MENU

Marcin Lenartowicz – poezja Jagody Mornackiej

Pan Misio – dzień piąty

27 stycznia 2019 Comments (0) Views: 216 Czytam, Opowiadania

Pan Misio – dzień czwarty

Pan Misio budził się powoli. Nie pamiętał, by kiedykolwiek wcześniej budzenie wymagało tyle wysiłku. Otwierając oczy, czuł się jak naprawdę stary Miś. Niedźwiedzica lizała jego prawy bark. Rzucił okiem na łapę i zauważył, że brązowe futro ma pozlepiane krwią. „Jestem ranny” — pomyślał. Niedźwiedzica wciąż próbowała oczyścić ranę. Z każdym liźnięciem Misio czuł niewielkie fale bólu.

— Przestań, kochanie — wymruczał wciąż nieprzytomny, jakby przez sen. Przestała.

Miś usiłował ułożyć się wygodniej. Niestety, ból powracał. Czyżby Człowiek go trafił? Pamiętał huk strzału i moment, gdy musiał się na chwilę zatrzymać. Poczuł wtedy coś, ale było to jak ukąszenie pszczoły. Teraz ta pszczoła, której w pierwszej chwili prawie nie zauważył, zapuściła żądło głębiej. Coś tam wewnątrz było nie w porządku. Coś, co zapewne stanie się gorsze jutro. Pan Misio poczuł strach. Strach ten potęgowała troska Niedźwiedzicy. Znów lizała jego ranę, usiłując pomóc w jedyny sposób, jaki znała. Wydawała przy tym dźwięki niezadowolenia: „Grrrr, grrr”. Pan Misio mrugnął do niej słabo.

— Powiedz „Mrrr”, to mnie podniesie na duchu.

Spojrzała na niego nieco spłoszona i powiedziała:

— Mrrrrrrr.

Miś obrócił do niej pysk. Bark bolał jakby mniej, a na pewno nie wydawał się ważny. Polizał ucho Misiowej i w sam jego środek zrobił potężne „fuuuuu”. Niedźwiedzica odskoczyła zaskoczona.

— Misiu! — warknęła.

Niedźwiedź położył łeb na przednich łapach i nie zwracając uwagi na to, że pierwszy raz odezwała się do niego po imieniu, zasnął.

 

 

*

 

Panujący pod podłogą mrok dawał poczucie bezpieczeństwa. Szczur podszedł do zwiniętej w kącie Myszy i podsunął jej solidną porcję owsa. Przyjaciółka wydawała się spać głęboko. Nagle jednak jej nosek pochwycił znajomą woń. Ocknęła się i bez słowa zaczęła pożerać ziarno.

— Jestem głodna jak Wilk! — wyjaśniła z pełnym pyszczkiem.

— Wilk nieczęsto bywa głodny — zauważył ostrożnie Szczur. — Na całe szczęście… — dodał.

Kiedy po śniadaniu zostało tylko wspomnienie, Mysz stanęła na cztery łapki i mimo wyraźnego bólu zaczęła iść w kierunku Mysiej Dziury.

— Proszę za mną, panie Szczurze! — Wychyliła nos na zewnątrz i przez moment węszyła, rozglądając się czujnie.

— O tej porze Człowiek zajmuje się gospodarstwem. Nie pilnuje domu. Możemy więc poruszać się swobodnie.

Przebiegli przez korytarz i natrafili na schody wyłożone chodnikiem. Wbijając pazurki w tkaninę i oszczędzając ranną łapkę, Mysz wspinała się powoli. Szczur chwilami ją podtrzymywał. Jemu samemu sforsowanie tej przeszkody zajęłoby moment! Pojedynczy stopień mógł pokonać jednym susem. Szedł jednak pokornie z tyłu. Trochę z szacunku, a trochę z niepewności, co czekało na szczycie.

Dotarłszy na miejsce, znaleźli się w niewielkiej przestrzeni, zewsząd otoczonej poczerniałym drewnem. Mysi wzrok pobiegł ku niedużej szparze pod drzwiami. Jedna z desek w miejscu, w którym wypadł sęk, była wyszczerbiona.

— Tu się przeciśniesz, olbrzymie! — I Mysz, jakby całkowicie zapominając o ranach, skoczyła przez szczelinę.

Szczur, nieco się wahając, podszedł do dziury. Z otworu wionął zapach, którego nigdy wcześniej nie węszył! Wsunął nos, ale tak blisko podłogi nie widział za wiele. W końcu przecisnął się na drugą stronę i wspiął na stertę czegoś, czego nie rozpoznawał. Nieznana woń, wszechobecna i oszałamiająca, była trochę podobna do sera, ale nieskończenie bardziej subtelna. Coś jak ser dla duszy! Szczurek aż się wzdrygnął. Pierwszy raz pojęcie duszy pojawiło się w jego umyśle. Pozbierał się jakoś, by natychmiast usłyszeć słowa Myszy:

— To miejsce, w którym przyszłam na świat! Moi rodzice zbudowali tu dla mnie i moich braci gniazdo. Podobnie ich rodzice i moi pradziadkowie i wcześniej poprzednie pokolenia. Oto mój dom rodzinny, zwany strychem!

Szczur wysłuchał tej przemowy z wyżyny góry książek, na którą się wdrapał. Mysz przemawiała, stojąc na stosie starych gazet. Wokół piętrzyło się wiele podobnych stert, niektóre bardzo wysokie.

Wszystko to było widoczne dzięki promieniom porannego słońca wpadającym przez nisko umieszczone okienka. W smugach światła migotały drobinki kurzu unoszące się w powietrzu. Ozłocone blaskiem pajęczyny opowiadały o Pająkach, którymi Szczur mógł się karmić przez długi czas. Pająki? Ale przecież niedaleko stąd można było zdobyć serek i ciasteczka! Dlaczego więc zabijać Pająki?

Szczur poczuł  słodkie rozleniwienie. Głos Myszy na chwilę uwolnił go spod tego zaklęcia, jednak treść tylko wzmogła wrażenie:

— Tutaj jesteśmy całkowicie bezpieczni! Człowiek nie przychodzi tu prawie nigdy.

 

 

*

 

Pani Wiewiórka przemykała z gałęzi na gałąź, z drzewa na drzewo, co chwila zatrzymując się na krótko, by komuś przekazać najnowsze wieści. Tak, lubiła ploteczki, ale tym razem z każdym powtórzeniem w jej głosie było coraz więcej smutku. Pędziła do Wilczycy, na ich wspólną polanę. Puszysty, rudy ogon błyskał wśród gałęzi jak płomień. Niejedno leśne stworzenie odprowadzało ją zachwyconym wzrokiem. Dla Wiewiórki nie miało to teraz znaczenia. Była zasmucona, wręcz przerażona.

Zeskoczyła na ziemię nieopodal wilczej nory i zawołała przyjaciółkę. Jedno z Wilcząt wychyliło tylko nos i zaraz pobiegło po mamę. Wadera wyjrzała z nory, wyglądając, jakby chciała kogoś zabić. Nie lubiła być budzona tak wcześnie.

— Co się stało?

— Pan Miś… — wydyszała Wiewiórka. — Pan Miś jest bardzo choryyyy! — I wybuchnęła płaczem.

— Znowu przesadził z jagódkami? Mój mąż, kiedy ostatnio wrócili razem…

— Nieeee — zawodziła Wiewiórka, wycierając nos ogonem. — Człowiek go zranił!

— Ale przecież Miś wygrał! Wszyscy wiedzą! — Wadera zaczynała odczuwać niepokój.

— Oczywiście, że wygrał! Jest przecież naj, naj! Ale nie za darmoooo… — Wiewiórka zaczęła tak ryczeć, że Wilczyca trąciła ją nosem, nieomal przewracając, a później polizała tak serdecznie, że Wiewiórka rzeczywiście się przewróciła.

Długo musiała tulić poruszoną rudą sąsiadkę, aż ta w końcu powiedziała dokładnie, co się stało. W pierwszej chwili oczy Wilczycy zaszły mgłą wściekłości, zaraz jednak uspokoiła się i ponieważ był dopiero początek dnia, zawyła w kierunku słońca.

Wkrótce nadbiegł pan Wilk. Wysłuchał całej historii, zawył raz i drugi i potruchtał do nory jedynej osoby, w której pomysłowość wierzył zawsze.

 

 

*

 

Kura wychyliła dziób z lisiej nory i zapytała:

— Ko, ko?

Siedzący nieopodal Lis przypadł do ziemi, gotów uciekać. Wilk stanął nad nim, szczerząc wściekle kły.

— To ty sprowadziłeś Człowieka! To tobie zachciało się drobiu! Miś obronił ciebie! Obronił nas wszystkich! – wywarczał i zawył przeciągle.

Lis jeszcze bardziej rozpłaszczył się w trawie. W tej chwili miał ochotę być zupełnie płaski i najlepiej przezroczysty.

— Teraz przyda się wreszcie przysłowiowy lisi spryt. — Wilk na chwilę jakby porzucił wściekłość — Albo coś wymyślisz, albo rozszarpię ci gardło! — zakończył nagle. Odwrócił się i odbiegł w Las.

Lis na próbę zrobił się lekko wypukły. Groźny warkot oraz niebezpieczne kły nie powróciły, więc wstał na równe łapy. Nie wiedział, o co chodziło panu Wilkowi, ale był pewny, że Kura powinna mieć na ten temat jakieś pojęcie. Nie na darmo należała do największych plotkarek w Lesie. Spojrzał na nią groźnie. Kura jakby się zmieszała, wyszła jednak z lisiej nory i zaproponowała niezobowiązująco:

— Może jajko?

Lis zwalczył w sobie potrzebę zrozumienia, dlaczego o mało nie został przed chwilą zagryziony i rozszarpany. Wiedział, że jeżeli pozwoli Kurze ulec namiętności plotkowania, to może zapomnieć o jajku co najmniej do jutra. Dręczyły go niepokój i ciekawość, jednak wiedział, jak ważna jest kolejność działań podczas hodowli drobiu.

Pozornie opanowany oparł pysk na przednich łapach i ze sprytnym, lisim uśmiechem uprzejmie powiedział:

— Tak, jajko, bardzo proszę.

Kura odeszła schować się za niewielkim krzaczkiem. Uważała znoszenie jajek za czynność intymną. Lis leżał spokojnie. Przymknął nawet oczy, udając lekką drzemkę.

Kiedy rozległo się głośne, pełne tryumfu „Ko, ko, ko!”, skoczył jak sprężyna, przebił się przez listowie niepozornego krzaczka i przednimi łapami przyszpilił Kurę do ziemi. Świeżo zniesione jajko leżało obok, czekając na swoją kolej. Lis, świadom że ryzykuje dziobnięcie, zbliżył pysk do kurzego dzioba.

— Teraz mi powiesz: O CO WILKOWI CHODZIŁO!

 

 

*

 

Na podwórzu siedziby Człowieka zatrzymał się samochód. Wysiadły z niego dwie istoty. Jedna większa, a druga mniejsza, z warkoczami i czymś w ręku.

— Tata i Dziewczynka — wyjaśniła Mysz lakonicznie. — Wcześniej przyjeżdżała z nimi także Mama, ale teraz jej nie widzę.

— Co ona ma w ręku? — Szczurowi wydawało się, że dostrzegł ruch.

— Nie mam pojęcia.

Nim spektakl dobiegł końca, znudzone gryzonie porzuciły obserwację podwórza, aby powrócić do pogryzania papieru.

— Chodź! Przyjrzymy się przybyszom! — zaproponowała Mysz, kiedy na dole całkiem już ucichło.

— Idź sama — wymamrotał Szczur z pyszczkiem pełnym papieru. — Ja jeszcze trochę poczy… pogryzę tę rzecz. — Nie wiedział, skąd wzięło się to dziwne przejęzyczenie. Jakaś cząstka niedawno odkrytej duszy nawiązała kontakt z niszczonymi kartkami.

Mysz samotnie zeszła po schodach. Kierując się węchem, szybko znalazła pokój, który przez większość roku nie był w ogóle używany. To tutaj zatrzymywali się goście. Zajrzała przez szparę. Dziewczynka leżała na kanapie, wbijając nieruchomy wzrok w otwartą książkę. Tata siedział na łóżku, masując skronie.

Mysz prześliznęła się pod drzwiami i zaraz po ich drugiej stronie natknęła się na coś niecodziennego. Na podłodze stała druciana, przenośna klatka, w jej wnętrzu zaś tkwił dziwny zwierz, po uzębieniu sądząc — gryzoń!

— Kim jesteś? — zapytała, rozsądnie nie podchodząc zbyt blisko.

— Moje imię to Świnka, Morśka Świnka — zdradził uwięziony gryzoń nieco niewyraźnie, bo potężne siekacze przeszkadzały w mówieniu.

Mysz widywała już Świnki, jednak ta nie przypominała żadnej z nich. Prawdę mówiąc, była bardziej podobna do pana Szczura. Oczywiście gdyby ten przytył, zapuścił futro i jakimś cudem skrócił pysk. Mysz przyjrzała się klatce. Dzięki swoim bogatym i często bolesnym doświadczeniom z pułapkami bez trudu zidentyfikowała zamek. Był to prosty, druciany haczyk.

— Chcesz uciec? — zapytała.

— Dokąd? — Chciała wiedzieć Świnka.

— Obejrzeć dom, zobaczyć zagrodę i Las!

„Tak! Świnka w dom, Świnka w las!” — pomyślał tłustawy gryzoń.

— Wypuść! — odparła prosząco.

Mysz z pewnym wysiłkiem podważyła haczyk i drzwiczki klatki stanęły otworem. Nim Świnka zdążyła czmychnąć w nieznanym kierunku, Mysz ostudziła jej zapały.

— Musimy się schować! Dla ciebie ten pokój to po prostu większa klatka! Jesteś za duża, by zmieścić się pod drzwiami. Poczekamy, aż ktoś je otworzy. Wtedy pobiegniesz za mną!

Ukryte za deskami boazerii czekały dłuższą chwilę, nim w końcu Tata podszedł do drzwi i zaczął je otwierać. Lekkie uchylenie wystarczyło, by gryzonie skoczyły do wyjścia.

— Prędko, do Dziury! Tam dopiero będziemy bezpieczne! — wydyszała Mysz, pokonując zakręt korytarza. Pędziła tak szybko, że gdyby nie chodnik dający zaczepienie pazurkom, z pewnością straciłaby równowagę. Świnka okazała się pojętna i także usiłowała zastosować tę technikę. Niestety, była dużo cięższa, przeturlała się więc dwa razy, nim zmieniła kierunek. Pozbierała się błyskawicznie i kilkoma susami, z niewielkim tylko opóźnieniem, dotarła do Mysiej Dziury.

Milczały przez chwilę, odzyskując oddech. Wyglądało na to, że nikt ich nie ściga. Mysz zamierzała już rozpocząć natchnioną przemowę o wolności, gdy z opuszczonej chwilę temu części domu rozległ się histeryczny wrzask. Świnka gestem łapki powstrzymała pytania.

— Tęśkni… – wyjaśniła refleksyjnie. – Dobzie jej tak!

 

 

*

 

W przydrożnym rowie, na skraju Czarnej Rzeki, krył się Lis. Bezpośrednie zagrożenie wilczymi kłami zmusiło go do porzucenia wygód życia hodowcy drobiu. Znalazł sobie punkt obserwacyjny pod zmarniałą paprocią. Roślina była dość nędzna, bo struta spalinami, ale jej naturalnie szerokie liście osłaniały rude futro przed niepożądanym wzrokiem. Rozpędzone, mordercze stwory przemykały po Rzece, zostawiając za sobą paskudny smród. Lis widział wiele zwierząt, którym nie powiodło się przekroczenie tego pasa śmierci. Było wśród nich wiele Jeży, ale trafiały się także większe ofiary, jak Jeleń lub Sarna. Rudy spryciarz robił to już nie pierwszy raz i wiedział, że kluczem do sukcesu jest cierpliwe wyczekiwanie na chwilę, gdy żaden samochód nie będzie akurat nadjeżdżał. W końcu wypatrzył taki moment i przemknął po czerni asfaltu. Po drugiej stronie nieco się odprężył i ruszył przez łąki w kierunku żeremia Bobrów.

Kiedy dotarł prawie na miejsce, podszedł do dwójki przysypiających strażników i grzecznie, acz ostro szczeknął:

– Dzień dobry, Bobry!

Przyzwyczajone do nocnego trybu życia, przez zmrużone ślepia widząc, że to tylko zaprzyjaźniony Lis, odparły:

— Dobry! Dobry! — I podpierając się wzajemnie, zasnęły spokojnie.

„Urocze” — pomyślał Lis sarkastycznie i ruszył w kierunku żeremia. Kiedy zbliżył się na tyle, by pomiędzy drzewami zobaczyć piętrzącą się w wodzie kopułę obgryzionych patyków, zorientował się, że przedpołudniowe godziny nie są najszczęśliwszą porą na wizytę. Gospodarze wydawali się spać snem kamiennym. Lis zwątpił, czy znajdzie tu teraz partnera do rozmowy.

Już chciał zawrócić, gdy nagle z chaszczy wyskoczył Bóbr o zmierzwionym futrze. Widać było od razu, że nażarł się szaleju albo innych liści, po których nie mógł zasnąć. Miał wytrzeszczone oczy i wydawał się mocno spięty.

— OOOOO! — zaintonowało złowieszczo oszalałe stworzenie, świadome, że ta „retoryka” zwykle działa. Zawodzenie wydawało się równocześnie głębokie i nie oznaczało nic na tyle konkretnego, żeby szukać dalszych argumentów.

Lis przysiadł na tylnych łapach.

— O! — odparł, skracając swą przemowę do minimum. — Muszę rozmawiać z waszym wodzem.

— OOO… — Bóbr urwał gwałtownie. Zauważył, że Lis patrzy na niego jak na zimną przekąskę, spokojniej więc wyjaśnił:

— Szef śpi.

— Od kiedy go znam, albo śpi, albo je, albo…

— Gada? — zmierzwiony Bóbr wszedł mu w słowo. — Ostatnio już nawet nie chce mu się gadać. Zrobił mnie szamanem i teraz to ja gadam!

— Muszę zatem rozmawiać z tobą? Przychodzę z interesem…

— Nasz interes jest większy niż twój interes! — Szaman nadął się i usiłował roztoczyć aurę autorytetu.

— Przepraszam — Lis był uprzedzająco uprzejmy. — Czy przed chwilą puściłeś bąka?

Bóbr nieco się zmieszał. Liście szaleju powodowały problemy z trawieniem i teraz właśnie postanowił, że w życiu już ich nie tknie.

— Niech będzie, zaraz szefa obudzę — zgodził się pokornie.

Kilka minut później nad rzeką, w głębi bobrowego żeremia, Lis prowadził negocjacje z panem Bobrem. Nikt postronny nie miał słyszeć tej rozmowy. I nikt by jej pewnie nie usłyszał, gdyby nie chorobliwa ciekawość pewnej małej rudokitej istoty.

Pani Wiewiórka przycupnęła na gałęzi powyżej i łapczywie chłonęła każde słowo.

 

 

*

 

Lis przywarował na uboczu, słuchając przemówienia pana Bobra.

— Żyjemy w pokoju z wszelkim stworzeniem! — perorował wódz Bobrów. — Jemy gałązki, nikomu nie wadzimy! Mnożymy się, by przetrwać, i budujemy, by pływać w spokojnej wodzie!Dzisiaj przyszedł nasz suchofutry przyjaciel, Lis! Przybył w przyjaźni, prosząc o pomoc…

Lis musiał przyznać, że pan Bóbr potrafił przemawiać! Używał wielu słów, ale nic nimi nie przekazywał. Nawet najbardziej błyskotliwym młodym Bobrom musiał wydawać się nieszkodliwym grubasem. Teraz Lis chciał, żeby gorącokrwista młodzież także jego samego z jego prośbą uznała za nieszkodliwego.

— Pana Misia znacie wszyscy z widzenia! Kiedy go spotykacie nad rzeką, zawsze was pozdrawia! Nigdy nikogo nie zranił, mimo że jest potężny i tłusty prawie jak ja!

Bobry przez chwilę wznosiły okrzyki na cześć tłustości oraz chodzącej z nią w parze mądrości i łagodności. Zadowolony pan Bóbr wyszczerzył się do swoich pociotków.

— Suchofutry przybył, by opowiedzieć, jak Człowiek zranił pana Misia w jego własnym Lesie!

W tłumie pożeraczy gałęzi rozległy się zagniewane pomruki.

— Koń ciągnie dyszel wozu, Kura najpierw jakoś znosi, a później nawet siedzi na jajkach! A to są jajka Człowieka! I dyszel! I wóz!

Bobry trochę straciły wątek. Pojęcie własności przekraczało ich kolektywny sposób pojmowania świata. Wódz jednak kontynuował niezrażony:

— Krowa niegodnie pozwala dotykać swych wymion, by oddać mleko! Pozwala zabrać własnego Cielaka! I Świnia pozwala zabrać sobie Prosiaki!

Rozległy się okrzyki. Ktoś wrzeszczał: „Uwolnić Świnię!”, ktoś inny: „Patyk ludziom w oko!”, „I szyszka! I szyszka!” usiłował zabłysnąć któryś z mniejszych Bobrów.

— A wszystko to w zamian za garść ziarna! — podsumował pan Bóbr i teraz, kiedy słuchacze naprawdę się rozgrzali, postanowił przejść do rzeczy:

— Złe czasy nastały, gdy wspólny wróg klasowy, ciemiężący oswojone zwierzęta, zaczyna strzelać do najlepszych z nas!

Koncepcja „najlepszych” była niezgodna z doktryną równości, ale stary demagog był całkowicie pewny, że nikt na to nie zwróci uwagi. Teraz postanowił doprowadzić swą przemowę do finału:

— Lis przybył prosić o pomoc! Pomożecie!?

Bobry skandowały:

— Pomożemy! Pomożemy!

Gniewne głosy odbijały się echem od powierzchni wody. Brzmiało to jak prawdziwy ryk żywiołów Matki Natury. Czy jednak był to ryk gniewu, rozbawienia, czy żalu, nie było łatwo rozstrzygnąć.

 

 

*

 

W przydrożnym rowie Lis czekał na krótki moment, gdy przeprawa przez Czarną Rzekę stanie się bezpieczna. Nagle coś odwróciło jego uwagę i zakłóciło  czujność. Do rowu wskoczyła młoda Bobrzyca i podbiegła bliżej.

— Poświęć mi chwilkę, panie Lisie — powiedziała nieśmiało.

Lis spojrzał w jej ogromne, wilgotne oczy i przez myśl przeszło mu wspomnienie przyjaciółki z dzieciństwa. Była to młoda Lisiczka z leżącego nieopodal matecznika. Pod wrażeniem sentymentu zapomniał o wszystkim. Położył pysk na przednich łapach, by wysłuchać młodego stworzenia.

— Czy jeżeli zagrozimy Człowiekowi, to będzie do nas strzelał, jak wcześniej do pana Misia? – Młoda okazała się znacznie mniej naiwna, niż się spodziewał. Była jednak nieśmiała. Płaski ogon poklepywał nerwowo ziemię, gdy mówiła.

— Nie, pięknooka — Lis uśmiechnął się, a jego uśmiech tym razem nie był nawet odrobinę lisi.

— Dużo może się zdarzyć, ale nikt nigdy nie będzie do ciebie strzelał! — I czmychnął przez Czarną Rzekę. Zrobił to na oślep i jedynie szczęściu mógł zawdzięczać to, że żaden samochód go nie rozpłaszczył.

Długimi susami pędził do swojej nory. Uciekał przed obietnicami, których nie potrafił dotrzymać.

 

 

*

 

— Sią śprytni! — mówiła Świnka Morska pod podłogą.

— Śprytni, jak coś bardzio śprytniego — wyjaśniała w drodze po schodach, z pewnym wysiłkiem podciągając się na kolejne stopnie.

— Zbyt śprytni, zieby to było dla nich dobre! — zakończyła swoje rozważania o Ludziach przed wejściem na strych.

Kiedy już przecisnęła się przez szczelinę po sęku, na chwilę oniemiała. Strych był czymś ogromnym i nowym! W zasadzie: czymś ogromnie nowym! Za stertą gazet przycupnął gryzoń niemal jej rozmiarów. Jego ciało znaczyły blizny. Pod okiem miał zagojoną ranę. Śwince poznającej świat na wolności wydał się bardzo męski. Silny, duży, wysportowany… Do tego pochylony nad książką, zatem niegłupi.

Pełna ideałów o równouprawnieniu chłopców i dziewcząt odezwała się pierwsza.

— Lubiś citać?

— Cio? — zapytał Szczur, jakby zahipnotyzowany. Z boku stała Mysz, trochę zaskoczona i bardzo, bardzo zazdrosna.

— Citać! – powtórzyła Świnka.

— Czy… co? – Leśny Szczur nie łapał kontekstu.

Za to panna Morska szybko zorientowała się, w czym rzecz. Ten dzikus nie umiał czytać! Wydał jej się tym bardziej słodki i niewinny.

— Pać! — Wskazała łapką na obgryzioną książkę. — To sią śłowa! Tutaj, gdzie pogryźłeś, było: „psiypływ się kończy”. Teraź ziośtało… — spojrzała na kartkę, przekrzywiając łebek — „psi… koń…”.

Szczurowi oczywiście przeszło przez myśl, że Koń zwykle nie prze, tylko ciągnie. Na całe szczęście szybko powstrzymał swój język. W jakim świetle stawiałby go komentarz w tym stylu?

— Ziobać! Kaźde śłowo śkłada się z liter! Róźnych liter jest zaledwie dwadzieścia parę, więc łatwo je ziapamiętać!

Świnka była podekscytowana. Co ciekawe, Szczur także wydawał się pozostawać pod wrażeniem tych rewelacji. Od początku czuł, że te wielkie kawałki aromatycznego papieru muszą mieć jakieś magiczne właściwości. Teraz dowiadywał się, że zawierały słowa, wiadomości i myśli! Jakże pragnął wiedzy, którą oferowała Morska Świnka!

Mysz opanowała w końcu zazdrość, rozumiejąc, że dzieje się coś nietypowego i całkowicie niezrozumiałego. Szczur miał nowe hobby, a to przecież dobrze. Postanowiła mu na to pozwolić, zwinęła się w kłębek i przysypiając, zerkała od czasu do czasu na dwoje zatopionych w lekturze gryzoni.

Przebierając w książkach, trafili na „Doktora Dolittle”. Opowieść o człowieku, który umiał rozmawiać ze zwierzętami, wydała się Szczurowi fascynująca. Kiedy opanował już deszyfrację liter na tyle, że na głos odczytywał całe fragmenty, podeszła do nich zaintrygowana Mysz i zapytała:

— Chcesz nam, Świnko, powiedzieć, że Człowiek posiada inteligencję?

— Nie kaźdy — wyjaśniła panna Morska. — Wsiscy za to potrafią citać i pisiać!

Mysz skinęła rozsądnie łebkiem. O citaniu wcześniej nie słyszała, ale właśnie była świadkiem, jak Szczur oderwał się na chwilę od tej magicznej czynności, by wysikać się nieopodal. Pisiał na zebrane dzieła Marksa i Engelsa, nie zdając sobie sprawy z symboliki tego gestu.

 

 

*

 

Lis był znacznie bardziej świadomy możliwości ludzkiego umysłu. Wiele dowiedział się od Kury, szerzona przez Bobry ideologia także nie była bez znaczenia. Rudy spryciarz podejrzewał nawet, że to ludzie zbudowali Czarną Rzekę. Wiedział, że to im właśnie służą potworne samochody. Ostrożnie zbliżał się do siedziby Człowieka. Podczas wcześniejszych wizyt zorientował się, że nie jest to aż tak niebezpieczne, jak się powszechnie w Lesie uważało. Miał jednak dość rozsądku, żeby być ostrożnym. To było obce dominium, podporządkowane nieobliczalnemu władcy. Podobnie jak na Czarnej Rzece, tutaj też nagle i niespodziewanie mogły stać się zwierzęciu różne złe rzeczy.

Na samym środku podwórza, które po poprzednich wizytach zaczynał uważać za znajome, natrafił na potężny pysk samochodu! Przez chwilę myślał, że jego lisi żywot dobiega właśnie końca. Zaraz jednak zorientował się, że potwór ma wygaszone ślepia i stoi w miejscu. Chyba spał. Na wszelki wypadek Lis położył się na ziemi i przeturlał na grzbiet, by pokazać swoje poddanie.

— Składam ci hołd, potężna Bestio — wyszczekał rudy  — Niech światła gwiazd lśnią na twej błyszczącej skórze po wsze czasy, a pysk twój gładzi czuły wiatr!

Samochód nie drgnął nawet. Oczy reflektorów pozostawały zgaszone. Zagłębione w ziemi mordercze opony trwały w bezruchu. Przez ułamki sekundy Lisowi wydawało się, że słyszy: „Bądź mym gościem”. Nie przejął się tym złudzeniem. Zrozumiał, że z jakichś przyczyn samochód nie jest teraz groźny. Podbiegł do domu i szczeknął dwa razy. Wiedział, że pan Szczur rozpozna wezwanie. Rzeczywiście, po chwili pojawił się wywołany gryzoń. Miał załzawione oczy i wyglądał, jakby był trochę zmęczony, jednak przytomnie zwrócił się do Lisa:

— Co się dzieje w Lesie?

— Oj, nic dobrego — odparł Lis, powstrzymując się od plotek o bezkrólewiu. Jak na mężczyznę przystało, skupił się na konstruktywnej relacji. — Pan Misio został ranny podczas tamtego spotkania z Człowiekiem! Teraz głównie śpi i czuje się chyba coraz gorzej. Niedźwiedzica nie mówi po naszemu, więc nie może przejąć władzy! A Wilk… uparł się, że to moja wina! Mam już plan, mam towarzyszy! Potrzebna mi tylko twoja pomoc!

— Jaka pomoc? — ostrożnie spytał Szczur.

Znał Lisa od dawna i miał świadomość, że większość jego pomysłów była niebezpieczna, i to wcale nie dla samego rudego. Lisie matactwa zagrażały wszystkim naokoło, nie zaś samemu krętaczowi.

Rudokity, szepcząc w szczurze uszko, zrelacjonował swoje plany.

Nagle cichą naradę zakłóciły potworne, dzikie kwiki. Dobiegały z obory. Lis cwaniak jakby się trochę spłoszył.

— Przekażesz Człowiekowi wiadomość! Ultimatum! — zakończył już pełnym głosem i ruszył w stronę Lasu.

— Ale jak? — spytał gryzoń, obserwując oddalającą się lisią kitę.

Nie otrzymał odpowiedzi.

Już po zmierzchu, zasypiając, głowił się, jak przekazać informację Człowiekowi. Nie znajdował rozwiązania. W końcu, zmęczony bezowocnym kombinowaniem, zapadł w sen.

 

Autor: Bartłomiej Trokowicz

Grafiki: Dalia Żmuda Trzebiatowska

 

 

Tags: ,

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *