MENU

Co było a czego nie ma – proza poetycka Magdaleny Cybulskiej

Wszystkie drogi prowadzą do miasta – poezja Elvisa Strzeleckiego

2 kwietnia 2019 Comments (0) Views: 309 Czytam, Myślę

„Niech go obudzi i niech nim wstrząśnie.” Z Jakubem Winiarskim rozmawia Hanka Mody

Hanka Mody.: Czy nie boisz się, że skoro rozdajesz książki za darmo, to ktoś uzna, że nie są one warte czytania?

 

Jakub Winiarski: Cieszę się, że od razu przechodzisz do sedna. Widzisz, bardzo bym chciał móc udostępnić książki. Papierowe, pachnące drukiem, z lakierowaną okładką. Niestety, aż tak bogaty nie jestem. Udostępniam więc pliki z treścią obu powieści, w formatach epub, mobi i pdf. Profesjonalnie opracowane i wydane z zachowaniem wszelkich reguł (nowy ISBN, kilka redakcyjnych poprawek itd.). Jeśli to nadal „książki”, to w porządku: udostępniam je. Czemu darmo? Powodów jest kilka. Raz, że nieoczekiwanie nadarzyła się okazja, aby te powieści, obie wydane w odstępie kilkumiesięcznym w roku 2004, wreszcie mieć w formie elektronicznej. Wydawnictwo Graph-Sign wyraziło zainteresowanie i dogadaliśmy się. Drugi powód: ciekawość. Naprawdę ciekaw jestem, jak te teksty mogą być czytane dzisiaj? Czy więcej będzie osób, które docenią zabawy w stylu OULIPO, na jakich zbudowana jest „Loquela”? Czy „Kronika widzeń złudnych” wciąż mówi coś o – przepraszam za wyrażenie – kondycji ludzkiej, jak sugerowała Gabriela Matuszek, członkini jury konkursu, w którym ta powieść dostała wyróżnienie? Wreszcie: ile w ciągu tych piętnastu lat ukazało się książek polskich pisarzy i pisarek, o których z czystym sumieniem mógłbym powiedzieć, że są o wiele lepsze? Czy aż tyle, aby te moje dwie powieści odesłać w niebyt? Pomyślałem: sprawdźmy to.

 

H.M.: No ok, ale można się o tym przekonać sprzedając książki, jak robi to większość. Ludzie kupią, przeczytają i dostaniesz feedback albo nie. A może się bałeś, że jeśli będą musieli wydać pieniądze, to tego nie zrobią?

 

J.W.: Wolałem taki eksperyment. Z rozdawaniem.

 

H.M.: To ile według ciebie było tych „lepszych” książek?

 

J.W.: Niewiele, zdumiewająco mało jak na blisko czterdziestomilionowy kraj. Wiesz, czytam od pewnego czasu więcej po angielsku, tak wyszło, trochę w związku z tym, że nie mieszkam w Polsce, trochę, bo po angielsku jest znacznie więcej ciekawych rzeczy do czytania, ale nie o tym chciałem… Otóż, jest taki pisarz, osiemdziesięcioletni Australijczyk: Gerald Murnane, może słyszałaś? „The New York Times” pisał o nim, że to będzie Nobel. Polscy wydawcy pewnie się go boją, bo jest osobliwy, smakołyk dla garstki zapaleńców, więc czekają, aż faktycznie dostanie tego Nobla… No, zobaczymy. Otóż u Geralda Murnane’a w opowiadaniach, powieściach, esejach autobiograficznych (dziś się mówi na to, co on robił, zanim to się stało modne: autofikcja) powtarza się taka sytuacja: stoi facet przed regałem z książkami we własnym domu, wyciąga jeden wolumin, waży w dłoni, patrzy na okładkę, i myśli: „Czytałem to? No tak, czytałem. Ale co ja z tego pamiętam?”. I następuje chwila prawdy. Drastyczny moment uświadomienia sobie, że z, powiedzmy, trzystu książek, pamięta się sceny w może pięciu, góra w dziesięciu dziełach. Reszta na rozkurz. Do kosza. Czarna dziura. Było i przepłynęło nie przerywając snu. Bohater Murnane’a pamięta zresztą głównie coś z Prousta. I nie po to pamięta, aby się Proustem zachwycać, ale by zgłębiać – stały motyw Murnane’a – własną pamięć, obrazy własnej wyobraźni przywoływać. Murnane naprawdę zrozumiał Prousta: lektura nie może zastąpić życia duchowego. Lektura może podprowadzić do granicy życia duchowego, ale jak chcesz jakieś życie duchowe mieć, to dalej musisz zrobić coś sam. Na przykład zanurzyć się we własny umysł. Zmierzyć z własnymi obsesjami, fantazjami, wspomnieniami. Cudowna proza. Opowiadania zebrane w „Stream system” – genialne.

 

H.M.: Świetnie, ale zostawmy Murnane’a, bo widzę, że mi uciekasz. Jak to się wszystko ma do polskiej prozy ostatnich 15-20 lat?

 

J.W.: Ależ właśnie! Ma się – i to bardzo! Weź, proszę cię, stań przed półką z książkami polskich autorów tak powiedzmy wydawanych od roku 2000, sięgnij po pierwszy z brzegu czy środka tytuł i nie zaglądając do środka zadaj sobie pytanie: „Co ja z tego pamiętam?”. Ja tak zrobiłem.

 

H.M.: I co?

 

J.W.: Z Pilcha pamiętam nazwisko Trąba, jakichś facetów idących z kuszą przez miasteczko, oraz początek jednego felietonu. Miał on bodaj tytuł „Stary Kubica” i leciało to jakoś tak: „Stary Kubica, gdyby żył, miałby sto pięć lat, czyli i tak już by nie żył.” Jakoś tak. Nawet tych „stu pięciu” nie jestem pewien, bo może tam było „sto dwadzieścia”? Dalej: Myśliwski. Wezmę do ręki „Kamień na kamieniu”, bez wątpienia arcydzieło i pomnik polszczyzny – i co? No, z tym grobem historię z pierwszej strony pamiętam. Że przychodzi pora i każdy musi zadbać o swój grób. Rewelacja. Ale już te „Pałace”, „Widnokręgi”, „Fasole” – ciemność. Nic. Tłucze mi się po głowie słowo „ciżemka” w związku z Myśliwskim, ale co ono znaczy? Idźmy dalej: Kuczok. Nic. Tytuł pamiętam: „Gnój”. I to nie jest, że mam początki Alzheimera, czy coś. Po prostu przeczytałem to kiedyś, bo wszyscy czytali, i nic we mnie z tego nie zostało. Coś tam było, że ojciec go bił. Chyba. Smutne. A taka Tokarczuk, nasza eksportowa literatka obecnie? Dwie sceny. Pierwsza z „Prawieku i innych czasów”: dziedzic Popielski. Kawałek o tym, że jacyś Niemcy (chyba Niemcy) do niego przyjechali, a on powiedział, że wszystko w porządku i „może przejść na następną planszę”. Bo w jakąś grę grał. Druga scena z Tokarczuk, jaką zapamiętałem, to już z „Ksiąg Jakubowych” (potężna powieść, naprawdę doceniam). Scena jest o tym, jak ksiądz Benedykt Chmielowski, autor słynnego powiedzenia, że „koń, jaki jest, każdy widzi”, a także twórca monumentalnych „Nowych Aten”, w których chciał zawrzeć całą dostępną wiedzę o świecie i kosmosie, idzie do żydowskiego domu pożyczyć książkę, o której słyszał cuda. Opis tej drogi, błocka, wielokulturowego rejwachu tego miasteczka, a wreszcie opis stanu ducha księdza Benedykta, który jest taki biedny z tym swoim przekonaniem, że to, co on wie, cokolwiek znaczy. Tak przekonany o doniosłości tych kilku informacji, które zgromadził. Coś jak my teraz, w dobie Internetu. Mówię ci, dawno mnie tak nic nie ruszyło w literaturze polskiej, jak te 2-3 strony, i długo o tej scenie myślałem. Ale tu się moje wspominki o fascynującej prozie Olgi Tokarczuk kończą, bo „Anna w grobowcach świata” – nic, „Dom dzienny…” – też nic, a z opowiadań też tytuł tylko, przyjemnie przyziemny: „Szafa”.

 

H.M.: Może ty jednak masz coś z pamięcią? Mnie się zdaje, że zapamiętuję więcej.

 

J.W.: To sprawdź. Zobaczysz. Bierz książkę, nawet taką, którą wydaje ci się, że kiedyś kochałaś – i zobacz, jakie masz z niej wspomnienia. I czy jesteś w stanie powiedzieć coś o sobie w związku z tą książka, bo to najważniejsze.

 

H.M.: Czyli według ciebie to jedyne kryterium wartości książki?

 

J.W.: Pewnie nie jedyne. Każdy może sobie czytać według własnych kryteriów. Ale wiesz, mnie się zawsze podobała taka myśl Annie Dillard (której po polsku tylko dwie książki wyszły, a to świetna, bardzo ważna pisarka) z jej „Writing life” (cytuję z pamięci): „Pisz, jak gdybyś był umierający. W tym samym momencie przyjmij, że piszesz dla publiczności, która składa się wyłącznie z pacjentów w fazie terminalnej. Zresztą, tak to przecież jest. Co byś napisał, gdybyś wiedział, że wkrótce umrzesz? Co mógłbyś powiedzieć, komuś, kto umiera, co nie rozwścieczyłoby go swoją nieistotnością?” Rozumiesz? To jest też powód, dla którego nie publikuję często. Nie lubię nieistotności. Bicia piany. I wolałbym, aby to, co proponuję komuś do przeczytania, dawało się jednak zapamiętać.

 

H.M.: Dobrze, wróćmy do tych minionych piętnastu lat. Naprawdę nic cię nie urzekło w polskiej literaturze? Prócz tych kilku scen, o jakich mówiłeś?

 

J.M.: „Wojna polsko-ruska”. To było coś. Narracja Silnego. Angela z „wesołym poczuciem humoru”. (To ona je miała?) Masłowska to był pierwszy i pewnie ostatni za mojego życia taki „szał na książkę” od lat pięćdziesiątych XX wieku, kiedy to debiutował Hłasko, czego nie miałem, rzecz jasna, okazji obserwować, ale o czym czytałem. Nic z tego, co Dorota Masłowska potem napisała, tak mnie nie poruszyło. Może jeden fragment z „Między nami”, ten głos spikera w radio, który nawija jak potłuczony, pamiętasz: „W dawnych czasach, gdy świat rządził się jeszcze prawem boskim, wszyscy ludzie na świecie byli Polakami. Każdy był Polakiem, Niemiec był Polakiem, Szwed był Polakiem, Hiszpan był Polakiem, Polakiem był każdy, po prostu każdy, każdy, każdy. Pięknym krajem była podówczas Polska; mieliśmy wspaniałe morza, wyspy, oceany, flotę, która po nich pływała i odkrywała wciąż nowe, również przynależące do Polski kontynenty, był między innymi znany polski odkrywca Krzysztof Kolumb, którego potem oczywiście przechrzczono na Christophera, czy innego Chrisa, czy Isaaka. Byliśmy wielkim mocarstwem, oazą tolerancji i multikulturowości, a każdy nieprzybywający tu z innego kraju, bo ówcześnie, jak już wspominaliśmy, ich nie było, był tu gościnnie witany chlebem…”. Ale widzisz, nawet to, choć to jeden z lepszych opisów polskiej mentalności po drugiej wojnie światowej, też musiałem sprawdzić, żeby ci źle nie zacytować. Zresztą, Masłowska potem skróciła to do formuły, że Polska to taka „Biedaszwecja”. Co to „wyszła za mąż za alkoholika, włoski ma ciągle niezrobione i w ogóle średnio jej w życiu poszło.” „Biedaszwecja”, to zapamiętałem. Nawet nie dlatego, że takie prawdziwe, bo tak nie uważam. A nie uważam, że prawdziwe, bo przecież ktoś mógłby z równym przekonaniem twierdzić, że Szwecja to taka „głupia, ale bogatsza Polska, której się w d… poprzewracało, chciała być dobra, ratować świat cały, więc wyszła za uchodźcę z Bliskiego Wschodu oraz Afryki, i teraz co prawda włoski ma zrobione, ale też trochę w domu szariat, trochę wu-du, a wciąż twierdzi, biedactwo, że tylko kiełki, rower eko, i ratujmy amazońską dżunglę”. Widzisz, Masłowska jednym słowem zaprowadziła mnie w miejsce, skąd mogłem pomyśleć swoje, własnymi myślami się zabawić. Choćby w opozycji. Choćby tylko traktując jej, Doroty Masłowskiej słowa, jak trampolinę dla skoku własnej wyobraźni. To powinna robić literatura. Chciałbym, żeby „Loquela” i „Kronika widzeń złudnych” miały ten efekt. Żeby człowieka wystrzeliwały w jego świat – prywatny, intymny, skrywany. Choćby w opozycji totalnej do mojego.

 

H.M.: OK., „Wojna…”, Masłowska, i co? Więcej nic?

 

J.W.: Z Sapkowskiego uczucie wspaniałej, zawiesistej nudy pod koniec ostatniego tomu cyklu o wiedźminie pamiętam. Naprawdę monumentalna nuda, można się w takiej godzinami topić. A jednocześnie miałem przy tym doznanie takiej wzniosłości, naprawdę. Wiesz, gdy wiedźmin, i to jezioro, i ta Pani Jeziora, pamiętasz? Gulę w gardle miałem i łzy w oczach, choć brnąłem przez te opisy przyrody, jakbym lekturę szkolną męczył. Podobnie z ostatnią stroną „Weisera Dawidka” Huellego miałem, choć tam obyło się bez sążnistych opisów przyrody, bo Huelle to swego rodzaju minimalista. Też gardło ściśnięte. Bardzo dobry pisarz zresztą, jak by mnie kto pytał: Paweł Huelle. (Bardzo dobry – i jedną stronę pamiętam!) A, jeszcze z któregoś wcześniejszego tomu Sapkowskiego pamiętam rozmowę Geralta z Borchem herbu Trzy Kawki, czyli ostatnim złotym smokiem, chwilowo w ludzkiej postaci. Maciej Parowski w redakcji „Nowej Fantastyki” kasował mnie często tekstem, jakim Borch skasował Geralta, gdy ten się rozwinął w opowieściach o tym, jak to „nie ma już złotych smoków”: „Jesteś wiedźminem, wiesz co mówisz”. Tak mówił czasem guru polskiej fantastyki Maciej Parowski, gdy miał inne zdanie, i wtedy wiedziałem, że coś palnąłem i powinienem jeszcze raz pomyśleć.

 

H.M.: Inne nazwiska, książki?

 

J.W.: Gombrowicza pamiętam. Dużo. Gałkiewicza, którego Słowacki „nie zachwycał”. „Dziennik” czytałem po polsku i po angielsku, w przekładzie Lillian Vallee i to mi dało sporo do myślenia o sytuacji polskiego pisarza na tak zwanej obczyźnie, a też doskonale utrwaliło kilkadziesiąt scen z tej najlepszej książki polskiej wszechczasów. Agonia psa. „Ja muszę być oryginalny!”. Spotkanie z Giedroyciem w Maisons-Laffitte. Fenomenalny „Trans-Atlantyk” i Gonzalo siedzący na kupie książek, starych i nowych, pamiętasz: „Jakoż w pokoju obok, dużym, kwadratowym, książek, skryptów kupy na podłodze, wszystko wywalone, jak z taczek; aż pod sufit góry; tam zaś wśród tych gór, dopiroż przepaści, zręby, jary, usypiska, rozdoły, a tyż kurz, pył aż w nosie wierci. Na górach tych tedy chudzi bardzo Czytelnicy siedzieli, którzy to czytali; a może ich siedem albo osiem było. – Biblioteka – mówi Gonzalo – biblioteka, oj, co za kłopot z tym mam, skaranie boże, a bo najcenniejsze, najbardziej szacowne to dzieła geniuszów samych, najprzedniejszych Ludzkości duchów, ale cóż, panie, kiedy Gryzą się, Gryzą, a też i Tanieją od nadmiaru swego, a bo za dużo, za dużo, i co dzień nowych przybywa, i nikt wyczytać nie może, bo za dużo, ach, za dużo!” I jeszcze ta scena, jak sobie Baron Pyckal z Ciumkałą „ostrogi zadają” – nieprzyjemnie aktualna, bo to jak oddana w klimatach sado-maso wizja odwiecznych polskich sporów, które dawno powinny być zapomniane, do skansenu czy muzeum wstawione. Tych właśnie sporów, przez które nie chce się do tego „Cudaka waszego św., od Natury całej przeklętego, co wciąż się rodzi, a przecież wciąż Nieurodzony!”, czyli do Polski, wracać. Przynajmniej mnie, który nigdy nie byłem nostalgikiem i chyba już nie zostanę. Co jeszcze mam w pamięci z tego, co w polskiej literaturze? Ojciec Schulza zmieniony w karakona (o czym zresztą jest dialog w „Kronice widzeń złudnych”). Tak, Schulza kilka obrazów pamiętam. Później chyba tylko Kalwas.

 

H.M.: Kalwas?

 

J.W.: Tak, Piotr Ibrahim Kalwas ma ten dar, umie pisać niezapomniane sceny. „Egipt: Haram Halal” – bardzo dobre. Scena jak bohaterowi i zarazem narratorowi salafita nie chce odwzajemnić powitania, bo „nie ma między nami zgody”. Między nami, to znaczy: muzułmanami i ludźmi Zachodu. Opisy tętniącej życiem, pachnącej tysiącem zapachów Aleksandrii. Rozmowy z tymi, dla których religia jest zbyt wielkim ciężarem, nieludzkim, zwłaszcza taka, jaką tam wyznają. Jeśli ktoś nie ma czasu na nasze siedemnaście rozmów z „Archipelagu islam”, niech chociaż zajrzy do „Egiptu” Kalwasa. Trzeźwiąca lektura, jak ktoś wierzy, że z islamem, jeśli się go zrobi w Polsce więcej i będzie popularniejszy, przyjdzie nam się łatwo dogadać.

 

H.M.: Musisz tak mówić, bo to twój przyjaciel i książkę razem napisaliście.

 

J.W.: Nie zaproponowałbym Piotrowi wspólnej książki, gdyby nie umiał pisać. Umie. I zasługuje na znacznie więcej uwagi, niż mu obecnie polska krytyka poświęca.

 

H.M.: A ty?

 

J.W.: Co ja?

 

H.M.: Też uważasz, że krytyka powinna zająć się wreszcie twoimi książkami?

 

J.W.: Jedziesz, Hanka, jedziesz. (Śmiech.) Ale tak serio: nie wiem. Między innymi dlatego chcę, aby te książki trafiły do jak największej ilości osób. Do tak zwanych zwykłych czytelników, ale także literaturoznawców, i żeby zostały przeczytane i poddane ocenie. Co z tego wyniknie, zobaczymy. Jak ktoś uzna, że warto i zechce pisać recenzję, artykuł krytyczny, czy nawet magisterkę albo doktorat, to trudno. Trzeba się starzeć z godnością. (Śmiech.)

 

H.M.: Dobrze, powiedzmy, że ci wierzę. (Śmiech.) A inni? Jeszcze jakieś nazwiska, może ktoś młodszy?

 

J.W.: Młodszy ode mnie?

 

H.M.: Tak.

 

J.W.: Mieszkam w Singapurze… Nie, czekaj, nie przerywaj, to nie wymówka. Mieszkam w Singapurze, od czerwca zeszłego roku. Wcześniej, od 2015 do 2018 mieszkałem w Dubaju, zwiedzałem Bliski Wschód, gadałem z Arabami i Arabkami, czytałem o tamtym świecie (stąd pomysł na „Archipelag islam”). Niby to tylko kilka lat, ale jednak mnie to trochę wyautowało z zaklętego kręgu polskich autorów i autorek. Do tego ta stała bliskość języka angielskiego, w którym naprawdę jest co czytać… Anyway, prawda jest taka, że nie mam już takiego przeglądu nowości polskich, jak miałem, kiedy żyłem w Warszawie i codziennie sprawdzałem, co w księgarni nowego. Ale coś mi się obiło o uszy, że jest młoda, utalentowana pisarka: Barbara Klicka. Choć inni twierdzą, że może Cieplak lub Rejmer. Wybrnąłem?

 

H.M.: Czytałeś „Zdrój”?

 

J.W.: Nie miałem okazji. Ale słyszałem, że chwalą. Że dobre jak Kafka, czy nawet lepsze. W końcu czemu Barbara Klicka nie miałaby być lepsza od Franza Kafki, prawda? Talenty rodzą się i objawiają cały czas. A że Barbara ma talent to ja od dawna wiedziałem. Więc może jeszcze przeczytam. Tylko nie teraz, bo teraz sobie zafundowałem powrót do książek Philipa Rotha. Czytam go w oryginale, więc jest trochę tak, jakbym nowego, błyskotliwego pisarza odkrywał. (Śmiech.)

 

H.M.: A czytałeś „Psy ras drobnych” Olgi Hund?

 

J.W.: Słyszałem, że to o wariatkowie. O, widzisz, dobrze, że ten tytuł wspomniałaś. Bo teraz tak. Powiedzmy, że ja bym to kupił, przeczytał, nawet może z, jak to się mówi, niekłamaną przyjemnością. I co dalej? Minęłoby kilka lat, stanąłbym przed półką, wziął tę książkę do ręki, i zadał sobie pytanie: co ja z tego pamiętam? I wiesz co? Pewnie bym powiedział: „A, to o wariatkowie było”. A dalej nic. Dziura w pamięci. Żeby chociaż jakiś szpitalny korytarz i szuranie kapciami. Ale nic. Tak przewiduję. To po co czytać, jak tyle samo mam z tego teraz, co i później? Nie lepiej do Czechowa czy Becketta wrócić, choć z nich to akurat całkiem sporo zapamiętałem? Albo nawet film jakiś ambitny obejrzeć? Jakąś „Romę”, „Zimną wojnę”, czy coś z klasyki?

 

H.M.: Chyba nie mówisz serio?

 

J.W.: Żartuję. Ale tylko trochę.

 

H.M. Z takim podejściem chcesz przekonać ludzi, żeby ściągnęli twoje książki i przeczytali? Wychodzi mi na to, że nie warto czytać bo i tak wszystko zapomnimy. Albo lepiej wrócić do Czechowa czy Becketta.

 

J.W.: Do Czechowa i Becketta zawsze warto wrócić. Poza tym, Hanka, ja naprawdę nikogo do niczego nie przekonuję. Pytasz, to odpowiadam, jak to teraz u mnie wygląda. Że na takim etapie jestem, że sprawdzam, ile zapamiętałem i skąd. I mam tylko nadzieję, że z „Loqueli” i „Kroniki…” jednak więcej daje się przyswoić na stałe.

 

H.M.: Wiesz, cały czas mam takie wrażenie, że w tej rozmowie to jednak chcesz mnie wkręcić, wymigujesz się, kluczysz.

 

J.W.: Ja? W życiu nikogo nie wkręciłem. (Śmiech.)

 

H.M.: O, na pewno. (Śmiech.) Dobrze, inny temat. Twoi uczniowie, uczennice? Jak widzisz ich losy?

 

J.W.: Wyjątkowo spokojny o nich jestem. Serio. Marta Zaborowska będzie słynna bardziej niż jest, jak nakręcą serial, albo chociaż film na podstawie tego, co napisała. To samo Nikodem Pałasz, Katarzyna Kołczewska, Dorota Ponińska. Zwłaszcza ta ostatnia ma pecha. Nie rozumiem, czemu jej trylogii, opowiadającej o trzech okresach polskiej historii nikt jeszcze na filmowy warsztat nie wziął? Przecież to lepsze od Ałbeny Grabowskiej. Lepszy research, bogatsze pisanie, mieszanka fikcji i faktów historycznych znakomicie wypadająca w lekturze. Ale… Może się jeszcze Netflix Polska obudzi. Inni? Tak, jest jeszcze kilkanaście, czy może już kilkadziesiąt osób, które mógłbym wymienić. Czy coś pamiętam z ich prozy? Owszem, ale to inna sprawa. Bo nad ich prozą często godzinami ślęczałem, pomagając, tłumacząc, czasem wręcz domagając się przemyślenia pisarskich konceptów, jakimi mnie zaskakiwali. (Śmiech.) Muszę jednak podkreślić, że było to w czasach, kiedy pomoc była im potrzebna.

 

H.M.: Czemu tak wielu popularnych autorów jest przeciwko takim akcjom z rozdawaniem plików, czy stronom w necie, gdzie ludzie dzielą się plikami?

 

J.W.: Widzisz, jest różnica między takim skrybą, jak ja, który publikuję raz na kilka lat, a więc jest jasne, że z tego nie żyję i nie będę, a tymi wszystkimi, dla których sprzedaż, rynek, topka EMPIK’u, roczne rozliczenie z wydawcą, czy nawet pochwalna recenzja w „Wyborczej”, „Polityce” albo „Magazynie Książki” to może być kwestia „być albo nie być”, tak zupełnie na serio. Oni, a to jest w Polsce spora grupa pisarek prozy dla kobiet, czy autorów i autorek kryminałów oraz literatury fantasy, nie mają wyjścia. To znaczy, muszą popierać wszelkie ograniczenia, dające większą władzę wydawcom. Muszą psioczyć na „chomika” i inne tego typu serwisy. Oni muszą pilnować każdych 5 groszy i najchętniej opodatkowaliby nawet prywatne pożyczanie książek znajomym, kolegom czy koleżankom. I ja ich rozumiem. Byłoby jednak miło, gdyby ludzie dostrzegli, że w literaturze są też ci, co z niej nie żyją. Autorzy, którzy nie są aż tak „produktywni” (bo nie „produktywność” mierzona ilością wydanych tomów się dla nich liczy), żeby miało dla nich znaczenie, czy sprzedadzą jeszcze te kilka, kilkadziesiąt, czy nawet kilkaset plików epub i mobi. Jak „produktywny” był Bruno Schulz w porównaniu z Remigiuszem Mrozem? Przecież Bonda już ma napisane i opublikowane więcej tytułów niż James Joyce i Kafka, a dajmy kobiecie jeszcze kilka lat to przegoni ilościowo Prousta i Gombrowicza. Czy jakikolwiek autor powieści stawiających czytelnikowi większe wymagania, oferujący coś więcej niż mityczną „rozrywkę”, w dodatku publikujący raz na kilka lat, będzie mieć korzyść z tego, że biblioteki zaczną płacić mu 10 groszy od wypożyczonej książki? Przecież te regulacje chronią tylko rzemieślników piszących na akord. A nawet nie ich, tylko wydawców. Którzy z jednej strony chcą położyć łapę na obrocie książek w każdej, także elektronicznej postaci, za życia autora, ale jak po 70 latach książka przechodzi do domeny publicznej, to jeszcze po śmierci autora zarobią. Tymczasem autor? Przecież wiesz, jak jest. Dlatego nie dajmy się zwariować. Autor wydający tak zwane bestsellery i autor, który potrzebuje kilku albo i kilkunastu lat, by wyrazić swoją wewnętrzną wizję, mieliby być obsługiwani tym samym paragrafem? Nie ma w tym sensu, moim zdaniem.

 

H.M.: Powiedz  w takim razie jeszcze, jaka powinna być według ciebie dobra książka?

 

J.W.: Dillard już ci cytowałem. Żeby nie było nieistotności. Powtarzania banałów. Pamiętaj: ty umierasz i ci, co cię czytają, też umierają (choć większość wydaje się myśleć, że ich śmierć ominie). Tu nie ma miejsca na wciskanie kitu. Rób tak, żeby to, co napiszesz, nie przepływało przez mózg czytelnika, nie przerywając przy tym błogiej drzemki i chodzenia na autopilocie. Niech go obudzi i niech nim wstrząśnie. Kafka miał na to świetny obraz. „Książka musi być jak siekiera, rozbijająca ścięte lodem morze w naszej piersi”. Jak znajdziesz lepszą metaforę, daj mi znać.

 

H.M.: Czego oczekujesz po tej akcji z rozdawaniem książek?

 

J.W.: Chciałbym tylko, żeby każdy, kto sięgnie po plik z „Loquelą” czy „Kroniką widzeń złudnych” załadował go na czytnik i zaczął czytać. Jak go znudzi, niech się nie męczy. Ale jak przeczyta i zapamięta choć jeden obraz, jedną scenę czy metaforę, to będzie mój sukces. A jeśli jeszcze uzna, że to dobre było i że warto pomyśleć dłużej… Rozmarzyłem się. (Śmiech.)

 

H.M.: Ostatnie pytanie. Pracujesz teraz nad czymś?

 

J.W.: „Muzyka dla umierających”. Tylko tytuł zdradzę, choć mam już trochę więcej niż tytuł.

 

H.M.: Dziękuję ci za rozmowę.

 

Warszawa – Singapur, 27.03.2019.

 

Na naszej stronie udostępniamy pliki pdf ksiązek Jakuba:

Jakub Winiarski – Kronika widzeń złudnych

Jakub Winiarski – Loquela

Pliki epub i mobi do ściągnięcia tutaj:

Ściągnij mnie

 

Oficjalna strona Jakuba Winiarskiego:

Literatura jest sexy

 

 

Tags: ,

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *