MENU

Pan Misio – dzień czwarty

Sensu szukam – poezja Beaty Zwierowicz

10 lutego 2019 Comments (0) Views: 93 Czytam, Opowiadania

Pan Misio – dzień piąty

Dziewczynka obudziła się skoro świt. Wczoraj dużo szybciej, niż się spodziewała, skończyła czytać „Anię z Zielonego Wzgórza”, więc nie znajdując innego zajęcia, poszła wcześnie spać. Po przebudzeniu leżała chwilę nieruchomo, zastanawiając się, co będzie tutaj robić. Jak ojciec mógł wywieźć ją do takiej zapadłej wioski? Nie było tu komputera, koleżanek i centrów handlowych! Telefon nie miał zasięgu, jedyna książka, którą wzięła ze sobą, skończyła się prawie od razu i na dodatek uciekła jej Komandor Świnka! O Komandor była raczej spokojna. Uciekała już nieraz, ale zawsze wracała. Problemem było, co robić z wolnym czasem. Po cichu wstała, założyła dres i na bosaka wyśliznęła się z pokoju.

Przez okna wpadały niemal poziome promienie słońca. Drobinki kurzu migotały w nich jak anielski pył. Na moment wywarło to pewne wrażenie. Może nawet wydało się jej piękne? Zaraz jednak wzruszyła ramionami, w końcu lepsze rzeczy widziała w „Harrym Potterze”. Rozejrzała się wokół i jej uwagę przykuły prowadzące w górę, niknące w cieniu schody. Tak, to mogło być interesujące! Mrok zrobił się ostatnio bardzo modny!

Budując w myślach historię dziewczynki zwiedzającej stary dom, wchodziła powoli po lekko skrzypiących stopniach. Osiągnąwszy szczyt, znalazła się w niewielkiej, za to bardzo modnie mrocznej przestrzeni. Między deskami poczerniałych drzwi lśniły wąskie smugi światła. Znów zobaczyła anielski pył i poczucie kontaktu z magią nasiliło się. W tej chwili „Potter” wydawał się co najwyżej porównywalny!

Po omacku znalazła klamkę i nacisnęła. Drzwi otworzyły się pod własnym ciężarem, skrzypiąc głośno. Światło na chwilę oślepiło Dziewczynkę. Prawa strona strychu wciąż tonęła w mroku, podczas gdy lewa była wypełniona słońcem. Przez umieszczone nisko okienka gwałtownie wlewał się świt. Dziesiątki drobnych szczelin w dachówkach dawały początek wąskim smugom. Wszędzie migotały drobinki kurzu, ukazując promienie jako snopy złotych płatków.

Całą podłogę zalegały sterty złota! Zamrugała. Wzrok po chwili przyzwyczaił się do blasku. Jednak to nie było złoto! Owszem, góry złota nie byłyby złe, ale mogły sprawiać kłopoty. To, co widziała przed sobą, było nawet lepsze! Sterty starych książek i gazet! Wiedziała już, jak spędzi czas w gospodarstwie agroturystycznym! Teraz miała co czytać!

 

 

*

 

Jak co ranka, Szczur wskoczył do końskiego żłobu. Tym razem wybranie najdorodniejszych ziarenek nie było jego jedynym celem. Krzątał się możliwie głośno, a gdy to nie pomogło, odezwał się w końcu:

— Panie Koniu!

— Czego znowu? — zapytało potężne zwierzę leniwie otwierając oczy.

— Wczorajszego wieczora z obory słychać było przerażające kwiki!

— To ta Świnia, pierwszy raz w życiu jest ciężarna — Koń jakby lekko się uśmiechnął.

— Rodziła?

— A gdzie tam! Rodziła Krowa, ale Świnia to widziała i wpadła w panikę, przerażona czekającym ją samą porodem — teraz Koń uśmiechał się otwarcie. — Z Krową w porządku i z Cielakiem też. Pomógł im ten nowy Człowiek. On się na tym zna. Zna chorych… — zamknął temat koń i powrócił do swojej drzemki na stojąco.

Biegnąc w kierunku domu, Szczur miał pyszczek pełen owsa, a w głowie kłębiły mu się poznane dzięki czytaniu słowa. Kim był Tata? „Zna-chorem”? Czy też „Chore-o-grafem”?

Kiedy dotarł pod podłogę, cisnął owies na ziemię i zanim którakolwiek z pań zdążyła się pożywić, strzelił pytaniem prosto w ich przeżuwające pyszczki:

— Kim jest Tata?

— Ćłowiekiem — wyjaśniła Świnka. Nim skończyła mówić, już była pewna, że nie takiej odpowiedzi oczekiwał Szczur.

— Co potrafi?

— Citać, pisiać. Raź widziałam, jak robił kupę…

— Nie o to mi chodzi! — krzyknął Szczur nieomal załamany. W końcu uspokoił się na tyle, żeby opowiedzieć, czego dowiedział się od mrukliwego Konia.

— Ach, o to chodzi! — zawołała tryumfalnie Świnka. — Lecić! Lecić potrafi!

— Latać? — Mysz czuła się zagubiona. — W jaki sposób ma to nam pomóc?

Morska w końcu poszła po rozum do głowy i wyjaśniła:

— Umie uźdrawiać.

— A więc znachor? — Szczur usiłował powrócić do w miarę znajomej terminologii.

— Nie źniachur! Weretyniaś… — Świnka była zawstydzona, bo zdawała sobie sprawę, że nie umie poprawnie wymówić tego słowa. By ukryć zakłopotanie dodała:

— Taki uźdrowiciel dla źwieziąt!

Szczur stanął słupka. Nieomal pękał od genialnych pomysłów! Dokładniej — to dwóch różnych pomysłów. Jeden należał do Lisa, drugi właśnie rodził się w szczurzym łebku. W obu przypadkach brakowało tylko jednego fragmentu.

— Jak mam przekazać Człowiekowi informację?! — zadał to pytanie na głos, nie wierząc, by ktoś mu odpowiedział.

— Prośte! — długoletnia lektura przypadkowych książek zaznajomiła Świnkę z różnymi metodami komunikacji. — Powycinaś ziębami odpowiednie śłowa i ułozisz z nich wiadomość!

Szczurowi przyszło do głowy, że byle mały wietrzyk zniszczyłby taki list. Z pomocą przyszła jednak Mysz:

— Poprzyklejasz wycięte słowa żółtkiem jajka do większej kartki — doradziła.

 

 

*

 

Potężne korzenie zwalonego drzewa utworzyły głęboki wykrot. W jego mrocznej głębi znajdowała się gawra. Niedźwiedzie wykorzystywały tę kryjówkę wyłącznie w czasie snu zimowego. Tym razem pani Misiowa postanowiła zrobić wyjątek, aby zapewnić mężowi spokój. Sama położyła się nieopodal i w milczeniu strzegła chorego. Miś już drugi dzień bez przerwy spał. Przyniosła mu rybę, ale nawet jej nie tknął. Chwilami mówił przez sen i wtedy nasłuchiwała, czy nie powie czegoś ważnego. Jej oczy zrobiły się wilgotne od łez, kiedy wspomniał o motylu i zrobił „pfffffffu”. Kilka kroków dalej, równie milcząco, przywarowała Wadera. Starała się dodać przyjaciółce otuchy choćby swą obecnością.

Pośród smutnego spokoju czas zdawał się płynąć bardzo powoli. Teraz z gawry słychać było: „Jagódki, jagódki” powtarzane słabym głosem.

— Mój Wilk byłby wzruszony — mruknęła Wadera.

Niedźwiedzica wydawała się tego nie słyszeć. Przymknęła oczy i zaczęła niezrozumiale mamrotać coś do siebie. Mogła być to modlitwa lub mruczanka za zdrowie. Kto to może wiedzieć? Wilczyca nie ruszyła się z miejsca.

Nagle z gałęzi zeskoczył rudy płomień. Wiewiórka wylądowała pomiędzy niedźwiedzim a wilczym pyskiem i, całkowicie ignorując panujące do tej pory dostojne przygnębienie, zaczęła szczebiotać.

— Panie nie uwierzą, czego się dowiedziałam!

Niedźwiedzica otworzyła szeroko oczy. Wadera podniosła pysk z przednich łap. Wiewiórka lekko dyszała po długim biegu wśród gałęzi. Nie czekając jednak, aż całkowicie odzyska oddech, zaczęła swą relację:

— Wilk mocno przycisnął Lisa!

— A on potrafi przycisnąć… — Wilczyca z rozmarzeniem pomyślała o kilku sytuacjach w ich własnej norze, jeszcze przed przyjściem na świat Wilcząt. Teraz o przyciskaniu nie było mowy. Dało się najwyżej przeciskać. Musi porozmawiać z Wilkiem o poszerzeniu korytarzy. Te refleksje przerwał chichot wiewiórki.

— A żeby pani wiedziała! Tak Lisa przycisnął, że ten zrobił się całkiem płaski. Gdyby potrafił, pewnie wsiąkłby w ziemię!

— A lisy to potrafią? — Kura, która właśnie nadeszła, była gotowa uwierzyć w dowolne umiejętności swego hodowcy.

— Nie potrafią! — warknęła Wadera.

To ucięło dyskusję i pozwoliło Wiewiórce mówić dalej.

— Lis trochę pokombinował i ruszył na drugą stronę Czarnej Rzeki. Długo szukałam, ale w końcu znalazłam miejsce, gdzie gałęzie drzew były wystarczająco blisko, i przeprawiłam się na drugą stronę. Udało mi się dopędzić Lisa, kiedy właśnie wpływał w głąb żeremia. Znalazłam gałąź zwieszającą się nad wodą, blisko tej ich pieczary zbudowanej z obgryzionych patyków. Nasłuchiwałam pilnie.

 

 

*

 

Lis był cały mokry po przeprawie przez podwodne wejście do żeremia. Robił dość żałosne wrażenie swoim pozlepianym futrem. Wyglądał tak chudo, że przez myśl przeszła mu obawa, czy zaspany Bóbr nie pomyli go z kawałkiem drewna i nie nadgryzie. Nic takiego jednak się nie stało. Pan Bóbr dostojnie sięgnął po nieokorowany jeszcze patyk i zaczął go obgryzać leniwie.

— Co cię do nas sprowadza o tak wczesnej porze… suchofutry? – tłusty wódz z wyraźną złośliwością użył lisiego przydomka.

— Mam interes! Proponuję dziesięć jajek. Codziennie jedno.

— Dwadzieścia! Dwa dziennie!

— Czternaście! I tylko do jednego dziennie mam dostęp.

— Zgoda! Wysłucham cię dalej — łaskawie zgodził się pan Bóbr.

— Musicie tylko — kontynuował Lis — zbudować tamę trochę wyżej biegu rzeki. W taki sposób, żeby woda zalała pola Człowieka.

Bóbr zjeżył się cały.

— Oszalałeś! Wiesz, co Człowiek z nami zrobi?!

— Nie wiem i ty też nie wiesz — Lis zagrał ostatnią kartą. — Będziesz miał za to czternaście jajek!

— Czternaście jajek już mam — Bóbr był dość stary. Różnorodność zebranych w życiu doświadczeń nauczyła go przebiegłości. — Zgodziłem się je przyjąć w zamian za wysłuchanie tych twoich bredni!

Niewzruszony Lis, który nawet po zagraniu ostatnią kartą zdawał się mieć następną w rękawie, wyjaśnił:

— Nie powiedziałem jeszcze, czemu ta akcja ma służyć. A chodzi o rozwiązanie bardzo poważnego kryzysu. Otóż Człowiek zranił pana Misia. Jeżeli cokolwiek stanie się Misiowi, Las straci najspokojniejszego władcę, jakiego miał. Władzę odziedziczy jego partnerka, groźna Misiowa z gór. Nie będziesz mógł z nią nawet pertraktować, bo nie zna naszego języka. Sam rozumiesz, że dzika królowa, przepełniona rozpaczą i frustracją, może zmienić Las w straszne miejsce!

Lis umilkł, by po chwili zbliżyć swój nos do bobrzego pyska.

— Tak naprawdę za co lubisz pana Misia? — zapytał groźnie.

— Za to… Za to, że nikogo z nas… nigdy nie zjadł — wyszeptał Bóbr, a jego wielkie oczy zrobiły się jeszcze większe ze strachu.

— Rozumiem, że mogę na was liczyć — zakończył Lis, czując, że wygrał.

 

 

*

 

Wiewiórka łapała oddech po zdaniu relacji. Kura przechadzała się, powtarzając: „Ko, ko, ko”, jakby właśnie zniosła jajko. Była bardzo dumna z Lisa. Znów dawał o sobie znać nierozsądny sentyment. Własny porywacz wydawał się jej kimś godnym podziwu!

Wilczyca myślała, że Lis chyba oszalał, stosując terrorystyczne metody. To było niemoralne, a nawet, jak już zapomnieć o moralności, bardzo ryzykowne!

Pani Misiowa miała mieszane uczucia. Z jednej strony chciała dać Lisowi po pysku za użycie jej imienia do zastraszania sympatycznych Bobrów. Z drugiej zaś wstąpiła w nią otucha, że ktoś stara się coś zdziałać. W tym momencie z gawry dobiegło mlaskanie. Po wielu godzinach majaczenia był to bardzo budujący dźwięk. Poczłapała sprawdzić, co się dzieje. Zastała pana Misia śpiącego, tym razem jednak z nosem w połowicznie zjedzonej rybie.

 

 

*

 

Po południu Człowiek wrócił z obchodu obejścia. Był zadowolony z wyników. Cielak trzymał się dobrze. Już usiłował stawać na własnych nogach! Locha miała nieuczciwe, świńskie spojrzenie, ale wiedział, że wkrótce urodzi mu miot Prosiąt. Wszedł do domu, ściągnął gumiaki i nalał sobie kieliszek czegoś, co wyglądało jak woda. Wychylił to na stojąco i, nadal z butelką w dłoni, zasiadł przed telewizorem. Do telewizora przyklejona była kartka. Odstawił naczynia na stolik i z pewnym wysiłkiem przeczytał:

 

ty / URATOWAĆ / Miś Puchatek/ WTEDY NIE / olejemy Paula

 

Na dole, wiedząc, że to spodobałoby się Lisowi, Szczur dokleił:

 

ROLNIKU DBAJ O CZYSTOŚĆ /JAJ

 

Człowiek bez trudu domyślił się, że to córka letnika zabawia się pisaniem anonimów. „Coraz młodsze dzieci czytają kryminały — pomyślał. — Oby mi arszeniku do wódki nie nasypała!” — zmiął liścik i sprawnym ruchem wyrzucił do kosza.

 

 

*

 

Dziewczynka siedziała na strychu, zatopiona w lekturze. Tak naprawdę nie mogła niczego doczytać do końca, bo co chwilę kolejna książka lub czasopismo przykuwały jej wzrok. Nagle zdarzyło się coś, co odwróciło uwagę nawet tak zagorzałej czytelniczki. Na jednej ze stert gazet stała Komandor Świnka! Przez chwilę tkwiła dumnie, po czym pobiegła w kierunku swej pani. W pyszczku niosła dużą kartkę papieru, która zakłócała płynność jej ruchów.

Mysz i Szczur obserwowali, jak ciężki od żółtka kawałek papieru trafia do rąk ludzkiego dziecka. Wcześniej widzieli, jak Człowiek zlekceważył poprzednią wiadomość. Teraz nadzieja zogniskowała się wyłącznie w Dziewczynce. Trzeba przyznać, że pisząc list, Szczur postarał się bardziej niż przy poprzednim.

 

ranny / zwierzę / POD OCHRONĄ

ty / Pomożecie?

Pójdziesz za mną!

 

Dziewczynka od razu zerwała się na równe nogi i wyczuwając przygodę, ruszyła w ślad za Świnką. Jeszcze w zagrodzie Człowieka prowadzenie przejął Szczur. Zwalniał co chwilę, by dać małej czas na dogonienie do , w końcu zaprowadził ją do Lasu i na koniec do gawry, gdzie przez sen majaczył pan Misio. Widząc, co się dzieje, dziewczynka od razu zawróciła i biegiem ruszyła w stronę siedziby Człowieka.

Po drodze nikt jej nie niepokoił.

To był Las, przez które nawet przedszkolak mógł przejść bezpiecznie. Żadne z dużych zwierząt nie zaatakowałoby dziecka. Nawet Borsuk bałby się coś mu zrobić.

 

 

*

 

Gospodarz był poza domem i prawdopodobnie karmił kury, gdy do domu wpadła Dziewczynka, wołając:

— Tato! Tato!

Ojciec, trochę przestraszony nagłym alarmem, a trochę zadowolony, że znów jest potrzebny swemu dziecku, wyszedł na korytarz.

— Tato! Chory zwierzak! — i mała zaczęła płakać.

Tata zrozumiał komunikat. Chwycił torbę lekarską i był gotów. Dziewczynka doskonale zdawała sobie sprawę, że nie należy wchodzić w szczegóły. Poprowadziła ojca przez pole, krzewy i zarośla aż do samego matecznika. Jeszcze zanim ruszyli, mężczyzna zażartował na głos:

— Oby to nie okazała się Niedźwiedzica z młodymi.

— Rozumiemy, co mówi? — zdziwił się Szczur, odprowadzając weterynarza wzrokiem.

— To jego dar. Sią tacy ludzie, któzi potrafią tak coś powiedzieć, zie roźumiemy — wyjaśniła stojąca obok Świnka.

 

 

*

 

Im bardziej zbliżali się do gawry, tym bardziej wzmagał się niepokojący zapach, który z każdym krokiem stawał się coraz intensywniejszy. Kiedy byli niemal na miejscu, lekarz nie potrafił już nazwać go inaczej jak tylko smrodem.

Gdy minęli ostatnie drzewa zasłaniające wykrot, coś pociągnęło Dziewczynkę na bok. Pozostawiony bez przewodnika Człowiek rozejrzał się wokół. Po lewej zobaczył Niedźwiedzicę przyciskającą jego córkę do ziemi. Widok był o tyle niesamowity, że Niedźwiedzica lizała małą po twarzy, jak oddany pies. Po prawej stronie krążyła Wilczyca. W pierwszym odruchu mężczyzna próbował się wycofać. Wtedy za plecami usłyszał groźne warczenie. Obejrzał się przez ramię i zobaczył potężnego Basiora który obnażył kły.

Starając się zachować spokój i nie wykonywać gwałtownych gestów ruszył powoli w stronę wykrotu. Zorientował się, że chyba o to chodziło zwierzętom. Pozwoliły nie tylko iść, ale wręcz ponaglały, trącając zachęcająco nosami. Weterynarz cały czas walczył z odruchem natychmiastowej ucieczki. Wiedział, co go czeka w głębi wykrotu: chory Niedźwiadek, pewnie ostatni żyjący z miotu. Kiedy tylko go dotknie, próbując leczyć, Niedźwiedzica wiedziona matczynym instynktem rozszarpie ludzkie gardło.

Przez chwilę myślał o swoich kolegach, na co dzień leczących ludzi. Czy naprawdę pracowali w większym stresie niż on w tej chwili?

Rozmyślania o służbie zdrowia wpłynęły kojąco na opanowanie weterynarza. Czuł, że nawet ręce przestały mu drżeć. W tym momencie zobaczył pacjenta. Zapomniał o wizji chorego Niedźwiedziątka.

To był jeden z największych Niedźwiedzi, jakie widział! Wydawał się spać, pomrukując przez sen. Doskonale widoczna rana postrzałowa w oczywisty sposób stanowiła problem, z którym lekarz przyszedł się zmierzyć. Bez słowa wyjął z torby dwie strzykawki z końskimi dawkami środków przeciwbólowych i zbliżył się do pacjenta. W tym momencie pan Misio odzyskał na chwilę przytomność i spojrzał prosto na Tatę. Zmroził tym krew w jego żyłach, zaraz jednak oparł głowę na posłaniu i z przyjaznym mruczeniem zapadł w sen. Podczas jednej z chwil przytomności wspomniano, że przyjdzie Człowiek, aby mu pomóc. Teraz zarejestrował tylko z ulgą, że to nie ten sam Człowiek, który go postrzelił.

Dwie igły zostały wbite w pobliżu rany i środek znieczulający popłynął równocześnie z obu strzykawek. Niedźwiedź nawet nie drgnął. Pomrukiwał radośnie, śnił mu się bowiem rabunek miodu i zabawnie bezbolesne pszczele ukąszenia.

Czekając, aż środek przeciwbólowy zacznie działać, weterynarz rozłożył na białym płótnie zestaw błyszczących narzędzi. Płomieniem zapalniczki odkaził każde z nich.

Widząc płomyk, obserwujące zwierzęta cofnęły się trochę. Lęk przed ogniem nigdy nie stał się dla nich atawizmem. Płomień nadal stanowił realne zagrożenie!

Po tym rytuale lekarz znów nachylił się nad pacjentem. Srebrnym, zagiętym na końcu patykiem delikatnie sondował ranę. Kiedy usłyszał metaliczny dźwięk uśmiechnął się — już wiedział, że kula nie utkwiła głęboko!

Sięgnął po szczypce i za ich pomocą wyciągnął bryłkę ołowiu. Upuścił ją na ziemię i pozwolił, by potoczyła się na bok. Z otworu wypłynęło sporo krwi, zmieszanej z ropą. Po jej ilości i kolorze zorientował się, że nie została uszkodzona żadna tętnica. Chwycił skalpel i zaczął oczyszczać ranę z zainfekowanej tkanki.

Pan Wilk odbiegł na stronę i dyskretnie zwrócił poranny posiłek. Widok krojonego przyjaciela wydawał się dość niepokojący.

Na koniec lekarz zaszył ranę i wstrzyknął antybiotyk.

— Teraz będzie już tylko lepiej! — powiedział i podrapał Misia za uchem. Ten zareagował sennym mruczeniem. Za to Niedźwiedzica zerwała się na równe łapy i groźnie warknęła:

— GRRR!

— Spokojnie, jest po prostu zazdrosna — szczeknął kilka razy Lis. — Teraz proszę za mną! — Odbiegł kawałek.

Lekarz nie rozumiał ani słowa, jednak wyczuł przyjazny wydźwięk warkotów i szczeknięć. Zrozumiał, że może odejść. Zebrał narzędzia, schował je do torby i wraz z córką ruszył za Lisem.

 

 

*

 

Wilcze szczeniaki bawiły się radośnie koło swojej nory.

— Łapa! Łapa! — wołały, ilekroć udało im się trafić łapą w łapę partnera. Pogryzały się przy tym i przewracały. Tarmosiły i wykrzykiwały dziecięce obelgi.

Wilczka była bardziej ruchliwa i cały czas prowadziła w ogólnej punktacji. Nie da się wykluczyć, że dlatego, że to ona pilnowała punktów. Wilczek cenił sobie po prostu dobrą zabawę. Nie interesowało go wygrywanie, tylko sama pozorowana walka. Doskonale rozumiał, że podczas prawdziwej potyczki liczyć się będzie jedynie ostateczne chapnięcie. Punkty nie miały sensu.

Szczeniaki zmęczone zapasami w końcu opadły na trawę i zaczęły dyskusję o ostatnich wydarzeniach.

— Lis to cwaniak! — zachwycała się Wilczka, chociaż jak na jej gust rudzielec był za niski. — Nieomalże wmanewrował Bobry w największą rozróbę w okolicy!

— Tak, miał plan. Ale zauważyłaś, że ten plan nie został w ogóle przemyślany? Rudzielec wymyślił tylko, jak zastraszyć Człowieka. Nie miał pojęcia jak rozmawiać, nie wiedział też, co Człowiek mógł niby zrobić, by wyleczyć pana Misia!

— Chyba masz rację — zgodziła się niechętnie Wilczka, która była w takim wieku, że potrzebowała bohaterów. — Tak naprawdę Lis zrobił to tylko po to, żeby nasz ojciec nie mógł się czepiać.

— Tak, siostrzyczko. Lis to egoista, dlatego nie ma nikogo poza sterroryzowaną Kurą.

Na polanę weszła Wadera. Słyszała końcówkę rozmowy swoich dzieci i czuła się bardzo dumna, że samodzielnie doszły do takich wniosków. Nie byłaby jednak matką, gdyby nie dorzuciła kilku słów od siebie:

— Lis nie jest złym zwierzakiem. Niestety, rozpatruje wszystko w kategoriach własnej wygody i ślepo wierzy we własny spryt. Któregoś dnia skończy źle, samotny i rozpłaszczony na Czarnej Rzece!

 

 

*

 

Szczur nabrał ostatnio zwyczaju odgryzania rogu każdej przeczytanej strony. Pozwalało to jakoś panować nad tym, co już przeczytał, mimo chaotycznego skakania z lektury na lekturę. Teraz pogryzał Jamesa Bonda, który pomógł mu zrozumieć sposób przedstawiania się Świnki Morskiej. Ta książka pomogła mu też wypracować własną odzywkę.

Poniżej, w dolnej części domu, panował straszny harmider. To letnicy pakowali manatki i szykowali się do wyjazdu.

— Wyjeździam ź nimi — oświadczyła nagle Morska.

— Jestem wstrząśnięty, choć nie zmieszany — odparł Szczur nachylając się, by cmoknąć ją w łapkę.

Dwie sterty gazet dalej Mysz aż wzdrygnęła się z zazdrości.

— Powodzenia w wielkim świecie! — zawołała.

— Źroziumcie, w mieście jeśt lepsie ziarcie, nowsie ksiąśki. I film ciaśem obejzię… No i mam śtałą opiekę medyćną. Jak się źrobię śtara, to się psida…

— Już jesteś stara! — wrzasnęła Mysz zza gazety.

— No i Dziewcinka mnie kocha… — Świnka pobiegła na dół, by dołączyć do Ludzi.

Szczur wydobył spośród szpargałów kolejną przygotowaną przez siebie kartkę i trzymając ją w pyszczku, również zbiegł na dół. Długo kombinował, jak dyskretnie podejść do weterynarza. Udało się w ostatniej chwili. Mężczyzna siedział w samochodzie i już miał zatrzaskiwać drzwiczki, kiedy gryzoń, wskoczywszy mu na kolana, położył przed sobą kartkę. Zaskoczony Tata przeczytał:

 

wrócisz/ DO NAS / ?

 

— Przyjadę za miesiąc zobaczyć, jak się goi rana. I chyba zawsze będę wracał tu na wakacje — odpowiedział.

Szczur wyskoczył z samochodu i pognał przez pola w stronę Lasu.

 

 

*

 

Tego wieczora na polanie, nieopodal wilczej jamy, spotkały się wszystkie zwierzęta. Przyszedł nawet pan Miś, wspierając się na Niedźwiedzicy. Od operacji usunięcia kuli czuł się coraz lepiej, był jednak nadal wyczerpany i dużo spał. Powiedział tylko (stosunkowo gromkim głosem): „Witajcie” i złożył potężny pysk na przednich łapach, zasypiając.

— Przepraszam za niego. Wciąż dochodzi do siebie. Już mnie męczy to ciągłe łapanie dwóch ryb, żeby zjeść tylko jedną — wyjaśniła Niedźwiedzica z uśmiechem.

— Pani mówi po naszemu? — Wiewiórka była kompletnie zaskoczona.

— Owszem. — Misiowa skromnie spuściła wzrok, oglądając własne pazury. — Ktoś musi, skoro ten odważny idiota dał się postrzelić. A właśnie! Tam jest ktoś, kto chce pani coś powiedzieć, pani Wiewiórko!

Na polanę wybiegł pan Szczur. Futerko miał zmierzwione i lekko drżał z powodu tremy. Nie był przyzwyczajony, by przemawiać przed tak licznym audytorium. Wiedział, że otaczają go przyjaciele. Wśród zwierząt nie było ani jednego, które nie rozumiałoby jego zasług w ratowaniu pana Misia.

— Już nigdy, przenigdy nie nazwie mnie pani tchórzem i złodziejem! — wykrzyczał Wiewiórce prosto w nosek.

— Najwyżej odważnym złodziejem — zachichotała Wiewiórka.

Szczur poczuł się zbity z tropu. Wiewiórka, która wciąż pamiętała kradzież pojedynczego orzeszka, odezwała się:

— Do napisania listów użyłeś gotowych słów, które ukradłeś z książek!

— Ale… — Szczur chciał się bronić. Nie potrafił jednak nic wymyślić. Znów poczuł się bezwartościowym, marnym stworzeniem.

— Nie! — zabrzmiał piskliwy głos Myszy. — Pojedyncze słowa, choćby i napisane na papierze, nie należą do nikogo! Ale te listy, którymi pan Szczur uratował Pana Lasu, to były słowa Szczura!

Rozległy się liczne wiwaty na cześć dzielnego gryzonia, który stał teraz lekko zakłopotany. Zwierzęta podchodziły, by mu gratulować. W końcu podeszła nawet Wiewiórka, przepraszając za wszelkie złe słowa na jego temat. Szczur uśmiechnął się wyrozumiale i uścisnął zgrabną łapkę.

— Najważniejsze, że jesteśmy po tej samej stronie — wyjaśnił chwilę przed tym, nim porwał go tłum roztańczonych zwierząt.

Był to taniec dość dziwny, bo nie podążał za muzyką. Wydawało się, że to pląs tego rodzaju, z którego muzyka dopiero mogła wyniknąć. Większe zwierzaki nie brały w nim udziału, świadome, że mogłyby skrzywdzić kogoś mniejszego, za to mniejsze stworzonka radośnie hasały, zderzając się i tarmosząc. Mnóstwo drobnych ramion poniosło Szczura na skraj tłumu. Kiedy już prawie uwolnił się od ciżby, miał okazję poznać dwie dość atrakcyjne Nornice. Do dziś pamięta, jak te nietutejsze dziewczyny ścigały go, wykrzykując z obcym akcentem:

— Pofyglujem!? Pane Sczure…

Na uboczu do samotnego pana Lisa podeszła pięknooka Bobrzyca.

— Przysłali mnie po pierwsze jajko — wyjaśniła chłodno. W jej oczach nie było śladu poprzednio okazywanego szacunku. Kiedy Lis wręczył jej jajko, dodała mściwie:

— Niech pan nigdy nie odwiedza nas za Czarną Rzeką! Pan Bóbr mówi, że wasza przyjaźń należy do przeszłości.

— Zorientował się? – spytał pokornie Lis.

— Tak, zorientował się, że chciałeś ryzykować naszą skórą, by chronić własną!

— Chciałem ratować pana Misia!

— Nie! Chciałeś ratować siebie, udając, że ratujesz Misia! — co powiedziawszy, odwróciła się, aby odejść dostojnym krokiem.

 

 

*

Słońce chyliło się ku zachodowi. Kolor nieba z błękitnego stawał się granatowy. Światło z białego stawało się złote.

Pan Szczur siedział na skraju Lasu, podziwiając z oddali schludnie rozplanowane żyzne pola. Za plecami miał gęstwinę drzew, przed sobą królestwo Człowieka. Był świadom, że należy do obu tych światów. Las nęcił przygodą i romantyzmem, ludzka zagroda zaś bezpieczeństwem i wygodą.

No i… książkami! Szczur podejrzewał, że większość z tego, co czytał, nie mogła być prawdą. Kiedy wspomniał o tym Śwince, ta z powagą pokiwała łebkiem. Powiedziała wtedy: „Widziś, to jeśt właśnie śtuka, zieby umieć odróźnić”. Zaraz potem pokłócili się jednak o Słonia. Szczur za nic nie chciał uwierzyć w jego istnienie!

Te rozmyślania przerwał Borsuk. Podszedł niezgrabnie i fuknął parę razy.

— Spokojnie, nic ci nie zrobię, Szczurku. Na razie… — wychrypiał. — Rozszarpaliby mnie. Ale później… mógłbyś dla mnie pracować! Donieść, gdzie ostatnio bzyka syn Chrabąszcza, komu Kukułka podrzuciła jajko… Takie tam drobne informacje.

Szczur zerknął na Borsuka. Ten wyglądał na zadowolonego z siebie, jakby składał szczodrą ofertę. Drugi raz Szczur już na niego nie spojrzał. Nie oglądając się, ruszył w stronę ludzkiej zagrody.

Teraz Las wydawał się pięknym miejscem, miał tam przyjaciół. Był jednak dziki, nieobliczalny i niebezpieczny. Wracał więc do książek, cywilizacji i znośnej opieki medycznej. Uciekał od leśnych gangsterów w stylu Borsuka. No i Mysz — wydawała się dobrym kompanem. Mogli pogadać o wszystkim, co Szczur wyczytał. Mysz także uczyła się czytać, ale książki wciąż kojarzyły jej się bardziej z wygodnym legowiskiem niż z interesującymi tematami. Co nie znaczyło, że wygodne legowisko nie mogło być interesujące! Z tą myślą w głowie Szczur przyśpieszył. Wejdzie na strych, ułoży się i wykorzysta ostatnie promienie słońca, by przeczytać kilka stron przed snem!

 

KONIEC

 

Autor: Bartłomiej Trokowicz

Grafiki: Dalia Żmuda Trzebiatowska

 

 

Tags: ,

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *