MENU
Bronislawa_Wajs_2

Papusza – poetka, która nie wiedziała, że jest poetką

fot. z archiwum autorki

Od rosołu wolę wiersze – poezja Tamary Promyk

2 maja 2016 Comments (0) Views: 932 Czytam

NIEwinność

Kiedy wysiadła z pociągu w małym miasteczku, w którym się umówili,  świat spłynął deszczem. Wielkie krople zabębniły o jedyny peron. Wciąż było parno. Stanęła, zupełnie nie zważając na prysznic, jaki funduje pogoda i rozejrzała bezradnie w poszukiwaniu znajomej twarzy. Stał w odległości dwudziestu metrów i palił. Jeszcze jej nie zauważył, więc mogła tak bezkarnie pogapić się na niego i przypomnieć rysy mężczyzny, z którym… Nie był idealny. Trochę za niski, ze zbyt okrągłą buzią i w niemodnym ubraniu.  Całą drogę zastanawiała się, czy dobrze robi, kradnąc czas, który powinna przeznaczyć dla męża i dzieci. Powiedziała im, że jedzie do dawno niewidzianej koleżanki, cudem odnalezionej na Facebooku. Mąż odwiózł ją na pociąg, wniósł walizkę do przedziału i życzył miłego pobytu. Cały on, przykładny, grzeczny, ułożony. Po prostu poprawny. Za to, między innymi, była z nim tyle lat. Chłopak stojący przed nią nie miał nic wspólnego z poprawnością. Był irytujący i intrygujący zarazem. Spotkali się tylko raz – w klubie, pięć miesięcy temu. Zazwyczaj nie chodziła do takich miejsc, ale były urodziny znajomej z pracy więc nie wypadało nie pójść. I tak śmiali się z niej, że jest kurą domową. Klub tonął w dymie papierosowym, który snuł się leniwie, podświetlany przez różnokolorowe światła. Siedziała przy stoliku sącząc kolejne mohito i patrząc z podziwem na koleżanki, które zdawały się nie przejmować zawyżaniem średniej wieku w lokalu.

– Kochana, trzydzieści sześć lat to jeszcze nie starość – śmiały się, próbując wyciągnąć ją na parkiet. Nigdy jej do takich zabaw nie ciągnęło, a przez ostatnie lata liczyła się tylko rodzina. To był jej wybór i nigdy go nie żałowała. Poczuła, że szumi jej w głowie. Muzyka dudniła zdecydowanie za głośno. I właśnie wtedy podszedł. Nie spytał, czy może usiąść, tylko to zrobił i zaczął coś mówić, z godną podziwu determinacją przekrzykując hałas.

– To taki angielski poeta niszowy. – Doleciało do niej.

– Kto? – krzyknęła.

– Właśnie ci mówię, że… – Znów usłyszała tylko strzępki zdania. Prawda była taka, że mało ją interesował w tamtej chwili jakiś angielski poeta, zresztą nie interesował jej żaden poeta. Ani polski, rumuński, czy nawet hinduski. Facet obok też jej nie interesował. Chciała wracać do domu.

– Ach, ten, rozumiem – powiedziała dla świętego spokoju. Koleżanki pląsały gdzieś na parkiecie.

– Znasz go? To fantastycznie. – Ucieszył się jak dziecko. Przyjrzała mu się. Dzieckiem już zdecydowanie nie był, ale nie miała wątpliwości, że musi być od niej sporo młodszy. Zdawał się tym nie przejmować. Znów nie pytając, pociągnął ją do góry, by zabrać na parkiet. Próbowała się opierać, ale uśmiechnął się filuternie.

– Choć, zaszalejemy, siedzisz jak jakaś ciotka. Myślałem, że zainteresuję cię poezją. – Wtedy właśnie się obruszyła i postanowiła udowodnić, że żadną ciotką nie jest. Przetańczyli do rana. Nie poprosił o numer, nie zostawił też swojego. Za to zapisał na kartce nazwę i datę.

– Będę tam na ciebie czekał o 12:30 na dworcu. Zabiorę cię na wycieczkę. – Włożył jej tę kartkę w rękę, wycisnął na ustach bezczelny pocałunek i zostawił oszołomioną na środku parkietu.

Teraz przyglądając mu się, poczuła mieszaninę lęku i radości. I ściskanie, gdzieś wewnątrz, którego już dawno nie czuła. Przestraszyła się tego, cofnęła spłoszona i może by uciekła, gdyby miała dokąd i gdyby właśnie w tym momencie się nie odwrócił.

 

Słyszał, że pociąg wjeżdża, ale był tak zajęty puszczaniem kółek z dymu, że nie pomyślał, aby się odwrócić. Dopiero kiedy kroki wokół niego ucichły, zreflektował się, że powinien jej poszukać. Tyle czasu jej nie widział, a teraz poczuł coś na kształt zniecierpliwienia. Odwrócił się w stronę peronu. Gdy tylko ją zobaczył, rzucił niedopałek na ziemię, chwycił parasol i pobiegł w kierunku mokrej już kobiety. Przełknął ślinę. Do końca nie miał pewności, czy ona przyjedzie. Kiedy już osłonił ją i siebie przed nieznośnym deszczem i stali w tej małej przestrzeni, wyznaczonej przez parasol, metr na metr, dotykając się nieśmiało i jakby przypadkiem, popatrzył w jej zielone oczy. Była tylko trochę niższa. Z radością stwierdził, że nadal go pociąga. Tak jak wtedy, w klubie.

– Gotowa? – Skinęła głową, patrzył, jak jej twarz rozjaśnia uśmiech. – To świetnie, chodź. – Jedną ręką złapał granatową walizkę, a drugą wciąż trzymał nad nimi parasol. Pobiegli do samochodu.

 

Stary, butelkowy mercedes stał zaparkowany przed zabytkowym dworcem. Nigdy wcześniej tu nie była. Wokoło rosły drzewa i dopiero gdzieś w oddali majaczyły kontury domów. Przytrzymał jej drzwi, gdy wsiadała. Sam zapakował walizkę do bagażnika i usadowił się za kierownicą ale nie odpalił silnika. Chwilę siedzieli w milczeniu, słuchając deszczu obijającego się o metal. Zadrżała. Żeby zamaskować zmieszanie, zaśmiała się, trochę zbyt głośno, i rzuciła coś o zepsutej fryzurze, którą długo starannie układała.

– To ty chciałaś dla mnie ładnie wyglądać? – Spojrzał zdziwiony i przekrzywił głowę. Uświadomiła sobie, że ma na sobie jedynie cienką sukienkę w kwiaty, teraz mokrą, idealnie oblepiającą ciało. Prześlizgnął wzrokiem po stwardniałych sutkach i znów podniósł jasnobrązowe, błyszczące  oczy na jej twarz.

– Chciałam, a wyglądam jak zmokła kura. – Poczuła, że gęsia skórka przylgnęła do niej nieproszona. Odwrócił się, spostrzegła, jak drgnęły jego usta w półuśmiechu.

 

Odpalił silnik i pomimo pogody, machinalnie włączył ogrzewanie.

– Zaraz wyschniesz, jedziemy.

Nie chciał, żeby się rozchorowała. Pierwszy raz w życiu poczuł się za kogoś odpowiedzialny. To przyszło nagle, chciał o nią dbać. Była speszona i to także się mu w niej podobało. Bo cycki, usta i oczy też. Nie wyglądała wcale jak zmokła kura. Wyglądała pociągająco. Po zarumienionych policzkach spływała strużka tuszu. Wiedział, że pewnie jest trochę starsza, a obrączka na palcu, której nie ukrywała, nie pozostawiała złudzeń. W tej chwili to nie miało znaczenia. Najważniejsze, że chciała oddać mu kawałek siebie, choćby oglądając z nim świat. Wtedy, w klubie, potraktował ją jak zabawę. Wydawała się taka nie na miejscu i dlatego zwróciła jego uwagę. Dopiero kiedy okazało się, że potrafi się śmiać i bawić, gdy tylko trochę wyluzuje, a jej brązowe włosy śmiesznie łaskoczą go w nos, poczuł, że chce, by towarzyszyła mu w jego męskiej wyprawie. Teraz, na parę chwil, ta wyprawa stała się damsko–męska.

 

Podróż mijała szybko. Włączyli muzykę i zaczęli śpiewać, zanosząc się śmiechem. Sukienka wyschła, a na dworze znów zaświeciło słońce, nieśmiało i delikatnie oświetlając krajobraz. Otworzyli okna, by łapać wiatr we włosy, promienie słońca i zapach unoszący się wokół. Czasem był to zapach lasu, mokrego igliwia i mchu, czasem kwiatów, a czasem zwykłe zapachy wsi. Kiedy nie słuchali muzyki, wsłuchiwali się w wiatr i odgłosy dobiegające z nielicznych zabudowań.

– Muszę siusiu – przyznała się po dwóch godzinach nieustającej jazdy po bezludnych drogach. Odniosła wrażenie, że tylko oni po nich jeżdżą.

– Myślę, że coś da się z tym zrobić. – Zaśmiał się i skręcił w boczną drogę prowadzącą w las. Jakieś ptaki, żaby i świerszcze. Poza tym nic. Wysiedli oboje. Ona złapała chusteczkę i ruszyła w kierunku krzaków znajdujących się kawałek dalej. On tylko odwrócił się do drzewa i mogła jeszcze zobaczyć, jak mocnym strumieniem oblewa pień. Sama ściągnęła błękitne majtki, przykucnęła i złapała sukienkę, tak by jej nie zmoczyć. Nie znosiła tego, strumień zawsze leciał w kierunku stóp i musiała kręcić się, by ich nie dotknął. Czuła też komary, które zawsze gryzły jej pośladki a długie źdźbła trawy łaskotały uda i nie tylko. Gdy skończyła, wyskoczyła jak najszybciej. Stał oparty o samochód i palił. Patrzył na nią i śmiał się. Możliwe, że widział jej wygibasy. Ruszyła w jego kierunku, dumnie podnosząc brodę i poprawiając sukienkę. Postanowiła się tym nie przejmować.

 

Patrzył już dobrą chwilę, jak kucała za krzakami. Teraz szła w jego kierunku, dumna, a jednocześnie zagubiona. Bawiło go to, a jednocześnie szalenie pociągało. Zaciągnął się mocno dymem. Papieros zaskwierczał. Szła, przeskakując gałęzie i ocierając o drzewa. Gdy podeszła, złapał ją za ręce. Wstrzymała oddech. Spojrzał jej w oczy.

– Zadrapałaś się. – Dotknął nagiego ramienia. Na skórze świeciła czerwona kreska. Poczuł jej ciepło pod palcami i pogładził zadrapanie. Patrzył jak czerwienieją jej policzki.

– To nic, zagoi się, gorzej z komarami. – Spuściła oczy.

– Co z nimi? – Wciąż trzymał jej rękę i czekał.

– Pogryzły mnie – szepnęła.

– Pogryzły? – Zaśmiał się. – A w co, jeśli można spytać? – Podniosła wzrok. Wiedział, że najchętniej wyrwałaby się i uciekła do samochodu, ale nie chciał jej ułatwiać, był ciekawy, co powie.

– W tyłek i…

– I? – Przekręcił głowę, przestał się śmiać. Poczuł, jak jego członek drgnął. Wciągnął głęboko powietrze.

– I chciałabym już jechać.

– To wskakuj. – Puścił ją i otworzył drzwi samochodu, by mogła usiąść. Zrobiła to pospieszcie. Trzasnął drzwiami, aż podskoczyła, wsiadł i szybko ruszył. Zapatrzyli się w dal. Nie chciał jej do niczego zmuszać. Wydawała się taka nieświadoma, co było zupełnie irracjonalne.  Już więcej się nie zatrzymywali, trochę przysypiała, on pogwizdywał. Było ciepło i przyjemnie. Czasem spoglądał na jej twarz oświetloną jasnym światłem lata i czuł coś dziwnego. Cieszył się, że była z nim, na jego męskiej wyprawie. Razem mieli spędzić kilka chwil wyrwanych pędzącemu światu. Lubił ją.

 

Przebudziła się, gdy słońce powoli zjeżdżało za drzewa, jego promienie leniwie błądziły po polach i wtedy to się stało. Był wielki, brązowy, jego mięśnie tańczyły pod skórą przy każdym ruchu, sierść lśniła w słońcu.  Biegł wprost na samochód, a za nim ciągnął się gruby łańcuch. Dawno nie widziała tak pięknego konia. Mężczyzna siedzący obok zahamował, szarpnęło nimi. Patrzyła jak zaczarowana, zastygła. Nie wiedziała, co robić, strach dopadł ją, osaczył i unieruchomił. Bała się, ale było coś magnetyzującego w wyglądzie zwierzęcia. Patrzyła. On szarpał się z jej pasami, chciał ją odpiąć, ale chyba nie miał pomysłu co dalej. Koń nie był głupi, skręcił przed samą maską, ominął samochód i pogalopował dalej. Spojrzała w lewo. Mężczyzna opadł zdyszany na siedzenie, jakby to on biegł, a nie to zwierzę. Poczuła, że drżą jej kolana. Cała drżała. Wyjął papierosy.

– Chcesz? – Wyciągnął paczkę w jej stronę.

– Nie, trzęsą mi się kolana – poinformowała całkiem bez sensu. Jego spojrzenie automatycznie powędrowało na jej nogi.

– Cholera – jęknął, wysiadł, trzasnął drzwiami i zapalił papierosa. Ona także wysiadła, okrążyła samochód i stanęła obok niego. Dotykali się ramionami.  Cisza, koń gdzieś zniknął. Wokół rozciągała się przestrzeń, pola, łąki i dalej drzewa. Wciąż buzowała w niej mieszanina strachu i podniecenia

– Co jest za tym lasem? – spytała,  przerywając niezręczną ciszę i patrząc, jak łapczywie zaciąga się papierosem.

– Cel naszej podróży – mruknął i zaciągnął się znów.

– Skąd wziął się ten koń? – Chciała jakoś pociągnąć rozmowę.

– Wybiegł z pola, musiał komuś uciec. Wyrwał się na wolność. – Spojrzał tak jakoś wymownie. Ona też się wyrwała, ale tak jak ten koń, będzie musiała wrócić. Będzie chciała wrócić. Teraz jednak była tu, a jej dzieci znajdowały się pod dobrą opieką. Powiedziała, że musi odpocząć, żeby nie dzwonili. Mąż zrozumiał. A nawet jeśli nie, to przyjął to ze stoickim spokojem.

– Bałam się – szepnęła.

– Ja też. – Spojrzał na nią uważnie.  Nie zniósłby, gdyby coś się stało przez niego. Gdyby jej się stało. Ta myśl wpełzła i zagnieździła w nim. Bał się o nią, a to oznaczało, że powinien bać się o siebie. Zawsze liczył się tylko on. Jej prawie nie znał. Nie powinien tak reagować. Powinien ją przelecieć i tyle. Tymczasem cieszył się, że jest tak zwyczajnie obok. Poczuł dziwną tęsknotę. Chyba po jego twarzy przebiegł cień bólu, bo zaraz zaczęła go pocieszać.

– Przecież to nie byłaby twoja wina. Poza tym, nie ma o czym gadać, nic się nie stało. Przeżyliśmy za to razem przygodę. – Zaśmiała się. Tak, przygodę. Pomyślał, że z nią wszystko stawało się naturalne i proste. Zostawiali swoje światy i spotykali, by zanurzyć w czymś, co było tylko ich. Wzruszyło go to, a to wzruszenie zirytowało. Żeby zamaskować zmieszanie, oderwał się od samochodu i od niej. Rzucił papierosa i zdeptał.

– Masz rację, szkoda czasu, jedźmy. – Nie spojrzał w jej kierunku, może zauważyłby na jej twarzy tę samą tęsknotę, która trawiła i jego.

 

Rozglądała się zauroczona, wjechali w las, droga była piaszczysta i nierówna. Mogli się zakopać, ale samochód dawał sobie radę z podłożem. W końcu stanęli na trawiastej polance okolonej drzewami. Wyłączył silnik.

– To tu chciałem przyjechać i tak się stało, że jesteś tu ze mną. – Patrzyła urzeczona. Na niego, na polanę, na drzewa i na jezioro, które wyłaniało się nieśmiało  spomiędzy zieleni. I cisza.

– Tu wcale nie ma ludzi.

– Dlatego tu jesteśmy – odpowiedział i zaciągnął się, tym razem świeżym powietrzem, wpadającym przez otwarte okno.

– Nie podejrzewałam, że są jeszcze takie miejsca jak to.

Patrzyli oboje. W oddali, po niebieskiej tafli przesuwała się nieznacznie żaglówka. Nic więcej. I cisza.

– To niesamowite – odezwała się znów, speszona tym nagłym widokiem, jego bliskością i spokojem, jakiego już dawno nie miała okazji doświadczać. Zaskoczyło ją to doznanie.

– Wiem. – Otworzył drzwi, wyskoczył z samochodu i obiegł go szybko, by także przed nią otworzyć drzwi. Skłonił się lekko i wyciągnął rękę w jej kierunku.

– Pani. – Dygnął nieco. Zaśmiała się perliście i jej dłoń znalazła się w jego ciepłej łapie. Zacisnął szybko palce, jakby się bał, że wyrwie mu ją zaraz i poczekał, aż wysiądzie. Znów stali obok, znów blisko. I znów cisza, i znów wiatr szumiał. Nie działo się nic. Słońce tylko spadało coraz niżej, ale robiło to bezszelestnie, by nie zakłócać chwili. W końcu oderwali się od siebie i zaraz poczuli chłód, jaki przeleciał między ich osamotnionymi ciałami.

– Chyba musisz się ubrać, ale zanim to zrobisz… – Nie dokończył, podbiegł do bagażnika i zaczął w nim grzebać. Wyciągnął duży aparat Nikon i  zamienili polanę w studio fotograficzne. Jej dłonie na udach, nieznacznie podniesiona sukienka. Uśmiech, a zaraz powaga, oczy pociemniałe, śmiech odurzający, złote nitki słońca między drzewami, nieśmiało oświetlające tę scenę. A później zmiana, on w konarach drzew, męski, silny. I oddechy przyspieszone, jęk zduszony, dłonie szukające. Obiektyw ślizgał się po spoconych ciałach, zmęczonych podróżą. Nic się nie stało. Śmiali się jeszcze długo, odurzeni zabawą, aż zrobiło się szaro. Ona wciągnęła spodnie i ciepłe skarpety, on zarzucił bluzę na ramiona.

 

– Gdzie będziemy spać? – Spodziewał się tego pytania.

– Tu. – Potoczył ręką wokoło. – Wybieraj. – Spojrzała z niedowierzaniem.

– Naprawdę tu? Pod gołym niebem? – Była zdziwiona. Miał nadzieję, że wzięła ze sobą ciepły dres, on zajął się resztą – karimaty, śpiwory. Najwyżej pożyczy jej swój, a sam jakoś sobie poradzi.

– No, chyba że wolisz samochód. – Patrzył wyczekująco.

– Nie, wcale nie, może być tu. – Okręciła się wokół własnej osi i zaśmiała radośnie. Odetchnął z ulgą, że nie grymasi. Wyglądała wręcz na zachwyconą perspektywą.

– To dobrze. Ale zanim pójdziemy spać, pomyślałem, że moglibyśmy zjeść coś ciepłego. Wsiadaj do samochodu. Poszukamy czegoś. – Patrzył, jak wskakuje do środka rozpromieniona, zaróżowiona, z błyskiem w oku. Tak bardzo jej chciał. Ale chciał też poczekać na nią, na jej znak. Aż oswoi się z sytuacją. Nie zadawał sobie pytań, co zrobi, gdy to nie nastąpi.

 

Nie spodziewała się, że na tym pustkowiu coś znajdą, ale on chyba już tu kiedyś był, a może czytał przewodniki, bo parę kilometrów dalej zaparkował pod drewnianym domkiem z tabliczką „Bar pod Klonem”. Zjedli leczo, popili gorącą herbatą i wrócili na swoją polanę. W myślach tak już ją nazywali. To była ich polana i ich czas.

Karimaty, koce i śpiwory położyli obok siebie na trawie, ubrali się ciepło, zamknęli samochód i zagrzebali w tym wszystkim, co przygotowali. Długo nie spali. Rozmawiali. O wszystkim. O książkach, teoriach filozoficznych, życiu, muzyce, o nieszczęsnej poezji na którą chciał ją poderwać, i nawet o kosmosie. Natchnęło ich do tego rozgwieżdżone niebo nad głowami. Kiczowaty obrazek z filmów romantycznych. Im zdarzył się naprawdę, więc przyjęli go, jak wszystko, co się dookoła nich działo. W końcu spróbowali zasnąć, zaplątali się, każde w swoim śpiworze i położyli, dotykając jedynie przez warstwy różnych materiałów. Coś zawyło, zaświszczało, zahuczało.

– Masz ze sobą nóż? – Przysunęła się do niego jeszcze bliżej. Rozbawiony wyciągnął rękę i otulił ją swoim ramieniem. Tarzan ze swoją Jane.

– Mam, nie bój się, śpij.

– Nie boje się, chciałam tylko wiedzieć.

– To już wiesz, śpij.

– Są tu wilki? – Tym razem zaśmiał się głośno w odpowiedzi na jej pytanie.

– Nie wydaje mi się. A jakby co, to mam nóż i nas obronię. – Uwierzyła mu, choć było to niedorzeczne. Ale uspokoiła się i wsłuchiwała w jego oddech. Jeszcze długo leżeli tak w ciszy. Nasłuchując.

– Lubię cię – odezwał się zupełnie niespodziewanie.

– Wiem, ja ciebie też lubię.

 

Wilki nie przyszły. Poranek zastał ich zaspanych i zmarzniętych. Nawet gdy lato jest gorące, istnieje taki czas, łączący noc z dniem, jeszcze senny, powolny, kiedy chłód przenika do serca. Budzili się niechętnie, popatrując jedno na drugie. Oboje wiedzieli, że każdy czas się kiedyś kończy. Ich skurczył się o wczorajszy dzień i minioną noc. Wiedzieli, że to nie film, dubli nie będzie, nie będzie można nic przewinąć. Powoli wyłuskiwali się ze śpiworów, starając się łapać każdą chwilę. Słońce podnosiło się leniwie, tkając krajobraz. Trawa znów stawała się soczysta, piasek złoty, a jezioro nabierało mięsistej, turkusowej barwy. Wszystko pachniało intensywnie.

Poszedł za potrzebą, gdy wrócił, zastał ją siedzącą na kamieniu, obok brzegu. Wciąż miała na sobie szare spodnie od dresu, ale ściągnęła grubą bluzę i została jedynie w kremowym podkoszulku, który kontrastował z brązem jej włosów i oliwkową skórą. Zauważył, że od ich ostatniego spotkania jej włosy znacznie urosły. Teraz wiły się po plecach w niesfornych kędziorach. Wyciągnął dłoń w ich kierunku, ale zaraz cofnął. Nie chciał nic przyspieszać. Znów żaglówka przepłynęła w oddali. Poza tym nic. Żadnych ludzi.

 

Nie usłyszała go, ale wyczuła, że stoi za nią i patrzy. Odruchowo wyprostowała plecy.

– Chciałabym wziąć prysznic.

– Przykro mi, tego nie mogę ci zapewnić, ale możesz się wykąpać. – Podszedł bliżej i wskazał głową w stronę jeziora. – Wydaje mi się, że wody powinno wystarczyć.

– Nie wzięłam ze sobą stroju, nie pomyślałam.

– Nie potrzebujesz go. – Wbił w nią swoje spojrzenie i czekał. – Myślę, że teraz woda jest najprzyjemniejsza. – Wciągnęła powietrze, jeszcze chłodny wiatr, zapach lasu i wilgoci. Odetchnęła głęboko i wstała. Podjęła decyzję.

– W takim razie pójdę po ręcznik. – Ruszyła odważnie w kierunku samochodu. Zatrzymał ją jego głos.

– Stój, ja pójdę, wezmę od razu swój. – Stanęła i czekała. Na niego i na … Na coś, co miało się wydarzyć. Jeszcze nie była pewna co. Zadrżała.

 

Każde z nich rozbierało się po swojej stronie niewielkiej plaży. Ona odwróciła się do niego plecami i powoli zdejmowała części garderoby, onieśmielona sytuacją. Od kilkunastu lat rozbierała się tylko przed mężem i lekarzem. On bezwstydnie rozbierał się zwrócony w jej stronę. Patrzył na gładką linię pleców, bioder i nóg. Nie chciał ukrywać przed nią podniecenia. Niech wie, jak na niego działa. Nie spojrzała w jego kierunku. Gdy tylko pozbyła się majtek, ruszyła w stronę wody. Zamajaczył mu kształt jej pełnych, wciąż sprężystych piersi. Weszła szybko i zaraz się zatrzymała, wciągając głośno powietrze.

 

Nie była na to przygotowana, ale chciała, żeby woda zmyła brud i pot, który zdążył się osadzić na jej ciele od wczoraj. Ruszyła dalej. Czuła na sobie jego gorący wzrok, a woda studziła to doznanie. Łagodnie opływała i wdzierała się w każdy zakamarek. Znów wciągnęła powietrze, gdy sięgnęła już do linii bioder. Powiedziała sobie, że właśnie teraz jest ich czas i więcej nie będą go mieli. Podjęła decyzję. Zatrzymała się, odwróciła i czekała. Tym dała mu znak, że jest gotowa.

 

Zobaczył to i także przystanął, zdziwiony jej nagłą otwartością. Nie stał długo, ruszył w jej kierunku, niepewny czy tego właśnie oczekiwała. Czekała. Przyspieszył,  by złapać ją i tę chwilę. By się nie rozmyśliła.

 

– Nie chcę, żebyś czegokolwiek żałowała. – Owionął ją jego ostry zapach i ciepły oddech. Patrzył wyczekująco.

– Coś dobrego nie może być złe. – Złapała go za rękę i poprowadziła głębiej. Woda szczelnie wypełniała każdą wolną przestrzeń między nimi. Nie pozwolili jej na to. Przestrzeń się zamknęła. Złapał ją łapczywie za włosy i unieruchomił głowę, by nie mogła jej spuścić w zawstydzeniu. Chciał widzieć zielone oczy zachodzące mgłą po każdym jego pchnięciu. Oplotła go nogami i rękami. Wpatrywali się w siebie, głodni, spragnieni, zachłanni. Woda kołysała się wokoło spokojnie, ale oni nie dostosowali się do jej leniwego rytmu. Napierali na siebie coraz mocniej. Puścił włosy i boleśnie ścisnął pierś. Jęknęła i wypięła się, niemo prosząc o jeszcze. Ścisnął sutek i nie przestał, nawet gdy syknęła z bólu. Przytrzymał ją tylko, obejmując drugą ręką, by nie uciekła, i wszedł jeszcze mocniej. Echo jej jęku odbiło się o drugi brzeg i wróciło, wbijając w mózg jak jej paznokcie w plecy. Drżała wokół niego i zaciskała coraz mocniej. Ale on jeszcze nie kończył, ślizgał się w jej wnętrzu zachłannie i szybko, rozbryzgując wodę. W końcu zamknął oczy i jednym silnym pchnięciem zakończył słodkie tortury.

 

Ręczniki powiesili na gałęzi. Słońce, wysoko na niebie, suszyło je teraz, wspomagane wiatrem. On wciągnął szare spodenki sięgające za kolana, a ona wyjęła ze swojej walizki białą, lnianą sukienkę na ramiączkach. Siedzieli na kamieniu. I nagle, na ich polanę zajechały dwa samochody w asyście dudniącej muzyki. Pijana i rozbawiona młodzież wysypała się na trawę. Bez uprzedzenia zrobiło się tłoczno, ciasno i hałaśliwie. Podniósł się, spojrzał z niesmakiem na całe towarzystwo i wyciągnął do niej rękę.

– Chyba już czas. – Bez słowa podała mu swoją dłoń, zabrali ręczniki i zamknęli się w ciszy samochodu.

Na dworzec dojechali pod wieczór. Jadąc, dużo rozmawiali. Tylko nie o minionym czasie. Łapali wspólne chwile i żadne nie dopuszczało do siebie myśli, że coś się kończy. Jeszcze się nie smucili, jeszcze trwali w chwili, którą wyczarowali, a wokół nich trwało piękne sierpniowe lato. Gdy czekali na pociąg, cisza znów zaległa między nimi. Złoty liść upadł im pod nogi z wiadomością, że zbliża się jesień. Jacyś ludzie krążyli niecierpliwie. Drażniło ich to, ale tym razem nie mogli wstać i zwyczajnie odjechać. Każde z nich musiało wrócić do siebie. Ona pociągiem, on samochodem. Odjechali z tego zapomnianego dworca w małym miasteczku, dworca z jednym peronem.

 

Autor: Hanka V. Mody

Korekta: Hanna Bilińska-Stecyszyn/Dorota Bury

 

 

Tags: , , , , , ,

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *