MENU

36 groszy – opowiadanie Juliusza Wątroby

Czarna Pani – opowiadanie Zosi Calar

31 stycznia 2018 Comments (0) Views: 415 Czytam, Poezja

napinam prążkowane wersami mięśnie – poezja Katarzyny Zwolskiej – Płusy

babska komedia

zastanawiam się czy żre mnie rak. krwawię z dróg rodnych.

po owariektomii drogi te prowadzą donikąd. całodobowe

apteki i ambulatoria są mityczne. nie można tam dotrzeć

bez samochodu a sor brzmi już jak umieranie. pewnych

styksów się nie przekracza z obawy, że ciało uwierzy.

 

pamiętam, raz się skusiłam. lekarz zlecił badania, obejrzał ranę

po cięciu i powiedział: spokojnie, zaraz wróci pani do dziecka.

cesarka była ze dwa tygodnie temu? odpowiedziałam jakby prawda

miała nas wyzwolić z tych krwawych pogaduszek: nie urodziłam

dziecka. i wtedy zobaczyłam, jak lekarz brnie w bieli.

i wtedy zobaczyłam diabła, który wciąga nas pod skórę.

 

 

poezja konfesyjna IV o charakterze psalmicznym

proces rodzenia książek ma się tak do procesu rodzenia dzieci

jak logika niesprzeczności do działań obecnego rządu

powiedziałam a ty się zaśmiałeś. a to wcale nie jest śmieszne.

bywa, że musimy sublimować, strajkować, wycinać na(rządy)

tak często jak skórki.

 

tutaj nie znaczy już tylko we mnie. to zaczyna (mi) przechodzić

na inne obszary. i pojawia się ta kujawska ziemia, i zmarła ciotka

przestaje mieć wymiar osobisty a okazuje się być sprawą narodową.

chciałabym, aby dla przykładu, zmartwychwstała i zastrzeliła

jakiegoś faszystę na naszych oczach. bo kiedyś to my mogliśmy

w nich strzelać, niedługo oni w nas będą.

 

 

***

nie możesz mieć domu pełnego dzieci,

więc dam ci dom pełen zwierząt.

 

którejś nocy zmieniłam się w łasicę,

zagryzłam cię – większego ode mnie

i od tamtej pory nocami zmieniam się

w jenota.

 

napinam prążkowane wersami mięśnie.

mogłabym tak (dosłownie) dobiec pod las

aniołowski, ze starego domu wyjeść zapasy wilgoci

i światła, wyssać wszystkie ich ciąże jak jajka,

(dziwne, co pożądanie robi z głupimi ludźmi.)

 

i chociaż nie możesz mieć domu pełnego dzieci,

dam ci dom pełen zwierząt, poezji i truchła.

 

 

nie można mieć dziecka w krainie umarłych

oglądamy razem księgę życia, córeczko.

manolo schodzi do krainy umarłych

po swoją marię.

to jeszcze za wcześnie na dantego.

kiedyś opowiem ci o gnuśnych papieżach,

beatrycze i wielkim leju albo chociażby

o robinie williamsie w roli podróżnika

przez zaświaty.

 

nigdy nie opowiem ci jednak, że ja tam bywam

i że czasem moje ręce wydają się nie istnieć.

albo nogi. trochę jakby, okazjonalnie,

brakowało mi ciała.

 

oglądamy razem księgę życia. manolo

dowiaduje się, że tu, pod ziemią może

połączyć się z ukochaną. wstajesz,

prychasz, kręcisz główką i zauważasz:

ale nie można mieć dziecka w krainie umarłych.

 

a ja dokładnie wiem o czym mówisz.

 

 

drewno (w prostych słowach)

kupiłam kiedyś na targu staroci kołyskę.

gdybym miała zdefiniować nagość,

byłoby nią właśnie to – surowe drewno,

widoczne słoje i ślady po kornikach

(totalna nagość to również eksploracja

wnętrza).

 

mogła należeć do chłopskiej

rodziny z początku dwudziestego wieku,

do nagiego słowa „bodaj”, do bosych stóp,

rozwianych włosów. próbowałeś wydrzeć

z niej tę nagość, pokryć farbą i pluszem,

ocieplić, zmiękczyć.

 

a potem nie urodziło się dziecko.

 

porąbałeś kołyskę siekierą i widziałam:

drewno blade jak ciało, drewno nagie

jak rozpacz, widziałam farbę brązową

i krew, która zdążyła skrzepnąć,

 

bo oczekujemy już zimy. podchodzisz

do kosza z drewnem jakbym to była ja.

rodzę ciało i krew, suche mięśnie, połamane

rączki. zrobi się cieplej – mówisz.

między nami pękają drzewa, walczy ogień i pył.

 

 

krakowiak

chciałam zaprosić cię tutaj, ale jestem po lekturze grynberga.

myślisz: minęło osiemdziesiąt lat. czas w tej materii nie mija,

gdy tą materią jest polska.

 

chciałam zaprosić cię tutaj, ale w tym miejscu pękają szwy

i serca. moje ciało i ta ziemia – bardzo kruche, więc sam rozumiesz.

 

już raz zrezygnowałeś. nie czekałam na czerwień, ale i tak spłynęła ze mnie

jak wstążka. to jakiś chory taniec. tutaj wszystko kręci się w obiegu zamkniętym,

czymś w rodzaju zaburzenia rytmicznego,

 

z którego wyrwałeś się, z którego wyrywają się ludzie na dwa sposoby.

mówi się o nich: martwi i emigranci.

 

 

mischling

nie pamiętam jak to powiedziałeś.

nasz tata był żydem

czy nasza mama była żydówką.

na stole stał talerz z pokrojonymi

w ćwiartki jabłkami (mam obsesję

jabłek, których właściwie nie lubię

i teraz wiem, że zaczęło się od ciebie.

przywoziłeś je w skórzanej teczce,

pachniały skórą i zawsze

wydawało mi się, że jabłko to ciało).

 

ktoś był nieślubnym dzieckiem żyda

ktoś był austriackim żydem

mówili potem

 

kiedy kroję jabłka w ćwiartki

myślę o  ustawach – że was dotyczyły,

że wiedziałeś tylko ty, że niejasne

metryki tworzą czasem jasną przyszłość

i pada na mnie światło

i sok skapuje mi po palcach.

a polska bywa ciałem, które jak ułamek

dzieli nas pomiędzy ich wszystkich.

 

 

fot. z archiwum autorki

fot. z archiwum autorki

Katarzyna Zwolska-Płus: mama, żona, asystentka uczelniana, nauczycielka języka polskiego, filozofii, etyki i wiedzy o społeczeństwie w alternatywnej szkole ALA w Częstochowie, tutorka, miłośniczka gór i podróży pociągiem. Publikowała poezję między innymi w „Dwutygodniku”, „sZAFie”, „2miesięczniku”, „Migotaniach”, „Helikopterze”, „Fabulariach”, oraz na stronach Salonu Literackiego, Fundacji Karpowicza, Śląskiej Strefy Gender, prozę w „Nowym BregArcie”i „Helikopterze”. Jedna z redaktorek Babińca Literackiego.

Autorka książki poetyckiej „Cud i Anomalia”, Brzeg 2017.

 

 

Tags: ,

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *