MENU
px

Umarły język nie przewodzi pamięci – poezja Marcina Królikowskiego

OBIECAJ-RAMKA

Piętnaście twarzy obietnicy – efekt Międzynarodowego Festiwalu Opowiadania

20 czerwca 2016 Comments (0) Views: 654 Czytam

Opowieść niemiłosna

Z całej czwórki najbardziej lubił Johna. Ringo był najmniej twórczy, a George nazbyt mistyczny. Paula nigdy nie wybrałby do swej drużyny, doceniał wprawdzie jego talent, nucił i lubił także jego piosenki, jednak w tej cichej wojnie, pomiędzy dwoma liderami najsławniejszej grupy w historii muzyki, zawsze wybierał opcję niepokornego, aniżeli grzecznego, przedkładał wieczne poszukiwania, nad chwytliwe przeboje. To John łamał reguły, to Johna podsłuchiwało FBI, podejrzewając o działalność wywrotową. A Paul? Paul wiele lat później, już w innej epoce innych gwiazd, prezydentowi Stanów Zjednoczonych i jego małżonce, wyśpiewywał słodko swoją „Michelle”.

Zastanawiał się, co Lennon powiedziałby dziś na widok własnego pomnika, stojącego w budynku lotniska, które przyjęło jego imię, u podnóża miasta, które na wieki wieków amen przemianowane zostało na miasto Beatlesów?

Cholera wie z jakiego materiału jest to pomnik. On akurat pomyślał w tej chwili, że ten spiżowy John, z obliczem pamiętającym lata siedemdziesiąte poprzedniego wieku, w marynarce z szerokimi klapami, rozszerzanymi u dołu spodniami, z dłońmi w kieszeniach, kroczący beztrosko przed siebie, nie przypominał tego gościa, którego słuchał w młodości, wiele lat po tym, jak jakiś popapraniec zastrzelił go na nowojorskim chodniku.

Czas się wydłużał niczym dżdżownica na deszczu. Oczekiwanie na przyjazd zwykłego autobusu lub tramwaju, na kontrahenta na biznesowym spotkaniu mogą trwać wiecznie, a co dopiero czekanie na odprawę na samolot w obcym kraju; samolot, który miał go przenieść w sprawach służbowych do Belgii, kraju równie nieznanego, jak ten, w którym przebywał.

Zakończył więc zwiedzanie dwóch pięter lotniska imienia Johna Lennona i postanowił siąść w jednej z otwartych na przestrzał restauracji, by wypić kolejną kawę, sprawdzić w gazecie wyniki meczów piłkarskich, które go nie interesowały i przeczekać do tego momentu, gdy bramki zostaną otwarte, a jego lot zapowiedziany.

Wtedy zauważył tamte trzy.

No dobra. Wielka „Boże chroń królową” Brytania nie była aż tak obcym mu krajem. Trochę tu jednak bywał, sporo widział. Wystarczyło, by z odległości trzydziestu metrów – a co tam! – trzydziestu jardów, w każdym przeciętnym angielskim mieście, na tych chodnikach upstrzonych bąblami po gumach do żucia, w smudze oleistego smrodu, płynącego od licznych take-awayów, za niemal każdym razem odróżnić celnie imigrantki ze środkowowschodniej części Europy od Brytyjek.

Te trzy nie były stąd. Nie wydały ich macice wyspiarskie, nie wykarmiły take-awaye.

Uśmiechnął się, bo to przecież nic niezwykłego. Zobaczyć trzy zdrowe, interesujące kobiety w sercu (a jeśli trzymać się ściślej geografii, to w gardle) Anglii, w dodatku w kopule lotniska. Mogły być turystkami, kończącymi swój tygodniowy urlop poza granicami ojczyzny, mogły należeć do tej licznej masy uciekinierów, znajdującej od miesiąca czy roku lepsze życie w granicach Imperium, a lecącymi właśnie na tygodniowy urlop do swej porzuconej w biedzie ojczyzny.

Fajne dupy, ocenił. To wystarczy. Męska myśl to jedyna precyzyjna cenzurka, której miarodajność ulega niestety fałszywym i niepotrzebnym transformacjom, kiedy trzeba użyć słów, nagle należy poddać się społecznej poprawności i uzewnętrznić.

Siedział kilka stolików dalej, bezpiecznie ulokowany za sztucznym badylem, imitującym fikusa benjamina, patrzył więc bez skrępowania na trzy nieznajome, które perorowały żywo, gestykulując, zanosząc się od dźwięcznego chichotu, sięgając po swoje szklaneczki i filiżanki, w aurze zadowolenia i prawie nieudawanego luzu, która otacza zwykle młode kobiety.

Dwie z nich siedziały na wprost, od czasu do czasu zasłaniane częściowo przez przygarbione plecy trzeciej. Czarna i Jasna. Takie przydzielił im kryptonimy. Ścięta niesymetrycznie brunetka i ślicznotka w ciemnoblond kucyku. Już po minucie był pewien, że to Polki. Wcześniej brał jeszcze pod uwagę możliwość Słowaczek lub Litwinek; ta sama zdrowa cera, podobne kości policzkowe, brak przesadności w ilości tych wszystkich cieni na oczach. Garderoba po części zakupiona tu – na Wyspach, ale wybrana z większym smakiem, mniej wyzywająca. Nie słyszał ich jeszcze, nie dotarły do niego te miło szeleszczące głoski, ten zaśpiew w głosie, a wiedział, że to jednak Polki, a nie żadne Słowaczki, choć kiedyś miał jedną Słowaczkę, która od lewa do prawa, z góry w dół, w biologii swej jak i mentalności, postrzeganiu i przeżywaniu świata nie różniła się wcale od Polek. Jedynie w łóżku o pewne rzeczy prosiła go w swojej słowackiej mowie o wiele zabawniej.

Młode, ładne dupy. Czarna musiała mieć około dwudziestu lat, Jasna kilka lat więcej. Czarna o wydatnych ustach wypełnionych miąższem i obietnicą pocałunku, Jasna z oczami, w których na próżno byłoby szukać kurtyny wstydu. Tak właśnie automatycznie zaczął o nich rozmyślać. W mieście Liverpool, w kafejce lotniskowego terminalu, z dala od intymności i ciszy.

Bo wszędzie wokół ludzie, odloty i przyjazdy, szum białego dnia, a on rozmyślał o rodaczkach, których nigdy nie widział, których nigdy nie pozna, i wyobrażał je sobie na swój własny sposób. I bardzo intymnie.

Nie z tęsknoty. Otwarcie przyznał przed samym sobą. Uprawiał seks całkiem niedawno, dość nawet wyczerpujący, nie potrzebował obecnie żadnych podniet, żadnego zaczepienia w zmysłach. To nie przez głód. Więc może z nudów, może z typowo męskiego poszukiwania czegoś ekscytującego wszędzie tam, gdzie pojawi się kobiecy cień uśmiechu, trochę spojrzenia, nagiego ramienia, zakrytego stożka cycka. Może po prostu wolał to teraz od analizowania w angielskim dzienniku, iloma bramkami dostali w plecy piłkarze Hull od przeciwników z Manchesteru United czy innego City.

Stąd miąższ ust jednej i bezwstyd w oczach drugiej. Zarys zbyt szczupłych pleców trzeciej, na których mógłby wyobrazić sobie własne dłonie podczas miłosnych utarczek. Trochę mu jednak przeszkadzały, te plecy i ta chaotyczna czupryna szarych włosów, kiedy najmniej interesująca z trójki Polek przechylała się nad stolikiem, zasłaniając od czasu do czasu obiekt pierwszy lub drugi.

Skupił się na Jasnej. Pisała właśnie coś w swoim telefonie, jej palce tańczyły z biegłością stenotypistki, a brwi wykrzywiały się śmiesznie w czymś, co można nazwać zadumą. Wyobraził sobie te same brwi i ich pokrzywione wektory, gdy jest przy niej zbyt blisko, by było to przypadkowe, jego spojrzenie zatrzymuje wzrok tamtej, usta wypowiadają historię o jakimś zwykłym zdarzeniu, zapamiętanym z wizyty w Yorkshire lub informujące o aktualnym kursie funta, a jego palce, jeszcze zaledwie dwa, może z asystą trzeciego, wdzierają się bez skrępowania w tę prostą, choć przecież nie tak znowu oczywistą, linię jej cipki. Powiedzmy, że jest naga od pasa w dół, a góra, po szyję, ukryta jest w białej bluzce, którą widział teraz na niej. Wyobraził sobie, że te wektory nabierają nowych wartości matematycznych, z jej ust wymyka się pewne westchnienie, ale w oczach zapala się jedynie iskierka uśmiechu, a w jej ruchach nie ma żadnego zaprzeczenia, żadnej reakcji obrony. Żadne tam „Przestań!”. Po prostu dalej wysłuchuje jego historii, choć może słowa tracą na swym znaczeniu dla obojga, źrenice wgryzają się w jego oczy, a palce, powoli, wolniej niż wypowiedziałyby to usta, przesuwają się wzdłuż linii, z namysłem i premedytacją, bo nie przytulają się jedynie do tego skrawka ciała, a wdzierają pomiędzy poszczególne milimetry skóry, odkrywają coraz to wrażliwsze fałdy, odnajdują wilgoć. Końcówki nerwowe tam, nisko, u palców, przekazują do jego mózgu obraz zmierzwionej chłodnej pościeli, później dopiero jedwabiu, a zaraz po tym ciepło i mrok. I ten gęsty, wydobyty z przeciętego owocu sok, który zostaje na palcach i zbyt szybko wysycha, jeśli dotyk zanika, a dwa ciała rozstają się na zbyt długo.

Jasna podejmuje grę, jej głowa niby nie odbiera impulsów przesyłanych z rejonów poniżej, zadaje jakieś pytanie, coś odnoszącego się do treści wypowiedzianej przez niego, a jedynie kolejnym antraktem w tej niecodziennej melodii zmysłów, głośnym i nieświadomym sapnięciem, daje mu sygnał – nie pomarańczowy znak ostrzegawczy ani czerwony zakaz dalszych działań – że abordaż ma się nadal odbywać. Sięga więc dalej, angażuje kolejne palce prawej dłoni. Rozczesuje krótkie kędziory powyżej linii, kciukiem przywołuje ku sobie poselstwo łechtaczki, z głębi dziewiczej, niezdobytej jeszcze Ameryki przenosi wilgoć na wybrzeża, na których tkwią jego łodzie. Doskonale pamięta, że to nie Kolumb odkrył ją pierwszy, więc postanawia myśleć o tych łodziach jak o drakkarach, a palce swoje nazywa wikingami. I niech trwa łupienie. Skoro oczy Jasnej śmieją się, usta rozchylają w przyzwalającym grymasie, a jej łono, gorące i mokre… Jasna przybliża się do niego, szerzej rozstawia stopy, staje nawet na palcach. Poddaje mu się, zakryta całkiem u góry, on nawet nie zerka w dół, bredzi coś w nieskładnych zdaniach. Mogłyby to być nawet giełdowe notowania sprzed roku, ważne by grać swoją rolę; pewien dystans powyżej, pewna ekspansja, zjednoczenie poniżej. Chce ją zasmakować, poczuć, powąchać. Nie ma takiej opcji. Jest ciepło, aksamitnie. Nie ma takiej opcji. Jest mu posłuszna, chce więcej, otwiera się na niego. Nie ma takiej opcji.

Uśmiechnął się i rozsiadł wygodniej. Poczuł, że ogarnęło go chwilowe podniecenie tymi fantazjami, więc sięgnął po kawę i odczytał godzinę na zegarze wiszącym u sufitu. Ktoś zapytał, czy miejsce po drugiej stronie jego stolika jest wolne, więc zaprzeczył zdecydowanie.

Znów został całkiem sam.

Nie był samotny. W pewnym mieście, w którym spędzał najwięcej czasu, w mieszkaniu urządzonym w surowym skandynawskim stylu, gdzie posiadał własne partie szaf i szuflad, a w łazience nocowała jego własna, prywatna szczoteczka do zębów, w tym mieszkaniu dzielił życie z pewną kobietą, która od dłuższego czasu dawała mu radość. To dużo. Radość budzenia się przy kimś, wspólnego wychodzenia popołudniami na zakupy lub do kina wieczorem, radość lądowania razem w jednym przedpokoju, salonie, łóżku. To dużo, ocenił. Ale nie wszystko. To nie była miłość jego życia, raczej kolejna z wielu, z wielkim prawdopodobieństwem graniczącym z pewnością, że będą następne, a to tylko kwestia czasu, tych samych co zawsze zmiennych i stałych, które w finale każdego równania przynoszą identyczne rozwiązanie. Że było fajnie, ale to jednak nie to. I trzeba ewakuować szczoteczkę do zębów, pożegnać skandynawski design, poszukać czegoś nowego. Lub przez kogoś nowego zostać odnalezionym.

Czarna utworzyła z ust dzióbek. Szczupła cykała jej zdjęcie. Czarna przymknęła powieki. Ktoś, kto odnajdzie tę fotografię na dzisiejszych ściankach facebooka lub innego instagramu, będzie zapewne ukontentowany. Kolejny dzióbek w galerii dzióbków. Za każdym razem, gdy widział u kobiety odruch wprawiania swych ust w to idiotyczne kółeczko pseudoatrakcyjności, miał ochotę odnaleźć w dłoni zmaterializowaną nagle klamerkę, taki super mocny model, na którym można powiesić całą kołdrę do wysuszenia, i tą klamerką ścisnąć ten skrawek warg. Na pohybel dzióbkom.

Tym razem wybaczył to Czarnej. Jest młoda. Może jeszcze głupia. Kiedyś to sama pojmie, zrozumie. A jeśli nawet nie, to ilość pochwał pod fotkami na FB lub instagramie, wystarczająco poprawi jej humor. Zaczął myśleć o jej humorze, gdyby pozwoliła mu na pewne rzeczy. Czy na jej obliczu byłaby podobna błogość, już nie stylizowana, nie podrasowana wypiętymi do przodu ustami ani zamglonymi sztuczną radością oczami, gdyby na przykład jedną z dłoni ujął jej nagą pierś, zatrzymał w silnym uścisku, a dłonią drugą przygarnął jej ciało ku sobie, odrzucił na bok ciężkie i gorące udo, wszedł w nią od przodu, może przycisnął do jakiejś ściany, a potem zaczął posuwać, z początku nieudolnie, rozczytując jej wszystkie kąty, miary i odległości, by wiedzieć, gdzie skontrować własne ciało, w jaki sposób zmodyfikować tę pozycję, by wejść jeszcze głębiej, wygodniej, mocniej, a jednocześnie móc z bliska obserwować jej reakcje? Czy spodobałaby się jej ta sytuacja, czy przejęłaby inicjatywę w którymś momencie, własnymi dłońmi pieszcząc jego lub kierując w nowe płaszczyzny i trajektorie? Splot dwóch ciał nigdy nie jest taki sam. To masa uplastyczniająca się bezustannie, by odnaleźć tę najbardziej zadowalającą oboje pozycję. Choć bywa to trudne.

Spróbował dojrzeć ponad stolikiem polskich dziewczyn, pomiędzy tym, co stało na stoliku, jak prezentuje się Czarna poniżej szyi. Jaki kształt przyjmuje jej koszula na wysokości biustu? Jak może wyglądać ten biust?

Większość takich poszukiwań i obliczeń kończy się dla obserwujących mężczyzn na poziomie czystej abstrakcji. Dla końcowej zabawy założył jeszcze, że Czarna ma piersi małe i sterczące, z drobnymi brodawkami, z którymi jego usta, jego dzióbek, mógłby sobie poradzić.

I tyle. Postanowił wstać. Wybrać się w stronę odprawy. Ostatni raz sprawdził papiery z niebieskim biletem na wierzchu. Numery i kierunek.

Ostatni raz spojrzał w stronę Polek, których już nigdy nie zobaczy. Teraz to Czarna odczytywała coś na wyświetlaczu swojego telefonu, a Jasna mówiła pod nosem, może bardziej do siebie, niż koleżanek. Szczupła podniosła się od stolika i rozejrzała wokół, szukając czegoś intensywnie. Na dobrą sprawę nie widział jej dotąd wyraźnie, nie znał szczegółów jej twarzy. Zrozumiał, że trzecia z dziewczyn poszukiwała drogowskazu do toalety, a po znalezieniu go, ruszyła ku łazienkom. W jakimś przeczuciu czegoś absurdalnego zatrzymał się pośrodku wąskiego korytarza, kiedy zobaczył, że Szczupła zmierza w jego stronę. I wcale nie była taka chuda, jak mu się wydawało na początku, jej włosy dalej sterczały w chaosie niezrozumiałej fryzury, ale miały w sobie coś zabawnego i zachęcającego, by przeczesać je palcami, odgarnąć je z czoła lub pewne kosmyki przesunąć za małżowinę ucha. Jej kroki były powolne i świadome jak u tancerki baletu, która dopiero wychodzi na scenę, jeszcze z przodu trwa przedstawienie pierwszoplanowych ról, a ona za chwilę przekroczy tę barierę i scenę przejmie. Dziewczyna zbliżyła się już na odległość kilku metrów, trochę zamyślona, nieobecna, z tajemniczym półuśmiechem na ustach. Nie była umalowana albo ten makijaż miał w sobie subtelne półcienie i półtony. W ogóle coś w tej twarzy było po pół… W połowie mistycznego i w połowie lubieżnego. Zagadka, której w kobietach zawsze poszukiwał. Coś nieodgadnionego w rysach, zapowiedź ciekawej konwersacji, zaskakujących rozwiązań wszędzie tam, gdzie mógłby ją zabrać. Na spacer, do hipermarketu, do łóżka.

Dziewczyna podniosła wzrok i popatrzyła na niego, w pierwszym odruchu zabierając ten wzrok jak z niechcianej przeszkody. Wróciła jednak, uczepiła się, zatrzymała. Całą sobą stanęła, dwa metry od niego, cała w zastygnięciu i oczekiwaniu, jakby to od niego zależało, czy dzisiaj ona jeszcze skorzysta z toalety, a wszystkie samoloty na tym lotnisku otrzymają pozwolenie na lądowanie lub opuszczenie długich betonowych pasów startowych.

Wpatrywali się tak w siebie przez dłuższą chwilę. On z torbą przerzuconą przez bark, dokumentami w dłoni, ona z brązową torebką wielkości segregatora, która po prostu zsunęła się z jej ramienia i plasnęła o podłogę.

Widział ją pierwszy raz w życiu. I ona zrozumiała to samo w tym samym momencie.

– Więc to ty – powiedział.

W końcu kiwnęła nieznacznie głową.

– To ja… – powiedziała. – A ty to…

– To ja – przyznał.

Kiedy spotykasz kobietę swojego życia lub spotykasz mężczyznę swojego życia, jakie słowa oddadzą to, co czujesz? Będzie ich zbyt wiele, czy wciąż za mało? Powinny mieć w sobie powagę udramatyzowanych dialogów czy ironię i żart? Mają wprowadzić w stan nieważkości czy sprowadzić cię stamtąd, na ziemię, skoro już inna sfera unosi ciała coraz bardziej w górę? Kiedy spotykasz wreszcie tę osobę, co do której jesteś pewien, że mogłaby być miłością twojego życia, czy cokolwiek, co powiesz, będzie oryginalne?

– Masz kogoś? – zapytał.

Patrzyła długo, zanim zrozumiał, że mu nie odpowie. Że nie oczekiwał tak naprawdę odpowiedzi. W ramach tej samej, pozbawionej wszelkiej logiki, ciekawości, spytała go, czy tutaj mieszka. To samo milczenie przyniosło jej ten sam wniosek. Że nie potrzebuje od niego odpowiedzi. Wszystko zostało powiedziane.

– Więc to ty.

Cisza. Potaknięcie. Dwa uśmiechy. Krótkie, zgaszone, po których nie pozostały nawet smugi dymu.

– I nigdy nie będziemy razem.

– Nie.

pxKiedy ją mijał, miał absolutną pewność, że od teraz będzie żałował choćby tego, że nie dotknął jej włosów, nie wyciągnął ręki, by się przywitać, pożegnać, by przez ten krótki moment poczuć w dłoni jej dłoń. Po prostu ominęli się, jeszcze odwrócili ku sobie i spojrzeli w ostatnim fleszu niezapisanego nigdzie zdjęcia. Zdążyła jedynie uchwycić jego wzrok, rysunek twarzy, coś w tych kilku zmarszczkach na czole, kiedy na nią patrzył. Odwróciła się i wolnym krokiem ruszyła w stronę toalety.

W głośniku rozbrzmiał po angielsku komunikat o oczekującej właśnie odprawie i locie do Brukseli. Podążył za tym głosem, wsadzając wściekle dłoń do kieszeni spodni.

 

Autor: Milo Manara

 

 

Tags: , , , ,

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *