MENU
cell-phone-690192_1280

Pół sekundy

warsaw-341687_1920

Autoportret z trumną – poezja Marcina Królikowskiego

5 kwietnia 2016 Comments (0) Views: 888 Czytam

„Od dziecka wierzyłem w przyrodę, naturę, duchy, świątki, dziuple, pola i nieludzką rękę mojej babki” – wywiad z poetą Marcinem Królikowskim


Hanka Mody
: Marcin, po raz pierwszy zobaczyłam Cię na spotkaniu prozatorskim. Gość w eleganckim garniturze i płaszczu. Stał i słuchał. Powiedz, proszę, dlaczego tam przyszedłeś?
Marcin Królikowski:
Gibałem się po kursie Pasja Pisania prowadzonym przez Jakuba Winiarskiego. Miałem ciężki czas, chciałem zacząć robić coś więcej niż zarabianie pieniędzy w korporacji. Kilka lat wcześniej porzuciłem pisanie wierszy ze względu na ADHD w ich obróbce – za każdym razem, kiedy miałem jakiś poprawić, wychodziły mi trzy nowe mutacje. Odpadłem z prostego powodu: zabrakło mi warsztatu i się pogubiłem. Stwierdziłem kilka lat później, że jeśli wezmę się za prozę, to sobie lepiej poradzę. Było znacznie gorzej. Miałem prawie tyle samo projektów opowiadań, co kiedyś wierszy. Totalna rozpierducha. Co zaczynałem, to wkraczała nowa mutacja. Znów się pogubiłem i pogibałem. Aż w końcu trafiłem na was, ludzi z pasją, którzy założyli swój portal i zachęcali takie gibony i makaki jak ja do publikacji. Wrzuciłem wam jedną próbkę prozy poetyckiej. Spodobała się i to mnie ośmieliło do dalszej pracy. Od tamtej pory huśtam się na żyrandolach rozmaitych knajp i sikam do piwa, kiedy nie chce się pienić.

H.M.: Miłosz w Ars poetica? napisał: „Zawsze tęskniłem do formy bardziej pojemnej, która nie byłaby zanadto poezją ani zanadto prozą […]”[1]. W Twoim życiu zawsze dominowała poezja. Co sprawiło, że porzuciłeś ją na chwilę dla prozy, by następnie do niej wrócić? Czy proza Cię zawiodła?
M.K.:
Nie znałem tej myśli Czesia. W ogóle nie przepadam za nim, bo jest to poeta pouczający, moralizujący i nudny, chociaż miał świetny instynkt obserwacji i poszukiwał. Wolę herbertowskiego prostaczka, czyli Pana Cogito, cognito lub incognito. Ten przynajmniej jest prosty i uczciwy. Tak, ta myśl trafia w sedno. Tak chcę pisać. I coraz bardziej ciągnie mnie do form prozy poetyckiej. To chyba jedyna wypadkowa moich umiejętności, dążeń, potrzeb i bardzo emocjonalnego charakteru. Zawiodłem prozę, a ona mnie z litości przywróciła poezji, w której zawiódł mnie warsztat. Proza to moje wielkie marzenie. Niedościgłe, jak sądzę. Nie mam dobrej osobowości do pisania prozy. Jestem krótkodystansowcem. Bufonem, egotykiem, lubię szybkie efekty i fanfaronadę. Lubię błyszczeć w towarzystwie i lubię szybką akcję. To nie są cechy dobrego rzemieślnika. To raczej zwyczajna niedojrzałość przekuwana w najbardziej dostępne środki wyrazu. Lubię niewyszukane dowcipy, a najbardziej ten o Tonym Haliku. Jest oparty na dwóch rzeczywistościach równoległych. To bardzo inteligentny i zupełnie niedoceniany dowcip.

H.M.: Wydaje mi się, że masz bardzo dobry kontakt z córką. Czym dla Ciebie jest bycie ojcem? To wyzwanie czy przyjemność?
M.K.:
Wyzwanie i czasem przyjemność. Przeżywam siebie od nowa, ale nie mam komfortu, że robię coś idealnie. Muszę non stop być na czuwaniu, przeważnie jestem z siebie niezadowolony, ale jestem ciągle pod wrażeniem cudu, jakim jest własne dziecko. Jeśli odczuwam przyjemność, to raczej w momentach, kiedy moja córka jest szczęśliwa.

H.M.: Jak udaje Ci się łączyć bycie ojcem, pracę dyrektora banku i poezję. Tym bardziej, że ostatnio przeprowadziłeś się do innego miasta, przez co przybyło Ci obowiązków. Czy poezja to forma terapii, odstresowania?
M.K.:
Bycie ojcem jest niezmienne, więc sobie nim bywam. Myślę, że dostałem to, czego chciałem, według najprostszej maksymy psychologicznej: z dzieckiem jak z walizką – co włożysz, to wyjmiesz. Od zawsze byliśmy z córką blisko i w dobrych relacjach. Pracę od zawsze łączyłem z pasjami, mam schizofreniczny umysł, a poezją myślę na ogół, kiedy… myślę, nawet podczas rozmów biznesowych. Wiele osób uważa mnie za gadułę, bo dużo mówię i przesadnie metaforyzuję proste zdarzenia. Ale ja w ten sposób opowiadam sobie i innym moje emocje. Polecam wszystkim Alchemię słowa Parandowskiego. Opisuje to. To prawdziwe szaleństwo, kiedy człowiek zarażony twórczością je, śni, medytuje ze swoim powołaniem. Od tego się nie ucieknie, a jeśli nawet, to na końcu czeka zgorzknienie. Czasem nie jestem w stanie wrócić z dygresji, ale z pracy zawsze. Wpada córka do pokoju i krzyczy do matki: „Gdzie ojciec?”; „Jeszcze go nie ma, nie wrócił z dygresji” – odpowiada. Taki skecz rysunkowy z moim kolegą z grupy wymyśliłem.
Co do terapii… Od terapii to jest terapeuta. Dobre pisanie nie może jej zastąpić, to forma ciężkiej pracy z własnym ego, słabościami, niskim poczuciem wartości, ale zawsze praca. Nie forma pamiętników, rzygowników czy maszyny rozkoszy z Barbarelli.

H.M.: Co czujesz, gdy musisz publicznie czytać swoje wiersze lub gdy ktoś inny to robi?
M.K
.: Nienawidzę czytać publicznie, bo nie umiem, mam brzydki głos i źle interpretuję własne utwory. Ale wciąż się uczę panowania nad lękiem. Da się tego wyuczyć, to trochę jak z aktorstwem. Lubię, gdy ktoś czyta moje teksty, bo wtedy je słyszę, tak naprawdę słyszę, na nowo. I słyszę też fałsze i potknięcia. Trzeba czytać na głos wszystko, co się pisze, bo tak eliminuje się brudy. Tego nauczyła mnie koleżanka z naszej grupy literackiej, w której prowadzimy warsztaty. Ostatnio mój wiersz dedykowany mamie był czytany na sporym festiwalu i nie ukrywam, że miałem ściśnięte gardło. Chciałem, żeby mama to słyszała.

H.M.: Dorobiłeś się własnego hejtera, to podobno miara sukcesu. Osoba ta twierdzi, że jesteś bufonem, udajesz skromnego, a jednocześnie wyżywasz się na innych. Nie proszę, byś prostował czy się tłumaczył, ale chciałabym wiedzieć, jak reagujesz na krytykę swojej osoby oraz krytykę swojej twórczości?
M.K.:
Ten „hejter” jest osobą chorą na narcyzm, więc nie uważam go za prawdziwego hejtera. Na własne życzenie go sprowokowałem, włażąc kiedyś na jego tablicę i pytając o sens pewnych karkołomnych metafor w tekście. Zadałem może trzy pytania i zostałem wyzywany od świńskich ryjów. Warto ten wątek poruszyć, bo w środowisku poetów jest bardzo łatwo zrobić sobie wroga. To ludzie nadwrażliwi, często wrzucający w sieć emocjonalną pornografię, która z dobrym pisaniem nie ma nic wspólnego. Czy jestem bufonem? Oczywiście, że tak! Wiem to i staram się nad tym pracować. Jestem pewien, że większość osób twórczych podszyta jest bufonadą. Samo publikowanie, prócz odwagi, cechuje dużo elementów szaleństwa. Ważne, jak takie osoby radzą sobie z krytyką, czy są w stanie ją przyjąć. Czasem trudniej jest przyjąć komplement niż krytykę. Tak, jestem bufonem, narcyzem i egoistą. Te cechy pozwalają mi publikować i odchorowywać ten fakt. Dzięki temu rozrasta mi się pancerz i mam w sobie więcej chityny niż karaluch.

H.M.: Masz jeszcze inne pasje. Wiem, że ganiasz po polach z wykrywaczem. Wiem też, że nie szukasz tam złotówek. Czego więc szukasz?
M.K.:
Ganiam i chcę w tym stanie przenieść się w inny wymiar, jak prorok Eliasz. Szukam historii drobnej, najmniejszej, utrwalonej w szczególe takim jak guzik pułkowy z czasów Napoleona czy odznaka wzorowego strzelca. Nie szukam skarbów, szukam historii i uwielbiam kontakt z polem w każdej postaci i o każdej porze. Uwielbiam, kiedy pole jest zaorane, ale jeszcze niezasiane (po zasianym nie chodzę). Spadły na nie wiosenne deszcze, napuchło i wybrzuszyło się jak ciasto albo zapadło jak zakalec. I wtedy, gdy się wchodzi na takie pole i zostawia ślady, to się ma różne odczucia. Że oto postawiono pierwsze kroki na Księżycu, odciśnięto ślad w dziewiczym pyle, że pole jest jak uroczysty obrus, który zapisuje się śladami stóp. Że jest to matka pierwotna, która przewodzi energię z jądra poprzez ludzkie ciało, które jest anteną emitującą zaproszenia dla obcych cywilizacji. Polecam wyjść boso w takie pole, kiedy jest ciepła wiosna, maj – czerwiec. Trzeba poczuć, żeby zrozumieć. Uwielbiam, jak wieje wiatr i gra na mnie, na ustach, na zębach, na mankietach, na suwakach, na liściach, na gałęziach. I kiedy leje deszcz. I nie ma gdzie uciec, i jest się w tej ziemi na dobre i złe, jak pierwszy człowiek. Stan szukania jest czystą medytacją, zen. Tak samo jak stan zapomnienia się w pisaniu. Nie ma różnicy.

H.M.: Wspominasz o zen. Czy buddyzm ma duże znaczenie w Twoim życiu? Skąd się w nim wziął? Czym jest dla Ciebie?
M.K.:
Buddyzm jest syntezą moich poszukiwań i odrzucania kwestii niezrozumiałych. Nie rozumiem chrześcijaństwa. Jest dla mnie religią nieludzką w tej interpretacji, nagromadzeniu apokryfów do apokryfów. Nie czuję witalności w tej wierze. To jak odzieranie słoi z tysiącletniego drzewa, żeby odkryć nasionko gdzieś głęboko w korzeniach, a obok spadają wciąż nowe i świeże nasiona. Różnorodne. Różnych gatunków. I też są bibliami. To jest palimpsest niezrozumiały z gruntu, a ktoś chce go przekuć na słowa, pojęcia i obrzędy. Nie da się tak. W dodatku ta wiara jest tylko cienką czapeczką naciągniętą na wiarę pierwotną ludów zamieszkujących nasze ziemie od tysiącleci. Buddyzm wyrasta z tao i szamanizmu, jeśli można aż tak uprościć zawiłe ścieżki hinduizmu. Od dziecka wierzyłem w przyrodę, naturę, duchy, świątki, dziuple, pola i nieludzką rękę mojej babki. Ona tą jedną, jedyną ręką porządkowała cały mój dziecięcy wszechświat. A palce miała jak żywe sęki. Wstydziłem się jednak do tego przyznać, żeby w środowisku, w którym wzrastałem, nie skopano mi dupy i nie okrzyknięto głupim Jaśkiem albo Iwanem, co na piecu jeździ. Do tego moja kochana babcia usiłowała mi wpajać tę dziwną wiarę od strony jej dziwacznych obrzędów, a nie jakiegoś uproszczonego przekazu. Nigdy nie spotkałem kapłana tej wiary, który był naturalnie dobry, miał powołanie. Zawsze byli jacyś tacy kostyczni, a jeden taki, co po kolędzie się gibał i drzwi kredkami mazał, to mi obrazka nie chciał dać, bo mu się przyznałem szczerze, że nie odrobiłem pracy z religii, bo nie rozumiem triady. Najpierw mi dał ten obrazek, a potem z chytrym wyrazem twarzy zabrał i zabrał też taki inny od babci, którego nie przyniósł, z papieru czerpanego, na którym był portret Tadeusza Kościuszki i nominał 500 zł. Nic z tego nie kumałem, ale czułem się oszukany, bo ja te obrazki zbierałem i czekałem zawsze z babcią grzecznie na tego pana, co w sukienkach chodzi zimą. Kurwa, jaki ja byłem rozżalony! Już nigdy się nie podniosłem po tej wizycie. Dosłownie upadłem w wierze. A serio, dzięki Bodhidharmie i Dalajlamie zrozumiałem, co znaczy medytacja z empatią. Co znaczy wiara i prawdziwa uważność. Teraz doszedłem do wniosku, że nawet nie buddyzm, on też mi nie odpowiada. Teraz bardziej rodzimowierczość. Jest moja, prawdziwa. Ale jak zwał, tak zwał, najbardziej czuję szamanizm i panteizm. Wszystko, co emanuje wokół, jest energią. I tyle.

H.M.: To powiedz, co odczuwasz podczas jedzenia zupy pomidorowej?
M.K.:
Czuję, że tak właśnie powstało życie. Że z zupy wyszliśmy (z zupy czasu) i do zupy wrócimy, chłeptani przez bakterie jak długo dojrzewające drinki.

H.M.: Jakie są Twoje plany na przyszłość związane z Twoją twórczością?
M.K.:
Chcę pisać dłuższe formy w gatunku prozy poetyckiej. Pisanie prozy z klasyczną narracją mnie nie kręci. Raz, że nie potrafię; dwa, że lubię szaleństwo, pokręcenie, surrealizm i nieoczywiste historie. Cały czas jednak chcę ćwiczyć warsztat poetycki. Wiersze to małe konstelacje, nie są takie proste, jak mogłoby się wydawać. Wychodzi to zwłaszcza podczas składania tomiku, który powinien mieć klucz i opowiadać jakąś w miarę przemyślaną gawędę. To prawdziwe wyzwanie.

H.M.: Na koniec zadam Ci kilka pytań z formularza Prousta, zadajemy je wszystkim naszym rozmówcom.

1. Kiedy kłamię?

Zawsze, kiedy piszę. Kłamie mój narrator, a podmiot liryczny to maniakalny kłamca.

2. Słowa, których nadużywam?

O kurwa! Chyba wulgaryzmów.

3. Dar natury, który chciałbym posiadać?

Chłodne piwo w kościach zamiast szpiku.

4. Jak chciałbym umrzeć?

W szczerym, rozoranym polu, tak jak Boryna, zagarniając rękami wiosenną ziemię albo najlepiej,

żeby przygrzmocił we mnie piorun. Albo jak Bogusław Niechcic, zaziębiwszy się podczas

kontemplacji pól. Na pewno musi być coś z polem.

5. Kim lub czym chciałabym być, gdybym nie był tym, kim jestem?

Muzykiem.

6. Błędy, które najczęściej wybaczam?

Błędy wynikające z lęku i bezradności. Błędów z premedytacji nigdy!

fot. ze zbiorów autora

Marcin Królikowski

Zodiakalny warszawiak. We wczesnym dzieciństwie zdiagnozowano u niego meteoryt w lewej półkuli mózgu. Sukcesor trzydziestoletniego kwiatu doniczkowego o nazwie Amarylis. Odziedziczył go po babci. Miłośnik literatury, historii i sztuki. Zakochany w rodzinnym mieście. Jego marzeniem jest konserwacja wszystkich reliktów twierdzy Warszawa i twierdzy Modlin. Z niecierpliwością czeka na otwarcie Muzeum Wojska Polskiego w Cytadeli. Kiedy był mały, na wycieczce z ojcem chciał ukraść kapsułę Hermaszewskiego. Do dziś mu się śni, że w niej spada.

 

 

Z cyklu: Pantarhei

Kałasznikow*

 

Mężczyzna gotuje dziecko.

Upał tężeje, słońce stoi wysoko

nad górami Wielkiego Atlasu.

O tej porze mądra przyroda zamiera,

ludzie doskonalą się w okrucieństwie.

 

Tysiące kilometrów dalej, w radzieckim blokowisku,

dożywa starości projektant najskuteczniejszej broni na świecie.

Jest skromny, cieszy się z rzeczy prostych, z odznaczeń, z wnuków.

Niepokoi go tylko jedna dziennikarska teza.

Pana wynalazek uśmiercił miliony.

Proszę policzyć, ilu ocalił – kiedy to mówi, lekko się uśmiecha.

 

Mężczyzna gotuje dziecko,

powoli wykonuje rytualne cięcia

na małym ubraniu, ścina także włosy,

obmywa ściereczką śniadą skórę, ciepłe mięso.

 

Rozkłada dywanik, rozpala ognisko,

nastawia kociołek, woda musi wrzeć,

dziecko trzeba oczyścić,

wyjałowić z matczynej czułości.

 

Mężczyzna wyjmuje białą szatę,

układa na niej pas, amunicję,

przeładowuje karabin i strzela

w powietrze krótkimi seriami,

 

szepcze: gotuj się, gotuj,

pora zmówić modlitwę.

Mężczyzna gotuje dziecko

na twardo,

na wojnę.

 

08/11/2015

* wiersz został napisany jednym ciągiem bez poprawek, w nieświadomym natchnieniu, a odczytany na Turnieju jednego wiersza w Kaliszu, dzień po zamachach w Paryżu, w listopadzie 2015 roku.

Synchroniczność termin wprowadzony przez szwajcarskiego psychologa Carla Gustava Junga oraz szwajcarskiego fizyka, noblistę Wolfganga Pauliego w napisanej przez nich pracy „Synchroniztätalsein Prinzipakausaler Zusammenhänge” na określenie hipotetycznej zasady wszechzwiązku zdarzeń, która działa obok zasady przyczynowości. Synchroniczność ma zwłaszcza dotyczyć związków między stanem psychicznym jednostki a równoczesnymi zdarzeniami zewnętrznymi.
Według Junga zbiegi okoliczności nie zawsze są wynikiem przypadku; niektóre z nich to wyraz działania sił natury, które wiążą ze sobą wydarzenia niezależne przyczynowo. Zdobywanie intuicyjnej świadomości tych sił i działanie zgodne z nimi ma prowadzić do indywiduacji. Osoby, które przeszły fazę indywiduacji, mogą według Junga kształtować zdarzenia wokół siebie przez kontakt między własną świadomościązbiorową nieświadomością.

 

Redakcja i korekta: Magda Polanowska

Druga korekta: Dorota Bury

_______________________________

[1] Cz. Miłosz, Ars poetica?, w: Wiersze, t. 3, Kraków 2003, s. 78

 

 

Tags: , , ,

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *