać. To niebezpieczne narzędzia. Do bólu się przyzwyczaisz. Za każdym razem jest łatwiej. Ale uważaj na czas ekspozycji. Nie jesteś tak wytrzymały jak człowiek. – Pogładził go po twarzy na pocieszenie. – Dziwne, że ten pierścień pasuje ci na jeden palec, a żaden inny z pozostałej kolekcji w ogóle nie wchodzi. To jakaś rasowa predyspozycja. Hm… Nigdy nie myślałem w tych kategoriach.

– Troar niemal cię zabił, panie.

– On zamknął mnie w swoim polu. Czułem kontakt. – Człowiek wyglądał na podekscytowanego. Nic sobie nie robił z bliskości śmierci.

Po chwili wahania G-Ramu przyciągnął go ramieniem do siebie. Przycisnął delikatnie i wpił żabie usta w jego małe, wąskie i suche. Igholatanie generalnie nie posiadali stałego języka, powstawał tylko okresowo z luźnych fałd podniebienia i wyłącznie w przypadku osobniczego, skrajnego seksualnego podniecenia. Wypełnił nim usta człowieka, aż stały się lepkie, gorące, spragnione, uległe, a wreszcie pełne i radosne. Puścił go i aż się zatoczył.

Patrzyli na siebie przez chwilę w milczeniu. Carter podrapał się po głowie. Takie coś zdarzyło mu się po raz pierwszy w życiu. Nie chciał o tym pamiętać. Podszedł do ostatniego oczyszczonego przez Troara fragmentu skały. Pochylił się i w końcu usiadł. Przesunął dłoń ponad próbką, skanując. Na wierzchu dłoni pojawiły się ekrany biologicznych monitorów, a na nich skomplikowane wykresy.

– Zobacz tutaj – mówił do G-Ramu. – Ta delikatna linia biegnąca wzdłuż ma grubość pół milimetra i reprezentuje około miliona lat. To skamieniałe drewno. Interesujący jest fakt, że w każdym fragmencie konstrukcji murów odnajdujemy tę właśnie warstwę reprezentującą szokujący wielkością szmat czasu. Prawdopodobnie posiada specjalne rytualne znaczenie, a może nawet znaczenie praktyczne. Hm…

Przejrzał następny odłamek skały, który Troar odłożył przed śmiercią specjalnie dla niego.

– Przychylam się do drugiej opcji. Wyczuwam pradawne promieniowanie WIFI, nawet… Zobacz, zmienia wygląd moich rąk. Ma niemal niewyczuwalną moc, a moja dłoń stała się szkliście przeźroczysta. Jednak czym znalezisko młodsze, tym wyższa jest skala radiacji. – Przesunął palcami po krawędzi skały. Krótki ruch, a mimo to wystudiowany. – Wydaje mi się, że pradawni mistrzowie budowlani wznosili tu swoje konstrukcje na bazie tego drewna, ale nie spełniało ono roli fundamentu, a raczej relikwii posiadającej całkiem praktyczną i wymierną moc. Zamykali w trumnach swoich mistrzów, a oni śnili, wypełniając rzeczywistość nowym, alternatywnym wymiarem. Znowu ślady tej samej idei, która przewija się przez wszystkie wykopaliska archeologiczne galaktyki. – Rozejrzał się. – Już wiem, to drewno pochodzi z drzewa, które śni. Generuje wokół pole nierealnego świata, w którym można się zagubić… – Przerwał rozmarzony. – Wyobraź sobie, znaleźć się w takim lesie. – Oczy mu zalśniły nowym blaskiem. – Budowniczowie używali ich do konstrukcji trumien – kontynuował – w których zmarła istota resztkami swoich żywotnych energii mogła tworzyć w świecie realnym wirtualne rzeczywistości. Takie obrazy mamiły wrogów. Nikt nigdy nie przedarł się przez przeszkodę własnego snu.

Podjął z ziemi niewielki odłamek skały. Bladoczarną powierzchnię wypełniały ryty minionego życia. To był pięknie zachowany fragment flory pomieszanej z misterną siecią elektronicznego elementu pochodzącego, tak na oko, z pradawnego telefonu komórkowego.

Było coś jeszcze i to coś niepokoiło Cartera. Odkąd zabili Troara, nad jego trupem pojawiła się jakaś zielonkawa poświata wyglądająca jak miliardy owadów. Wiła się jak dym i wprost trudno było oddychać. Nadchodziły też dziwne myśli, pełne niezrozumiałych, pradawnych słów. Odkopane mury szeptały coś między sobą. Zarzucały na nich z wolna hipnotyczny czar. Najbliższe, z cegłą twardą jak stal, wydawały się nawet tracić kształt. Ten mur falował, zbliżał się i oddalał, zupełnie nagle objął go jak zimna fala wody. Zdusił oddech, niemal powalił intensywnością szeptu. Kamień wypadł z jego rąk. Carter upadł, wbijając dłonie w grząski piasek. Czuł, że wrasta w tę ziemię jak drzewo. G-Ramu objął go i naparł całym ciałem.

– Witaj w moim śnie – szeptała ściana. – Witaj. Witaj.

– Panie Carter… – szeptał Igholatańczyk. – Proszę się odprężyć. Te ściany nie są agresywne. Czuję to i potrafię kontrolować. To nie jest rzeczywistość, to pan sam wpycha ręce pod piasek. To się nie dzieje naprawdę, to omam.

Przesunął dłońmi ponad plecami człowieka. Przyciągał jego ciało coraz bardziej do siebie, próbując ze wszystkich sił wlać w jego agresję trochę spokoju i opanowania. Opór Cartera zelżał. Upadł na ziemię, a za nim G-Ramu. Przyciskał jego plecy. Człowiek obrócił się pod nim na wznak. Chciał coś powiedzieć, kiedy usta Igholatańczyka zamknęły go w kolejnym pocałunku. Carter nie oponował. Działo się z nim coś dziwnego. Powoli zdawał sobie sprawę, że nie może żyć bez tej subtelnie pachnącej wilgoci, bez tego doskonale wypełniającego, manewrującego w ustach jęzora poruszającego się w idealnym rytmie pozwalającym na swobodny oddech. Nigdy żadna kobieta w jego życiu, a miał ich wiele, nie potrafiła tak wspaniale całować. To co, że to może się wydać obrzydliwe dla osób postronnych. I tak nikt nie patrzy, WIFI jest za słabe, żeby go śledzić z takiej odległości. Zresztą on tu jest panem stworzenia, a ta istota w swoim poddaństwie zrobi wszystko, żeby zwiększyć jego doznania i przyjemności. Poczuł, że G-Ramu ściąga z niego kombinezon. Drżał trochę. Broń Boże z zimna! Nie! Z drżącego oczekiwania, z niewyczerpanej żądzy przyjemności. Samo obnażenie się przed obcą istotą było niewypowiedzialnie przyjemne. Czuł ten dotyk, ten pietyzm w muśnięciach warg na jego torsie, lawinę ciepłych, wilgotnych pocałunków na udach. Wił się z lubością, kiedy obcy wnikał językiem gdzieś pomiędzy jego męskość. Gdy zetknął się na powrót z jego ustami, poczuł wzbierająca rozkosz, potem fala zelżała i znów gorąco i oddech niemal łamały mu ciało na dwoje. Zauważył, że G-Ramu obnażył się również. Z rosnącą radością dostrzegł tę jego niewieścią nieśmiałość, kiedy w miejscach erotycznych pokazywały się i znikały dziwne i figlarne wypustki. Wszędzie było ich pełno, jakby oszalały w euforii dzikości i wyuzdania. G-Ramu objął go delikatnie, potem mocniej, niemal wypił z niego usta. Jego wypustki zupełnie i dogłębnie wypełniły każde zagłębienie ludzkiego ciała. Wchodził w Cartera głębiej i głębiej. Zetknął się, połączył, zespolił zupełnie, a potem wijąc się i wzdychając, zaczęli ten taniec na nowo. Coś jak tysiące jęzorków zamknęło się na jego twardniejącej męskości i zaczęło pieścić do szaleństwa. Stoczyli się gdzieś w dół na łachę piachu, potem na dzikie kwiaty, pomięli je w wężowych ruchach ciał, łamali łodygi, trącali kielichy. Potem długo leżeli w rozkosznym zjednoczeniu. Człowiek leżał z szeroko otwartymi oczyma. Nie mógł się nadziwić zapachowi igholatańskiego torsu.

– Wiesz, pachnie jak piersi kobiety. Jest twardy i miękki na przemian. Czy ma coś wspólnego z karmieniem młodych? – spytał, gdy leżeli tak obaj rozmarzeni, patrząc w barwy zachodu.

G-Ramu nie odpowiadał. Dopiero po chwili stwierdził z przeciągłym westchnieniem:

– Panie Carter, chciałbym tu z panem pozostać do skończenia świata i oddychać zapachem pańskich ud.

Carter uśmiechnął się. Dziwne, ale on też nie chciał stąd nigdzie odchodzić. Akurat zdążyli się ubrać, kiedy nadeszły Troary na wieczorne karmienie.

 

 

X

 

– Tylko popatrz na siebie. Wyglądasz jak zboczona świnia. – Cynthie nerwowo zagryzła wargi. Stali na dnie wykopu. Setki metrów w głąb ciągnęły się odkopane ruiny murów. – Popatrz na siebie jeszcze raz. Gdzie masz kombinezon?! Ta potargana koszula, rozerwany pasek u spodni, włosy… Kto wyrwał ci włosy? Usta ci krwawią!

– Wpadłem do rowu… – Carter ciągle nie mógł przyjść do siebie. Trudno mu było wyrównać oddech.

– Biłeś się z jakimś Igholatańczykiem? – niemal stwierdziła. – Widziałam to martwe zwierzę. Jakby ktoś pastwił się nad nim cały dzień. Okropny widok. Sama bym się wściekła, gdybym tylko wiedziała, kto to zrobił?

– Ten zwierz był oporny. Poza tym celowo niszczył artefakty. – Chciał odwrócić uwagę żony. – Lepiej powiedz mi, co mamy do tej pory.

Uśmiechnęła się. Zawsze, kiedy rozmawiali o eksponatach, odzyskiwała dobry nastrój.

– To pomieszczenie za mną to była dawna zbrojownia. Pełno tu różnorodnej broni, prawdziwy skarb dla kolekcjonera, ale ten kawałek to prawdziwy rarytas – powiedziała, podając mu coś w rodzaju colta.

– Co w nim takiego dziwnego? Wygląda jak marna podróba z dzikiego zachodu.

– To jest warte kupę kasy na rynku kolekcjonerskim. Ta broń nie strzela. Wysyła coś, co imploduje w żądanej odległości. Nie wiem, jak to działa, jakie jest zasilanie. Cholera, to powinno być zardzewiałe od miliona lat, a jest pięćdziesiąt milionów lat starsze. Na Ziemi mogłyby się tym bawić dinozaury.

Carter ważył broń w dłoni. Była ciepła. Może żarła energię wprost z jego serca?

– No, dawaj to z powrotem. Nie dam ci nawet połówki egzemplarza, na pewno strzelałbyś jutro z tym z twoim G-Ramu do zwierząt.

Przełknął ślinę w straszliwym podejrzeniu, że jednak wszystko widziała.

– Odkryliśmy dziwne pasma drewna emanującego promieniowanie WIFI.

– Tak?

– Dowiedziałem się też od Igholatańczyków, że istnieje legenda na temat Pierwszych Istot. Pozostawały zamknięte po śmierci w sarkofagach, które zamieniały ich sen w rzeczywistość. Według legendy ten wszechświat należy do snu jednej z nich.

– Spotkałam się już z podobnymi bzdurami.

– Tak, ale to drewno, które wykopałem, jest zupełnie podobne do tego, jakie spotkaliśmy w jądrze galaktyki. Pamiętasz ten frachtowiec napakowany po korek klockami? G-Ramu twierdzi, że legenda mówi o planecie, na której rosną drzewa sięgające przestrzeni kosmicznej. Drzewa, których nasiona przenoszą się poprzez próżnię do innych światów i tam rosną. Drzewa, o które rozpętano niejedną wojnę.

– Myślisz… – Przerwała, widząc nadbiegających Igholatańczyków. Biegli z nowiną. Odkopano jedną z trumien. Zginęło kilka Troarów i czterech obcych. Byli poruszeni. Bali się.

Carter i Cynthie wymienili porozumiewawcze spojrzenia. Ogarnęła ich euforia. Ale numer, takich trumien pozazdrościłoby im niejedno muzeum w galaktyce. Pobiegli.

 

cdn.

 

Autor: Jan Maszczyszyn

Redakcja i korekta: Magda Polanowska, Agnieszka Parzych

 

fot. z archiwum autora

fot. z archiwum autora

Jan Maszczyszyn: urodzony w 1960 roku w Bytomiu. Laureat pierwszego konkursu literackiego ogłoszonego przez miesięcznik „Fantastyka” (obok Sapkowskiego i Huberatha). Debiutował w 1977 roku na łamach „Nowego Wyrazu” opowiadaniem „Strażnik”. Swoje teksty publikował również w  takich czasopismach jak „Fantastyka”, „Politechnik”, „Fakty”, ”Bez retuszu”, „Merkuriusz”, „Odgłosy”, „”Somnambul”, „Fikcje”, „Kwazar”, „Feniks ”Spectrum”, „ Tygodnik Polski – Australia-Melbourne, „ Expres wieczorny” Syd/Auc oraz elektronicznych, jak: „Qfant”, „ Szortal” ” Sofa” oraz „Herbasensja”, „ Tea book”. Kilka opowiadań pojawiło się w antologiach: „Spotkanie w przestworzach”, „Pożeracz szarości”, „Sposób na Wszechświat”, „Dira necessitas”, kwartalnik ZLP ” Metafora” – Kraków 2013,”Bizarro Bazar” Polska 2013, „Bizarro Bizarro”- USA 2013, ” Toystories” – Polska 2014. „Ta ziemia” Australia 2015 oraz „Antologia pisarzy PolArt 2015 ” Australia 2016.

Wydał również antologię własnych opowiadań „Testimonium” 2013.

W kwietniu roku 2015 nakładem Wydawnictwa Solaris ukazała się jego powieść utrzymana w klimatach steampunku „ Światy Solarne”.

Był współzałożycielem klubu fantastyki „Somnambul” na Śląsku, wydającego pierwszy w Polsce fanzin zawierający twórczość własną.

W 1989 roku wyemigrował do Australii, gdzie mieszka do dzisiaj. Powrócił po latach do pisania SF-zainspirowany ideą portalu Nowej Fantastyki. Jego teksty można również odnaleźć w postaci elektronicznej na łamach różnych portali fantastyki i grozy, takich jak;  Niedobre Literki, Fantastyka Polska PL,  Szortal, Ex Fabula, Herbatka u Heleny, Carpenoctem, Nowa Fantastyka, Qfant, Bumerang Polski, Sadurski PL, Horror online oraz Sofa i Nowe Myśli.

Strona autorska :  jahusz.com

Facebook: Jahusz-Jan Maszczyszyn oraz Swiaty Solarne – book

 

 

Tags: , , , ,

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *