MENU

Gdyby Tycjan zobaczył – poezja Adriany Jarosz

Jeszcze zadzwonię – poezja i malarstwo Beaty Zalot

26 września 2018 Comments (0) Views: 192 Czytam, Recenzja

Ość w mózgu – recenzja książki Ignacego Karpowicza

Zachłanność, z jaką czyta się niektóre książki, powinna być karana grzywną albo torturami. Albo sądowym nakazem izolacji w celu spokojnego przemyślenia liter, które spiło się z setek powieściowych stron.

 

 

Ignacy Karpowicz w „Ościach” zrobił sobie jaja z czytelnika, mówiąc kolokwialnie. I to nie byle jakie, ale wielkie cojones jak u pasikonika, którego okrzyknięto posiadaczem największego przyrodzenia w przyrodzie (jądra stanowią 14% całego jego ciała). I nie jest to zarzut, bynajmniej!

O sprawach trudnych (konflikt rodzinny, poszukiwanie własnej tożsamości, zdrada, utrata pracy, dorastanie dziecka, a nawet śmierć itp.) napisał w sposób lekki, przyjemny w odbiorze, a nawet zabawny i ironiczny. Postąpił jak cukiernik, który połamany biszkopt z wiśniami nie do końca pozbawionymi pestek, przykrył słodką, idealnie gładką śmietanową masą, licząc, że ktoś się na niego połasi skuszony pięknym wykończeniem. Ten prestidigitatorski zabieg wyszedł Karpowiczowi znakomicie. Sztuczka się udała. Nabrał mnie.

Oto w centralnym punkcie pokoju widzimy kota bawiącego się różnokolorową włóczką. Włóczka jest splątana jak sto diabłów, na pewno nie da się jej rozplątać, za Chiny i pół Europy, ale każdy jej koniec ma właściciela. Stoją porozstawiani w kątach i spozierają na siebie z zaciekawieniem. I kiedy któreś z nich próbuje wyciągnąć swoje pasmo wełny, napotyka na opór. Nie da się. Są trwale ze sobą połączeni. Skazani na współobecność. Tak samo jest z bohaterami powieści Karpowicza. Łączy ich losy nierozerwalnie, wrzuca do bębna zdarzeń i patrzy z boku, okraszając widok błyskotliwym komentarzem.

 

Poznajemy (nie w kolejności alfabetycznej, ale też nie przypadkowej):

 

Maję – matkę wyzwoloną i nowoczesną (instaluje w pokoju syna kamerę, żeby sprawdzić czy chłopak nie daj Panie… czasem się nie modli) oraz żonę poszukującą;

 

Szymona – męża Mai, tłumacza języków przedziwnych, który wyjeżdża na roczny grant;

 

Burna – punka, syna Mai i Szymona, który na szczęście Mai wieczorami „wali konia”(cytuję za autorem) zamiast dialogować z Najwyższym;

 

Andrzeja – pedantycznego pracownika wydawnictwa, który uwielbia sprzątać;

 

Krzysia – pisarza, chłopaka Andrzeja, który znika w niewyjaśnionych okolicznościach (obydwaj przyjaźnią się z Mają, i trochę z Szymonem);

 

Ninel – feministkę o czarnym poczuciu humoru i życia, przeżywającą stratę kota („wszystkie ciekawe kobiety mają koty”) i nie mogącą pogodzić się z życiem własnej matki, która to matka w dzieciństwie nazywała ją „Kuba”;

 

Norberta – pracownika banku, niegdyś zakochanego w Krzysiu (obecnie w Ninel) pozbawionego nawet jednego włosa, z uprzedzeniami do gejów i innych nacji;

 

Kuana vel Kim Lee vel Maksa – biznesmena w weekendy występującego jako drag queen, wieloletniego kochanka Norberta;

 

Marysię – żonę Kuana przymykającą oczy na występki męża, która zanim na dobre zafunkcjonowało metro popełniła mezalians i wyszła za Azjatę.

 

Franka – syna Ninel, młodego naukowca zakochanego w Mai;

 

Juli – kochankę Szymona.

 

Z ciekawszych postaci warto wymienić jeszcze duet, ale działający osobno: panią Cecylię i profesora (rodziców Mai) oraz siostrę Mai – Faustynę (i czwórkę jej dzieci).

 

Rozpisanie postaci jest kluczowe i konieczne. Ich historie przenikają się na kartach powieści nieustannie, wprowadzając konsternację i zaciekawienie. Bardzo to wyszło Karpowiczowi. Zgrabnie, nienachalnie i z wyczuciem. Okazuje się, że wszystko jest możliwe tak samo, jak jest niemożliwe. Coś może się stać albo nie stać. Dlaczego? „Bo może”. Po prostu. Bez wyjaśnienia.

Kreacja powieściowych bohaterów jest dla „ości” niezwykle istotna. To oni tworzą klimat, bo historia jest banalnie prosta i nawet nie będę jej streszczać, bo wszak nie o historię tu chodzi, a o to, co bohaterom siedzi w głowie i w sercu. Co czują i co myślą.

Wątek poświęcony Ninel (anagram nazwiska Lenin) dotyka samotności, feminizmu, szukania własnej tożsamości i szczerości wobec samego siebie. Ninel jest prawdziwa, rozgoryczona, skrzywdzona przez matkę w dzieciństwie i młodości. Autor bardzo udanie wplata tu mitologiczny wątek Demeter i Kory i odbija go w krzywym zwierciadle. Ninel to prawie 60-letnia Kora, która cierpi, bo nie wynegocjowała z matką dłuższego okresu życia w podziemiach z Hadesem. Tu, na górze, matka rani ją nieustannie, nazywa ją męskim imieniem Kuba, bo pragnęła syna. To dlatego Ninel od niej ucieka, marzy o jej śmierci w przeciwieństwie do śmierci kota, którego bardzo kocha.

Czterej główni bohaterowi powieści to homoseksualiści. Ujął mnie sposób, w jaki Karpowicz o nich pisze. Związek Andrzeja i Krzysia przechodzi kryzys i choć niby są szczęśliwi, zaczynają się oddalać (finał powieści wyjaśnia dlaczego). Uczucia mężczyzn opisane są w sposób pozbawiony metek i etykiet tzw. geja. Są prawdziwe i szczere. I bardzo piękne. Urocza jest scena, kiedy rozżalony Andrzej chce wyjść do klubu (do tej pory rzadko to robił) i próbuje znaleźć stosowne ubranie na taką okazję. (Podobne fragmenty, pełne ironii i puszczania oka do czytelnika pojawiają się bardzo często).

 

 

Z kolei para Kuan i Norbet stanowią kontrast dla Andrzeja i Krzysia. Może nie tak oczywisty i wprost, ale jednak. Kuan występujący pod pseudonimem Kim Lee, podkrada żonie rękawiczki i majtki. Używa drogich szminek i perfum. Od lat żyje w zgodzie ze sobą, żoną i kochankiem. Ten stan traktuje zupełnie naturalnie. Prawie tak samo, jak jego żona:

 

 

Norbert prezentuje frakcję nowoczesnych słoików, których słomkowa słoma zamieniła się w słomę srebrną. Jest nieco agresywny, ale na pewno wrażliwy i dobry, ale też niepogodzony ze sobą. Urodził się zupełnie łysy i taki pozostał. Ma muskularne ciało i niezłą posadę w banku. Ukrywa przed rodzicami fakt bycia gejem, ukrywa to też przed  sobą. On gejem nie jest, gejów nienawidzi. On ma tylko, przyjmijmy taką nomenklaturę, on ma chłopaka. Nienawidzi też innych nacji, choć jego „chłopak” to Azjata. Ninel to jego pierwsza kobieta. Norbert nie pozwala sobie na zdjęcie maski, którą nałożyło mu katolickie wychowanie w małym lubelskim miasteczku.

No i wreszcie Maja, od której wszystko się zaczyna. Maja traci pracę, wobec czego przesiada się z taksówki w śmierdzący warszawski autobus i tam poznaje Franka. Idzie z nim do łóżka („na podłodze”). Do zdrady podchodzi zwyczajnie i bez emocji (poza podnieceniem). Nie ma wyrzutów sumienia, dlatego wpada na pomysł zakupu większego mieszkania, by wszyscy zamieszkali razem. Nowoczesne podejście, a jakże. Okazuje się, że mąż Mai i jego kochanka są na tak. Czyli wszystko się zgadza. Każdy jest zadowolony.

Nie do końca. Bo tu pojawia się Bruno, syn Mai i Szymona. To punk z irokezem na głowie, zabierany przez babcię (o której każdy mówi pani Cecylia) na pielgrzymki. Widział kiedyś matkę nago i obecnie przeżywa zawód miłosny (związany z Basią, nie matką). Na pierwszy rzut oka jest wyluzowany i mało co go obchodzi. Kiedy rodzice informują go o nowym życiu, Bruno udaje, że jaszka, on w to wchodzi. Ale nie. To poza. Jemu jednego taka modern family wadzi, wolałby, żeby rodzice się rozwiedli. Nie jest gotowy na  ekstrawagancję posiadania dwóch matek i dwóch ojców.

Karpowicz mówi też o śmierci, ale nie w tradycyjny, smutny sposób. On opowiada, pokazuje śmierć jak zjedzenie kromki chleba. Po prostu się wydarza, bo tak. Bo mogła. I jest w tym jakiś urok, nostalgia. Bo tego odmówić autorowi nie można. Chory na raka człowiek, jeszcze za życia, dzieli swe prochy na dwie urny, by dostali je jego bliscy. Nie płakałam po tej śmierci, choć powinnam, ale Karpowicz wstrzyknął mi w mózg słowne znieczulenie, które tę śmierć sensownie wytłumaczyło. Przyjęłam ją ze zrozumieniem.

Tematy poruszane przez autora są jednymi z najważniejszych w życiu, ale książka nie jest ciężka jak tona czarnej rozpaczy. Przyjęłam wszystko bez nawet jednej łzy, a z setką uśmiechów, bo to lektura mimo wszystko niezwykle zabawna, inteligentna i ironiczna. Już same dialogi to mistrzostwo świata:

 

 

Język, jakim posługuje się Karpowicz jest plastyczny, barwny i soczysty. Autor świadomie pogrywa z frazeologizmami stosowanymi od lat, odkręcając je lub przekręcając, a także tworząc nowe definicje słów istniejących. Każdy z rozdziałów poprzedzony jest cytatem nawiązującym w jakiś sposób do treści.

 

 

Komizm z „ościach” kojarzy mi się z komediami Fredry, który także o rzeczach „strasznych” mówił pod osłoną żartu, co jednak nie zatarło właściwego przesłania utworu.

Nawet samego tytułu nie można odbierać jeden do jednego. Tytułowe ości to wszystko to, co nas uwiera, kłuje, jak kamyk w bucie czy ziarno piasku pod powieką. Warto przeczytać tę książkę.

 

„Ości” stanęły mi ością w mózgu, drażniąc kolejne zwoje. Jeszcze długo będę próbowała się ich pozbyć. 9/10

 

Autor: Katja Tomczyk

*wszystkie zdjęcia (z cytatami) pochodzą z:

 

 

autor: Ignacy Karpowicz

tytuł: ości

liczba stron:469

Książka ukazała się nakładem Wydawnictwa Literackiego.

 

 

Tags: , , , ,

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *