MENU
Bohumil_Hrabal_1985_český_spisovatel_foto_Hana_Hamplová_2

Bitnik znad Wełtawy – Bohumil Hrabal i Beat Generation

typewriter-472854_1920

Choroby wielkich pisarzy

7 kwietnia 2016 Comments (0) Views: 924 Myślę

Od głupoty nauki do głupoty literatury

Nie lubię pisać o niczym, pisanie o niczym obraża czytelnika. Pisanie o tym, co mi w duszy gra, jakbym miała duszę jakąś tam wyjątkową. O tym, co mi przyszło do głowy, jakby głowa należała do tych genialnych, choć udowodniła nie raz, że nie należy. O tym, co mi się przytrafiło, jakby na co dzień przytrafiało mi się coś szczególnie ekscytującego. Nie przytrafia. Jestem jednym z tych płochliwych stworzeń, które żyją w swych bezpiecznych norkach, modląc się codziennie tekstem Osieckiej:

Nie daj mi, Boże, broń Boże skosztować

tak zwanej życiowej mądrości […][1]

Gdybym była bohaterem powieści to zapewne takiej, jakie z reguły uważa się za ambitne. Zero zwrotów akcji, normalne życie i bardzo dużo monologów, monologów na temat książek. Bo książki to największa pasja i rozkosz mojego życia – a co już zwyczajnie perwersyjne, najbardziej podniecają mnie książki o… książkach. Bo cóż innego mogłoby nas z takim wdziękiem przeprowadzić przez najdramatyczniejsze wydarzenia, zapoznać z największymi tego świata, pozwolić chichotać z historii? A historia książki jest niezwykle długa. Pierwszą napisał przecież Adam w Raju! Przynajmniej tak twierdzili uczeni epoki perukowej. Człowiek czasem zazdrości innym takiej łatwości opowiadania głupot. Ich niezachwianej pewności o własnym wpływie na losy świata. Jak stwierdził Walter Bagehot:

Mówienie wierutnych bzdur, aczkolwiek w zwykłym towarzystwie,

nie dodaje splendoru, jest z natury uznanym sposobem zapewnienia

stałości przywództwa i trwałości opinii.[2]

Aż chciałoby się zostać takim wielkim uczonym, który z własnej peruki, zamiast wszy, wyciąga wnioski. Kiedyś wystarczało badać ciężar właściwy pocałunku, liczyć powierzchnię Boga albo litery we własnym wydaniu Biblii, czy tworzyć katalogi nieistniejących zbiorów. Można było, tak jak językoznawca Horvat w 1837 roku, zamieścić w szanowanym periodyku naukowym artykuł W czasach Mojżesza w Egipcie mówiono po węgiersku, i nie zostać za to wyśmianym. Te czasy odeszły już w zapomnienie. Teraz świat nauki stał się zbyt sterylny i wymagający. Każdy błąd czy przekłamanie badań może całkowicie naukowca skompromitować albo zniszczyć mu reputację na zawsze. Zapewne dlatego ludzie leniwi, aczkolwiek ambitni, przenieśli się na obszar literatury. Mogą pleść trzy po trzy; tworzyć całkowicie niewiarygodnych bohaterów, wciskać ich we wtórne – przerobione przez tysiące autorów przed nimi – ramy; pisać więcej, niż czytają i zachwycać się swoimi wynurzeniami w kółkach wzajemnej adoracji. Aby nie zostać posądzonym o plagiat, nie czytają wielkich, uznanych dzieł, a jedynie swoje ulubione koleżanki po piórze, kisząc się w oparach kiepskiego stylu. Za to z lubością kradną pomysły autorów nieznanych (sama ostatnio się przekonałam, że plagiatować można nawet brudnopisy). Jeśli jednak ktoś w przypływie zniesmaczenia dzisiejszą literaturą piękną i jej autorami-megalomanami chciałby obrzucić ich pomidorami, byłoby to zupełnie niesłuszne. Nawet najbardziej poczytni współcześni autorzy nie mają o sobie takiego mniemania, jak chociażby XVI-wieczny jurysta Charles Dumoulin. Ten bowiem każdą swoją książkę poprzedzał wstępem:

Ja, który nie cofam się przed nikim

i który od nikogo nie mogę się niczego nauczyć.[3]

I to nie była autoironia. Tak jak nie był nią miedzioryt, który na własną cześć zamówił profesor Hans Seger, nagrodzony w 1582 roku wieńcem laurowym.

– „Chryste, kochasz mnie?” – pyta uwieczniony na miedziorycie wzmiankowany profesor,

klęcząc u stóp ukrzyżowanego Chrystusa.

– „Tak, sławny, wybitny i uczony Segerze, uwieńczony cesarski poeto i wielce zasłużony

rektorze uniwersytetu wittenberskiego, ja ciebie kocham”.[4]

Na taką ekstrawagancję nie odważyłby się dziś nawet najpoczytniejszy autor Empiku.

Trzeba jednak przyznać, że dawni autorzy bardziej niż współcześni dbali o staranność edytorską własnych prac. Wielu dzisiejszych dałoby się wydrukować na papierze toaletowym z błędem ortograficznym w tytule, byleby tylko ujrzeć swoje dziecko na sklepowej półce. Współczesny wymęczony autor i oszczędzający na wszystkim wydawca nie rwą sobie włosów z głowy z powodu wyczynów drukarskiego chochlika. Może dlatego, że nie są już za nie karani dotkliwymi grzywnami? Dziś żaden poeta nie traktuje sprawy literówek tak poważnie, jak chociażby żyjący w XVIII wieku Alessandro Guidi. Ten to, pragnąc podarować egzemplarz swojego dzieła papieżowi, jeszcze w drodze na audiencję przeglądał książkę, a znalazłszy błąd drukarski, padł trupem. A może brak dbałości o jakość wynika z faktu, że my, czytelnicy, nie jesteśmy już tak przywiązani do posiadanych egzemplarzy jak nasi przodkowie. Nie oznaczamy ich wymyślnymi ekslibrisami, nie rzucamy klątw na czyhających na nie złodziei, ani nie tworzymy sobie zawczasu związanych z nimi napisów nagrobnych, tak jak zgodnie z legendą uczynił Benjamin Franklin.

Ciało Benjamina Franklina

niczym marna oprawa książki,

oddzieliwszy się od jej treści, od tytułu i złoceń,

spoczywa tutaj na pastwę robaków.

Ale samo dzieło nie przestało istnieć,

bo jako że pełen był wiary, ukaże się

w nowym i piękniejszym wydaniu

przejrzane i poprawione przez autora.[5]

Człowiek stał się ostatnio tak racjonalny, że przed nudą musi uciekać w świat fantazji. Albo w mroki historii. Ja wolę historię, dużo rzadziej rozczarowuje niż współcześni autorzy.

Umberto Eco twierdzi, że na pewnym etapie rozwoju człowieka pojawiło się pismo, które stanowi przedłużenie naszej ręki, a więc jest niemal biologicznym komponentem natury ludzkiej. Jako czytelnicy możemy mieć tylko nadzieję, że kiepscy, niedouczeni autorzy pozbawią się tego przedłużenia. Inaczej my będziemy musieli to zrobić za nich, chociażby chirurgicznie. Nie mogę się bowiem pozbyć wrażenia, że większość z nich chciałaby zwrócić się do swojego czytelnika pewnym węgierskim przysłowiem: „Masz tu nic, tylko dobrze trzymaj”.[6]

 

 

Autor: Agnieszka „Brudnopis” Parzych

Redakcja i korekta: Magda Polanowska

Druga korekta: Anna Maślanka

___________________________________________

[1] A. Osiecka, Wielka woda, 1979

[2] W. Bagehot, The Inquirer, 1852

[3] I. Rarh-Vegh, Komedia Książki, 1994

[4] I. Rarh-Vegh, Komedia Książki, 1994

[5] I. Rarh-Vegh, Komedia Książki, 1994

[6] I. Rarh-Vegh, Komedia Książki, 1994

 

 

Tags: , ,

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *