MENU

A gdyby zostawić nas w ciemności – poezja Anny Luberdy –...

To – opowiadanie Hanny Modrzejewskiej

8 czerwca 2018 Comments (0) Views: 256 Czytam, Poezja

Naprawdę skandal – poezja Roberta Wiktorowicza

Rentgen

To zdjęcie mnie obraża

To nie ja – tych kilka jasnych plam

wypalonych w czerni kliszy

i ten opis

rzeczowy protokół faktów

– paraplegia kifoskolioza

garb kątowy porażenie mięśni

 

Naprawdę skandal

bym po latach wymyślania siebie

musiał oglądać

to

 

Przecież

kochałem

pod czołem rodziły się myśli i sny

pod dłonią – wiersze pieszczoty ból

Zbyt długo

układałem twarz

szukałem podobieństwa z innymi

bym teraz miał przyznać się do

tego

 

To zdjęcie mnie obnaża

 

Na światłoczułej płaszczyźnie

precyzyjnie oddzielony od skóry i ścięgien

nagi splot kręgów

kamień węgielny ciała

 

 

Anioł stróż

Ma skrzydła z gazy

i przezroczyste dłonie

niezdolne do dźwignięcia miecza

Wiotki i delikatny

płoszy się na ostrzejsze słowo

 

Dlatego gdy nad ranem

wynurzam się ze złego snu

spotniały napięty

kruchy jak przerdzewiała struna

powstrzymuję język

wołam bezgłośnie

by przyleciał

– ukoił muśnięciem

otulił szelestem

zanim dosłyszy mnie Tamten

 

Tamten przybywa bowiem wśród drżenia ziemi

wśród płomieni i psalmów

z tą swoją nieubłaganą jak lawina

miłością

 

 

Pani Bovary. Skarga zza grobu

Więc to twoja pracownia

boże o brwiach zasępionych

Nagie ściany prostota biurka

trupia źrenica okna

W twardej regule tworzenia

to wystarczy

Tutaj tylko praca do zmierzchu

i samotność bo przecież sztuka

Wszystko dla niej o niej przez nią

I jeśli życie gdzieś jest

to we wszechmocnym skrzypieniu pióra

Jeśli piękno to tylko

w rytmicznym układzie zdań

 

Właśnie tutaj się narodziłam

Ja – duch ułomny

wplątany w sieć doskonałego stylu

W pocie dbałości o każde słowo

kreśliłeś moje dni

krok po kroku

zdrada po zdradzie

Każdy oddech miał wagę twej nienawiści

 

Bo przecież nie mogło być wątpliwości

Ciepło w okolicy serca nie było pożądane

choć mąż i córeczka

Dałeś mi tylko wzgardę

niczym śmiech w twarz rzucony śmierci

i słowa jak wyrok

– Madame Bovary c’est moi –

 

 

Po zwleczeniu się z łóżka przed lustrem w łazience

Wszedłeś w życie

Nie miałeś wyjścia

– nikt nie pytał

czy chcesz wkroczyć

na rozchwianą scenę świata

Tyle twojego

że starałeś się

podjąć grę

na własnych warunkach

wejść bogu na głowę

światu w paradę

Wyłaziłeś ze skóry

by wyjść na swoje

 

Przymierzałeś maski

wchodziłeś w role

– przyjaciela ludzi

dzielnego kaleki

poszukiwacza wiedzy

oddanego męża –

inni nie mogli wyjść z podziwu

Myśląc

że wychodzisz z cienia

w blask jupiterów

ogłosiłeś wreszcie

– Oto jestem –

 

Wyszedłeś na błazna

 

Dziś z tej gry

chyba nawet nie wyjdziesz na czysto

Wszedłeś w pewien wiek

gdy stopniowo lecz coraz wyraźniej

wychodzisz z wprawy

wychodzisz z siebie

znikasz

 

Twoja ostatnia ambicja

– wyjść z tego

z własną twarzą

 

 

Niedoskonałość

Było tak

 

Idiota napisał wiersz

w plątaninę bezsensownych liter

wcisnął swoją duszę

 

Ślepy namalował obraz

kolory rozerwały na strzępy

szare płótno

 

Jednoręki walczył z lwami

jego śmierć miała posmak

bohaterstwa

 

A na początku

 

Tamten

spojrzał w krzywe zwierciadło

stworzył człowieka

 

 

Trzy opowieści o Quasimodo
                                    Asi – róży

I.

Quasimodo

jest ze mną od dawna

Właściwie

od zawsze

Mój pierwszy okrzyk bólu

był także jego krzykiem

 

Mieszka w Katedrze Upartego Bezczucia

Żyje samotnie

 

Quasimodo

unika świata

rzadko pokazuje się ludziom

Okrutna doskonałość przedmiotów

zimna symetria bioder dłoni twarzy

budzą w nim niepokój

 

Sprawiają że chwieje się jego wiara

w bezpieczną niezmienność

Miejsce między surową gliną a człowiekiem

wydaje się naraz

i puste i ciasne

 

Wtedy z jego spękanych warg

ciekną przekleństwa lub wiersze

 

Znajduję je czasami

na granicy naszych światów

tuż poniżej mojego pępka

 

II.

Quasimodo

wbrew sobie

śni o kobietach

 

Kruczowłose szmaragdy

wyniosłe diamenty

gorące rubiny

 

Wyłuskuje je niezgrabnie

z sukienek

bluzek

jeansów

Gruzłowatymi palcami

wyławia z sieci bielizny

 

W marzeniach

może być z nimi tak blisko

 

Jego ślepemu ciału

musi to wystarczyć

 

Tylko czasem

budzi mnie jękiem

nie daje zasnąć

Płacze

 

Wtula nagi garb

w chłodną skórę nocy

 

III.

Quasimodo

jest zazdrosny

 

Kiedy

dotykam róży

a serce jak złota pszczoła

on

gwałtownie przypomina

o swojej obecności

 

Nagłym przestrachem gasi krew

Bełkoce

że ja

tylko przy nim

 

W takich chwilach

przełykam nienawiść

przymykam oczy

Łagodnie kłamię

że kiedyś także w jego

czarnej piersi

jasny rytm

baskijskiego bębenka


Quasimodo – dzwonnik z powieści Wiktora Hugo „Katedra Marii Panny w Paryżu”, uosobienie kalekiej brzydoty.

 

 

fot. z archiwum autora

Robert Wiktorowicz: Urodziłem się w Opocznie, żyję w Warszawie. Trochę psycholog, trochę redaktor językowy, autor wierszy. Niegdyś, dwadzieścia lat temu, należałem do działającej przy Warszawskim Oddziale Związku Literatów Polskich grupy poetów Wybór, zdobyłem kilka nagród w konkursach, wydrukowano moje wiersze w dwóch czy trzech antologiach, jestem laureatem Nagrody Młodych ZLP, ale tak dawno to było, że nie pamiętam, z którego roku.

Dziś już niemłody, wracam do pisania poezji z nadzieją, że jeszcze nie wszystko tutaj za mną.

Aha, punkt siedzenia wyznacza punkt widzenia, więc dodam, że siedzę na wózku inwalidzkim. Fakt ten tłumaczy obecność w moich wierszach niektórych tematów, wątków, obrazów.

 

 

 

Tags: ,

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *