MENU

Poezja świąteczna w Nowych Myślach

Kosmologia wg Enormi Stationis

29 grudnia 2018 Comments (0) Views: 259 Czytam, Opowiadania

Pan Misio – Dzień drugi

Wschodzące słońce malowało świat kolorami. Niebo z czarnego stawało się granatowe. Pierwsze promienie igrały w koronach drzew. Najpierw pojawiła się ciemna zieleń i zanim stała się żywą zielenią, niebo z granatowego płynnie zmieniało się w błękit. Światło dnia wniknęło głębiej i rozjaśniło brązowe pnie drzew, by na koniec oświetlić ziemię. Zrobiło się na tyle jasno, że wprawne oko mogło dostrzec liczne ślady czyjejś obecności. Pod starym bukiem, między korzeniami, kryło się wejście do nory Lisa.

Ten zaś, jak zwykle, obudził się tuż po świcie. Zapach Kury wypełniał norę. Pachniało nią bardzo! Obrócił się i zobaczył, że sama Kura blokuje norę jeszcze bardziej. „No to do dzieła” — pomyślał i zaczął pchać ją nosem do wyjścia. Kiedy znaleźli się już na zewnątrz, Lis zamierzał rozpocząć ucztę. Nachylił się, rozdziawił pysk i kiedy już miał ugryźć…

— Ko, ko… — powiedziała nieśmiało Kura.

Lis nieco się zdenerwował. Kura najwyraźniej nie skruszała przez noc. Z tego prostego powodu, że była wciąż żywa. Lis wyrzucał sobie błąd. Wytrawny myśliwy powinien zabijać od razu.

— Ja ci dam „ko, ko…” — odparł. — Wczoraj słyszałem „Ależ panowie…”.

— Ależ panie Lisie…

— Ależ, ależ! — Lis był sarkastyczny. — Że tyle umiesz powiedzieć, to już wiem. Potrafisz może jeszcze czytać?

Kura poczuła się pewniej.

— Niewiele czytam. Tylko takie: UWAGA! WYSOKIE NAPIĘCIE! albo: NIEBEZPIECZEŃSTWO! GŁĘBOKA STUDNIA! — to się przydaje w życiu. Innych napisów nie rozumiem, na przykład: ROBOTY NA DACHU! Nigdy nie widziałam robota na dachu.

Lis zastanowił się przez chwilę. Nie wiedział, co to jest robot.

— Co to jest robot? — zapytał.

— Och, to takie coś Człowieka. Widziałam raz robota kuchennego. Człowiek wciska na nim różne guziki, a ten mu przygotowuje jedzenie.

Lis zainteresował się. „Jedzenie” — to było słowo-klucz do jego duszy.

— Nie wiem, czy cię zjeść. — Lis był szczery. — Ale potargować się warto, myślę.

— Ciach-ciach? — zapytała Kura.

— Nie, nie, nie chcę robić krzywdy komuś, z kim da się pogadać. Trochę brakuje mi towarzystwa… — wyznał.

Kura była pełna entuzjazmu. Załopotała skrzydłami (nieco krzywo, bo jedno było przetrącone).

— Tak, tak, ko, ko — my być wielkie przyjaciele z pan Lis.

— Wielkie przyjaciele to my nie być — odpowiedział Lis — ale… nie zjem cię. Możesz tu teraz mieszkać, dziobać robaki koło mojej nory albo wrócić do Człowieka, do zagrody.

— Zostaję z tobą! — odparła Kura nieco zaskoczona. — Widziałam u Człowieka napis UBÓJ DROBIU. Jako drób nie chcę sprawdzać, co to znaczy.

 

*

 

Szczur obudził się cały mokry. Najwyraźniej nocą padał deszcz. Wytarł łapki o wciąż wilgotne futro i zabierał się do odejścia. Korzeń dębu, pod którym spał, nie wydawał się komfortowym schronieniem. To miejsce nie nadawało się na nowe mieszkanie. Głównie z tego powodu, że w pobliżu była dziupla Puchacza.

Szczur krzątał się nerwowo. Do starego mieszkania też nie mógł wrócić. Wilczyca na pewno by go znalazła. Rozejrzał się na zewnątrz. Było już zupełnie jasno, więc Puchacz nie powinien być groźny.

Ruszył wśród listowia, licząc że nie napotka nikogo większego od siebie.

*

 

Wiewiórka dość głęboko zapuściła się w Las. Poszukiwała orzeszków leszczyny albo choćby żołędzi. I oto trafił jej się dąb. Ten sam, pod którym noc spędził Szczur.

Wspięła się na drzewo i zaczęła wyszukiwać co większe owoce. Nagle spostrzegła ruch pod ściółką. W dole, pod dębem, biegł Szczur.

— Cześć, Szczurku! — zawołała do niego, ponieważ dobre wychowanie każe się przywitać.

Szczur zatrzymał się i odpowiedział:

— No, cześć, pani Wiewiórko.

Wiewiórka w dwóch susach znalazła się przed nim.

— Jakieś problemy? Nie widziałam cię nigdy tak daleko od nory.

— Nie mam już nory. Jeżeli wrócę na stare śmieci, Wilczyca mnie pożre. Teraz jest przekonana, że nie ma mnie wśród żywych, bo upolował mnie Puchacz. Chciałbym, by tak zostało.

Wiewiórka przy całej swojej urodzie i wdzięku była dość bezrefleksyjna. Wyrzuty sumienia nigdy nie zakłócały jej dobrego nastroju.

— Hmm… — mimo wszystko zrobiło się jej żal Szczura. — Może mogę ci pomóc. W tej okolicy — mówiła dalej — jest opuszczona nora Borsuka. Nie wiem, dokąd poszedł. Pewnie przeprowadził się do Borsukowej. Ona miała takie śliczne mieszkanko, że nikt by się nie oparł. A stara borsucza nora… Dla ciebie to będzie pałac!

— Pałac, do którego każdy Lis wejdzie! Ma zbyt duże wejście, jest zbyt dostępna. — Zasmucił się Szczurek.

— Nie bądź takim pesymistą! — odparła Wiewiórka. — Niewielki remont wejścia i nora będzie twoja. Pomyśl, zawalisz otwór, przekopiesz w nim korytarz stosowny do twojej wielkości i możesz bezpiecznie mieszkać.

Szczur zapalił się tego do pomysłu. Dzień, który zaczął się paskudnie, mógł jeszcze zakończyć się sukcesem. Nowa, przestronna nora z dala od dotychczasowych wrogów. Mógłby zacząć nowe życie.

— Pani Wiewiórko — zaczął nieśmiało — mam jeszcze jedną, ogromną prośbę. Proszę nikomu nie mówić, gdzie teraz mieszkam.

Wiewiórka machnęła lekceważąco rudą kitą. „Co za ogon!” — pomyślał Szczur.

— My, małe zwierzęta, musimy sobie pomagać… Ale… jak jeszcze raz zeżresz mi pan orzeszka, to się policzymy! Za mną!

— Żadnych więcej orzeszków! — przyrzekł Szczur, trzymając łapkę w okolicy serca, i ruszył za puszystym ogonem do starej nory Borsuka.

 

*

 

Małe, puchate zwierzaki krążyły wytrwale. Postawione uszka drgały przy każdym dźwięku. Czujne noski łowiły najlżejszy zapach. Błyszczące oczka obserwowały pilnie. Pan Misio bawił się z Wilczętami. Co chwila któreś gryzło go w łapę.

— Brawo, brawo, Wilczki — zachęcała je mama. — Razem upolujecie każdego zwierza!

— Chcesz powiedzieć, że uczysz je polować na MNIE? — zapytał zdumiony pan Misio.

— Ty je uczysz polować na siebie — uśmiech nie schodził z pyska Wilczycy.

Pan Misio pomachał łapą, w którą szczeniak wbił kły. Wilczek nie puszczał i powiewał trochę jak futrzasta chorągiewka. Miś uderzył zaatakowaną łapą o ziemię. Wilczek puścił i leżał chwilę oszołomiony.

— Nie bij mojego syna! — warknął ostrzegawczo odpoczywający nieopodal Wilk.

— Właściwie — wtrąciła Wilczyca — to jest twoja córka.

— Nieważne! — Wilk wyraźnie się zmieszał. — Będą starsze, to będę je rozróżniał!

Misio trącił delikatnie łapą oszołomionego Wilczka. Natychmiast okazało się, że młody drapieżnik tylko udawał. Rzucił się znienacka na wielką łapę Niedźwiedzia. Pan Misio powtórzył manewr z machaniem łapą w powietrzu, po czym uderzył w ziemię. Tym razem młody Wilczek zdążył ją puścić i odturlał się na bok.

— Rzeczywiście, uczą się! — uśmiechnął się pan Misio szeroko.

— I to jak szybko! — odparła dumnie Wilczyca, widząc, jak drugi z Wilczków ugryzł Misia w ogon. Trzeci Wilczek szykował się do skoku.

Pan Misio wstał na równe łapy. Czas iść do siebie! Wiadomo, szczeniaki urocze, ale jakiś szacunek do starszych powinny mieć!

— Pójdę już — powiedział. — Macie urocze szczeniaki… — Odwrócił się na pięcie i już miał odchodzić, kiedy znowu został ugryziony w okolicę ogona. To trzeci Wilczek zaliczył swój punkt w polowaniu. Miś lekko się skrzywił, ale godność dorosłego zwierzęcia nie pozwalała mu zareagować. Odszedł więc spokojnie swoją drogą, mrucząc pod nosem:

— Tak wygląda bezstresowe wychowanie…

 

*

 

Zadowolony Szczur siedział w nowej norze. Nie myślał o Wiewiórce. Gdyby o niej pomyślał, musiałby poczuć trochę wdzięczności. Wciąż jednak pamiętał, jak wiele złych rzeczy opowiadała o nim wcześniej! Teraz chciał rozkoszować się nowym mieszkaniem. Bardzo się napracował, bo stara nora Borsuka miała kilka wejść. A konkretnie trzy wejścia! Wszystkie zawalił i przekopał na nowo! Czuł zadowolenie z wykonanej pracy. Mógł teraz cieszyć się bezpieczeństwem w wielkiej komnacie centralnej. Przeciągnął się. Już nie był małym Szczurem na dorobku, teraz był panem Szczurem!

Ktoś zaskrobał pod jednym z wejść. Szczur zerwał się na równe łapki. Wszystkie stare lęki znów wróciły. Podbiegł do wejścia i wyjrzał. Przed norą stał Borsuk we własnej osobie. Szczur wpadł w panikę. „Jestem w jego norze! — myślał. — Zająłem ją jak swoją, ale pani Wiewiórka… Ona mówiła, że to porzucona nora!”. Chwilkę się zastanowił. „Tylko że Wiewiórka… Wiadomo, wspaniały ogon… I tak szczebiocze… Nie przemyślała i wpakowała mnie w kłopoty!”.

Szczur był bliski płaczu. Wiadomo, z nory były dwa inne wyjścia. Mógł uciekać, nie rozmawiając z Borsukiem. Tylko jakie miał szanse? Borsuk go wytropi bez trudu i pożre! Znany był ze swych myśliwskich umiejętności.

— Spokojnie, panie Szczurze, przyszedłem tylko po kilka rzeczy — odezwał się Borsuk, stojąc pod za małym dla siebie wejściem.

Szczur rozejrzał się czujnie. Czy są tu jakiekolwiek rzeczy należące do Borsuka? Chyba nie. Tylko opuszczona nora z zapachami tu i ówdzie.

— Po pierwsze: mam tam zasuszonego pędraka — ciągnął Borsuk na tyle głośno, że słychać go było w głębi nory. — To jeden z pierwszych, jakie w życiu znalazłem. Pamiątka, rozumie pan. Poza tym moja pani nie bardzo wierzy, że kiedykolwiek sam sobie znalazłem pędraka. Muszę jej to udowodnić, zanim przestanie mi znosić jedzenie.

Szczur szybko się rozejrzał. Rzeczywiście, w rogu leżał zasuszony pędrak. Szybko chwycił go i zaniósł do wyjścia.

— A po drugie — dodał Borsuk, nadal podniesionym głosem — zaraz się tam dostanę i cię zjem!

Zaczął rozkopywać zasypane wejście.

 

*

 

Szczur rzucił się do ucieczki. Zapasowe wyjście stało przed nim otworem. Chwilę nasłuchiwał, będąc już na zewnątrz. Borsuk nadal kopał. Nie zorientował się, że Szczur ucieknie zapasowym wyjściem, mimo że znał budowę własnej nory. „Myśliwy dobry, ale głupi” — pomyślał Szczurek. Teraz pozostał problem: dokąd uciekać? Borsuk znajdzie go wszędzie po zapachu. Może był głupi, ale węch miał świetny. W tym momencie przypomniały się Szczurowi słowa Lisa: „Kręcisz się czasem wokół siedziby Człowieka”.

Człowiek! To była odpowiedź na pytanie! Żaden Borsuk ani Wilk ani Puchacz nie zbliży się do siedziby Człowieka! Trzeba więc tam zamieszkać! Oczywiście, będzie trochę zawracania głowy z kryciem się oraz czajeniem, ale lepsze to niż pewne kły i pazury!

Niewiele myśląc, Szczur ruszył przez Las i pola otaczające ludzką siedzibę.

 

*

 

Wiewiórka, która właśnie przeskakiwała z gałęzi na gałąź w swym wiecznym poszukiwaniu żołędzi i plotek, zatrzymała się nagle i z ciekawością zaczęła obserwować scenę poniżej.

Na polanie spokojnie leżał Lis, wokół dreptała Kura, co chwilę dziobiąc z tej wysokości niewidoczne robaki. Rozmawiali.

— …mówisz, że Człowiek wysypuje wam jedzenie? — doleciały uszu Wiewiórki słowa Lisa. — Potem chodzicie sobie i tyle?

— Niezupełnie, panie Lisie, później trzeba znieść jajko. Człowiek przychodzi i je zabiera.

— Kogut też oddaje jajka?

Kura zaczerwieniła się pod piórami. Była jeszcze młoda, nigdy nie miała pisklaków, ale słyszała plotki o tym, skąd się biorą.

— Wiadomo… — odpowiedziała ze spuszczoną skromnie głową. — Kogut jest po to, żeby były pisklaki. — Lis nie drążył tematu. Zauważył, że jest on dla Kury krępujący.

— A taki Koń? — zadał następne pytanie. — Widziałem tam obżerającego się Konia… (Lis podczas krótkiej, ale emocjonującej wyprawy po Kurę zaobserwował w siedzibie ludzi kilka rzeczy).

— Och, Koń… — odpowiedziała Kura, zadowolona, że pytania zeszły na inny gatunek. — On jest „pociągowy”, to znaczy ciągnie różne ciężkie rzeczy. Czasami całymi dniami chodzi po polu, ciągnąc pług. — Słowo „pług” było dla Lisa nowe, ale nie wywołało większego zainteresowania.

— Sprawa jest prosta — powiedział, unosząc się na łapach — możesz tu mieszkać, ale jajka, które zniesiesz, należeć będą do mnie.

Wiewiórka usłyszała dosyć. Zawróciła na swej gałęzi i odbiegła. Temat do plotek był świetny. Niech no tylko pani Wilk o tym usłyszy… Lis przygarnął Kurę!

 

*

 

Pan Misio leniwie wlazł na Pagórek i rozejrzał się. Lubił tu przychodzić, bo kiedy patrzył z góry na drzewa i krzewy, cały Las wydawał mu się własnym Lasem. Dawało to temu największemu drapieżnikowi w okolicy poczucie kontroli.

Pan Misio nadstawił uszka (Niedźwiedzie mają niewielkie uszy, choć słuch bardzo dobry).

Ktoś szedł przez Las i grubymi łapami deptał ziemię. Pan Misio spojrzał w tamtą stronę zdumiony. Ku niemu szła młoda Niedźwiedzica. Podeszła do niego (na Pagórku pośród Lasu) i powiedziała:

— Mrrr…

Pan Misio nie mógł być bardziej zadowolony.

— Mrrr — odpowiedział w jej własnym języku i wyciągnął łapę, by dotknąć tej sennej zjawy. Niedźwiedzica żachnęła się lekko, uchylając przed wyciągniętą łapą.

— Grrr… — odpowiedziała.

— Jednak byłbym za tym, że mrrr — bronił się Miś, trzymając tym razem łapy przy sobie. — Może byśmy razem gdzieś SKOCZYLI? — Po głowie błąkało mu się wspomnienie snu o skakaniu za Motylem.

— Mrrr — Niedźwiedzica była tym razem ugodowa.

Pan Misio chwilę myślał. „Niedźwiedzica! W moim Lesie! Trzeba pokazać, że to mój Las!”.

— Chodź, pokażę ci, gdzie są najlepsze jagódki.

No i ruszyli w stronę jagódek. Może i nie skacząc i nie goniąc za Motylem, ale jednak jakoś tak radośnie.

 

*

 

Obejście Człowieka wydawało się Szczurowi całkiem nowym światem. Koń rżał, Krowy muczały, Kury gdakały. Tyle hałasów! A te nowe zapachy… Czuł się zdezorientowany.

Człowiek! To niepokoiło najbardziej. Wielki (wyższy od Niedźwiedzia), na dodatek uzbrojony w widły. Na pewno był od Niedźwiedzia wolniejszy! Zawsze to była jakaś otucha w tym całym nieszczęściu.

Szczur przyczaił się za stodołą. Wieczór już zapadał, więc nie było większego ruchu. Ot, Kura przeszła, dziobiąc coś z ziemi.

Przebiegł na tyle szybko, na ile potrafił, do narożnika domu. Sztuczne światło sączyło się z okien. Dom wyglądał spokojnie: nikt nie wchodził i nie wychodził. Powęszył chwilę i idąc za węchem, znalazł dziurę w desce. Wśliznął się pod podłogę. Chwilę rozglądał się w zupełnym mroku, aż zaczął odróżniać kształty.

Nad sobą słyszał kroki Człowieka i jego niezrozumiałe rozmowy. Mrok świata pod podłogą był uspokajający. „To jest mój świat” — pomyślał Szczur.

 

*

 

Szczur mieszkał teraz pod podłogą ludzkiego domu. Jeszcze się nie urządził, nie znalazł własnego kąta, ale już czuł, że to jego miejsce.

— Dzień dobry, panie Szczurze — rozległo się z lewej strony.

Szczur rozejrzał się spanikowany. Kto do niego mówi? I dlaczego znów ktoś do niego mówi? Porzucił przecież Las, by uniknąć wszystkich tych zabójców, którzy najpierw mówili, później chcieli pożreć. W kącie dostrzegł Mysz, stworzenie jeszcze mniejsze od niego. „Żadne zagrożenie” — pomyślał uspokojony.

— Witam, panie Szczurze — Mysz zaczęła przyjaźnie. — Pomyślałam, że jako nowemu sąsiadowi przyda się panu wprowadzenie. — Szczur przytaknął, wycieczka z przewodnikiem nie mogła zaszkodzić.

— A więc tak… — kontynuowała Mysz — teraz jesteśmy pod podłogą. Nic złego tutaj nie może się wydarzyć. Także niewiele dobrego. Żeby zjeść, trzeba wyjść na zewnątrz. Koń dostaje dużo owsa. Możemy mu podjadać. Nie będzie miał nic przeciwko temu. Tylko odzywać się do niego nie ma po co. Jest strasznie opryskliwy. Kury jedzą swoje robaki i jest to szybka akcja: Kura widzi, Kura dziobie. Nie mamy szans wejść w ten proces. Dzieje się to za szybko i nie jest warte zachodu. O Krowach nie warto w ogóle wspominać. Żywią się trawą, a to nas nie interesuje. Najlepsze rzeczy — kontynuowała swój wykład Mysz — znaleźć można w domu Człowieka.

— Tu jest Mysia Dziura — Mysz poprowadziła Szczura do wyjścia ze świata pod podłogą — jedyne przejście do domu. W przypadku kłopotów staraj się tu wrócić. Problem polega na tym, że Człowiek wie o tej dziurze i może coś przyszykować. Wtedy po prostu improwizujesz.

W domu jest wiele miejsc, w których można się ukryć: szafki, boazeria, przewody wentylacyjne. Poznasz teren, to będziesz wiedział, gdzie się kryć.

Wyszli przez Mysią Dziurę. Pomieszczenie, w którym się znaleźli, było ogromne.

— To jest przedpokój — wyjaśniała Mysz. — Nie spodziewaj się tutaj niczego do jedzenia. A te drzwi — dodała, wskazując łapką — prowadzą do kuchni. To tam się kierujemy.

Przebiegli przez otwarte wejście.

— Ludzie nie zamykają ich nigdy, pewnie po to, by w każdej chwili móc tu wejść i żerować. Dla nas to błogosławieństwo. Ja może bym się przecisnęła pod drzwiami. Ty jesteś na to za duży.

W kuchni setki zapachów jedzenia zaatakowały szczurzy nos.

— Czujesz to? – zapytała Mysz. — To właśnie dlatego tu mieszkam i dlatego ty też zostaniesz tu na zawsze. Wyczuj delikatny aromat sera — mysz węszyła w powietrzu. — To po niego tu przyszliśmy.

Ruszyli prowadzeni węchem. Gdy dotarli do celu, zobaczyli, że ser, owszem, jest. Ukrywał się jednak w sercu groźnie wyglądającego urządzenia.

— No co, serze!? —powiedziała Mysz z nutą szaleństwa w głosie. — Teraz ty albo ja! — Do Szczura zaś zwróciła się spokojnie: — To jest pułapka na myszy. Zatrzaśnie się, kiedy wezmę ser! Trochę zwinności i delikatności i ser będzie nasz. Bez problemu!

Jak powiedziała, tak zrobiła. Błyskawicznym ruchem porwała kawałek sera. Już odskakiwała, gdy pułapka zatrzasnęła się. Ogon i tylna łapka zostały schwytane.

— Panie Szczurze! — wydyszała Mysz — na co czekasz? Unieś ten drut i uwolnij mnie!

Szczur się natężył. Na całe szczęście był większy i silniejszy od Myszy, więc jakoś udało mu się uwolnić jej pogruchotaną łapkę i ogon.

— Teraz szybko do Mysiej Dziury! — cierpiąca Mysz wydała kolejny rozkaz.

Szybko nie poszło. Mysz powłóczyła uszkodzoną łapką. Każdy krok sprawiał jej ból. Szczurek podpierał ją i prowadził, jak umiał, ale trwało to długo. Na całe szczęście nikogo nie spotkali po drodze. Pora była idealna na wypad, którego dokonali. Ludzie w tym czasie zgromadzili się w innym pokoju, by oglądać telewizję (pozwólcie, że nie będę wyjaśniał, co to jest telewizja).

Mysz wciąż trzymała w pyszczku ser ukradziony z pułapki. Teraz, mimo bólu w łapce, zaczęła go zajadać. Kawałek dała Szczurowi. Szczur ugryzł i oniemiał. Nigdy nie jadł czegoś tak dobrego! Pędraki, robaki i chrabąszcze nie mogły się z tym równać. Wiedział już, że znalazł dom na resztę życia. Wiedział też, że nigdy nie zbliży się do pułapki. Ser był świetny, ale ryzyko zbyt duże.

— Teraz, panie Szczurze — wychrypiała między kęsami sera ranna Mysz — będzie pan MUSIAŁ opiekować się mną, aż wydobrzeję. To znaczy znosić mi jedzenie. Ranna nie jestem dość szybka, by wychylać nos spod podłogi.

Szczur zamyślił się. Pierwszy raz w życiu będzie musiał opiekować się kimś! Pomyślał, że Mysz przywitała go godnie w obejściu Człowieka i udzieliła wielu dobrych rad. Był jej winien opiekę!

 

*

 

Tego samego dnia o zmroku Wilk odwiedził pana Misia. Przed barłogiem wylegiwały się dwa Niedźwiedzie, mrucząc i trącając się łapami.

— Cześć, Misiek — zaczął Wilk — i… dzień dobry, pani Niedźwiedzico.

— Cześć, Wilku — odpowiedział Miś.

Niedźwiedzica stanęła na tylnych łapach i powiedziała:

— Mrrr…

— Lubi cię najwyraźniej — wyjaśnił pan Misio. — Przyszła z innego Lasu, nie zna więc jeszcze naszego języka, ale wszystko rozumie.

— Idziemy na jagódki? — zapytał Wilk.

— Idziemy na jagódki? — zapytał Miś Niedźwiedzicę.

— Grrr… – odpowiedziała.

— Nie idziemy – potulnie odpowiedział Miś. — Niedawno byliśmy.

— OK — rzucił przez ramię Wilk, odchodząc. Wydawał się obrażony, ale w duchu cieszył się, że Miś zaczyna rozumieć, jak to jest mieszkać z partnerką.

— Idziemy zatem spać! — Zatarł łapy pan Misio, myśląc o przytulaniu przez sen, wkładaniu nosa do ucha i snach o pogoni za Motylem.

— Mrrr… — odpowiedziała Niedźwiedzica, która rozumiała nie tylko to, co zostało powiedziane, ale także to, co pan Misio pomyślał.

 

*

 

Zwierzęta zasypiały. Pan Misio skulił się u boku Niedźwiedzicy, która wtulała nos w jego bok. Wilki spały zwinięte w kłębek wokół swoich młodych. Szczur drzemał nerwowo przy boku rannej przyjaciółki, której obiecał znosić jedzenie. Wiewiórka w swojej dziupli śniła o liczeniu orzeszków.

Następny dzień miał być pełen wydarzeń, ale na razie zwierzęta spały.

 

Autor: Bartłomiej Trokowicz

Grafiki: Dalia Żmuda Trzebiatowska

 

 

Tags: ,

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *