MENU

Kosmologia wg Enormi Stationis

Marcin Lenartowicz – poezja Jagody Mornackiej

13 stycznia 2019 Comments (0) Views: 194 Czytam, Opowiadania

Pan Misio – dzień trzeci

Słońce wschodziło nad Lasem. Wydłużone cienie stawały się coraz krótsze. Mimo że poranek wydawał się całkowicie zwyczajny, dla Lisa był wyjątkowo udany. Jego prywatna hodowla drobiu przyniosła właśnie pierwsze efekty. Jajko! Chwilę temu rozgryzł skorupkę i teraz wylizywał ją do czysta. Dawno nie jadł nic tak dobrego. Kura chodziła wokół, dziobiąc tu i ówdzie. Była dumna ze swego wkładu w przyjaźń z rudzielcem.

— Ko, ko… — rozpoczęła rozmowę.

— Rzeczywiście — odpowiedział krótko Lis.

Po jedzeniu drzemka wydawała się dobrym pomysłem. Skrzyżował przednie łapy, położył na nich pysk i zasnął. Kura była rozczarowana. Nie usłyszała słowa pochwały! Jej jajko zostało po prostu zjedzone i tyle! Inna sprawa, że Człowiek też nigdy nie mówił „Dziękuję”. „Ech! — pomyślała. — Taki już mój kurzy los”.

 

 

*

 

Słońce stało jeszcze nisko. Niedźwiedzie budziły się ze snu. Pan Misio przeciągnął się rozkosznie. „Pójdę teraz na rybki” — pomyślał. Niedźwiedzica również wstała i przyglądała mu się pytająco.

— Idę polować na ryby — powiedział do niej pan Misio.

— Mrrr… — odpowiedziała Niedźwiedzica, przygotowując się do wymarszu.

— Nie, nie — pan Misio zatrzymał ją gestem łapy. — Idę polować sam. Tobie też przyniosę rybę.

— Mrrr?… Grrr? — zapytała Niedźwiedzica bezradnie.

— Co masz robić w tym czasie? — Miś był zakłopotany. — Może idź na plotki do Wilczycy? Wiem, że nie znasz języka, ale wszystko przecież rozumiesz. Jak Wilczyca z Wiewiórką się rozgadają, i tak nie będziesz miała szansy nic powiedzieć. No, idź. — Pan Misio trącił Niedźwiedzicę nosem.

Wstała i niepewnie ruszyła w stronę siedziby Wilka. Pan Misio patrzył za nią zadowolony. Podziwiał grację, z jaką się poruszała, i cieszył się, że nie narzuca się ze swoim towarzystwem.

„Teraz na rybki!” — pomyślał i ruszył w kierunku strumienia.

 

 

*

 

Wiewiórka zeszła z drzewa nieopodal siedziby Wilków.

— Hej, hej, pani Wilczyco! — zawołała.

Z nory wychylił się łeb Wilczycy. Po chwili dołączyła do niego cała Wilczyca.

— Co słychać, pani Wiewiórko?

— Nie uwierzy pani, co wczoraj po południu widziałam…

W tym momencie rozległ się odgłos wielkich łap stąpających po ziemi. Do Wilczycy i Wiewiórki dołączyła Niedźwiedzica. Przysiadła na tylnych łapach i przyjaźnie powiedziała:

— Mrrr.

— Mrrr — odpowiedziała Wilczyca na powitanie.

— A więc co pani widziała? — zapytała Wiewiórkę.

Wiewiórka, nieco przestraszona w towarzystwie dwóch dużych drapieżników, zaczęła chaotycznie:

— Lis przygarnął Kurę!

— Mrrr … — przytaknęła Niedźwiedzica, wiedząc, jakie są Lisy i co robią z Kurami.

— Nie, nie, nie! — zaprzeczyła Wiewiórka. — Rzecz w tym, że naprawdę ją przygarnął!

— Taaak — ziewnęła szeroko Wilczyca. — Mój mąż mi wczoraj mówił. Lis „przygarnął” Kurę prosto z zagrody. Do tej pory pewnie już ją zjadł.

— Mrrr — pokiwała głową Niedźwiedzica.

— Właśnie nie! — Wiewiórka bardzo starała się przekazać swoją wiedzę. — Porwał ją z zagrody, to prawda, ale nie zabił i teraz pozwala jej mieszkać u siebie w zamian za znoszone jajka!

— No tak… — wymruczała zaskoczona Wilczyca. — Lisy uwielbiają jajka.

Niedźwiedzica była zaskoczona jeszcze bardziej.

— Pani się dziwi, pani Misiowa? — Wilczyca starała się trzymać fason przed przybyszem zza granicy. – U nas Lisy są bardzo sprytne. Mówi się nawet „sprytny jak Lis”. Słyszała pani w swoich stronach o Lisie, który hoduje własną Kurę?

— Grrr — Niedźwiedzica bezradnie rozłożyła łapy. — Grrr, mrrr — dodała.

— No właśnie! — podsumowała Wiewiórka. — U nas różne ciekawe rzeczy się zdarzają! Witamy w Polsce, pani Misiowa.

 

 

*

 

Szczurowi dzień zaczął się wyjątkowo sympatycznie. Przede wszystkim nikt nie próbował go zjeść. Wylegiwał się jeszcze kilka minut, ciesząc się tym uczuciem, a później podszedł do Myszy. Tu było nieco gorzej. Złamana łapka wyraźnie spuchła.

— Zjemy coś? — zapytała Mysz.

W pierwszej chwili Szczur miał zamiar rozsiąść się i powiedzieć, że bardzo chętnie, ale zaraz zorientował się, że to od niego oczekiwano pomocy! Pierwszy raz w życiu był komuś potrzebny!

— Już idę — odparł. — Podkradnę Koniowi trochę wczorajszego owsa.

— A może… odrobinę serka? — zapytała Mysz, trzęsąc łapkami.

— O, nie! — Szczur był stanowczy. — Żadnego serka! Mam wyglądać tak, jak ty? — Wskazał ranną łapkę Myszy.

— Bez serka… — zasmuciła się Mysz.

 

 

*

 

Szczur szczeliną między deskami wyszedł z domu na zewnątrz. Miał swoje postanowienia. Oczywiście, ser był znakomity, ale to zbyt duże ryzyko. Można mówić o tchórzostwie, on jednak wolał nazywać to rozsądkiem.

Przebiegł chyłkiem podwórko. Było jeszcze za wcześnie, by ktokolwiek z ludzi wstał. On o tym jednak jeszcze nie wiedział. Poruszał się więc bardzo ostrożnie, cały czujny, aż po koniuszek ogona. Uszy strzygły, nasłuchując, nos węszył, szukając zagrożeń.

Kiedy dotarł do stajni, był mokry ze strachu. Zbliżył się do Konia. Ten spał na stojąco nad żłobem, w którym, o czym zapewnił nos przerażonego gryzonia, wciąż był owies. Szczur wspiął się po zwisającym ze ściany kawałku uprzęży i przeskoczył na żłób. Koń otworzył nagle oczy:

— Kto tu? — zapytał czujnie.

— Sz… Szzz, Szczur! — usłyszał nerwowe słowo.

Koń spokojnie spojrzał na Szczura i mruknął:

— Ach. Kolejny gryzoń. Bierz swoje trzy ziarenka i znikaj… — zamknął z powrotem oczy.

Szczur nerwowo zjadł trochę owsa. Kiedy poczuł się już najedzony, zjadł jeszcze trochę.

— Czas wracać — westchnął.

Chwycił pełną garść ziaren i podreptał do kryjówki pod podłogą domu. Opuściwszy stajnię, przebiegł przez podwórko i przez szczelinę między deskami. Kiedy zapominał o strachu, droga wydawała się bardzo krótka.

 

 

*

 

Pan Misio wrócił do Niedźwiedzicy z rybą w pysku. Był trochę poirytowany, bo złapanie ryby dla siebie zajęło mu godzinę, a złowienie drugiej ryby kolejną godzinę.

— Mrrr, mrrr — powiedziała Niedźwiedzica. To wynagrodziło panu Misiowi wszelkie trudy.

— No tak, mrrr, mrrr… Spójrz tylko, jaka piękna ryba — powiedział zadowolony z siebie.

 

 

*

 

Mysz spała bardzo niespokojnie. Łapka ciągle była opuchnięta, ale już jakby trochę mniej. Przez sen majaczyła:

— Serek… serek… ciasteczka…

Szczur położył obok niej zdobyty owies i odbiegł do swoich spraw. Niecałą godzinę zajęło mu znoszenie z podwórka różnych drobnych rzeczy. Zgromadził trochę siana, nieco kurzego pierza, kępkę końskiej sierści i tym podobnych. Szczurze gniazdo było gotowe i miękkie.

Powrócił do Myszy. Owies został już zjedzony. Gdzie ona mieszkała? Tu, pod podłogą, nie było śladu mysiego gniazda. Cóż, nie dowie się, dopóki Mysz nie zacznie chodzić.

— Ciasteczka! Serek! — Mysz nadal miała omamy.

„Hmmm — pomyślał Szczur. — Pójdę przez Mysią Dziurę i poszukam serka albo tych ciats… ciasts… ciasteczek”.

Oczywiście nie zamierzał zbliżać się do pułapek, ale jedzenie mogło gdzieś leżeć porzucone. Tyle było tam bogatych zapachów, że to nawet wydawało się całkiem możliwe.

 

 

*

 

Szczur pobiegł przez Mysią Dziurę. Już zamierzał skierować się do kuchni, kiedy usłyszał szczęk metalu. To go zainteresowało. Jeden dzień mieszkania w komforcie sprawił, że ciekawość zaczynał cenić sobie wyżej niż bezpieczeństwo. Co miało być dalej? Przesadna brawura, jak u Myszy?

Podążył w stronę dźwięku i zajrzał przez próg. W środku siedział Człowiek. Wielki i niezdarny. Manipulował przy czymś metalowym i podłużnym.

Nie wiadomo jak, ale Szczur się domyślił. Nigdy wcześniej nie widział strzelby, instynkt jednak podpowiedział mu od razu: dla pana Lisa zaczynały się problemy! Szybko wybiegł z domu, tym razem wprost przez niedomknięte drzwi, nie próbując nawet się kryć, i pognał do Lasu.

Trzeba ostrzec Lisa!

 

 

*

 

Wszystkie zwierzęta zgromadziły się w pobliżu lisiej nory. Każdy chciał posłuchać relacji Kury o życiu w obejściu Człowieka. To było takie egzotyczne.

— Jak to wygląda z orzeszkami? — zapytała Wiewiórka. — Możecie je sobie gromadzić i Człowiek ich nie zabiera?

— Ani ja, ani żadna z koleżanek tego nie próbowałyśmy — odparła Kura. — Nie jemy orzeszków, a zgromadzone robaki rozpełzną się w kilka chwil.

Zwierzęta odpowiedziały śmiechem. Wiewiórka lekko się zmieszała.

— Koń jednak je owies — pytała dalej mimo zakłopotania — gdzieś go więc musi gromadzić, żeby codziennie mieć co dziobać?

Kura zignorowała niezręczne użycie słowa „dziobać”. Koń, owszem, mógł podobno ugryźć, ale udziobać — nigdy!

— Koń dostaje owies od Człowieka — wyjaśniała cierpliwie. — Codziennie nową porcję. Jest uzależniony od owsa, więc w zamian ciągnie Człowiekowi… różne ciężkie rzeczy, których on sam by nie uciągnął!

Nagle na polanę wpadł Szczur.

— Panie Lisie, panie Lisie! — zdyszany mówił z wielkim trudem. — Człowiek idzie tu, by pomścić Kurę…! — Szczur urwał zaskoczony tym, co zobaczył. Znał Lisa nie od wczoraj. Spodziewał się martwej Kury. Tymczasem przed nim przechadzała się ona, żywa i rozgadana. Dotarło do niego, że przed chwilą odpowiadała na pytania leśnych zwierząt. Robiła to jak najprawdziwsza gwiazda!

— Uciekajcie! — Szczur odzyskał oddech. — Człowiek idzie tu ze STRZELBĄ!

Zwierzęta rozpierzchły się, wpadając w panikę. Na polanie pozostał tylko Szczur, Kura i Lis. Ten ostatni szybko opanował sytuację.

— Kuro! Schowaj się w mojej norze! Panie Szczurze, biegniemy!

Ruszyli przez zarośla. Szczurowi zrobił się miło, że został nazwany panem Szczurem, ale teraz nie miał czasu na przemyślenia. Dotrzymanie kroku Lisowi sprawiało mu problem, mimo to jakoś dawał radę. Po kilkudziesięciu metrach Lis zatrzymał się.

— Spokojnie, panie Szczurze — powiedział. — Polowanie na Lisa bez nagonki? To się nie uda! Dziękuję jednak, że mnie pan ostrzegł. Człowiek, jeżeli znajdzie Kurę, na pewno ją zabierze.

Teraz Szczurowi zrobiło się trochę głupio. Starał się ratować Lisa, tymczasem okazało się, że narażał życie tylko ze względu na Kurę.

— Bardzo proszę — mruknął i ruszył w drogę powrotną do domu Człowieka. Chciał wrócić pod podłogę, do Myszy, która go naprawdę potrzebowała.

Lis, zamyślony, patrzył za nim przez chwilę.

 

 

*

 

Pan Misio nie należał do tych zwierząt, które wpadły w panikę, słysząc ostrzeżenie Szczura. Nie, nie! — on odszedł spokojnie, z godnością… Niedźwiedzica biegła przy jego boku.

Zaraz, zaraz… biegła? Pan Misio zatrzymał się nagle i zapytał:

— Dlaczego biegniemy?

— Grrr, mrrr — odpowiedziała bezradnie.

No tak, Człowiek. Ale co może zrobić Człowiek w Misia własnym Lesie? Może narobić mnóstwo kłopotu! Może chodzić, strzelać do zwierząt. Może nawet kogoś zabić! Albo, pan Misio aż się wzdrygnął, może wyzbierać wszystkie jagódki!

 

 

*

 

Szczur wracał do swojego domu. Biegł przez Las, przeskakiwał leżące na ziemi gałązki.

Nagle tuż przed nim wyskoczył Borsuk.

— Jak miło, pana widzieć, panie Szczur… — fuknął. — Wszędzie pana szukałem, ale ślad urywał się na skraju włości Człowieka.

Szczur zamarł przerażony. Znowu kłopoty! Po co było wracać do Lasu? Miał już spokojne miejsce u boku Myszy. Może nawet, z czasem, przyniósłby kawałek ciasteczka? Teraz to wszystko kończyło się. Zaraz miał zginąć marnie w pazurach Borsuka…

— Zostaw go, Borsuku! — rozległ się nagle z boku głos Lisa.

Wszyscy w Lesie wiedzieli, że Lis i Borsuk nie przepadają za sobą. Trudno było jednak rozstrzygnąć, który by zwyciężył, gdyby musieli walczyć. Borsuk cofnął się lekko. Nawet gdyby wygrał, nie uniknąłby dotkliwych ran.

— Fffu, ffu… — fuknął dwa razy i odbiegł.

Szczur przysiadł na tylnych łapkach.

— Dziękuję, panie Lisie — powiedział drżącym głosem.

— Bardzo proszę — odparł Lis i zawrócił, aby odejść.

Nadal planował unikać Człowieka i hodować Kurę. Zajmować się wszystkim tym, czym zwykle zajmują się Lisy.

 

 

*

 

Było zupełnie cicho. Wszystkie zwierzęta pochowały się na wieść o nadchodzącym niebezpieczeństwie. Tylko pan Misio pojadał jagódki na skraju Lasu.

Człowiek wkroczył brutalnie, bez szacunku dla panującej ciszy. Idąc, ciężkimi gumiakami miażdżył gałązki i robił wiele hałasu.

„Czas pokazać, czyj to Las” — pomyślał pan Misio. Zostawił jagódki i ruszył na spotkanie przeznaczeniu.

 

 

*

 

Nagle coś przemknęło w listowiu. Może była to pani Wiewiórka, może ktoś inny. Człowiek złożył się do strzału. Nie miał jednak szans zagrozić komukolwiek. Wiele spośród leśnych zwierząt było za szybkich dla ludzkiego oka.

Kilka kroków dalej, wśród zarośli, zauważył Niedźwiedzia. Wiedział, że do niego nie może strzelać. Niedźwiedzie są w Polsce pod ochroną! Poza tym to mógł być jedyny Miś w okolicy.

Człowiek zafascynowany patrzył, jak Niedźwiedź porzuca pojadanie jagód i rusza w jego stronę. Podniósł strzelbę do oka. Wycelował…

Może i Misie były pod ochroną, ale w obronie własnej miał prawo zabić!

 

*

 

Pan Misio widział, słyszał i czuł Człowieka od dłuższej chwili. Ruszył ku niemu, mimo że ryzyko było duże. To był jego Las! Musiał go bronić! Nie chciał tu Ludzi! Nadszedł czas na konfrontację!

Pan Misio biegł w stronę Człowieka. Niedźwiedzie potrafią biegać naprawdę szybko, nie są jednak tak szybkie jak kula. „Albo on, albo ja!” – myślał w biegu.

Huknął strzał.

Miś przystanął.

Łapy, nos i ogon nadal znajdowały się na swoim miejscu.

Człowiek nerwowo próbował ponownie załadować strzelbę, ale Niedźwiedź dopadł go, nim to było możliwe. Przewrócił Człowieka samym pędem swojego ciała, wytrącając mu strzelbę. Stanął nad nim, zamierzył się łapą… i w tym momencie przypomniał sobie swoje zasady: nie chciał zabijać, nie chciał, by komukolwiek działa się krzywda. Opuścił łapę.

— Grrr — powiedział.

Przerażony Człowiek gramolił się z ziemi. Pan Misio mu nie przeszkadzał.

— Grrr — powtórzył, potężną łapą przyciskając porzuconą strzelbę.

Człowiek nawet na nią nie spojrzał. Powstał i rzucił się do panicznej ucieczki.

 

 

*

 

Wiele małych oczu obserwowało ostatnie wydarzenia. Las wiedział, że to pan Misio ocalił go przed inwazją. Plotki dotarły też do pani Misiowej.

— Mrrr — powiedziała z podziwem do pana Misia, kiedy ten wrócił do barłogu.

— Mrrr — odparł dumnie pan Misio.

 

Autor: Bartłomiej Trokowicz

Grafiki: Dalia Żmuda Trzebiatowska

 

 

Tags: ,

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *